Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 21 ). Więzienie w Wilejce i życie uwięzionych .


Ponownie zamieszczam to zdjęcie ( jedyne jakie znalazłam w Wikipedii ) panoramy Wilejki z lat 30 ubiegłego wieku , tj. z okresu, gdy Jan był tam więziony. Po lewej stronie widać duży obiekt – myślę, że to jest właśnie opisywane więzienie. W nim też przebywał brat mojego Taty – Witold – znalazłam notkę w Ośrodku Karta – była to ostatnia informacja o nim. Potem wg relacji świadka o czym opowiadała mi mama – zginął nad Morzem Białym, wdeptany w błoto przez współwięźniów bo nie chciał im oddać jedynej kromki chleba …był wrogiem sowietów – czyli ludu, bo pracował w gminie jako urzędnik – aresztowany zaraz po wkroczeniu sowietów na Kresy ….jego ćiężarną żonę i 10 letnią córkę wywieźli na Sybir…

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 WIĘZIENIE W WILEJCE

  Na tym się skończyło pierwsze śledztwo, po którym należało oczekiwać sądu wojewódzkiego.

 Jednak organy śledcze nie skierowały tej sprawy na rozpatrzenie sądu, a jak się później dowiedziałem, wysłały ją do rozpatrzenia szczególnego do Moskwy- „ na osobowe sowieszczanie w Moskwu”.

Tam w Moskwie ta sprawa przeleżała przez prawie 12 miesięcy.

A mnie przeniesiono z celi śledczej do więzienia, które się znajdowało w wojewódzkim mieście Wilejce.

Więzienie to pobudowano jeszcze za carycy Katarzyny II. To ogromny, czteropiętrowy dom, ogrodzony murem kamiennym o wysokości 3 metrów i bramą żelazną z drzwiczkami wejściowymi. Na murach stały wieżyczki, w których bez przerwy była straż z automatami. Całe boisko naokoło więzienia było oświetlone lampami elektrycznymi. W ścianach tego diabelskiego gmachu pełno było żelaznych okienek z kratami ( bez szyb).

 Strach mnie przejął, gdy stanąłem z towarzyszami więźniami przed takim kolosem.

Zaskrzypiała zardzewiała brama, chociaż ją często otwierano dla „ niewinnych gości”. Weszliśmy na podwórko więzienne. Bramę zatrzaśnięto z takim zgrzytem i jękiem, że w żyłach moich krew się ścisnęła. Przed drzwiami więziennymi formują nas w dwójki i wpuszczają na korytarz piwniczny.

               Cela więzienna nr 9.

    Z korytarza wpuszczają do celi dziewiątej. Weszło nas około  dwudziestu, a już było ich – starych więźniów ponad trzydziestu.

Pełna była sala o powierzchni trzydziestu metrów z okienkami małymi i zakratowanymi grubymi żelaznymi prętami, bez okien szklanych.

Mury grube, do połowy znajdują się w ziemi. Podłoga cementowa.

Przy drzwiach stoi naczynie blaszane, do którego więźniowie „oddają dług przyrodzie’. Pieców i światła brak. Drzwi po wpuszczeniu nas do wnętrza, zaryglowano.

Więc zaczęliśmy sobie szukać miejsc do siedzenia. Ja ulokowałem się pod samym oknem- kratami, gdzie jeszcze było wolne miejsce. Inni siadali tam, gdzie stali, gdzie było wolne miejsce. Siedzieliśmy na swoich torbach, woreczkach, w których mieliśmy trochę sucharów i innego jadła podawanego nam przez rodzeństwo z domu. Ja miałem tego pożywienia pod dostatkiem, bo w każdym tygodniu raz przyjmowano „ podajanki”. Żona starała się odwiedzić mnie każdego tygodnia.

   Gdy zrobiło się w celi ciemno, zaczęliśmy się układać do snu.

Układaliśmy się tak, jak się układa śledzie w beczki : boczkiem jeden do drugiego, a tylko ja mogłem się położyć na grzbiecie, bo znajdowałem się we framudze okiennej – w dole na posadzce cementowej.

Dzięki temu, że  miałem ze sobą nową granatową jesionkę, nie marzłem, leżąc pod oknem.

Inni towarzysze niedoli, nie wytrzymaliby tego chłodu. To już był miesiąc grudzień, a więc zimno ciągnęło mocno.

Śpiąc w tak stłoczonej masie, trudno było wleźć z powrotem, gdy się wyszło do naczynia blaszanego za swoją potrzebą.

