Moje najpiękniejsze wakacje . Podróż na wczasy wagonowe.
Byłam tak mała, że nie wiedziałam co to wakacje, urlopy i wczasy.
Miałam niewiele ponad 3 lata kiedy po raz pierwszy wybraliśmy się w wielką podróż.
Przygotowania trwały dość długo, rodzice spakowali wielkie walizy i któregoś dnia opuściliśmy nasz dom i powędrowaliśmy na gorzowski dworzec.
Dobrze, że był niedaleko, należało tylko przejść przez park i potem w dół ulicą Dworcową.
Dworzec był wielki i zapełniony ludźmi. Nigdy przedtem tam nie byłam. Jedynym wielkim zgromadzeniem ludzi, które widziałam, to kościół. Ale tam ludzie siedzieli cicho , co najwyżej śpiewali i tak w ogóle nic ciekawego się tam nie działo.
Tutaj wszyscy taszczyli jakieś bardzo ciekawe tajemnicze walizki, byli czerwoni z upału, mieli zdenerwowane oczy , ciągnęli za ręce swoje dzieci.
Moi rodzice zachowywali się spokojnie i ten spokój mi się udzielał. Mogłam więc swobodnie i bez szarpania patrzeć sobie na wszystkich.
Poszliśmy dostojnie na peron i tam było podobnie jak na dworcu, tylko trzeba było uważać, aby nie spaść na tory. Należało bezpiecznie odsunąć się od wysokiego brzegu przepaści peronu i spokojnie siedzieć na walizce.
Zachwyciłam się dworcem i peronami. Od tej pory lubiłam takie miejsca
Wkrótce usłyszałam głośne sapanie i gwizd świdrujący uszy.
I nagle w wielkich kłębach dymu wtoczyło się wielkie czarne, spocone i tłuste cielsko parowozu.
Znałam bajkę Brzechwy pt Lokomotywa, więc byłam już uświadomiona i przygotowana do tej podróży.
Ten wielki parowóz ciągnął co sił straszliwie dużo jednakowych wagonów.
Ależ on musiał być silny i dzielny.
Wagony były pękate i miały rzędy drzwi z oknami, które prowadziły bezpośrednio do przedziału.
Każdy przedział miał swoje drzwi.
Niesłychane.
Zajęliśmy miejsca na ławce i wkrótce to co za oknem zaczęło gwałtownie uciekać. Siedziałam zauroczona i jak zwykle od razu poczułam się diabelnie głodna.
Więc mama wyjęła kanapki i okazałego działkowego pomidora.
Gdy nacisnęłam zębami gładki miąższ, trysnęła fontanna soku. I moja sukienka, z której byłam tak bardzo dumna- różowa w białe wzorki, wiązana na ramionach zamieniła się w pomidorową katastrofę.
Nawet mama nie krzyczała, ale widziałam, że się zasmuciła. Niestety na wydobywanie nowej sukienki z wielkiej walizy, która już była wtłoczona na górną półkę, czasu nie było. Bo zanim się obejrzeliśmy był Krzyż- czyli nasza stacja przesiadkowa.
Rodzice ponownie wytaszczyli walizy i mnie przy okazji.
Po jakimś tam czasie nadjechał inny pociąg, do którego z wielkim trudem udało się nam wepchnąć. Niektórzy pasażerowie podawali bagaże przez okna. Był potworny wakacyjny tłok. Ale myśmy mieli bilety tzw klasy I , i tam było nieco luźniej. Tato biegał wzdłuż przedziałów i w końcu gdzieś wypatrzył miejsce dla mamy i dla mnie. Sam zwykle stał na korytarzu.
Gdy nadchodziła noc, rozpoczęłam się układać do snu. Oczywiście rozłożyłam się na kolanach mojej mamy i smacznie spałam.
Gdy tylko rodzice mnie budzili bo była kolejna przesiadka, półprzytomna, ale dziarska kroczyłam z nimi , po czym układałam się i pytałam mamę- czy mogę zasnąć.
Mama się zgadzała, więc ja dalej chrapałam.
To zostało mi do dziś.
Potrafię zasnąć w pół sekundy , spać dowolnie długo lub krótko, wybudzam się kiedy trzeba całkiem przytomna po czym mogę spać dalej, jeśli tylko można. Dzięki temu przetrwałam te lata, kiedy dyżurowałam w szpitalach zwykle dwa razy w tygodniu
