Jak Antek Bezdomny był moim terapeutą ….

 

Jak Antek Bezdomny był moim terapeutą ….

Pociąg odjeżdża za parę godzin. Siedzę na ławce na skwerku obok dworca. Czekam. Myśli jakieś mroczne, pustka obok, życie bez barw i większego sensu.
Nagle ktoś pyta – czy nie będzie pani przeszkadzało, że usiądę na tej ławce? Spojrzałam. Szczupły, srebrzysta, bujna czupryna. Schludnie ubrany. Oczy ciemnobrązowe bystre, lśniące, uśmiechnięte, okazały nos, chyba kiedyś złamany. Torebka foliowa wypełniona gazetami w ręce.
Zapraszam. Po chwili słyszę pytanie – czy pani też uważa, że Zielona jest bardzo piękna? Oderwana od swoich czarnych myśli, odpowiadam, że tak, Zielona jest piękna. Bo, proszę pani tutaj mieszkają bardzo dobrzy ludzie. Potwierdzam obojętnie.

Przedstawia się. A ja mieszkam w noclegowni, mówi.

Milczę ale słucham z coraz większym zainteresowaniem.

Tam jest mi bardzo dobrze, to mój dom – kontynuuje – rano wychodzę, spaceruję i potem przychodzi pora na odwiedzenie Empik-u. Tam czytam świeżą poranną prasę codzienną, różne tygodniki a na końcu Forum. Lubię te godziny spędzane w Empik-u. Potem wyruszam dalej. Te gazety – wskazuje na swój bagaż – znalezione przy altance śmieciowej zabieram na czytanie przed snem a czasem robię prasówkę moim kumplom. Nawet słuchają. Dyskutujemy.
Najbardziej lubię deptak pod teatrem a także ten skwerek koło dworca – mówi rozmarzony. Spotykam tutaj ciekawych ludzi, czasem długo rozmawiamy.
Czy pani wie, że kiedyś pod teatrem na ławce siedziała królowa Beata. Która, pytam. Oczywiście Tyszkiewicz, odparł. Zapytałem ją. Czy pani nie ma nic przeciwko temu, że usiądą na tej samej ławce? Zgodziła się. Po chwili mówię, ja tyle o pani wiem. Uniosła zmęczoną latami twarz. Uśmiechnęła się. Dostałem uśmiech od królowej. Mówię, zakochałem się w „Lalce”, myślałem , że pani to tylko lalka. Potem zmieniłem zdanie, bo czytałem o pani trudnym życiu. Rozmawialiśmy o jej córkach i życiu aktora. Pytałem, czy nie przeszkadzam. Zapewniała, że nie, że jest jej bardzo dobrze na tej ławce i gdy ze mną gawędzi.
Mnie też jest tutaj dobrze, myślę.
Sąsiad z mojej ławki opowiada dalej, że się bardzo cieszy, gdyż niedawno jego była żona powiedziała, że był jedyną miłością w jej życiu. A on też tak tylko ją kochał. Niedawno wnuk chciał mu kupić mu komórkę, ale odmówił, bo nie chce być zniewolony. Uśmiecham się.
Obok przechodzą różni ludzie, niektórzy nas ciepło pozdrawiają. To znajomi, mówi Antek. Jestem dumna, że go znam.
A wie pani, mówi, ja siedziałem w więzieniu. Kiedyś była praca w stoczni, jakieś przekręty i wyrok. Wtedy uratowały mnie moje kolorowe sny. Śniąc, odwiedzałem dawne restauracje. Tańczyłem z dziewczynami kolorowymi jak motyle, z dziewczynami o bardzo delikatnych taliach i z szerokimi wirującymi  spódnicami na wykrochmalonych halkach. Potem były pokoje z szeroko otwartymi oknami i z wiatrem w pięknych firankach. Gdy się zbudziłem, przetarłem oczy, popatrzyłem w okno i zobaczyłem kraty. To nic, myślałem, przyjdzie następna noc. Gdy tak opowiadał widziałam te knajpy i jego dawne dziewczyny lekkie jako motyle…
Potem wysłuchał mojej opowieści o życiu, o wątpliwościach, smutku. Słuchał z uwagą. Komentował, wyjaśniał, zapewniał, że tak jak jest, jest dobrze. Uwierzyłam mu, gdzieś w podświadomości miałam pewność, że mówił prawdę. Jest dobrze. Zawsze będzie dobrze. Zapraszał do swojego domu, do noclegowni. Po raz kolejny podał adres.
Stale sprawdzaliśmy która godzina. Razem pilnowaliśmy, żeby nie przegapić odjazdu mojego pociągu.
Odprowadził na dworzec. Pozował do zdjęcia ze swoim nieśmiałym, chłopięcym uśmiechem spod srebrnej czupryny. Nie wzięłam zgody na zamieszczenie tej fotografii tutaj, więc wykroiłam, by nikt nie poznał.
Czekał na odjazd pociągu. Stałam w oknie wagonu. Czułam, że jestem silna i spokojna. Widziałam znikającą sylwetkę, srebrną czuprynę i rękę uniesioną na pożegnanie.
Wiem, że kiedyś tutaj wrócę, szczególnie gdy będzie mi źle. Że mogą wrócić, że mam gdzie wrócić. Usiądę na ławce na dworcowym skwerku. I wtedy przyjdzie Antek.
Jeśli nie przyjdzie, pójdę do jego noclegowni. Będę rozmawiała. Jak z nikim i nigdzie.
Jeśli los Was zaprowadzi do Zielonej Góry, usiądźcie na ławce na skwerze przed dworcem. Czekajcie. Bo za chwilę nadejdzie On, Człowiek Bez Domu z brązowymi, dobrymi oczami i srebrem na głowie i zapyta – czy nie będzie pani przeszkadzało, że usiądę na tej ławce?…