Trzeba było siły użyć, żeby utracone miejsce odzyskać.

Sygnałów na pobudkę, ani też na wstawanie nie robiono. Wstawaliśmy tylko wtedy, gdy dał się słyszeć głos dyżurnego otwierającego drzwi do celi. „ Wychodzić do łazienki”.

Pierwsza para stojąca na przedzie przy samych drzwiach, chwytała za uszy „paraszę” i niosła do ubikacji. Na „oddawanie długu przyrodzie „ dawano  dwie minuty. Kto nie zdążył , wypróżniał się w celi do „ paraszy”.

Do mycia się nie goniono nas, bo w celi nie było wody.

Tylko na śniadanie dawali po pół litra gotowanej wody, trochę zaprószonej jakimiś ziołami- niby kawą. W tej kawie nie było czuć słodyczy. Ale kto czuł głód, nie gardził tym darem i spożywał z 200 gramami chleba.

Na obiad i kolację dawano także po 200 gram chleba. Oprócz chleba, na obiad dawano pięćset gramów zupy- „ bałandy” zaprawionej zgniłą rybą bolszewicką.

Od takiego posiłku umrzeć nie można, ale żyć bardzo ciężko- dla tych którzy nie otrzymywali „ podajaszek” od swoich rodzin. A było takich cierpiących niemało. Prawda, że my otrzymujący „ podajankę”, dzieliliśmy się swoimi kęskami, ale to było niczym z pragnieniem głodu.

W celi, chociaż nie było szyb w oknach , ani pieców i mróz trzeszczał na dworze- było ciepło. Ogrzewaliśmy swoje mieszkanie własnymi oddechami i wyziewami ciał. Przez okienne kraty płynęła na zewnątrz para jak z pieca.

Gdy trochę rozwidniało na dworze, wszyscy więźniowie, siedząc na swoich tobołkach, zajmowali się mordowaniem wszy, których było pełno w naszej bieliźnie i ubraniu.

Z początku mojego pobytu w więzieniu, oddawano bieliznę do domu, do prania, ale po upływie dwóch miesięcy zabroniono.

Więc to plugastwo tak się rozmnożyło, że wybuchła epidemia tyfusu plamistego.

W każdej celi było pełno chorych, których nie było komu leczyć.

W naszej celi leżało i żałośnie stękało około dwudziestu więźniów.

Wiadomość o wybuchu epidemii dotarła do władz więziennych dopiero wtedy, gdy trzeba było chorych wynosić na noszach z celi.

Prawda, że lekarza posłano do zbadania chorych, ale już ich nie zdołano   uratować- pomarli. Martwe ciała wyciągano z  sali.

Stróże ciągnęli je przez korytarz jak padlinę do drzwi, przy których stała ciężarówka gotowa do ładowania trupów. Wywożono ich ciała do pobliskiego lasu, gdzie zakopywano je w ziemi na wieczny odpoczynek.

Z powodu tej choroby zmarło w tym więzieniu około trzystu ( 300) więźniów.

      W czasie panującego tyfusu plamistego rozpoczęto walkę z nim za pomocą ganiania – prowadzenia jeszcze żywych więźniów do kamer dezynfekcyjnych, w których zabijano wszy za pomocą dużej  temperatury.

Był taki wypadek, że w komorze spalono nie tylko wszy, ale wszystką prażącą się odzież.

   I jeszcze drugi wypadek był w tej kamerze, gdy ja dostałem od konwojenta cztery susy w bok, tak silne, że ból długo nie ustępował. A za co? Za porwanie- poszarpanie karteczki, którą on czytał po wyjęciu z kieszeni mojej marynarki.

Gdy się zorientowałem, że ta kartka napisana była od żony , natychmiast wyrwałem ją z rak naszego stróża i w mig ją podarłem na malutkie kawałeczki, żeby nie można było odczytać, tego, co tam było napisane.

Kara na tych czterech susach nie skończyła się, bo po powrocie do celi za parę minut, posadzono mię do izolatki na siedem dni. To była już druga izolatka.

POBYTY W IZOLATKACH WIĘZIENNYCH

Pierwszą izolatkę przeżyłem,  jeszcze będąc w celi śledczej.

Jak doszło do tego, że mnie ukarano izolatką pierwszą.

Gdy siedziałem jeszcze w celi śledczej, wpadłem na pomysł, żeby nawiązać korespondencję z  żoną. Otrzymując ” podajanki”  przez okienko w drzwiach , zamieniłem parę  słów z obsługującą ten dział.

