Wędrówka z „ Królem” Szczepana Twardocha

 

 

kercelakfotomapa copy.jpg

 

TVN24Kercelak.jpg

Widok na Plac Kercelego, 1935 r.  zdjęcie z netu

HandelŻywnościąKercelak_1928.jpg

 

BarDlaWszystkichChłodna.jpg

 

Targowisko_na_placu_Kercelego_w_Warszawie.jpg

 

z20696271Q,Kercelak-w-Warszawie-Stragan-z-rowerami-i-czesciami.jpg

Zdjęcia z netu, Plac Kercelego przed II Wojną światową, ależ klimaty!!!

 

 

Wędrówka z „ Królem” Szczepana Twardocha

 

królTwardochOkładka.jpg

To nie będzie recenzja, bo takowe piszą fachowcy.

To będą tylko wrażenia, przemyślenia i skojarzenia związane z  lekturą opisane przez zwykłą babę w późno średnim wieku. Wybaczcie rozwlekłość która się pojawiła w trakcie porodu tego wpisu….

Ale po kolei:

     Na wstępie muszę przeprosić panią Marię Konopnicką za gwałtowną zmianę tematu. Po poprzednim moim blogowym wpisoliście, dojrzewał już następny, gdy nagle  wdarł się w tę zaplanowaną układającą się w głowie listopadową moją pisaninę Szczepan Twardoch ze swoim „ Królem”.

    Jak zwykle zaczęło się w michałowickiej bibliotece, gdy niespodziewanie Panie podały mi tę książkę.  Niespodziewanie, bo jeszcze jest ciepła, niedawno wydana a kolejka czytelników pewnie była duża. Wiedziałam wcześniej , jakieś recenzje poczytałam beznamiętnie i wcale  nie miałam pewności czy chcę po raz kolejny spotykać się z tym pisarzem, bo ogólnie drapieżny jest.

Ale gdy książka sama „weszła mi w ręce”, nie zrezygnowałam.

I  dobrze, bo przeczytać było warto.

Bo pomimo tragicznej wymowy i wszechogarniającej smuty, okrucieństw i właściwie samego Zła, znalazłam w niej coś dla siebie. Ale o tym będzie dużo później.

   Na razie odłożyłam „ piłowanie” Nocnika Żuławskiego, niech poczeka ze swoimi pretensjami do świata….

     Czytając pierwsze strony : „Króla” odniosłam  wrażenie, że książka jest napisana gorszym, jakby mniej sprawnym stylem niż „ Morfina”, „Drach” i inne Twardocha. Ale  to wrażenie natychmiast zniknęło,  przestałam analizować,  porównywać, bo zostałam wchłonięta „ z uszami „ przez tę książkę ….

Uff, właśnie skończyłam czytanie które zajęło mi niecałe dwa dni. Tak krótki czas lektury jednej pozycji zdarza mi się bardzo rzadko.

„Król” mnie znokautował i całkowicie zaskoczył oryginalnym, niespodziewanym  zakończeniem. A właściwie całym pokrętnym zabiegiem literackim.

       Gdy zamknęłam tę książkę i odparowywałam, M. zapytał o czym jest ta powieść ?

Nie mogłam mówić, odpowiedzieć, bo stale miałam zaparty dech.

Dopiero teraz uspokojona, porządkuję ją w sobie.

Twardoch opowiada wyśmienicie, czyta się płynnie treści krwią nasączone, przemocą, złym seksem, gwałtem, strachem, ucieczką. Jest też tam i miłość, chociaż  trudna i smutna. Wszystko jest zresztą smutne bo jest Złe. Ale  o dziwo, nie wiem, jak to robi Twardoch , jakich używa zabiegów, że bohaterowie pomimo swoich okrutnych czynów nie budzą wstrętu, ba nawet człowiek im czasem kibicuje. Coś dziwnego…

      Jest to niezwykle dynamiczna opowieść o Warszawie  1937 roku, Polsce tonącej w  gąszczu frakcji politycznych, o ich przekładankach , dwuznacznościach, o słynnej Berezie Kartuskiej, o tyglu wrzącym. …

Nie wiem co by się dalej działo z naszym krajem, gdyby nie  wybuch wojny.

