Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 26). W łagrze – budowa Mołotowska ( obecnie Siewierdodwińska ) – na tundrze – przy kole podbiegunowym – nad Morzem Białym.


zdjęcie z Wikipedii – widok na Siewierodwińsk (gdy Jan brał udział w budowie tego miasta nazywało się Mołotowsk)

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

     Podczas sprawdzania personelu – więźniów przez naczelnika często padały dla humoru takie oto odpowiedzi:

Stacja?- Stanskaja Basznia.

Srok? ( wyrok ? )- piać Stalinowskich piatiletek.  ( „pięciolatki”  to  od 1928 roku nazwa planów gospodarczych ZSRR – w rzeczywistości oznaczały wielki głód, bo gospodarka była katastrofalna  ) 

Koniec sroka? ( koniec wyroku ?) – Prychod Trumana. ( żartowano, że gdy przyjdą Amerykanie – co było raczej nieprawdopodobne  –  w latach 1945 – 1953 Harry Truman był prezydentem USA  )

A do słów naczelnika konwoju: szag ( krok )  w prawo, szag w lewo- my dodawaliśmy  i niżej wwerd- strelajem.

Te humorystyczne dodatki podtrzymują nasz nastrój, chociaż konwojenci na szczęście ich nie słyszą, bo gdyby się dowiedzieli , toby izolatka ( tu oznaczała celę gorszą niż samo więzienie ) była pełna nas.

Za pół godziny byliśmy przed wrotami zony budowniczej, do której wpuszczają tylko za przepustką.

 Konwój oddał nas pod kierownictwo cywila – dziesiętnika. Ten zaprowadzał nas już na miejsce pracy.

Pokazał nam pagórek ziemi, z której będziemy wybierali  grunt do taczek i wieźli go do stoczni budującej się nad brzegiem Morza Białego o 50 m.

Wytłumaczył nam, że od ilości wyniesionej ziemi będziemy otrzymywali odpowiednią  ilość gramów chleba i kawy po obiedzie.

Kto wyrobi normę  na 100%- ten otrzymuje granbijke: tj . 650 gram chleba, 27 gram cukru, 500 gram zupy rano i na obiad, litr kawy wieczorem, ryby 60 gramów na obiad.

Kto natomiast wyrobi normę 115% , ten otrzymuje chleba 750 gram, 500 gramów kaszy ( naszej rzadkiej zacierki).

A jeśli kto wyrobi normę na 130-140 %, otrzymuje chleba 850 gram- a więc dużą pajkę. Największą pajkę otrzymują ci pracownicy, którzy wyrobią normę powyżej 150%.

 Brygadzista otrzymuje pajkę w zależności od procentów zarobionych ogólnie.

 A więc brygadzista stara się podganiać swoich robotników do wyrobienia jak najwięcej procentów.

Dziesiętnik określa ilość procentów za daną pracę, a już brygadzista rozdziela między swoich robotników procenty wg swojego uznania.

Uznanie to często zależy od łapówki, którą otrzymuje od członka brygady albo od sympatii do danego członka.

Niesprawiedliwości tu pełno, a więc i nienawiści moc.

Z tych rozgoryczeń robotników rodziła się zemsta: często takich niesprawiedliwych brygadzistów zabijano, gdy siedzieli w porze obiadowej przy ognisku. Walili toporem w głowę.

Gdy takie wypadki zaczęły się powtarzać coraz częściej- Stalin wydał prykaz, skazywać na śmierć tych zabójców.

To spowodowało, że w łagrach zapanował spokój.

Po tych paru słowach o niesprawiedliwości brygadzistów przystępuję znowuż do opisania prac, które myśmy wykonywali pod komendą kierownika robót.

Ułożyliśmy deski od swoich stanowisk pracy aż do miejsca wyładowywania ziemi z taczek. Otrzymaliśmy łopaty do ładowania ziemi do wózków- taczek na jednym kółku. Naładowaliśmy wózki.

I zaczęliśmy pchać , każdy po swojej kładce- desce.

Pcham i ja, ale co kilka kroków kółko taczki spada z deski. Stawiam je na deskę i znowu pcham. Kilka metrów przejechałem i znowu zjeżdżam z tej deski. No cóż, nie umiem utrzymać równowagi .

Takiej pracy – pchania taczek po dość wąskiej  desce nie wykonywałem przedtem. Jeśli coś woziłem taczką, to ją pchałem po twardym gruncie.

A tu, po tej ziemi nie jest możliwością, bo koło zapada się w błoto.

I stop!

Jeszcze kilka razy  spadała  taczka z deski , dopóki dopchnąłem ją do miejsca przeznaczenia. Drugą taczkę z piaskiem już było lżej pchać i mniej razy zleciała mi z deski.

Do pory obiadowej mocno się zmęczyłem, ale już nabrałem wprawy i po obiedzie robota poszła mi sprawniej.

Za osiem godzin pracy wywiozłem około 16 taczek, chociaż niepełnych. Inni z mojej brygady potrafili za ten czas zapędzić po 20-25 taczek i to napełnionych ziemią po brzegi. Tacy rekordziści otrzymają na pewno po 150 %, a więc pajkę 850 gram- a może nawet 950 gram chleba i proizwodstwiennoj ( gotowanej,  wodnistej  ) kaszy .