Wywnioskowałem, że można przez nią podać wiadomość żonie, że brata mojego, Mateusza , także poszukuje NKGB i niech on ucieka jak najdalej od Smorgoń. Tę moją prośbę wykonała ta obsługująca i przy następnej „połajance” powiadomiła, że brat mój wyjechał.

Taki  kontakt z tą panią ośmielił mnie do napisania kartki do żony  na płótnie ołóweczkiem chemicznym , który przemycałem w bucie, idąc do celi śledczej.

Na kawałeczku płócienka białego , wyrwanego z kołnierzyka koszuli, napisałem, żeby po otrzymaniu dała znać w następnej „podajance” przez włożenie do niej paru obwarzanków.

 Przy tym napisałem, żeby w każdej „podajance” –  torbie – torebce, szukała końca nici, gdzie jest zaszyta wiadomość – kartka. Po pierwszej mojej podajance oddając  koszulę z poprutym kołnierzem , krótko powiedziałem, żeby żona szukała w kołnierzu koszuli. W następnej „podajance” od żony otrzymałem parę obwarzanków i niezmiernie się z tego ucieszyłem. Bo to oznaczało, że mój list otrzymała.

Korespondencja z domem trwała mimo otrzymywania kar- izolatek .

 Pierwszą 10 dniową izolatkę otrzymałem w końcu listopada .

Oddając  dla żony rzeczy puste po jednej „podajance” napisałem na dnie puszki blaszanej :

„ Wszystko otrzymałem”.

Te słowa nakreślone przez mnie zauważył i odczytał współpracownik tej dobrej kobiety, która już była w dobrych kontaktach ze mną. Ten pomocnik zaskarżył mnie przed naczelnikiem, że prowadzę niedozwoloną pierepiskę. ( korespondencję)

Administracja ukarała mnie bardzo surowo – dała 10 dni izolatki. W tej pojedynce otrzymywałem  300 gramów chleba i dwa litry wody dziennie .

      Izolatka

 To była  pojedyncza komórka o długości około dwóch metrów i szerokości- ponad 1 m. Podłoga cementowa, a na niej trzy deseczki przybite do niziutkich poprzeczek.

W oknie krata bez szkła okiennego.

W kącie przy drzwiach  stoi maleńka paraszeczka. ( wiadro do załatwiania się ) .

W takiej kajutce można by było żyć , gdyby nie ten przeklęty chłód w listopadowe ranki i noce. Ponadto ubrany byłem na letnio: buty, bielizna letnia, lekki sweterek i marynarka. Wrzucony byłem do pojedynki przed nadejściem nocy.

Z początku , gdy zaczęło dokuczać zimno, walczyłem z nim uprawiając gimnastykę różnego rodzaju, by się trochę ogrzać. Żeby trochę odpocząć , mierzyłem stopami długość pokoju tam i z powrotem. Próbowałem usiąść na swojej narze i zdrzemnąć. Ale gdzież tam było do snu,  gdy zimno przenikało do każdej kosteczki. Znowuż podrywałem się na nogi i ćwiczyłem ręce, nogi i tułów.

 I tak robiłem aż do ostatnich sił.

Trwało to z małymi przerwami po godzinie i dwie.

Strażnik, który od czasu do czasu zaglądał do” wilczka” w drzwiach ( mała dziureczka ) i widział, że ja nie mogę zasnąć z powodu chłodu- zimna, zlitował się nade mną. Otworzył  izolatkę i poradził mi, bym usiadł na deseczkach i nakrył głowę aż po szyję marynarką. Uczyniłem to wg jego wskazówek. I o cud! Zasnąłem – zdrzemnąłem się – chyba na parę godzin.

I tak ciągnęły mi się noce.

W dzień, gdy  było już widno na dziedzińcu więziennym , przynoszono mi 300 gram chleba razowego i nalewano dwa litry wody gorącej w kubek.

Chleb – porcję chleba połamałem na trzy kawałki i położyłem w kącie swojej pojedynki.

Wodę gorącą w kociołku, postawiłem przy swojej narze, która mnie ogrzała i „ kołysała” do drzemki przez co najmniej godzinę.

Gdy się ocknąłem, spożyłem  kromkę chleba z wodą tylko trochę ciepłą.

W takiej męce przeżyłem siedem dni.

W końcu tego dnia zabrano mnie do łaźni.