Aż strach porównywać dzisiejsze czasy z tamtymi, chociaż cisną się w głowie paralele…Brr, lepiej nie myśleć. Bo od myślenia głowa boli , jak mawiali moi pacjenci….

    W trakcie lektury nie mogłam się nadziwić, skąd Szczepan Twardoch,  młody człowiek , w dodatku  Ślązak z krwi i kości,   zna tyle faktów z historii i skąd zainteresowanie nimi. Potem przeczytałam w necie ( Wyborcza- Książki) wywiad z tym autorem . Opowiada on, że zainspirowała go pewna powieść z lat 60 ( jak mówi- nudna) o czasie międzywojnia w Polsce, a potem zebrane przy pomocy dobrego człowieka  artykuły prasowe z tego okresu. Doznania bokserskie , które tak starannie i dosadnie przedstawił w książce są jego własnymi doświadczeniami pogłębionymi na użytek tej powieści .

    Twardoch nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził bohatera  fantastycznego i jednocześnie niemego komentatora zdarzeń .  W „Drachu” jest to smok, a tu Litani – wielki kaszalot pojawiający się  warszawskim niebie. Jego wygląd,  zachowanie, żywe reakcje na to co widzi  przyprawiają o dreszcze i mogą powodować lęk przed naszą przyszłością. A może posunęłam się za daleko w tej interpretacji…..Również zastanawia  tytuł powieści. „Król” który po lekturze brzmi gorzko, dramatycznie, przekornie rzekłabym. Jaki król? Jeśli król, to czego? Na koniec autor zamieszcza takie słowa głównego bohatera:  

„ ….A teraz jeszcze jesteśmy nad Warszawą. Nad Nalewkami, Tłomackiem, nad Miłą, nad Gęsią i placem Kercelego, nad moim królestwem…..    

       Wyglądam przez okienko samolotu i widzę szary łeb kaszalota. Jego oczy płoną.

      Patrzy na mnie , otwiera zębatą paszczę i śpiewa swoją pieśń myśliwego”

       A teraz , kończąc poprzednie wywody, chcę wytłumaczyć,  dlaczego ta powieść stała  mi się  bardzo bliska.

Dla czytelnika nie związanego z Warszawą, nie znającego wymienianych w książce ulic, przeżycie  lektury może  być niepełne. Bo tak odbieram powieści Chwina z Gdańskiem czy Sopotem w tle czy wrocławskie wędrówki Krajewskiego. Nie znam tych miast, nie jestem z nimi związana emocjonalnie, więc umyka to, co jest solą powieści.

    Ale  tam, gdzie gros akcji „ Króla „ na starych błotnistych wówczas bardzo biednych żydowskich ulicach Warszawy  w nowoczesnych blokach mieszkają moje dzieci.

Bywam tam często, ba, nawet bardzo często. Przemierzam nieistniejące dziś ulice, zachowane jedynie z nazwy. To nie są jedynie puste nazwy, każda kryje wielki kawał historii i zamyka minione życie. Zawsze to czuję gdy tamtędy człapię. Ale  teraz dodatkowo towarzyszy mi   „Król” .

Najpierw wolno wędruję  z dworca WKD Ochota ulicą Okopową ,  – lubię piechotą, by opuszczając Ochotę, powoli zanurzać się w Woli, oddychać jej zapachem, nurkuję w Grzybowską, oglądam ocalałe domy ze śladami po kulach.

Po prawej pulsuje utajonym życiem plac zwany Kercelakiem . Oczywiście już go nie ma, ale teraz go czuję specjalnie , bo tak plastycznie, wyraziście ożywił go Twardoch.  

