Cała tę Rodzinkę – Jadzię ( moją kuzynkę ) i Józia oraz ich dzieci bardzo lubiłam. Byli dowcipni, weseli, uczynni i związani z moimi Rodzicami i resztą rodziny.
Mieszkali w Poznaniu.
Ich synowie- Tadeusz i Marian to były szalone chłopaki, nazywaliśmy ich Lisiakami.
Józek musiał założyć wysoką siatkę nad balustradą balkonu, bo wyrzucali różne przedmioty na ludzi przechodzących ulicą . Gdy rodzice wychodzili z nimi na spacer, trzymali synów na smyczach upiętych na szczelnie założonych szelkach. Pamiętam taką wyprawę z nimi . Usiłowałam dojść do pobliskiego parku, w którym mieściła się przepiękna palmiarnia. Należało tylko pokonać kilka dość szerokich ulic. Lisiaki hasały jak małe zwierzątka, smycze się plątały, splatały , więc wróciłam spocona i na taki kolejny wyczyn zabierania ich na spacer nigdy już potem nie miałam ochoty.
Józek pracował na lotnisku Ławica. Kiedyś został wezwany na wartownię. Powiedziano mu, że tam czekają na niego synowie. Wstępnie się tylko zdumiał , przecież byli w przedszkolu- sam ich tam zostawił, potem się zdenerwował i pognał na tę wartownię. A tam sobie najspokojniej siedziały dwa czarne diabełki, wybrudzone do granic nierozpoznawalności , ale bardzo zadowolone z siebie. Okazało się, że jednogłośnie podjęli decyzję, by porzucić nudne zajęcia przedszkolne i wybrać się do ojca- bo lotnisko było bardzo ciekawym miejscem. Najspokojniej w świecie opuścili przedszkole i podążyli ulicami Poznania na przystanek autobusowy. Gdy nadjechał autobus, wdrapali się po stromych schodkach i zajęli miejsce na siedzeniu. Nikt ich nie zatrzymywał, a może nawet ktoś im pomagał, bo mieli wtedy Tadek 4 a Marian 3 lata. Przy okazji wybrudzili się jak nieboskie stworzenia, ale dotarli do celu.
