Na medycznej ścieżce. Prezent.

Piękny prezent

 

Anula zawsze tonęła w długach, w końcu sama wychowywała dwoje dzieci i musiała utrzymać dom . Wiedziałyśmy o jej sytuacji, ale opowiadała o tym na takim luzie, że  w końcu przestałyśmy się tak bardzo  tym przejmować.

Ale gdy pewnego dnia wkroczyła do dyżurki i od razu pokazała swój nowy pierścionek i bransoletkę- piękny to był komplet, nie uniknęła naszych pytań:

 Jakie to piękne. Skąd to masz?

A ona najspokojniej odparła, że mając w kieszeni pewną niewielką sumę, zastanawiała się jak ją rozdzielić, by starczyło do przysłowiowego pierwszego. Właśnie dochodziła do wniosku, że nie wystarczy…

.I wówczas dostrzegła na wystawie jakiejś galerii ów srebrny komplet.

Tak bardzo zapragnęła go mieć, że nie oparła się pokusie. Zresztą wcale nie próbowała. Miała szeroką radosną duszę i pański gest.

Zebrała wszystkie swoje moniaki i najzwyczajniej w świecie sprawiła sobie prezent….

 

Na medycznej ścieżce. Wizyta wujka i jego świetny ale niezrealizowany przez nas pomysł.

Ale przedtem, tj jeszcze w naszej kawalerce zakuwałyśmy do końcowych egzaminów. A było ich dwanaście. Najważniejsze z nich i wielkie jak kobyły to były interna i pediatria.

Jednak każdy przedmiot, nawet mniej obszerny, wymagał intensywnej nauki. Siadywałam więc dość często w naszej mikroskopijnej łazieneczce na desce sedesowej, opierając kolana o umywalkę  i nocą gdy wszyscy spali , przytulałam się do przyjaznej ciepłej rury, wpierając się w nią plecami.

Któregoś dnia przybyła do mnie Teresa Mroczek i uczyłyśmy się sądówki. Usiadłyśmy w kącie naszego jedynego pokoju i wkuwałyśmy . Może minęła godzina względnego spokoju, Justyna była na spacerze,  gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Nikogo się nie spodziewałam, więc niechętnie podeszłam i otworzyłam. To środka wtoczył się niewysoki, ale korpulentny wesolutki człowiek, który się przedstawił, że nazywa się Adolf i jest kuzynem mojej Teściowej. Mieszka na zachodzie Polski, a do Warszawy przybył w interesach. Znałam go z opowiadań, wszystko się zgadzało, więc podałam mu resztki obiadu . Rozsiadł się wygodnie i obserwował nas i zagadywał , gdy usiłiwałyśmy skupić myśli i kontynuować  naukę .

Jednak w tych warunkach nie było to możliwe, wobec tego otworzyłam barek i poczęstowałam go jakimiś trunkami. Było tego trochę, bo w naszym domu właściwie nikt nie pił, więc z imprez zostawały jakieś resztówki. Ucieszony wuj, żłopał wszystko po kolei, nawet poszły stare adwokaty i resztki likierów.

Podałam też jakiś napój Teresie, która również ochoczo opróżniała kieliszki , mimo, że była bardzo chora i nigdy nie piła na imprezach. Atmosfera stawała się coraz bardziej rozluźniona.

Przybył Mirek , dostał uratowane resztki obiadowe, zasiedliśmy przy stole i wówczas wuj patrząc na nas litościwie zadał bardzo ważne , podsumowujące jego naturę , pytanie.

” A dlaczego wy tak się męczycie z tymi egzaminami. A nie możecie sobie tego kupić? „ Wybuchnęłyśmy śmiechem, właściwie to miał rację ten prosty, bezpośredni człowiek- po co się męczyć? Oczywiście z jego rad nigdy nie skorzystałyśmy, ale w naszych głowach zasiał myślenie i pewien niepokój – pewnie jego doświadczenie z życia wzięte, a nie wymyślone… może i tak w życiu bywa. I powiedzenie, że wszystko można kupić jest prawdziwe:-)

Tereska opowiadała potem, że ledwie doszła do tramwaju na Sadybę, który jechał wzdłuż Wisły ulicą Powsińską , a tory biegły bokiem  cudnej jezdni wyłożonej ogromnymi kocimi łbami. Jakoś wdrapała się do tramwaju a potem doznawała cudownego uczucia, że frunie nad falującą ulicą.

Z tego wydarzenia zaśmiewała się długo, gdy wspominałyśmy te czasy.