To było przez dniem święta wielkiej rewolucji. Kąpiel trochę ożywiła mnie, ale pójście po kąpieli do tej samej celi , mogło mnie zgubić, zapalenie płuc pewne. Nie tracąc ani sekundy czasu po zamknięciu drzwi łaźni, zwróciłem się z błagalną prośbą do lejtnanta , by mnie przeprowadził do jakiejś innej celi, bo w tej to ja zginę z chłodu.

Prośba o dziwo poskutkowała i przeprowadził mnie do pojedynki , trochę cieplejszej, chociaż było w niej dużo nieznośnego smrodu.

Te  ostatnie trzy  dni swej kary zniosłem już o wiele lepiej.

Po powrocie do celi, byłem już ostrożniejszy z tą korespondencją , ale nie przestałem jej uprawiać.

Druga izolatka

– kara za wyrwanie z rąk konwojenta i porwanie kartki od żony na drobne szczątki, była znioślejsza. 

Wrzucono mnie do pojedynki, w której już było dwóch więźniów.

Ponadto przyszedłem do tego miejsca odosobnienia z pełnymi nogawkami sucharów i innych smakołyków.

Tu miałem lepsze samopoczucie, bo cieszyłem się, że kartka była zniszczona i treści jej nie znają i nie wiedzą, kto ją przysłał.

A gdyby ją odczytano w biurze więziennym , mogły być nieprzyjemności dla małżonki.

Za moim przykładem zaczęli inni więźniowie fabrykować kartki i  zaszywać je w zakładkach bielizny, czy też toreb z podajankami.  Podpadli i inni jak ja wcześniej.

Żeby przerwać tę korespondencję zabroniła władza więzienna przesyłać bieliznę do prania do domu.

Mimo tych ograniczeń i karcerów ja nie przestałem kontaktować się z żoną.

Podajanki nadal podawano , a więc torebki chociaż maleńkie, dostawały się do celi i z powrotem szły do domu po opróżnieniu. Właśnie w tych małych torebkach wszywałem kartki z bibuły i wysyłałem je do domu. Żeby pracownicy nie wykryli tych szwów, mocno je tarłem, by nie było szelestu.

Taka korespondencja trwała aż do osądzenia mnie i wywiezienia do łagru

    Drobne sprawy więźniów

   Do tych spraw należałoby zaliczyć śledzenie ruchów w sąsiedniej celi nr 10 – w celi skazanych na karę śmierci.

Za pomocą pukania w ścianę, dowiadywaliśmy się ilu więźniów znajduje się w tej celi. Pukali 8 razy, a więc było ich ośmiu. W następnym dniu odpukiwali, zostało tylko sześć osób.

Dwie osoby zabrano i dokonano egzekucji – zastrzelono lub powieszono.

Ten fakt zabierania z celi śmierci więźniów , my, stojący przy swoich  drzwiach, podsłuchiwaliśmy .

Zaszurały buty kilku ludzi w korytarzu o godz. 12 w nocy. Okienko w drzwiach celi zastukotało. Dał się słyszeć głos patrolu więziennego; Taki, a taki ( nazwisko skazanego) przygotowitsia k wchodu. Po prostu- po paru sekundach otwierają się drzwi ( skrzypią )  i wychodzą : jeden najpierw , a drugi czegoś jeszcze szuka. Koledzy mówią, że szuka rzeczy. Na to konwojent: „ Jemu uże wierszyzny nie nada”. Wyszli, bo drzwi trzasnęły i klucz zazgrzytał.

Poszli, a za nimi dwaj strażnicy i władza: naczelnik więzienia, prokurator i sędzia.

Na podwórku już stał „ czarny werań”- samochód wywożący więźniów skazanych na śmierć. Wozili przeważnie do lasów , gdzie kazali jeszcze skazańcowi kopać dół i strzelano do nich nad dołem, skąd spychano ciało w dół i strażnicy zakopywali jamę.

A niekiedy urządzano szubienicę na placu w miasteczku i wieszano tam skazanego przy spędzonych obywatelach, by odstraszyć innych od ucieczek do borów, skąd robiono wypady na wojska sowieckie ( AK- Armia Krajowa).

    Niektórym więźniom, skazanym na karę śmierci, udawało się otrzymać ułaskawienie od

 „ osobowo sowieszczanija” w Moskwie. To znaczy zamieniano karę śmierci na 2-3 lata więzienia.