 A teraz trzykrotne podziękowania  Panu Profesorowi Jerzemu T.  Marcinkowskiemu  ( naszemu koledze ze studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu  w latach 1965- 1971 – Jurkowi ) :

Za to , że kiedyś wrzucił ten mój tekst na stronę PTH. I teraz mogłam skopiować i ponownie zamieścić tu  pod  nowym ( od marca tego roku ) adresem .  

Zginąłby bezpowrotnie, gdyż przy przenoszeniu blogu,  chyba został zagubiony i zniknął  też razem z treścią starego laptopa.

Mogłabym odtworzyć, bo mam w oczach i głowie to spotkanie sprzed 8 może laty. Ale  wtedy pisałam „ na gorąco” , co ma innym wymiar….

Dziękuję też Jurkowi, że poprawił tekst ( och te moje przecinki, i inne takie drobiazgi  które mi nikną wobec wtłaczającej się  treści….:)

I dziękuję po raz trzeci  Jurkowi, za to, że tę opowieść opatrzył informacjami na temat bezdomności. Były one we wstępie, a przeniosłam na koniec…. Ot tak sobie, byście moi Kochani najpierw spotkali się z Antkiem …..

A oto info od Jurka :

Bezdomność – w ujęciu socjologicznym problem społeczny (zjawisko społeczne), charakteryzujący się brakiem miejsca zamieszkania (brakiem domu).
Bezdomność w ujęciu psychologicznym to kryzysowy stan egzystencji osoby nieposiadającej faktycznego miejsca zamieszkania, pozbawionej środków niezbędnych do zaspokojenia elementarnych potrzeb, trwale wykorzenionej ze środowiska w wyniku rozpadu więzi społecznych i akceptującej swoją rolę społeczną. Jako stan ewidentnej i trwałej deprywacji potrzeb mieszkaniowych w sytuacji, gdy dotknięta bezdomnością osoba nie jest w stanie jej zapobiec, wiąże się z poważnym upośledzeniem psychicznego i społecznego funkcjonowania człowieka.1)
Policzyli bezdomnych w Polsce. W całym kraju jest ich ponad 33 tysiące. http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-03-09/policzyli-bezdomnych-w-calej-polsce-jest-ich-ponad-33-tysiace/
Rośnie liczba bezdomnych w Polsce. Bezdomni w Polsce.
Rząd policzył bezdomnych w Polsce. https://wiadomosci.wp.pl/rzad-policzyl-bezdomnych-w-polsce-6099222127944833a

1.https://pl.wikipedia.org/wiki/Bezdomno%C5%9B%C4%87

zdjęcia przyrody ( Babia Góra, Michałowice ) jak zwykle tu zamieszczane  własne

 

 

 

List od Jacka. „Moje kino.”

StaryRynekRatuszZGóra.jpg

Nie znalazłam zdjęcia kina o którym jest króciutka opowieść, która poniżej, więc Rynek i Ratusz.

