Powrót do macierzystego żółtaczkowego oddziału
Po odbyciu kolejnych trzech miesięcy wylądowałam w swoim macierzystym oddziale, czyli żółtaczkowym Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej / Śliskiej.
Niestety , pomimo towarzystwa miłej koleżanki o której wspominałam, aktualnej Pani profesor Anny Jung i dr Dębskiego, godziny się ślimaczyły.
Wirusowe zapalenia wątroby tutaj hospitalizowane miały charakter przewlekający się, objawy stosunkowo rzadko były burzliwe i my, lekarze mieliśmy niewiele do zdziałania, poza obserwacją stanu chorych. Jednym słowem nudziłam się tutaj setnie i marzyłam o moich neuroinfekcjach…
Pracowała w tym oddziale też dr Krysia Derecka. Była dynamiczną, bardzo żywą pulchną blondynką. To ona opowiadała, że jako mała dziewczynka przenosiła przez podkop w murze getta paczki z jedzeniem.
Jakoś sobie radziła ze swoim temperamentem w warunkach tego oddziału, często zbiegała na dół do dyżurki i właśnie ona mnie namawiała na rozpoczęcie doktoratu.
Tematów było sporo, gdyż wówczas bardzo silnie rozbudowywała się immunologia i można było prowadzić różne badania i obserwacje.
Na materiale zebranym na podstawie badań nad odpornością u dzieci z wirusowym zapaleniem wątroby dr Dębski jak i dr Jung napisali doktoraty.
Ale ja lubiłam aktywny tryb życia, i najnormalniej nie wytrzymywałam .
Coś tam czytałam, szkoląc do tej pory nieudolnie poznany język angielski, miałyśmy zajęcia z panem, który nauczał francuskiego.
Po pewnym czasie oba te języki pomieszały się w mojej głowie i od tej pory używając jednego, wtrącałam słówka z tego drugiego.
Niestety nie miałam talentu do wchłaniania języków obcych, nie odziedziczyłam tego po Ojcu, a może po prostu za mało się przykładałam….
