Powrót do Japonii. W kolejowym wucecie .

 

SAM_9284.JPG

Właśnie bezszelestnie nadjeżdża na peron stacji w Nagoi, zjawiskowy shinkansen – nozomi

 

 

 

I nadal jestem w Japonii. Wróciłam tu za sprawą książki Joanny Bator zatytułowanej „ Japoński wachlarz”. To mój powrót  komputerowo- zdjęciowo -wspomnieniowy. Jest rok 2002 i właśnie zakończył się nasz kongres. Mamy przed pożegnaniem Japonii dwa lub może trzy  wolne dni, cudne dni tylko na zwiedzanie.

Oczywiście musimy odwiedzić  Kioto. Ta dawna stolica Japonii słynna z przepięknego położenia i urody jest istną japońską perełką. Nic dziwnego, że Amerykanie nieomal w ostatniej chwili zrezygnowali z zamiaru zrzucenia bomby atomowej na to miasto.  Ostatecznie wybrali Hiroszimę i Nagasaki. Jak to było, może opiszę później…

    Nieomal o świcie znalazłyśmy się z Kaśką na dworcu kolejowym w Nagoi. Stąd odjeżdżał pociąg zwany tajemniczo i melodyjnie Shinkansen, co znaczy po prostu” Nowa główna linia”, czyli magistrala. Wybudowano ją w 1964 r., przed olimpiadą w Tokio i łączy to miasto z Kioto i Osaką.

Wiedziałyśmy, że pociągi Shinkansen są piękne.  Ale gdy ten nasz bezszelestnie nadjeżdżał wstrzymałyśmy dech. Teraz i u nas widujemy ładne pociągi czy tramwaje, ale wówczas był zjawiskiem.

Przypominał jakieś białe  zwierzę z wydłużonym pyskiem. Nie wydawał żadnych hałasów, sunął cicho jak biały duch unoszący się na poduszce powietrznej . Ale on miał koła i szyny. To było  niesamowite dla nas przyzwyczajonych do sapania, huku zgrzytów i innych komunikacyjnych dźwięków . Oczywiście czekałyśmy z aparatami fotograficznymi, wówczas jeszcze kliszowymi i się udało, Upolowałyśmy.

Gdy się zatrzymał przed nami wsiadłyśmy z oczywistym nabożeństwem . Wagony były szerokie i przestronne. Zasiadłyśmy na czyściutkich ławkach, zresztą wszystko było świeże, pachnące i czyściutkie. Wpatrywałyśmy się w okno, a za nim już niepostrzeżenie  przesuwał się krajobraz, bo pociąg nie wiadomo kiedy ruszył . Domki japońskie wszędzie były skromne, zwykle kryte szarą a raczej gołębioszarą dachówką, żadnych pałaców czy rezydencji nie zauważyłyśmy ani też wielkich przepastnych lasów takich jak u nas. No cóż, to Japonia, westchnęłyśmy. Na tablicy podano, że gnamy z szybkością ponad 200 km/godz. A tu cicho , płynnie, łagodnie jak w domu mamy.

     W którymś momencie przypomniałam sobie o konieczności odwiedzenia WC. Zresztą nawet bez tej konieczności też bym odwiedziła, ze zwykłej ciekawości, bo zawsze tak robię. A było to dziwne, że w pociągu, który przemierza trasę w zaledwie 2 godziny, są wucety. Nasza SKM -ka ani WKD-ka nie jest wyposażona w taki komfort a jedzie czasami dłużej. No cóż, kraj cywilizowany jest  wygodny dla ludzi, zabezpiecza wszystkie potrzeby pomyślałam. Wchodzę ja do jednej z wucetowych kabin, których rząd był wzdłuż długiej ściany bardzo szerokiego korytarza biegnącego przez cały wagon chyba i cóż widzę.

Jednak pełne zaskoczenie. Bo miska klozetowa nie ma  deski, wprawdzie jest normalnej wysokości ale wąska od wejścia i długa aż pod ścianę. Już zaczęłam się przymierzać to tego, jak z niej skorzystać, przysiadać było raczej trudno, chyba , że siusiać na stojąco . Tylko czy przodem do ściany, czy tyłem. Wyobraziłam sobie siłę i zasięg strumienia moczu oddawanego w takiej dziwnej pozycji. Może to, co teraz piszę, dla światowców nie jest dziwne, budzi tylko śmiech  politowania. Ale ja nadal nie wiem, jak się siusia w takich warunkach.

W końcu podjęłam decyzję, by sprawdzić inne kabiny. Wyszłam bez skorzystania z tego dziwoląga. Następna kabina wyglądała tak samo i następna i następna w tym szeregu. I dopiero wówczas się rozejrzałam bardziej detalicznie.

I spostrzegłam po przeciwnej stronie tego szerokiego korytarza, tak samo liczny rząd kabin. Zniechęcona i zdecydowana by w końcu zrobić siusiu wszystko jedno w jakiej pozycji, bo Kioto już było niedaleko, weszłam do tych naprzeciwko. I cóż za ulga. Wszystko było tak jak u nas i deska była i kształt zwykły tylko czystość i zapach niezwykły.  Z wrażenia nie sprawdziłam, czy były jakieś guziki, z których jeden na pewno służył do uruchomienia podmywania, tak jak na lotnisku było.

Dopiero potem , gdy jeszcze raz oglądałyśmy to z Kaśką, ona chyba zauważyła napisy, że po jednej stronie są toalety dalekowschodnie a po drugiej europejskie.

 I tak nam minął czas tej odkrywczej podróży.

Bo już pociąg niepostrzeżenie, bez szarpania, gwałtownego hamowania zatrzymał się na stacji Kioto…..