Dwa w jednym.

 

 

0.JPG

I w tym wirtualnym mieście pojawiła się połowa mojego wiejskiego  domku …

 

1.JPG

I moje kwiaty widzę….

 

 

 

Niedawno wróciłam z centrum stolicy. Smętny tam widok domów oblepionych szmatami , szumnie i cudzoziemsko billboardami zwanych ( ale też opisywanych po „ Polsku” jako bilbordy ) , zanurzony w wielkim ruchu samochodów, hałasie, biegu tłumów.

Oj , to nie jest ta Warszawa sprzed ponad 40 lat. Wtedy jej centrum może też nie było zbyt ładne, ale przynajmniej oglądane  młodymi oczami. Teraz już nie te oczy i nie to miasto. Rozmawiam ze znajomymi, którzy może dlatego że też się zestarzali, postrzegają to teraźniejsze miasto tak jak ja.Może…

Jedno jest pewne, że w czasie tego półwiecza przybyło mnóstwo samochodów i ostatnio bardzo wiele osób  przyjeżdża tutaj do pracy. Znam ludzi, którzy codziennie dojeżdżają z Radomia czy Łodzi . No cóż, wielkie przemiany polityczno społeczne w naszym kraju zmiotły istniejące tam zakłady, a ludzie często lądowali na przysłowiowym bruku, zbyt często ….tak, dużo się tu ostatnio zmieniło ….tempo życia jest inne, nieznane nam kiedyś wyścigi szczurów się pojawiły,  pościg za modą, młodością, do pełnych półek w sklepach licznych marketów . Tak, ludzie gnają przed siebie, depcząc innych a duża część społeczeństwa coraz bardziej się zapada , często sięgając przysłowiowego dna.  Jak długo jeszcze będzie nakręcała się ta spirala ? nie wiem, pewnie w nieskończoność. No cóż, to cena przemian, po prostu” taki mamy klimat „….

     Tymczasem ja uciekam z centrum stolicy, uciekam  tam gdzie przysłowiowy pieprz rośnie, a właściwie na moją wieś , gdzie pieprz jedynie w miejscowym sklepiku kupić można.

Gdy więc zupełnie  przemielona, skotłowana  tumultem  miasta, zostaję wyrzucona z kolejki WKD na michałowickie bezdroża, widzę domki otulone ogródkami, przemierzam małe uliczki pod koronami starych drzew i oczy napawam zielenią i wielką ciszą i wielkim błękitem nad głową.

Tu pełen spokój , bilbordów nijakich nie widać, ludzi niewiele, równina mazowiecka jeno.

Aż zabrzęczała zadzwoniła w uszach ta  cisza, nieliczni przechodnie gdzieś pod ogrodzeniami przemknęli jakiś spóźniony samochód przejechał.

Oj, wsi spokojna, uśpiona , za tobą przecież już zdążyłam zatęsknić. Mam ciebie w genach, we krwi półwiejskiej przecie, półgóralskiej, półwileńskiej i Bóg sam wie jakiej jeszcze .  Ale urodzona w mieście jak na owe czasy dość dużym, bo w chyba 100 tysięcznym Gorzowie, hodowana w wielopiętrowych kamienicach a potem przez 40 lat hodująca własne dzieci  w bloczydle żoliborskim zostałam zarażona miejskim bakcylem.

I dlatego też  będąc na wsi tęsknię za miastem i odwrotnie. Jednym słowem stoję w dużym rozkroku , przestępując z nogi na nogę.

    I posiedziawszy na mojej wsi , zrobiwszy zdjęcia wszystkiego co kwitnie w ogródku, zająwszy się oglądaniem aparatu fotograficznego, nagle napotkałam w nim jakiś program , który okazał się całkiem zabawny.

W ramach zabawy skorzystałam z niego i teraz mam dwa w jednym : 

Jakieś duże miasto do którego zawsze tęsknię i obrazki wiejskie.

Miasto jest piękne i pięknie milczy na moje szczęście , tłumy gdzieś zniknęły.

I jest super…..

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

4.JPG

 

 

5.JPG

 

 

6.JPG

 moje kwiaty wylądowały na bilbordach…

 

 

1.JPG

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Ślub Helenki i zabawne wydarzenie z Mirkiem w roli głównej.

Ze ślubem Heleny i Wojtka wiąże się trochę zabawne wydarzenie,  z Mirkiem w roli głównej. A było tak.