W Zielonej Górze urodził się Jacek, lubi tu wracać. ..to urocze miasto…

 

 I kolejny list  od bratanka, Jacka Łukaszewicza….filmowca urodzonego w Zielonej Górze a od lat młodzieńczych mieszkańca Sydney

 

 

„Moje kino…

Cztery lata temu mój były wykładowca, a teraz kolega Jurek Domaradzki zrobił film pt. : “Piąta pora roku”. 

Dwa lata później byłem w Zielonej .

Lubię snuć się po deptaku. Mijalem Kino Nysa – moje Kino w którym się wychowałem. Wcześniej o tym nie myślałem.

Moją uwagę zwróciła ręcznie napisana kartka: “ dziś o 16 odbędzie się projekcja filmu pt: ”Piąta pora roku” w reżyserii Jerzego Domaradzkiego. Wszedłem do kasy. W okienku siedziały dwie starsze Panie pochłonięte rozmową o historii – jakoś wydały mi się znajome…

Kupiłem bilet, ale projekcja nie gwarantowana, bo musi być minimum pięciu widzów. Wróciłem przed czwartą i projekcja odwołana.  Dokupiłem więc cztery bilety i znalazłem się w świecie mojego dzieciństwa. Z tym, że teraz sala była pusta. 

Więc bawiłem się zmianą miejsc od pierwszego rzędu do balkonu. Na balkonie oglądałem fragmenty filmu oprawionego w moje kino.

W pewnym momencie usłyszałem magiczny dźwięk terkotania rolki filmowej na projektorze.

Poszedłem na górę i pan kinooperator – pan Tadeusz – wyprosił mnie, bo dla nieupoważnionych wstęp wzbroniony. Wróciłem po pięciu minutach z poczęstunkiem i przegadaliśmy cały film w projektorni.

Moje Kino było moim kinem na dwie godziny. 

Przyszedł mi pewien pomysł do głowy.

Po piętnastu biletach udało mi się przekonać pana Tadeusza na udział w moim filmie ‘Kino”.

W sumie pięć dni zdjęć – tutaj ( w Sydney- przyp. Z.K.) do tej pory bym czekał na pozwolenie różnych instytucji. 

Prześlę Cioci link za kilka tygodni.”

List od Jacka. Studia.

hp_scanDS_78151321735.jpeg

Nie mam zdj Jacka z okresu kiedy opuszczał Polskę. Jeszcze wtedy nie wiedział, że spełni się jego marzenie i zostanie operatorem oraz reżyserem. To zdjęcie, dzięki poczcie mailowej dostałam od Jacka niedawno….i nie muszę udawać, że jestem z Niego dumna….

W rozdziale  ” Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza” pisałam o nim, Jego Rodzicach „. Dzięki temu, niespodziewanie i ku mojej wielkiej radości ponownie nawiązaliśmy kontakt a z kolei Jego listy które zamieszczam w rozdziale ” Listy od Jacka” znalazł Jego dobry  licealny kolega z którym od lat nie mieli kontaktu ….i tak świat się kręci….

Jacek mnie prosił, bym Jego opowieści listowne zamieszczała tu nadal, bo myślał o ich papierowej publikacji, tzn myśleliśmy, ale jest zajęty nowym filmem. Więc ….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

” Studia.

 

Kolebka mojej młodości, to czteropiętrowy budynek Liceum VII w Zielonej Górze. Architektura z lat pięćdziesiątych z pomnikiem Korczaka na pierwszym tle. Jakiś taki bezręki im wyszedł ustawiony na baczność, ale ważna idea, bo lekko przygarbiony z pogodnym wyrazem twarzy w zacisznym uśmiechu martyrologicznym.

Dwa piętra to klasy,  trzecie piętro radiowęzeł i na górze aula. Oprócz różnych wymyślnych uroczystości, tudzież akademii, aula była synonimem tortur maturzystów.  Podczas matur na drugim piętrze siedział woźny, a toaleta była na tym samym piętrze co radiowęzeł.

Na drugim i trzecim roku prowadziłem radiowęzeł z moim przyjacielem Tomkiem. Różne imprezy itd. Po jakimś czasie zaczęliśmy sprzedawać dla wtajemniczonych papierosy oraz piwo, tudzież coś mocniejszego dla spragnionych studentów . Wtajemniczeni znali kod pukania do drzwi. Podczas matury siedzieliśmy przez cztery dni w radiowęźle i maturzyści spokojnie wpadali do nas po ściągi pod pretekstem wyjścia do toalety. Tak więc wszyscy byli zadowoleni. 