Potem po obwodzie tegoż targowiska, zawijam w prawo Lesznem i powstałą dopiero po wojnie słynną trasą W-Z.  To opisana w powieści  trasa pochodów robotników komunistów, akcji faszystowskich falang i policji. I chyba teraz widzę tamte sztandary twarze szare zniszczone i żar w oczach i zda się że zaraz zaświszczą kule….

Potem jest  Żelazna i Chłodna ( tam osobne doznania) i znowu Żelazna w miejscu gdzie przychodzą na świat nowe pokolenia, bo jest tam szpital położniczy im. św Zofii.

Zawsze się zatrzymuję przy zaznaczonych na chodniku obrysach oczywiście dawno zburzonych  murów getta.  Nie stawiam stopy  na ten pas bo i tak się czuję jakbym deptała po trupach mieszkańców, nie tylko po ich śladach. Ilekroć  tam bywam zawsze  odnoszę wrażenie, że otaczają mnie czarne duchy.

Gdy wracając , docieram na Żytnią, cieszę się, że nie jestem samochodem, bo nigdzie nie ma wolnych  miejsc parkingowych . W pobliżu usadowiła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji,  zagarnęła przeciwległy chodnik i razem z Radiem Józef też tam mieszkającym, spokojnie sobie patrzą na śmieci walające się na wąziutkim trawniczku.

Dawna ulica Nalewki pozostaje jedynie w zapiskach historycznych, chociaż zachowano jej maleńki  fragment, który nosi teraz nazwę Bohaterów Getta.  100 m dalej jest wprawdzie miniuliczka o  nazwie Nalewki , lecz zajmuje ona koryto głównej część dawnej Gęsiej. Ale w czasie wędrówki czuję te  dawne Nalewki są gdzieś tutaj, ukryte pod niewywiezionym gruzem z getta, bo się nie dało wszystkiego wywieźć, więc pobudowano domy na tym, co pod spodem….Wszystko się wymieszało, splątało i powstało nowe.

Na Nowolipkach bywam u stomatologa ale przede wszystkim  oglądam cudem ocalały jedyny obiekt terenów getta zamienionych w rumowisko po powstaniu w gettcie- kościół św. Augustyna, mam w oczach tamto zdjęcie. A po wojnie to tam  , wielokrotnie  gromadzili się mieszkańcy wierząc, że na wieży pokazuje się Matka Boska . Ileż to władze miały z tym problemów, parokrotnie wieżę malowali, rusztowaniami zastawiali, aż ucichło…No i czasem  spotykam tam  także Dziewczęta z Nowolipek , stale młode jak kiedyś….

 Idąc po starszego wnuka do szkoły, jestem blisko Miłej, która kojarzy mi się najbardziej z pięknym wierszem Broniewskiego ….

Gdy zmierzam do przedszkola młodszego wnuka, przechodzę przez Okopową, by na jej rogu z Lesznem wskoczyć do delikatesów. Tu gdzieś była knajpa, którą polubili bohaterowie „Króla”. Tyle tam się działo….

Zanim odbiorę wnuka z przedszkola, zaglądam na tyły gromady wysokich bloków już starych, bo chyba z lat 70 ubiegłego wieku by się znaleźć przy króciutkim teraz początkowym fragmenciku dawnej , kiedyś ładnej i długiej ul. Gęsiej..

I wtedy zawsze patrzę na wysoki mroczny mur cmentarza żydowskiego  i dalej na wschód, w kierunku pobliskich  Powązek, gdzie śpią wiecznym snem  świadkowie dawnych lat a mur mi mówi, że pamięta. Zatrzymany   czas……

Tak,  Szczepan Twardoch  spowodował, że te ulice z których pozostały już tylko nazwy teraz żyją życiem bohaterów ” Króla „ nie tylko moją wyobraźnią zawsze uruchamianą i tym dreszczem na plecach …..

