Listy od Jacka.” Australia”.

IMG_0831.jpeg

To zdjęcie dostałam teraz od Jacka. Wprawdzie to nie Czerwony Maluch, ale jakoś się komponuje z treścią listu…..

 

 

 

I przyfrunął do mnie na skrzydłach internetu  kolejny filmopodobny list od Jacka. Moja skrzynka mailowa się nasyca , lubi takie teksty, oj jak lubi…..

Był rok 1981. Pierwszy poranek matki- Gerty Fajger- Łukaszewicz i 18 letniego syna, a mojego bratanka-  Jacka na obczyźnie. Zamierzonym celem tej ucieczki- wycieczki z kraju jest Australia . Już wiem dlaczego wyjechali z Zielonej Góry, już list czeka , potem będzie o tym …

A na razie ich Czerwony Maluch obudził się pod dworcem w Wiedniu….

 

<<

“Australia”

 

Obudziło mnie olśnienie, czyli jak kiedyś napisał poeta Słońce, które świeciło jasno nad Franz Joseph Banhoff. Z przymrużeniem oka spojrzałem na mamę. Już nie spała. 

– Jacek, ja chcę do domu…

– zawsze zdążymy, na razie idę na spacer….

W ogóle nie wiedziałem jak to ugryźć. Mieliśmy być w obozie, a dla mnie obóz to namioty, więc połowa Czerwonego to czteroosobowy namiot zakupiony w składnicy harcerskiej.  

Na skrzyżowaniu stał policjant kierujący ruchem porannym. Podchodzę.

– do you speak english?

– etwas….

– I want to go to Australia….

Spojrzał na mnie jak na nienormalnego, ale widząc moją poważną minę odparł machając lizakiem.

– me too want to go Australia….

– let’s go together then….

Zaśmiał się i napisał jakiś podejrzany adres na karteczce.

– you go there…

Spojrzałem na kartkę – Prefektura policji i adres. Nagle zgrzyt hamulców.

– ferfluchten….

Policjant ogłuszył mnie gwizdkiem i odszedł w kierunku malej stłuczki na skrzyżowaniu. Podszedłem do Czerwonego. Mama siedziała wystraszona.

– ja chcę do domu…

– najpierw pojedziemy na policje….

– żadnej policji, wracamy…

– zobaczymy.

Czerwony obudził się niechętnie, ziewnął, zakaszlał i zawiózł nas na adres prefektury. Kolejka jak za mięsem przed Świętami. Sami peerelowcy. Stanęliśmy w kolejce. Po kilku minutach wyszła wiedźma jak z Buchenwaldu i skrzeczącą polszczyzną zaszczekała.

– azylandów przyjmiemy – rerzda nach hause, zu rig, nach Polen….

Spojrzałem na przerażoną mamę.

– wir wollen nach Australie…

Wiedźma spojrzała na mnie spod oka.

– szaden Australia, tylko azyl polityczny…

Mama pociągnęła mnie za rękaw.

– Jacuś, bój  się Boga, jaki azyl, ja chcę do Polski…

– Ich arbaiten fur Solidarność…mówię…

– ja, ja alles fur Solidarność…name und passporten bitte….

Dałem jej paszporty i czekamy. Po kilku godzinach wyszła zszopeniała wiedźma.

– alles fahren nach oboz – tam wrzysdko na fas dzega…dam wrzysdko wam sprachen…alles clar?

–  ja, ja , naturlish…kaleczę niemiecki.

I pojechaliśmy,  kawalkada maluchów, trabantów, wartburgów, vokswagenów i mercedesów do obozu.

– no widzisz mamo, przyda się ten namiot…

– jaki namiot, Jacek – wracamy….

Podjechaliśmy do obozu. Były to stare posowieckie baraki wojskowe w Traiskirchen pod Wiedniem. Patrzę na ten obóz – brakowało mi tylko napisu Arbacht Macht Frei.

– masz racje, mamo, trzeba sprzedać ten namiot.

Zanim tam weszliśmy, przypomniały mi się fragmenty opowieści Dziadka o obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen…..>>

 

 

Listy od Jacka. Złodziej i wódka.

W jednym z listów Jacek opowiada o pierwszym spotkaniu z Austrią. A właściwie z Polakami, którzy tam mieszkali…oto ten list, a właściwie scenariusz…czytam i widzę film. Nic dziwnego- Jacek jest filmowcem w Australii. Był rok 1981.. Syn z matką wybyli z Polski…

 

IMG_0418.jpg

Zdjęcie od Jacka. Oto on….

 

 

<<

“Złodziej i wódka”

 

Czerwony Maluch dowiózł nas do Wiednia około trzeciej nad ranem. Zaparkował pod dworcem głównym, ziewnął i zasnął.

Mama patrzy przerażona wokół.

– co robimy?

– mama odpocznie a ja pójdę na spacer.

– nigdzie nie chodź….

– zaraz wrócę.

 Zżerała mnie ciekawość.

 – poczekamy do świtu.

– mamo, żywej duszy wokół, zaraz wracam.

 Otwieram drzwi Czerwonego i ni stąd ni zowąd, stoi jakiś facet jak duch. Jak go zagadać, myślę.

Facet uśmiecha się głęboko.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Jurek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– mam dwie butelki, ale wie pan, nie znam cen. 

Faxt wyciąga jakąś reklamę przecen. Pokazuje Żytnią i cenę – 100 szylingów. 

– no widzi pan, to na przecenie, a ja płacę 80 szylingów – inni oferują 60. 

Patrzę na reklamę, jego uśmiech…

– dobra.

Sięgam do Czerwonego po butelki. Mama przerażona.

– uważaj…może jakaś policja.

Wymieniamy się towarem z Jurkiem.

– miłego dnia i powodzenia.

 – no widzi mama jak na tym zachodzie forsa leży na ulicy. 

– jakiś gościu patrzy na naszą rejestrację, Jacek.

 Wychodzę z Czerwonego. Gościu się uśmiecha.

– państwo z Polski…macie wódkę?, dobrze zapłacę…Zbyszek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– a ile pan płaci?

– proszę pana, promocja 70, ja płacę 60. ile pan ma?

– miałem dwie, ale już sprzedałem. 

– pewnie po 50…he, he…

– po 80 panu Jurkowi, mówił, że wszyscy go tu znają….bardzo sympatyczny.

Gościu ogląda się wokół. Patrzy na mnie i odchodzi. Słyszę jego pod nosem.

– to złodziej jebany…znów mnie okradł, kurwa, Juruś….ale uczciwie zapłacił.

Gościu zniknął tak jak się pojawił… 

 – Jacek, trzeba odpocząć, zdrzemnij się.

Położyłem się do góry nogami w Czerwonym i pomyślałem: jestem na Zachodzie a wokół  sami Polacy i zasnąłem.

Po kilku minutach snu o Zielonej Górze obudził mnie łomot pod czaszką , czyli dyskretne pukanie w okno. Nie chciało mi się zmieniać pozycji na wiszącą, więc otwieram okno. Widzę uśmiechnięta twarz do góry nogami.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Miecio jestem….

– nic nie mamy, dobranoc..

Miecio zapalił skręta, zakaszlał się na śmierć i wykrztusił.

– znów zaspałem, kurwa, a kto rano wstaje….

 No i w ten sposób poznałem pierwszych trzech Austriaków w Wiedniu…

 Wyjechałem na Zachód,  a wokół sami Polacy.

mówią, że „wszyscy go tu znają i mogą poręczyć”…

„To złodziej…znów mnie okradł, ale chociaż uczciwie zapłacił…” >>