„A Maciek tańczy” z cyklu moich Opowieści o Ziemskich Aniołach.( 6 )

 

zdj. własne

I  oto zakończenie mojej opowieści i fragmentów pamiętnika pisanego przez moją pierwszą bratową- Grażynę ( lub pisanego w mojej głowie) o synu Maćku z zespołem Downa i z głębokim upośledzeniem umysłowym :

Maciek jest samą  czystą krystaliczną Miłością. 

A mój były mąż, Emil, ojciec Maćka dał mi przez chwilę piękny powrót do naszych lat szczęśliwych. Zdążył.

 Jego amerykańskie życie osobiste legło w gruzach.

I wówczas zadzwonił. Poczułam wielkie poruszenie serca. Lubiłam jego głos, zawsze. Kiedyś potrafiliśmy przegadywać całe noce o wszystkim i o niczym. I teraz to wróciło. Poobijane, głęboko zranione. Teraz już potrafiliśmy rozmawiać na temat dla nas bolesny kiedyś , zda się zamknięty, ale nigdy nie omówiony. Otworzyliśmy się na siebie i czuliśmy radość z tego, że wróciliśmy do dawnej czułości, otwartości i szczerości.

Gdy opowiadałam mu o Maćku, słuchał z zaciekawieniem, interesował się swoim synem, takim jaki jest, pogodzony, widział, że jestem radosna,  i wtedy on też się cieszył. Przez te kilka miesięcy żyliśmy jak w amoku, rozmawiając jak nigdy przedtem o naszym synu .

Rozmawialiśmy o naszym Synu, który jest Muzyką i Tańcem . 

Jednak nie było mi pisane długo się cieszyć wspólnym życiem przez telefon, gdyż po pewnym czasie Emil zapadł na nowotwór prostaty i dość szybko od chwili rozpoznania  umarł. Zdążył jeszcze mi o tym powiedzieć, powiedzieć, że umiera. I się pożegnał ze mną . Może tam , gdzieś daleko w Nieznanym nam Drugim Świecie spotkał Duszę Maćka , którą Pan Bóg sobie zatrzymał i nigdy nie wypuścił z rąk…. Duszę Maćka, której nie zesłał na ziemię wraz z ciałem naszego syna ….Nie wiem. Może kiedyś się dowiem. Może….

Opowiedziałam o tym Maćkowi, zrozumiał , bo nagle zobaczyłam  łzy w jego pięknych choć tam mało ludzkich oczach. Normalne ludzkie łzy. Na chwilę. Nigdy przedtem ich nie widziałam. Bo syn nigdy nie płakał roniąc łzy.

I tak sobie jesteśmy, tu na ziemi, nie myśląc o tym co nas czeka. Trwamy tu i teraz.

Mój syn Maciek i ja.

Teraz samotni tylko dla siebie, zjednoczeni wielką krystaliczną niemą Miłością .

Tylko raz mój syn powiedział do mnie Mamo i dodał – jesteś Aniołem . Było to całkiem niedawno. Widziałam go i wyraźnie słyszałam. Jakiż on miał piękny tembr głosu, głęboko męski, nieco przytłumiony, z niewielkim przydechem- dokładnie taki jakie lubiłam mężczyzn . Taki sam głos miał jego ojciec, a mój były mąż- Emil.. Po raz pierwszy w życiu usłyszałam głos mojego syna. Z całych sił starałam się zatrzymać tę chwilę. I się udało. I jestem szczęśliwa…

 Gdy się obudziłam z tego pięknego snu, Maciek siedział obok mojego łóżka i wpatrywał się we mnie swoimi przenikliwymi patrzącymi ponad , gdzieś ponad oczami, jakby widział więcej i lepiej niż my wszyscy na ziemi….

zdj, które niedawno otrzymałam od Grażyny.  Oto Ona przed swoim domkiem w Świnoujściu….stale młoda, zadbana, pomimo prawie 80 lat i ciężkich chorób, jak przewlekła niewydolność nerek ( hemodializy) oraz wada serca już nie operacyjna- zresztą wtedy, gdy była taka propozycja  kardiochirurgów- ona mówiła- a kto zostanie z Maciuniem….namawiałam- choć pomóc nie mogłam bo odległość i Jej syn jest tylko Jej Wielką Tragiczną Miłością, Jej Muzyką i Tańcem…..

w skromnym hołdzie  Grażynie – tej  Heroicznej Matce, która z każdym dniem coraz bardziej słabnie…….cóż Ci mogę więcej dać, moja Pierwsza Bratowo- jedynie  moje zdjęcie, tę opowieść o Tobie, myśli moje , wzruszenie i życzenia byś odeszła razem z Maciuniem, tanecznym krokiem przy pięknej Muzyce….prosto do Nieba….

a jak będzie nie wiem….staram się nie myśleć…..