     Bywa, że bohaterowie tej powieści opuszczają te najbiedniejsze żydowskie ulice Warszawy. Ci gangsterzy w swoich pięknych samochodach ( któryś z recenzentów zarzucił Twardochowi, że wówczas na ulicach Warszawy nie było takich wielkich i barwnych samochodów, że raczej opis przypomina lata 90 ubiegłego wieku w Polsce, ale mnie to nie przeszkadza, bo czy to ważne? ) , więc ci gangsterzy jadą na południe od Alej Jerozolimskich, gdzie jest jakby drugie miasto i wytworne ulice tudzież kamienice bogaczy. To właśnie tam ,  u zbiegu Pięknej i Koszykowej faktycznie mieścił się  słynny w Warszawie burdel prowadzony przez autentyczną Ryfkę de Kij.

I ona znalazła się w powieści” Król”.

Ryfka Kij jest dla mnie najciekawszą , najpiękniej wyrysowaną przez Twardocha , najciekawszą, najbardziej ludzką i najbardziej pełnokrwistą postacią . Jest silna , życie ją zdrowo przećwiczyło, ale przetrwała, zwyciężyła i ocaliła swoją chyba jedyną miłość. Miłość na całe życie. Ta mocarna kobieta , wg mnie,  zasługuje na imię królowej.  

.      Powieść „Król” stała się  dla mnie kamieniem milowym w wędrówkach po Woli . Do tej pory ponosiła mnie tylko własna wyobraźnia, nieco podparta wiadomościami ale to Szczepan Twardoch  spowodował, że te miejsca ożyły życiem bohaterów ” Króla „

     I dlatego na koniec tej mojej pisaniny tak sobie pomyślałam, a nawet się rozmarzyłam, by Was zaprosić, kochani.  Może kiedyś wybierzemy się tam razem, skrzykniemy, niech będzie tak nowocześnie bo np. na facebooku J i  dopóki jeszcze noszą nogi powędrujemy ulicami warszawskiej Woli, tym starym magicznym  szlakiem z przewodnikiem  „Królem „ 

A gdy nadejdzie kres tej wędrówki, w Szwajcarskiej przy ul. o wymownej nazwie Wolność kupimy ulubione przez wnuki bułeczki z francuskiego ciasta nadziewane szpinakiem albo jabłkiem , bo wszak wałówa się przyda.

I udamy się na Dzielną ( znów ta nazwa!) , gdzie plac zabaw.

Usiądziemy na ławce, nawet wiem na której, bo ją lubię , wyciągniemy obolałe nogi , twarz wystawimy do słońca, „ Króla” schowamy  do torby by nazajutrz oddać go innym do czytania, zapomnimy o pobliskim Pawiaku i o całym złym świecie.

Posłuchamy jak ptaki się skrzykują a dzieciaki piszczą.

A może wtedy przyjdzie do nas  optymizm i wiara, że „jutro będzie dobry dzień”

 

 

wychow, witon, o3.2011.JPG Zdjęcie sprzed kilku laty. Nowe pokolenie na Dzielnej……Optymizm? Wiara w lepsze jutro? 

Na medycznej ścieżce. O profesorze Witoldzie Orłowskim, ojcu Tadeusza- mojego profesora interny.

 W poprzednim wpisie przypomniałam swoje czasy studenckie i zajęcia w Klinice którą kierował profesor Tadeusz Orłowski.

Wiedziałam, że był synem człowieka wielkiej sławy , również profesora medycyny- Witolda Orłowskiego( ur. w 1874 roku w Norwidpolu , zmarł w 1966 w Warszawie).

Niedawno  przeczytałam w Pulsie, gazecie wydawanej przez Izby Lekarskie o niezwykłych jego losach. Oto najciekawszy moim zdaniem fragment tych dziejów związany z tworzeniem się nowego państwa Polskiego, który przedstawiam we własnej wersji redakcyjnej. 

