W tym szpitalu nauczyłam się też jednego.
Nie należy nigdy myśleć, że choroba jest beznadziejna, bo zdarzają się nieomal cuda.
Przykładem była maleńka, kilkumiesięczna wtedy dziewczynka Klaudia K. ( doskonale pamiętam nazwisko, ale oczywiście celowo nie podaję).
Cierpiała na tzw. zespół Westa, który manifestował się napadem skłonów. Wyglądało to dramatycznie. Spokojnie leżące dziecko, a nawet śpiące, w napadzie nagle zupełnie unosiło tułów i przyginało go do nóżek. Potem znowu opadało do poprzedniej, leżącej pozycji. Potem następował kolejny skłon. Powtarzało się to rytmicznie, kilkakrotnie w czasie kilku minut. Dziecko było wyczerpane, słabiutkie, było bardzo opóźnione w rozwoju psychoruchowym. Nie było skutecznych leków na to schorzenie a i napad trudno było przerwać typowymi lekami przeciwpadaczkowymi.
W tej sytuacji konieczna była diagnostyka centralnego układu nerwowego. Jak już pisałam poprzednio w tych czasach, tj. późnych latach 70 ubiegłego wieku nie było USG, tomografii komputerowej , nie mówiąc o rezonansie.
Jedynym badaniem, w którym można było uwidocznić struktury mózgu i przestrzeni płynowych była odma czaszkowa.
Już wspominałam o tej technice, ale powtórzę w tym miejscu. Należało wykonać nakłucie lędźwiowe, upuścić sporo płynu mózgowo- rdzeniowego a następnie podać taką samą objętość powietrza. Dalszy etap należał do siostry oddziałowej, która umiała jak nikt w tym szpitalu tak kołysać dziecko, by powietrze dostało się do komór bocznych mózgu . Potem wykonywano zwykłe zdjęcie rentgenowskie czaszki na którym powietrze uwidaczniało te przestrzenie, gdzie się dostało. Oczywiście przy prawidłowej budowie mózgu i komór bocznych obraz był jednoznaczny, taki jak w atlasach anatomicznych.
U maleńkiej Klaudii takie badanie wykonywałam po raz pierwszy w życiu, oczywiście pod nadzorem pani Ordynator.
Wszystko się udało.
Niestety obraz uwidoczniony na podstawie tego badania był przerażający. Ta dziewczynka miała bardzo poszerzone i nieregularne przestrzenie płynowe i zniszczone znaczne partie mózgu . Obraz był jednoznaczny na tyle, że opadły mi ręce.
Wydawało się, że w tej sytuacji nic i nikt nie pomoże temu dziecku.
Bardzo to przeżywałam, dziewczynka została wypisana do domu i od tej pory obraz tego biednego dziecka zatonął w powodzi innych wydarzeń.
Po kilku – chyba trzech latach , jak zwykle rano wchodziłam do oddziału.
Zobaczyłam dr Czachorowską, która na korytarzu rozmawiała z jakąś panią a obok podskakiwała radośnie pięknie rozwinięta dziewczynka. Mogła być pokazywana na okładkach czasopism dla dzieci jako okaz zdrowego malucha.
Pani dr Czachorowska mnie zatrzymała i zapytała czy pamiętam Klaudię K. Odparłam, że nigdy nie zapomnę. A Ona na to z uśmiechem- właśnie to jest ta sama Klaudia.
Zatkało mnie na moment, ale przytomnie oznajmiłam, że super, że bardzo się cieszę i jaka fajna z niej wyrosła dziewczyna ….
Od tej pory uwierzyłam, że w medycynie zdarzają się cuda. I że nigdy nie należy ferować ostatecznych wniosków.
Po latach , gdy już pracowałam u Pani Prof. Wyszyńskiej w CZD spotkałam się też z jej podobnym spojrzeniem.
Zawsze podkreślała, że nawet najbardziej chorym pacjentom nie należy mówić, że nie mają szans. ….
Bo nie można przewidzieć jak zadziała ręka losu…