tamto zdj moje, ale to ostatnie od Grażyny- jej ukochany ogród….

zdj własne

 

 

 

Opowieści o ziemskich Aniołach. A Maciek tańczy…

Tym razem przyszła pora na chwilową zmianę tematu. Wróciłam do „dziergania„ moich Opowieści o ziemskich Aniołach….zaplątana w jakieś artykuły które pomagam „ płodzić” moim poznańskim kolegom, tamten temat zostawiłam na uboczu. Jednak on stale żyje we mnie i odezwał się w czasie pobytu w Kalabrii na samej „palcowej podeszwie” włoskiego buta. Pewnie to, że nie było wycieczki do Pompejów , stało się zrządzeniem losu, gdyż miałam dużo czasu do rozmyślań i pewnej upalnej nocy zasiadłam na balkonie z laptopem. A gwiazdy mi się przyglądały. Oczywiście tak nie było , bo zbyt butnie uważam, że wszystko się dzieje pod wpływem imperatywu nieba i że gwiazdy mnie oglądają. Nie, oczywiście wiem, że jestem drobnym pyłkiem a nawet mniej niż pyłkiem, zupełnie niewidzialnym z Kosmosu….

I tak oto na włoskim balkonie , pod kalabryjskim niebem z Morzem Jońskim , gdzie Odyseusz się błąkał , powstała poniższa opowieść. Zapraszam do siebie, jest bezpiecznie , odpocznijmy od zgiełku tego świata , choć opisywana Osoba walczy o codzienność i jest bardzo dzielna. Trzymajmy za Nią kciuki….

Rok 1962. Mam 15 lat i jestem zauroczona moją pierwszą bratową- Grażyną o której będzie poniżej….zdj wykonał mój Tato, na balkonie mieszkania przy ul. dawnej Nowotki a teraz Orląt Lwowskich w Gorzowie Wlkp., gdzie przyszłam na świat i skąd wybyłam po maturze….

Z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach”.

Zofia Konopielko

Jest to opowieść o mojej pierwszej bratowej i jej dalszym życiu z głęboko upośledzonym synem ….znana mi  z „ pierwszej ręki”, gdyż pozostajemy w przyjaźni i jesteśmy w bliskich kontaktach. Spotkania z tą Niezwykłą kobietą czy rozmowy telefoniczne dają tak wielki ładunek energii, że człek odrzuca swoje miałkie problemy i chce krzyczeć z radości „ życie jest piękne”. Ona jest dla mnie istnym ziemskim Aniołem….

A Maciek tańczy. Taka Miłość….

Zbudziła się z długiego letargu. To nie był zły sen, to jest rzeczywistość, uświadomiła sobie. Skulona w kącie kanapy trwała w jednej pozycji nie wiadomo jak długo- może lata, może miesiące, może tylko kilka godzin. Straciła poczucie czasu, zdrętwiała , czuła swoje serce, biło, ale kamieniem zalegało w piersiach. Piersi miała piękne, nie za duże, nie za małe. Mężczyźni jej powtarzali, że jest cudem natury. Śniada, smukła, długonoga zwinna jak kobieta z plemienia Masajów. Miała w sobie coś z tajemnego cudnego zwierzęcia , za uśmiechem wiecznej dziewczyny, za soczystymi wargami kryła jakąś tajemnicę. Jednym słowem była zjawiskowa, powtarzali. Teraz wszystko jej się plącze, gdy się wybudza z letargu, z odrętwienia ciała i serca.

Dookolną ciszę  raczej  poczuła niż usłyszała.  Bo nagle sobie przypomniała, że ma syna. Wystraszona zerwała się ze swojego wytwornego legowiska- wszystko w jej domu było wytworne, starannie dobrane meble, które sama projektowała bo wszak była tzw. plastyczką. Okrągły duży stół ze szklanym blatem, na niskich metalowych cieniutkich, jakby muchy, nogach gdzieś tam kupiła- nie pamięta już gdzie. Bo to było w jej poprzednim życiu.

Ojej, czy Maciek nie rzucił czegoś ciężkiego na ten szklany stolik , wprawdzie nigdy tak nie było. Ale trzeba uważać, bo jest Maciek.

Maciuniu, gdzie jesteś zawołała przerażona, nie widząc syna w zasięgu wzroku. Nie odpowiedział, bo on przecież nic nie mówił. Wydawał tylko nieartykułowane dźwięki, które ona jedna jedyna na tym świecie rozumiała.

A Maciuś siedział spokojnie w kącie i wpatrywał się przez szyby drzwi wiodące na taras , wpatrywał się w przestrzeń, nieruchomo, tak potrafił, godzinami wpatrywać się w coś co tylko on sam widział. Nikt nie docierał do jego świata. Poza nią….. cdn.