Tak było wczoraj
Wczoraj wstałam jak zwykle przed 5, bo uwielbiam takie szare ciche poranne godziny. To spokojne godziny zaglądania do komputera i oczekiwania na to co się wydarzy w przyrodzie. Dzisiaj otrzymałam za to iście królewską nagrodę, bo ok. 6.30 rozpoczął się teatr na niebie. Długo stałam na tarasie i chłonęłam widoki z aparatem w dłoni.
Ileż można stracić śpiąc długo, ale może są inne pozytywy, które rekompensują te poranne straty J , myślałam sobie.
Tak więc dzisiaj na niebie odbywało się szaleństwo, prawdziwa orgia. Szalało słońce, które chciało spoza gór się wydobyć, zniewalało i czarowało chmury , drzewa, wszystko co na tej ziemi i moje znękane tymi błyskami i zmieniającymi się kolorami oczy.
I gdy wreszcie o 6.45 pojawiło się nad górą Żar i Jeziorem Żywieckim jeszcze raz zapłonęło i zda się zmęczone zasnęło. Zasłoniło się chmurami, jak białą matową szybą i był to koniec spektaklu.

Jeszcze światełka na dole…w tle niewidoczne jeszcze Jezioro Żywiecki, góra Żar i w ogóle Beskid Mały.

Już zorze różowieją , po lewej nieco lśni Jezioro Żywieckie, a po prawej dostojna Babia Góra.

I wszystko zaczyna płonąć.

I zapłonęło, ognista kula pojawiła się na horyzoncie i wbiła się w obiektyw mojego aparatu, na długo oślepiając moje oczęta.


Gdy wyszłam na spacer po dwóch godzinach, widok był zupełnie inny. Przecierałam oczy ze zdumienia. Wyciszona Babia Góra stała sobie chmurką bialutką przepasana i Pilsko i Romanka w białych zapaskach.Tylko pozostał róż na niebie. A słońce zasnęło po porannej orgii.

I tylko kot na mnie zerkał rudawy z zaciekawieniem, ale nie wytrzymał i uciekł gdy się zbliżyłam. Przeszkodziłam mu w porannych łowach na myszki, ale na szczęście nie wyglądał na zmartwionego….

Potem jeszcze przywitałam się z owieczką już troszkę zakudloną, widać dość dawno już była strzyżona….popatrzyła na mnie przez chwilę jakby coś chciała powiedzieć…a może się pożegnać, bo pora już na pożegnanie tych stron.

I jeszcze młodziutki wilczek sąsiadów….prawda, że uroczy, nawet uszek nie potrafi utrzymać…już niedługo go nie poznamy, bo tylko raz się zdarza dzieciństwo słodkie,

I nadeszła pora zachodu słońca. Daremnie wypatrywałam nad Skalitem. Słońce wyraźnie zaspało po porannym szaleństwie i wysłało dla osłody , cobym się nie zapłakała z żalu, śliczniuchne chmurki pierzaste …Fotogeniczne bardzo….

i wreszcie ten księżyc o 17 na niebie….
i gdy ciemność miękka jak aksamit zapanowała i rozmyślałam sobie o tym pięknym dniu…
Wszystkie beskidzkie dni są zwykle różne, „dzień niepodobny do dnia” jak ktoś tam śpiewa rzewnie.
Tutaj Przyroda a może jednak Stwórca hojnie funduje moc rozrywek ….te widoki, te teatry na niebie, sceny zmieniające się jak w kalejdoskopie…krystaliczne piękno….