Jakoś w maju na trzecim roku siedziałem sam w radiowęźle puszczając w eter muzykę z serialu “Kariera Nikodema Dyzmy”. Paliłem papierosa popijając piwem. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Znany kod. Spokojnie otwieram. W drzwiach stoi postrach Liceum – Henryk Sikora – opiekun naszej klasy i wykładowca fizyki, dla którego wszyscy studenci mieli ksywę “dziadostwo”. Chowam papierosa, radiowęzeł zadymiony, itd.

– dzień dobry panie profesorze….

Sikora pociągnął nosem i ogarnął wzrokiem cały ten browar.

– no, dziadostwo….pięknie tu pachnie.

Wszedł do środka i odsłonił zielone płótno na biurkach kryjące nasza kontrabandę. 

– co chcesz studiować po maturze, Łukaszewicz?

– jeszcze nie wiem, panie profesorze….

– a ja wiem, dziadostwo….jesteś zawieszony w prawach ucznia i trója na maturze za sprawowanie….wiec nie męcz się, tylko przygotuj się na dwa lata wojska polskiego….

– panie profesorze, to praca społeczna….

– ta wódka też społeczna, Łukaszewicz, co? 

– może pan profesor się poczęstuje….

– dość, Łukaszewicz, do domu….ja tu zostanę….

Ktoś nas zdradził i tak skończyła się moja kariera licealna. Nie nadaję się do wojska, bo nie lubię idiotycznych rozkazów idiotów, więc wtedy narodził się pomysł wyjazdu. To nie jest próba rozgrzeszenia samego siebie, ale wydawało mi się, że nie mam wyjścia. I wyjechałem.”

 

Jedno spotkanie z Antkiem.

 

antek,ZG.JPG

 

 

Jak dawno to było, gdy pisywałam do nieistniejącego już portalu MM ( Moje Miasto) Gorzów pod Nickiem Łuka a potem dla odmiany Klarka. Tamte teksty zaginęły , ale na szczęście mam „brudnopisy”. I dzisiaj grzebiąc w tych materiałach znalazłam ten, który od razu zaczął się domagać, by zamieścić go w tym blogu. Gdy poczytałam, wrócił tamten lipcowy dzień, tamto spotkanie. Było dokładnie tak, jak opisałam….

 

Pociąg odjeżdża za parę godzin. Siedzę na ławce na skwerku obok dworca. Czekam. Myśli jakieś mroczne, pustka obok, życie bez barw i większego sensu.

Nagle ktoś pyta- czy nie będzie pani przeszkadzało , że usiądę na tej ławce? Spojrzałam.  Szczupły, srebrzysta, bujna czupryna. Schludnie ubrany. Oczy ciemnobrązowe bystre , lśniące, uśmiechnięte, okazały nos, chyba kiedyś złamany. Torebka foliowa wypełniona gazetami w ręce.

Zapraszam .  Po chwili słyszę pytanie-czy pani też uważa , że Zielona jest bardzo piękna? Oderwana od swoich czarnych myśli,  odpowiadam, że tak , Zielona jest piękna. Bo, proszę pani tutaj mieszkają bardzo dobrzy ludzie. Potwierdzam obojętnie. Przedstawia się. A ja mieszkam w noclegowni, mówi. Milczę ale Słucham z coraz większym zainteresowaniem. Tam jest mi bardzo dobrze, to mój dom – kontynuuje – rano wychodzę, spaceruję i potem przychodzi pora na odwiedzenie  Empiku. Tam czytam świeżą poranną prasę codzienną , tygodniki a na końcu Forum. Lubię te godziny spędzane w Empiku. Potem wyruszam dalej. Te gazety- wskazuje na swój bagaż- znalezione przy altance śmieciowej zabieram na czytanie przed snem a czasem robię prasówkę moim kumplom. Nawet słuchają . Dyskutujemy.

Najbardziej lubię deptak pod teatrem a także ten skwerek koło dworca – mówi rozmarzony. Spotykam tutaj ciekawych ludzi, czasem długo rozmawiamy.

Czy pani wie , że kiedyś pod teatrem na ławce siedziała królowa Beata. Która, pytam. Oczywiście Tyszkiewicz, odparł. Zapytałem ją . Czy pani nie ma nic przeciwko temu, że usiądą na tej samej ławce? Zgodziła się. Po chwili mówię, ja tyle o pani wiem. Uniosła zmęczoną latami twarz. Uśmiechnęła się. Dostałem uśmiech od królowej. Mówię, zakochałem się w Lalce, myślałem , że pani to tylko lalka. Potem zmieniłem zdanie , bo czytałem o  pani trudnym życiu. Rozmawialiśmy o jej córkach  i życiu aktora. Pytałem, czy nie przeszkadzam. Zapewniała, że nie, że jest jej bardzo dobrze na tej ławce i gdy ze mną gawędzi.

