Jeszcze raz pokazuję to zdjęcie, bo mnie wzrusza. Witold Łukaszewicz, mój kuzyn, dzielny chłopak urodzony na dalekim Kazachstanie…
Ale wracam do opowieści z Kazachstanu…jest druga wojna światowa, a na dalekich stepach mieszkają zesłane tam polskie kobiety z dziećmi , żony najczęściej już zamordowanych polskich wojskowych albo zaginionych na bezkresie Rosji….
Gdy mój kuzyn, Witold, tam urodzony już miał może pięć lat, mama wyprawiała go na tory kolei transsyberyjskiej oddalone o kilka kilometrów . Tam miejscowe chłopaki zbierały maleńkie kawałeczki węgla, nieomal pył , które wypadły z wagonów przewożących ładunki węgla z niedalekich kazachstańskich kopalń. Ciocia uszyła mu spodnie o wielkich bufiastych nogawkach. I w tych nogawkach, jak w kieszeniach synek przynosił wymarzone kawałeczki węgla. Była bardzo dumna z syna, tym bardziej, że to co robił było niedozwolone.
Cieszyła się też, gdy się wybierał w inne okolice, gdzie pakowano ziarno. Tam też niepostrzeżenie zbierał resztki zboża , które potem matka rozgniatała pomiędzy dwoma płaskimi kamieniami i piekła wyśmienite placki.
Trudne warunki życia spowodowały, że dziecko wcześniej dojrzewało i uczyło się walki o przetrwanie….

