Na medycznej ścieżce. Spotkanie w bibliotece szpitalnej…

Muszę napisać o jednej z koleżanek – Anuli Ipnarskiej .Była taką osobowością, że gdy pomyślę Sienna- od razu poza kilkoma innymi lekarzami, myślę o Anuli.

Gdy przybyłam do zespołu lekarzy Szpitala przy ul. Siennej/ Śliskiej , zebrali się lekarze tego szpitala w pięknej Bibliotece Szpitalnej. Mieściła się na trzecim piętrze, oddzielając dwa skrzydła oddziału żółtaczkowego . Pachniała świeżą pastą do podłóg i  trochę tylko kurzem książkowym. Wysokie ciężkie staroświeckie regały sięgające sufitu były szczelnie wypełnione medycznymi dziełami. Widać było ich pięknie zdobione złocone barwne grzbiety. Ulokowane na najwyższych półkach chyba były rzadko wydobywane, w tych czasach bardziej zdobiły, niż nauczały. Może nie mam racji, przecież w medycynie ważne są wszystkie okresy poznawania człowieka i jego chorób, ale tam raczej nikt nie zaglądał.  Na niższych półkach były podręczniki używane częściej oraz tomy literatury fachowej. Żałuję, że nie miałam czasu by zajrzeć na te górne półki.

Wracając do mojego pierwszego dnia pracy, po zebraniu , wychodziłam  z namaszczeniem i niejakim wzruszeniem z tej biblioteki.

Jeszcze na poziomie tego piętra, tuż za drzwiami podeszła do mnie duża błękitnooka dziewczyna. Miała w sobie taki urok,  że nawet w pierwszej chwili nie dostrzegało się ubytków w jej uzębieniu. Oznajmiła, że nazywa się Małgorzata Ipnarska, ale zwą ją zwyczajowo Anulą i pracuje tutaj już pół roku. Polubiłam ją od razu.

Razem schodziłyśmy po tych magicznych schodach- oj, chyba włamię się do tego szpitala, który już nie funkcjonuje, by zrobić zdjęć wnętrza. Gdyby była ze mną Gonia, gorzowska bardzo bardzo dobra znajoma, na pewno by to się udało. Jest mistrzem w pokonywaniu takich trudności , widziałam ją w akcji pokonywania zamkniętej na kłódkę bramy w kamienicy przy ul. Próżnej.

Po tym zebraniu rozeszliśmy się do swoich oddziałów. Anulka już była na neuroinfekcjach a ja zostałam na żółtaczkach. Wróciłam więc w połowie drogi na ostatnie piętro i tam poznałam Anię Jung- obecną profesor, kierownik Kliniki Pediatrii Centralnego Wojskowego Szpitala w Warszawie. O Niej już wspominałam wcześniej.

Ale w przerwie kawowej od razu pognałyśmy na sam dół, do dyżurki. I tam ponownie rozpoczęłam rozmowę z Anulą. Była ciekawa mojego życia, więc opowiedziałam pokrótce, ona zrewanżowała się tym samym. A miała co opowiadać, oj miała…..

Nie ma jak przyjaciele.

 

Wszystko splata się wg jakiegoś centralnego niebieskiego planu.

Im dłużej żyję, tym coraz częściej dochodzę do takiego wniosku.

No na przykład mój powrót do Gorzowa. Niespodziewany, wcale nie upragniony. Przypadkowy nieomal.

Wedzia ( czyli wnuczka Weronika) namówiła mnie by zakupić laptop, potem łącze internetowe, a następnie  zapisała mnie do Naszej Klasy. Ot, była taka moda, ja na emeryturze, więcej wolnego czasu. Czasu bardzo cennego, bo przeznaczonego wyłącznie dla siebie. Przez całe moje dość intensywne życie nie miałam takiej okazji i teraz cieszyłam się tym własnym, wolnym czasem jak dziecko pierwszą zabawką.

Gdy już się znalazłam w portalu Nasza Klasa pomyślałam do dawnych kolegach. Oczywiście poszukiwania rozpoczęłam od czasów licealnych, gorzowskich. Znalazłam kilka osób, napisałam maile. Odpowiedzieli.

I czułam , jak powoli wsysa mnie moja przeszłość. Ożywa , pulsuje i wzywa do konfrontacji. Konfrontacji tego co zapamiętałam, z rzeczywistością .