 

W czasie pierwszej wojny światowej władze rosyjskie wydały zgodę na tworzenie wojska polskiego w różnych regionach kraju. We wrześniu 1918 roku w Kazaniu nad Wołgą rezydował sztab niedawno utworzonej  formacji wojska polskiego.

 Prof. Witold Orłowski otrzymał  wezwanie, by zorganizować u jej boku służbę sanitarną. Gdy  dotarł tam z rodziną,  niebawem  bolszewicy ponownie zajęli  to miasto i wówczas cofnęli zgodę na tworzenie tam wojska polskiego. W tej sytuacji sztab musiał opuścić Kazań .

Profesor pozostawił żonę z czworgiem dzieci w Kazaniu, gdzie ponoć mieszkali w bezpiecznym miejscu, a sam wyruszył z wojskowymi, w letnim płaszczu, mając jedynie 100 rubli w kieszeni.

Prof. pisze w swoim dzienniku „Zapewniono mnie, że gdy wojsko radzieckie w nocy wejdzie do Kazania, na pewno popije się, a wtenczas będzie wycięte. Tak się już stało w Syzraniu. Za parę dni zatem wrócimy” – wyjaśnia.

Ale do Kazania nie wróci już nigdy. Wędrują pieszo lub na zarekwirowanych koniach. Noclegi i żywność zdobywają, grożąc użyciem broni. Sterroryzowany naczelnik małej stacji kolejowej wystawia im pociąg do Ufy. Jednak tam zastają miasto z porozlepianymi afiszami, wzywającymi ludność do ewakuacji gdyż zbliżają się tam czerwonoarmiści.

Profesor postanawia jechać na opanowaną przez” białych” Syberię, do Tomska. Stacjonuje już tam polska dywizja, utworzona do walki z Niemcami.
Dzięki wstawiennictwu ministra w rządzie admirała Kołczaka, który zarządza Syberią profesor otrzymuje tam etat uniwersytecki. Przez 10 miesięcy , które spędził w Tomsku, sprawuje opiekę medyczną nad polskimi żołnierzami.

W sierpniu 1919 roku wyrusza do Irkucka z zamiarem utworzenia szpitala Czerwonego Krzyża dla rannych żołnierzy. Ale tam dociera do niego telegram od komisarza wojska polskiego przy admirale Kołczaku z informacją, że został mianowany profesorem zwyczajnym medycyny wewnętrznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisze: „Nie wierzyłem własnym oczom. Zostałem profesorem najstarszego uniwersytetu polskiego i jednocześnie otrzymałem pierwszą wiadomość o rodzinie”.

Rozważa różne możliwości wydostania się z Rosji do Polski.

Polski komitet narodowy w Irkucku próbuje zaangażować w te starania Romana Dmowskiego, który przebywa w Paryżu. Jednak po pewnym czasie Dmowski odpowiada, że mu się nie udało załatwić tej sprawy.

Profesor postanawia szukać okazji we Władywostoku, ale tuż przed wyjazdem zapada na dur osutkowy. Opuszcza Irkuck dopiero na początku lutego 1920 roku.

W tym czasie w placówce japońskiej w Czycie odbiera pismo z Ministerstwa Wyznań religijnych i oświecenia publicznego RP , zawiadamiające o nominacji na profesora UJ ( z 19.06.1919r) oraz list od żony, która pisze, że odnalazła go dzięki pomocy żony premiera Ignacego Paderewskiego- Heleny.

Wraca do kraju rosyjskim statkiem „ Jarosław” zarekwirowanym przez Anglików po wycofaniu się Rosji z wojny. Płynie z resztą polskiej dywizji syberyjskiej i rodzinami żołnierzy. Statek ten za caratu  przewoził galerników z Odessy na Sachalin, więc były tam bardzo trudne  prymitywne warunki a w dodatku   były kłopoty z zaopatrzeniem w żywność. I wkrótce z zapasów pozostała sól i cukier. Pasażerowie stawali się coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani.