Mnie też jest tutaj dobrze, myślę.

Sąsiad z mojej ławki  opowiada dalej, że się bardzo cieszy , gdyż niedawno jego była żona powiedziała, że był jedyną miłością w jej życiu. A on też tak tylko ją kochał. Niedawno wnuk chciał mu kupić mu komórkę, ale odmówił, bo nie chce być zniewolony. Uśmiecham się.

Obok przechodzą różni ludzie, niektórzy nas ciepło pozdrawiają. To znajomi, mówi Antek . Jestem dumna, że go znam.

A wie pani , mówi , ja siedziałem w więzieniu. Kiedyś była praca w stoczni, jakieś przekręty i wyrok. Wtedy uratowały mnie moje kolorowe sny. Śniąc,  odwiedzałem  dawne restauracje. Tańczyłem  z dziewczynami  kolorowymi jak motyle , z  dziewczynami o bardzo delikatnych taliach i  z szerokimi  wirującymi   spódnicami na wykrochmalonych halkach.  Potem były pokoje z szeroko otwartymi oknami i z wiatrem w pięknych  firankach Gdy się zbudziłem , przetarłem oczy  popatrzyłem w okno i zobaczyłem kraty. To nic myślałem, przyjdzie następna noc. Gdy tak opowiadał widziałam te knajpy i jego dawne dziewczyny lekkie jako motyle …

Potem  wysłuchał mojej opowieści o życiu , o wątpliwościach, smutku. Słuchał z uwagą. Komentował  , wyjaśniał,  zapewniał , że tak jak jest , jest dobrze. Uwierzyłam mu , gdzieś w podświadomości miałam  pewność ,  że mówił prawdę. Jest dobrze. Zawsze będzie dobrze. Zapraszał do swojego domu , do noclegowni. Po raz kolejny podał adres.

 Stale sprawdzaliśmy która godzina . Razem pilnowaliśmy, żeby nie przegapić odjazdu mojego pociągu.

Odprowadził na dworzec. Pozował do zdjęcia ze swoim nieśmiałym chłopięcym uśmiechem spod srebrnej czupryny. Nie wzięłam zgody na zamieszczenie tej fotografii tutaj, więc wykroiłam, by nikt nie poznał . 

Czekał na odjazd pociągu. Stałam w oknie wagonu. Czułam , że jestem silna i spokojna .Widziałam  znikającą sylwetkę , srebrną czuprynę i rękę uniesioną na pożegnanie.

 

Wiem , że kiedyś tutaj wrócę , szczególnie gdy będzie mi źle . Że mogą wrócić, że mam gdzie wrócić . Usiądę na ławce  na dworcowym skwerku .I wtedy przyjdzie Antek .

Jeśli nie przyjdzie, pójdę do jego noclegowni . Będę rozmawiała. Jak z nikim i nigdzie.

    Jeśli los Was zaprowadzi  do Zielonej Góry, usiądźcie na ławce na skwerze przed dworcem. Czekajcie. Bo za chwilę nadejdzie On, Człowiek Bez Domu z brązowymi dobrymi oczami i srebrem na głowie i zapyta- czy nie będzie pani przeszkadzało , że usiądę na tej ławce? …..

….

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 10 )

Jacku!

Wczoraj jeszcze napisałam , że zupełnie nie wiem co robisz ( oczywiście w życiu zawodowym, bo o prywatne pytać nie będę). I tego samego dnia zaprzyjaźniona ze mną osoba przysłała mi link, który otwierał ten tekst. Pozwoliłam sobie skopiować …dziękuję Ci, moja gorzowianko…To na razie tyle, Jacku, podumam nad Twoim losem i zajmę się swoimi sprawami, a jak wiesz czwórka dzieci i ósemka wnucząt , to wyzwanie dla babci nie lada. Tym bardziej, że jutro i w niedzielę przybędą na obiad ( na szczęście nie wszyscy na raz) bo w piątek córka organizuje u siebie w domu świąteczne pieczenie ciasteczek i zaprasza wszystkie dzieci naszych dzieci…pozdrawiam Ciebie, Jacku ciocia zosia

 

 

 

Pałac Kultury I Sportu w Żaganiu

 

Z A P R A S Z A
NA
Wystawę fotografii – autorstwa Jacka Łukaszewicza
„ A TASTE OF AUSTRALIA” /Smak Australii/

Pochodzący z Zielonej Góry artysta w  1981 wyjechał do Sydney w Australii. Przez pierwszych  kilka lat kręcił krótkie metraże oraz filmy dokumentalne. Po ukończeniu Australijskiej Szkoły Filmowej zaczął pracować jako operator i producent. Ma na swoim koncie niezliczoną ilość seriali telewizyjnych, reklam, klipów muzycznych, filmów dokumentalnych i przygodowych.


