Na medycznej ścieżce. To co było pomiędzy Sienną i Śliską.

 

 

Artykuł z wczorajszej Gazety Wyborczej

 

 

 

 

 

 

 

Od kilku dni  przebywam duchem w niepowtarzalnej atmosferze mojego dawnego , nieistniejącego już Szpitala Zakaźnego im. Dzieci Warszawy, dawniej nazywanego od nazwisk fundatorów Szpitalem Bersonów i Baumanów.

I wczoraj, dziwnym zbiegiem okoliczności,  znajduję w Wyborczej wiersz o ostatnim dramacie dzieci żydowskich i ich opiekuna- Janusza Korczaka.

Poeta wymienia dwie bardzo mi bliskie i znajome ulice: Sienną i Śliską.

Gdy czytam, serce bije żywiej i fala wzruszenia ściska za  gardło.

Idę śladami , które zaznacza poeta.

Szukam w  necie.

Potwierdza się to, co opowiadano w moim  szpitalu, że w latach 1903- 1912 pracował tutaj Janusz Korczak. Bezpośrednio po ukończeniu studiów stawiał na Siennej swoje  pierwsze kroki w pediatrii . To niesamowite, że chodziłam tymi samymi przepięknymi szpitalnymi schodami, uczyłam się tutaj pediatrii i nieomal kontaktowałam się z  wyraźnie nadal żyjącymi  duchami…

Ale w swoim wierszu poeta wspomina o innym miejscu, także zamkniętym tymi magicznymi ulicami – Sienną i Śliską. Tam w ostatnim czasie przed ostateczną zagładą, mieścił się sierociniec  prowadzony  przez Janusza Korczaka. Stąd  wyruszył ze swoimi dziećmi w ostatnią podróż .

Obecnie  jest tam Pałac Kultury i Nauki i jedynie tablica przy mieszczącym się w nim Teatrze Lalka przypomina o dawnych czasach …

Oba odcinki tych ulic – mój, wolski i tamten- śródmiejski przedziela utworzona po wojnie oś ulicy Jana Pawła.

To zupełnie niesamowite ile stron historii, uczuć, dramatów ludzkich zamykają te dwie jakże mi bliskie  ulice Warszawy- Sienna i Śliska.

Pewnie niedługo mój stary szpital zniknie z horyzontu Warszawy.

Ocalić od zapomnienia mogę tylko tym wpisem.

Zostaną tylko słowa….nie zwyczajne i nieomal puste, ale nabrzmiałe od wspomnień i wzruszeń

Losy moich Rodziców. Wieczerza wigilijna.

Gdy nadszedł wieczór wigilijny, moja przyszła Mama z trudem usiłowała wyhamować wewnętrzne drżenie.

Oczywiście o właśnie rodzącym się zmroku przyszedł po nią Wacław.

I wówczas już opanowana, spokojna, podążyła z nim do  rodzinnego domu Łukaszewiczów. Powitali ją serdecznie , od razu przełamując pierwsze lody. Za chwilę siedziała przy rodzinnym stole, a obok niej rozsiadła się cała rodzinka. A była liczna pogodna i przyjazna. Czuła się tam swobodnie, nikt specjalnie nią się nie zajmował, więc wkrótce i ona rozpoczęła się uśmiechać.

Spod rzęs obserwował ją Wacław i nadal się nią zachwycał.

Obok niej przydzielono miejsce ojcu Wacława, Tomaszowi. Był dyskretny, delikatny i spokojnie zadawał jakieś niekrępujące pytania.

Właściwie na temat jej rodziny nie padło żadne pytanie. Może oczekiwali, że sama opowie. Ona jednak na ten temat milczała i tylko chętnie opowiadała o szkole, o swoich zajęciach z młodzieżą i miłych kontaktach z nauczycielami.

Oczywiście najważniejsza była ceremonia wigilijna.

A więc wspólna modlitwa nad stołem z tradycyjnymi potrawami. Potem łamanie się opłatkiem , składanie sobie życzeń. Potem było wspólne śpiewanie kolęd. Piękne głosy niosły się daleko, a słowa znajomych jej kolęd sprowadziły na Stefę  kolejne fale wzruszeń, tęsknotę za domem i po chwili widziała już tylko swoje góry sięgające ogromnego gwiaździstego nieba.

I   wtedy ukradkiem ocierała łzy.

A biesiadujący nie okazywali, że to widzą….