Zaproszono nas na ich ślub przed południem cywilny a po południu kościelny. Poranny ślub odbył się w odpowiednio poważnych nastrojach . Po ceremonii  w Pałacu Ślubów, który wówczas mieścił się na Placu Zamkowym, wszyscy grzecznie poszli do domów. My wróciliśmy do naszej kawalerki, gdzie czekała kilkumiesięczna nasza córeczka Justynka. Mirek wpadł w dobry zabawowy nastrój. Pracując w ciągu tygodnia zwykle do późnych godzin, na zabawy z dzieckiem miał niewiele czasu. Tak więc teraz wykorzystał wolne chwile i rozpoczął igraszki na dywanie.  Dziecko raczkowało, a Mirek ganiał za nią na czworakach. W pewnej chwili wpadł na oryginalny pomysł. Przyłożył sobie do czoła zabawkę, która była kulą z paciorkami w środku i miała długą nóżką zakończoną przyssawką. I właśnie tę przyssawkę przyłożył sobie do czoła, a ona łapczywie wessała się w podłoże. Mirek bojowo potrząsał głową, w zabawka huśtała się na jego czole, grzechocząc przeraźliwie  powodując wielką radość Justunki. Ogólnie nastrój był radosny. Przypomnieć muszę ,że wszystko się działo na naszych 28 metrach kawalerki, gdzie jeszcze mieszkała z nami opiekunka Justunki- ciocia Wiera Leoszko.  W tym galimatiasie, zwykle zasiadałam w obecnie kultowym fotelu o kształcie muszli, odwracałam fotel tyłem do pokoju, mając przed oczami jedynie ścianę i oczywiście podręcznik. Ponieważ w takich warunkach świetnie mi się uczyło, zwłaszcza, że Mirek uwielbiał dodatkowo włączać radio . Rzadko tylko uczyłam się w wc, siedząc wygodnie na desce klozetowej, czując pod plecami rurę kanalizacyjną i opierając się o brzeg wysokiej krótkiej wanny zakuwałam do kolejnych egzaminów.

Ale jak zwykle wpisuję dygresje, które same się cisną pod klawiaturę. Proszę o wybaczenieJ

Wracam zatem do owego sobotniego popołudnia, kiedy to mieliśmy się zjawić na ślubie kościelnym  Heleny i Wojtka.  Gdy nadeszła pora, by się przygotować do uroczystości, Mirek przerwał wesołą zabawę z pierworodną. I wówczas odkleił z czoła przytwierdzoną tam wcześniej zabawkę. Z sykiem mlaskaniem i pewnym trudem owa przyssawka się odkleiła czyli odessała  od jego czoła. I wówczas wszyscy zobaczyliśmy to, co się pokazało.

A pokazała się pięknie centralnie położona na czole Mirka wielka okrągła krwistoczerwona plama o bardzo regularnych kształtach. Próbowaliśmy ten krwiak posypywać jakimś pudrem, ale na nic się to nie zdało. Ja w takiej sytuacji chciałabym się zapaść pod ziemię, i w żadnym razie nie poszłabym „do ludzi”. Ale Mirek, który miał zawsze wielkie poczucie humoru, dystans do siebie i całkowity brak wstydu, lęku przed śmiesznością. jednym słowem  był i jest facetem całkowicie pozbawionym kompleksów, wystroił się w najlepszy garnitur, starannie dobrał krawat i po chwili był gotów do wyjścia. Patrzyłam na niego z obawą i niejakim wstydem. Ale jeśli on nie miał wątpliwości, to powiedziałam sobie; a niech tam….i poszliśmy, tzn pojechaliśmy autobusem 122. Weszliśmy do przedsionka kościoła św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży jak zwykle, z niewielkim opóźnieniem. Miałam nadzieję, że staniemy gdzieś z tyłu , a wszyscy będą zainteresowani jedynie młodą parą i nam się upiecze.

Jednak było inaczej. Otwieramy wielkie skrzypiące kościelne wrota i nagle widzimy skłębiony w kruchcie tłum. Słysząc hałas otwieranych drzwi, wszyscy jak jeden mąż, odwracają głowy w naszą stronę i  wtedy ktoś wybucha śmiechem. Powoli dołączają inni. Gęsta ponura atmosfera w tej kruchcie pęka jak świeży lód na rzece, jest wesoło, radośnie i czuje się jak zaczyna panować  wszechogarniający luz.

A jak bardzo był ten luz potrzebny to osobna historia.  Otóż okazało się, że organista się zapił i nie dotarł o określonej porze do kościoła. Wobec tego ceremonia nie mogła się zacząć. Panowała konsternacja, ktoś pognał szukać innego organisty, ksiądz się pocił w swoich szatach w zakrystii, para młoda tężała w kruchcie, goście coraz bardziej stłoczeni w przedsionku czuli się niepewnie i odczuwali niejaki dyskomfort. A wejść do kościoła przed parą młodą się nie godziło. Nasze przybycie i oczywiście niezwykła ozdoba czoła Mirka spowodowało ogólne rozluźnienie atmosfery. Wspominamy to wydarzenie nieomal przy każdej okazji, zaśmiewając się radośnie.

Oj nie ma to jak facet, który zupełnie się nie liczy i nie peszy tym co ludzie powiedzą. Tak ma przez całe życie. Podziwiam , to jest bardzo fajna cecha…