Podróżując wokół Australii nakręcił serie filmów dokumentalno – przygodowych. Cześć materiałów sfilmował używając klasycznej, francuskiej filmowej kamery 35mm marki Eclair. Z tego powstały oryginalne i jedyne w swoim rodzaju fotografie. Autor wracając do tradycyjnej fotografii, w pewnym sensie zrewolucjonizował ją jako sztukę, która w dobie cyfrowej manipulacji obrazem zanika jako naturalny zapis fragmentów naszego życia.

Filmując życie Aborygenów z szybkością 32 klatki na sekundę, Jacek Łukaszewicz zarejestrował fragmenty ich życia niepowtarzalne i nie do uchwycenia w dzisiejszej konwencjonalnej sztuce fotografii.

Każda z prezentowanych na wystawie prac jest unikatowym, optycznym powiększeniem z oryginalnego negatywu ze świadectwem autentyczności.

Kamera filmowa pozwoliła na utrwalenie ulotnych chwil i wszystkiego co nas otacza, ale co w dzisiejszym w świecie jest mało zauważalne.

Wystawa otwarta od 8 listopada do 30  listopada 2008r;
od poniedziałku do piątku, w godzinach od 10:00 do 18:00
w soboty i niedziele od  12:00 do  18:00.

 

 

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z Kisielem pod pręgierzem ( 2 )

  

 

 

 Stefan Kisielewski

 Z KISIELEM POD PRĘGIERZEM.

 

  Spotkanie drugie. Stefan Kisielewski, kompozytor, pisarz i felietonista , jest zarazem politykiem, w latach 1957-65 posłem z grupy katolickiej ‘ Znak”, , reprezentujące Wrocławskie. Na zaproszenie Woj. Biblioteki w Zielonej Górze przyjeżdża na spotkanie autorskie. Afisze już rozlepione w mieście, w programie Orkiestry Symfonicznej jeden z jego utworów. Wybieram się na „ Czwartek  literacki” do starej siedziby biblioteki przy ul. Jedności Robotniczej. Wcześnie dowiaduję się od ( nieżyjącego już) Zbyszka Soleckiego z „ Polskiego Radia”, że spotkania Kisiela z czytelnikami zostały odwołane. Będzie mógł tylko spotkać się z bibliotekarzami w Zielonej Górze i Sulechowie. Nie rozumiem…

    W porze obiadowej napotykam Kisiela, idącego do „ Ratuszowej” na obiad. Przypomina sobie nasze poznańskie spotkanie. Wstępujemy do lokalu, gdzie przy obiedzie pyta mnie:- Panie Zenku, dlaczego odwołano moje spotkania z czytelnikami? Nie wie pan? W odpowiedzi uśmiecham się zgryźliwie i powiadam: – Jest pan posłem , niech pan złoży interpelacje w Sejmie! Kisiel wybucha śmiechem. Mądrym śmiechem człowieka, który wie o wiele więcej , niż inni. A potem wiozą go do Sulechowa, na to spotkanie w wąskim gronie. Umawiamy się na wieczorną kolację w klubie dziennikarza.

    To spotkanie usilnie odradzają mi życzliwi, kompromisowo ustawieni w życiu, koledzy.- Nie afiszuj się publicznie z Kisielem –  doradzają – Stracisz pracę w dziennikarstwie…

     Pełen rozterek, jednak późnym wieczorem zaglądam do klubu. Ktoś mi powiada: – Był tu Kisiel, posiedział trochę przy drinku, bez towarzystwa, wyszedł. Chyba do hotelu, wypocząć.

     Z moralnym kacem wróciłem do domu. Mea culpa! Ale też pocieszyłem się , że ten mądry i tolerancyjny człowiek z pewnością mi to wybaczył. Bo takie też do były czasy, a ja nie byłem już ty młodym gniewnym z lat poznańskich.