Psie macierzyństwo…

Dzisiaj jak zwykle przywitała mnie Leza, czyli Fortaleza od miasta w Brazylii, gdzie wieść o białym piesku przyszła i ochota, by takiego zaprosić do swojego domu.

Mały, gdy usłyszał, że ktoś wszedł, gwałtownie umknął.

Zapytałam więc Lezę, gdzie twój synek. Od razu zrobiła w tył zwrot i pognała do pokoju. Po chwili wyszli obydwoje zza fotela…Maluszek właśnie ukończył 5 tygodni, ma już 5 zębów ostrych jak szpileczki, ale na szczęście nie są to jedynki, więc mama łaskawie pozwala mu na ssanie swojego cycka, bo pewnie nie gryzie zbyt silnie…Leza wskoczyła na kanapę, by zażyć chwili spokoju, a Porto Pollo  przysiadł przed kanapą i zrobił uroczyście siusiu. W tym temacie już wydoroślał, nie  siusia na miękkie wspólne legowisko ale bardzo chętnie na podłogę. Ponoć należy mu położyć gazetę i wtedy zrozumie, że tylko tam wolno. Potem gazetę trzeba stopniowo przesuwać w stronę drzwi wejściowych by potem już wypuszczać w wiadomym celu na podwórko. Zobaczymy jak będzie przebiegała edukacja. Na razie jest rozkoszny taki jaki jest.

Ogródek już poznał, bo wczoraj był tam po raz pierwszy, najpierw bał się trawy, która go łaskotała w brzuszek, ale potem radośnie ganiał za piłeczką.

Gdy jego mama się wylegiwała  kanapie, Porto przytruchtał do mnie i gdy znalazł miękką skarpetkę na mojej nodze zaczął ją  podgryzać.

Po chwili mama zeszła łaskawie na podłogę a wtedy maluch pognał w jej kierunku i przyssał się do piersi…fajnie tak obserwować jak rośnie i rozwija się mały piesek….i czułość ogarnia, widząc, jak dość wiekowa, bo 9 letnia matka po raz pierwszy poznała smak macierzyństwa i zdaje egzamin na szóstkę!

 

 

SAM_8680.JPG

 

 

 

SAM_8717.JPG

 

 

SAM_8735.JPG

 

 

SAM_8788.JPG

 

 

SAM_8791.JPG

 

 

SAM_8797.JPG

Z Ewą….

 

SAM_8802.JPG

 

 

SAM_8819.JPG

 

 

SAM_8825.JPG

Potem Leza powędrowała na legowisko, był mały mógł spokojnie konsumować, a sama pozowała do zdjęcia….

 

SAM_8827.JPG

 

 

 

Gdy Leza pobiegła by mnie pożegnać, mały się gramolił za nią- dzielnie sobie daje radę…

 

 

 

SAM_8870.JPG

 

Na medycznej ścieżce. Staż specjalizacyjny w oddziale noworodkowym…

Nareszcie staże specjalizacyjne

 

Gdy zostałam zatrudniona w tym szpitalu, od razu otworzyłam specjalizację. Wówczas nie było żadnych egzaminów, jak obecnie, należało jedynie złożyć mnóstwo różnych dokumentów, zgód miejscowych władz i poczekać na ostateczne potwierdzenie z placówki, która ostatecznie decydowała o tym otwarciu.

Wkrótce wszystko było załatwione, ale to nie oznaczało żadnego postępu w tej sprawie.

Teraz wszystko zależało od ordynatora, czy zgodzi się na moje wybywanie z oddziału w celach  odbycia w innych szpitalach wymaganych tzw . stażów i niezbędnych kursów.

Od wieków było to i jest nadal trudny do rozwiązania problemem , gdyż oznacza to ubywanie w tym czasie rąk do pracy. I pomimo, że w tym czasie pełniłam obowiązkowe dyżury, na oddelegowanie czekałam około rok.

Wreszcie odetchnęłam, gdyż okazało się, że mogę się stąd wydostać na jeden miesiąc stażu specjalizacyjnego.

Wybrałam pobliski Szpitala Położniczy  przy ul.  Żelaznej a właściwie jego na Oddział Noworodkowy.

Lubiłam te noworodasy , które zachowywały się czasem jak starcy- pomarszczone skóry w kolorze świeżej wołowinki, te rozkosznie szeroko ziewające gębusie i różne śmieszne miny. Aż dziw, że ledwie to opuściło brzuch mamy, a już jest takim małym człowieczkiem.

W tamtych czasach nie było USG, więc nikt nie widział co tam siedzi w brzuchu mamy.

Na ok. 30 noworodków były zaledwie dwie lekarki, które miały dużo pracy. Bo i codzienne powtarzane obchody, odbieranie noworodków w Sali porodowej i Sali operacyjnej , opieka nad wcześniakami i tłumne wypisy do domu. Ponadto wszystko wymagało nieustannej pisaniny, wypełnienia książeczek zdrowia dziecka itp.

Obrót był tam jak w fabryce. 

Dziewczyny naprawdę się uwijały, starałam się trochę je odciążyć, ale ok. 13 wychodziłam do domu.

Tam czekała moja, spragniona obecności mamy rodzina….