Prof. Witold Orłowski jak zwykle starał się swoją aktywnością pobudzić lepsze nastroje wśród pasażerów. Organizował  kursy i wykłady dla dzieci i dorosłych. A trasa była bardzo długa. Płynęli poprzez Hongkong, Singapur, Kolombo. Adem, Port said, Gibraltar, Londyn, Kopenhagę do Gdańska.

To co zobaczył tak opisywał:
„Miasta, które zwiedziłem, miały piękne dzielnice europejskie i brudne, ciasne tubylcze, w których mieściła się masa miejscowej ludności o pożałowania godnym trybie życia”
– pisze. – „Niemile uderzał stosunek białych do kolorowych. Kolorowi nie kryli się z nienawiścią do białych. Tylko nas, Polaków, traktowali inaczej”.

Wreszcie 1 lipca 1920 roku statek zawinął  do Gdańska.

 

Profesor podejmuje pracę w Krakowie, Profesorowie Wydziału Lekarskiego przyjmują go życzliwie. Poza pracą kliniczną ma zajęcia ze studentami 4 i 5 roku, organizuje w klinice zebrania naukowe krakowskich internistów.

Po 5 latach przyjmuje propozycję objęcia katedry diagnostyki i ogólnej terapii na Wydziale lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Klinika ta wówczas mieściła się w Szpitalu św. Ducha przy Elektoralnej.

W 1927 roku obejmuje katedrę szczegółowej patologii i terapii chorób wewnętrznych w Szpitalu Dzieciątka Jezus przy Nowogrodzkiej, którą prowadzi do 1947 roku. Dokonuje tam, ogromnych przeobrażeń. Wg obecnej opinii mądrych ludzi działa jak menadżer XXI wieku. Korzystając z pomocy wiceprezydenta miasta urządza oddział przemiany materii, który będzie obsługiwał wszystkich chorych szpitala. Organizuje znakomicie wyposażone pracownie biochemiczne, zdobywając fundusze od firm farmaceutycznych i Kasy Chorych oraz różne dotacje.

Stara się rozwiązać problem przewlekłej niewydolności krążenia poprzez rozpoznanie zaburzeń biochemicznych ustroju, które jego zdaniem wyprzedzają chorobę. Zauważyli to prof. z zagranicy a nawet prof. Gregersen z Nowego Jorku, ale miejscowi nie doceniali znaczenia badań swojego profesora. Dopiero po wojnie słysząc wykłady zapraszanych naukowców z zagranicy, zmienili zdanie.

Z Kasy Chorych otrzymuje pieniądze na urządzenie zakładu elektrokardiograficznego i dotacje na jego działalność. W rewanżu codziennie ma badać 6 chorych kierowanych przez kardiologów. Jednak zauważa, że żaden lekarz z Kasy Chorych nie skorzystał z tej oferty. …

 

Zapamiętano profesora z czasów okupacji, gdy z wielkim zaangażowaniem narażając się na niebezpieczeństwo zajmował się tajnym nauczaniem młodych kadr medycznych.

W latach 1928- 1948 był redaktorem naczelnym uznanego wydawnictwa :” Polskiego Archiwum Medycyny Wewnętrznej”

Otrzymał liczne  tytuły doktora honoris causa m. in. Akademii Medycznej w Łodzi i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

.

Napisał znakomity 8 tomowy podręcznik chorób wewnętrznych .

Kiedyś otrzymałam od dr Kaczmarka z Gorzowa te książki, wydane na nieciekawym szarawym papierze, pachnące starym kurzem. Budziły mój  ogromny szacunek i wzruszenie. Gdy się zaczytywałam, treści wtedy wydawały mi się ponadczasowe…niestety ofiarowałam te tomiska młodej lekarce i poszły sobie w świat. A szkoda….