 

I właśnie dlatego przed czterema laty, po 40 latach nieobecności,  wróciłam do Gorzowa .  Spotkanie z kolegami ze szkolnej ławy było miłe, ale zresztą tak, jak w czasach szkolnych, co mnie stale zadziwia- ludzie których kiedyś lubiłam nadal byli bliżej niż ci, którzy kiedyś byli obojętni. Jednak z nikim nie znalazłam wspólnych, interesujących i porywających mnie tematów.

I wówczas  dowiedziałam się, że istnieje portal społecznościowy o nazwie Moje Miasto Gorzów( MM Gorzów). Na fali uruchomionych wspomnień i obudzonej z wieloletniego uśpienia  sympatii do tego miasta rozpoczęłam pisaninię do tego portalu. 

W tym też czasie zauważyłam grupkę znakomitych ludzi, których artykuły i komentarze wyróżniały się na tle innych.

Po nitce do kłębka, dążąc z dwóch przeciwległych stron- ja z okolic podwarszawskich a Oni z mojego Gorzowa, spotkaliśmy się na tej drodze. I okazało się, że  znajomość była trafiona, poważna i trwała . A nawet mogę powiedzieć, że posiada cechy przyjaźni.

Teraz nasze MM- kowe relacje trochę się rozluźniły, zresztą nasz portal zmienił swój charakter. Ale cóż się na świecie nie zmienia, panta rei….

Z większością nowych znajomych nie mam stałych kontaktów , ale wiem, że gdzieś są w świecie, działają w swoich blogach, innych portalach.

Ale o nich czasami myślę i odnoszę wrażenie, że wystarczy telefon lub mail i znowu mogę być z nimi blisko.

Najważniejszą Znajomością z tego okresu jest gonia. Pewnie jeszcze nieraz będę o niej wspominała, bo jest wspaniałym przewodnikiem – nie tylko prezesem klubu turystycznego  o melodyjnej i ciepłej nazwie „ Nasza Chata” ale też wielkim znawcą naszego wspólnego miasta- Gorzowa. Tak więc przy okazji moich powrotów do tego miejsca urodzenia, na pewno będzie o goni.

Dziewczyna to poważna , aktywna i niestrudzona w znoszeniu moich wahań nastrojów i stawiania mnie do pionuJ

Jestem Jej za to bardzo wdzięczna.

Jednym z wyrazów tego stawiania mnie do pionu jest przysyłanie mi zdjęć z Gorzowa , z cudnej bujnej przyrody podgorzowskiego krajobrazu oraz zdjęć mojej ulicy, pobliskiego najpiękniejszego na świecie wzgórza oraz  domu, w którym mieszkałam.

W ogrodzie michałowickim rośnie gorzowski kasztanek i lipka wyhodowane przez gonię i przez nią przytransportowane.

A także posiadam ekspozycję kamieni brukowych mojego starego Gorzowa, zbieranych przez tę niewielką Dziewczynę do plecaka i również dostarczonych do naszego domu. W ten sposób spędzam czas wśród fragmentów mojego miasta i nie mogę o nim zapomnieć co nie pozwala mi wpadać w mazowiecki marazm.

Oczywiście wszystkich zapraszam do oglądania tej ekspozycji i wspólnej zadumy nad tematem dowolnym….

 

Tak więc po tym przydługim wstępie pragnę zaprezentować ważne cechy mojej bliskiej Koleżanki.

O Jej szybkości i skuteczności działania  świadczą zamieszczone pod tym wpisem zdjęcia.

Otóż po przeczytaniu mojej opowieści o siostrze Babci- Oli i gorzowskim domu jej dzieci, tego samego dnia pognała na odległą od Jej miejsca zamieszkania ulicę i ów dom obfotografowała, nawet przez dziurę w parkanie.

 

Więc mogę teraz wrzucić tutaj za zgodą autorki te prawie gorące zdjęcia .

Miałam  jedynie pewne wątpliwości, do jakiego rozdziału przydzielić ten wpis i zdjęcia.

Ale ostatecznie zdecydowałam, że gorzowskie klimaty znajdą się w rozdziale zatytułowanym „ Powroty”

Może kiedyś moje wnuki i bliscy oraz dalecy znajomi zajrzą do tego miasta, bo naprawdę warto …..

Jeszcze raz dziękuję goni za chęci, wysiłek i ostateczny efekt – bliskie mi zdjęcia …..oto one

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gorzów ( dawny Landsberg). Skrzyżowanie ulic Drzymały i Borowskiego. Dom poniemiecki a potem siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej, jej córki i zięcia- Maryni i Władka Nowickich Obecnie mieszka tam Władeczek Heyda- prawnuk mojej ciocio- babci.