    Takiego jednego szczęśliwca z celi śmierci przerzucono do naszej celi.  Skazano go na karę śmierci za to, że był naczelnikiem miasta rejonowego w czasie okupacji niemieckiej.

A więc przypisywano mu wszystko zło, którego Niemcy dopuszczali się w  tym rejonie. Po skazaniu  go na śmierć, tak jak i innych, kazano im składać podanie z prośbą o ułaskawienie do władz w Moskwie. Niektórzy z nich napisali, ale byli i tacy, którzy nie chcieli pisać. Za takich zrezygnowanych, podania pisali pracownicy biura.

Nie wszystkie prośby zostały uwzględnione, ale jego prośbę załatwili pozytywnie – dali mu za to piętnaście lat więzienia –  „ katorżnych robót”.

Po trzech miesiącach pobytu w celi śmierci był niepodobny do normalnego trzydziestopięcioletniego mężczyzny. Wyglądał jak szkielet, cały obrośnięty siwym włosem. Idąc, słaniał się i coś do siebie mówił. Czy to głód na niego tak podziałał? Ależ- nie. Jeść, jak on mówił, dawali pod dostatkiem, ale organizm nie przyjmował- nie żądał. Świadomość, że za dzień lub dwa już go nie będzie  wśród żywych zabiła w nim chęć do życia. Wróżyli tylko, po kogo teraz oprawcy przyjdą. Było to życie koszmarne.

Nam, siedzącym w celi obok – nie myślało się o śmierci, tylko o przyszłym życiu.!!!!!

Nieraz śmieliśmy się do rozpuku, gdy udało się wyprowadzić w pole obserwatorów-  nadziratielej.

W celi siedzieli różni – niektórzy potrafili wydobyć ogień z waty. Ani tytoniu, ani ognia nie wolno było mieć w kamerze, karano za posiadanie- karcerami. A jednak palacze potrafili znaleźć ogień w wacie, tj. robili kłaczek z waty i tarzali go drewniakiem, albo butem po podłodze cementowej- 5-10 sekund i gdy go rozerwali był już dym w środku- wata się zapali przy pierwszym podmuchu ustami.

A więc, ogień już był i błyszczał w ciemności.

Spostrzegli to nadziratieli – obserwatorzy i natychmiast wpadli do naszej celi i zaczęli szukać zapałek, grożąc izolatką albo obniżeniem porcji chleba. Nic nie znaleźli i odeszli z groźbami.

Tytoń palacze przemycali za pomocą podajanek. 

W więzieniu skazani porozumiewali się ze sobą za pomocą długich nitek, które opuszczali z pięter wraz z ładunkiem – zawiniątkiem. My też posyłaliśmy im wiadomości napisane na kartkach za pomocą tegoż sznurka.

Ja najwięcej  poświęcałem czasu na przygotowanie korespondencji dla żony.

Podajanki, które nam przekazywane były przez rodzinę , przez pełniących służbę były okradane. Dzielili ono prawie na pół.

Jeden z moich kolegów ze szkolnej ławy spróbował się poskarżyć naczelnikowi więzienia. Wezwali go do biura i tam skargę rozpatrzyli – zbili go tak mocno, że ledwie żywego wrzucili do celi.

Zrozumieliśmy, że „ kogda siedzisz w gównie, nie podnimajsia gołowie” ( kiedy siedzisz w gównie, nie podnoś głowy).

Sprawiedliwość jest u tych, którzy są wolni i rządzą nami.

Z naszej celi niektórych więźniów ganiano na śledztwo.

Jeden z takich spróbował uciec. Odskoczył on od konwojenta, ale na huk strzału, który oddał tenże prowadzący, przybiegli mu inni konwojenci na pomoc i tego biedaka złapali. Zbili go na kwaśne jabłko i wrzucili z powrotem do celi. Długo on stękał, bo na bokach i na nogach pełno było ran i guzów.

c.d.n.

Na marginesie muszę napisać, że w tym więzieniu przebywał też brat mojego Taty – Witold – znalazłam notkę w Ośrodku Karta – była to ostatnia informacja o nim. Potem wg relacji świadka o czym opowiadała mi mama – zginął nad Morzem Białym, wdeptany w błoto przez współwięźniów bo nie chciał im oddać jedynej kromki chleba …był wrogiem ludu w pojęciu sowietów , bo pracował w gminie jako urzędnik – aresztowany zaraz po wkroczeniu sowietów na Kresy ….jego ćiężarną żonę i 10 letnią córkę wywieźli na Sybir…