Ja chyba, będzie dobrze jak, otrzymam garantijkę  za swoją pracę.

Taki wynik nie zmartwił mnie , bo postanowiłem, że będę wykonywał zadania na 100% – nie więcej.

 300 gramów chleba dokupię sobie za gotówkę, którą już zarobiłem podczas spekulacji. ( opisałem handel odzieżą )

 W dni wolne,- wychodnyje- odpoczywaliśmy- .

 Ja jednak  często zgłaszałem się na ochotnika do pracy przy rozładowywaniu wagonów z rybą, albo tuleniami- fokami. Tam zawsze można było skombinować tłuszczu tiuleniego , albo parę rybek.

Przyniesiony tłuszcz w nogawkach spodni watowych przetapiałem w bańce sześcianej i przelewałem do butelki.

Stąd po łyżeczce wlewałem do zupy, lub kaszy, by były smaczniejsze i pożywniejsze.

Transportowanie piasku za pomocą  taczek, trwało około dwóch- trzech miesięcy.

Nauczyłem się i ja, jak prawidłowo ganiać taczkę, ale nie była ona nigdy nasypana do samych brzegów tak, jak to inni moi towarzysze czynili.

W czasie tej pracy, często zjawiali się u nas złodziejaszki – torbochwaty i żądali przejrzenia nam kieszeni i zabierali wtedy cukier zawinięty w szmatkę czy uszytą torebkę albo porcje chleba czy też szczyptę tytoniu.

Obserwowałem to zjawisko, jak obierali takiego zdrowego Litwina i on płakał, bo się bał postawić opór tym torbochwatom.

Pomyślałem, że torbochwaty zbliżą się i do mnie.

Nie pomyliłem się.

Podchodzą, zatrzymują taczkę i żądają pokazania tego, co mam w kieszeniach.

Natychmiast chwytam łopatę z taczki i pokręcam się z nią wokół siebie.

Odskakują i mówią: o kakoj srogi  staryk. ( na tle innych więźniów Jan był już niemłody – miał  prawie 40 lat )

A ja na to: „ ubiju, jeżeli podojdziecie bliżej ko mnie. „ .

Odeszli i już mnie więcej nie zaczepiali.

    U Łotyszów, Litwinów i Estończyków często oni robili „rewizję”.

W czasie obiadu ci szakale, często wyrywali z rąk chleb i uciekali.

Pewnego razu wychwycił mi 200 gramową pajkę chleba ze stołu i uciekał , a ja pędziłem za nim.

Dogoniłem go, ale pajki nie było- zjadł w biegu.

Dostał kilka boksów, ale pajki nie wrócił.

     Na tym proziwodstwie – budowie miasta stoczni i okręgu jednocześnie było nas więźniów około p i ę t n a s t u   t y s i ę c y oprócz cywilów.

Tu nie było obserwatorów, jak w zonie łagiernej, w łagrze- gdzie w dzień i w nocy obserwują, jak zachowują się więźniowie. Zaznaczam, że w zonie przebywają oni bez broni.

Na tej budowie były też więźniarki, które wykonywały takie same prace jak i my, mężczyźni. Parę miesięcy mieszkały one razem z nami w jednym łagrze, ale w innym baraku. Niektóre z nich pracowały w zonie w charakterze kucharek i praczek.

Potem oddzielono kobiety od mężczyzn. Zorganizowano dla nich osobne łagry.

Władza sowiecka doszła do wniosku, że wydajność kobiet i mężczyzn przy wspólnym pożyciu jest mniejsza.

A więc dokonali podziału na łagry żeńskie i męskie.

Ten podział jednak nie położył kresu między spotkaniami młodych kochających się par.  Przychodzili przecież do pracy do jednej i tej samej zony roboczej.

K o m u ż  b y ł a  w  g ł o w i e  t a  m i ł o ś ć ?

Komuż była w głowie ta miłość?

Była ona w sercach tych, którzy  nie pracowali i dobrze się odżywiali , otrzymując paczki od swoich rodzin. Takimi byli brygadziści no i Litwini, Łotysze i Estończycy. Ci ostatni otrzymywali z domu paczki – często 50 – kilogramowe. Pełno mąki, kaszy i tłuszczów. (  w tych krajach ludzie potrafili omijać nakazy Stalina dotyczące uprawy ziemi i hodowli bydła – dzięki temu nie doszło do dramatycznego spustoszenia kraju jak np. na Ukrainie )

Nie do miłości było tym, którzy cały dzień tyrali i żyli o pajce.

( teść opowiadał – bywało że kobiety proponowały seks za kromkę chleba, ale głodni nie mieli ochoty – wygasały zmysły )

Była w łagrze i jeszcze jedna grupa więźniów , których nazywano p r y m u s k a m i.

Oni, tworząc  grupki więźniów , strachem, groźbą przymuszali kucharzy, piekarzy do dawania im większej porcji chleba, kaszy, ryby.

Byli także inni, których  nazywano błatnymi – tj. otrzymującymi większe porcje przez protekcję.

Jak prymuski  tak i błatnyje , często byli karani za nieposłuszeństwo w wykonywaniu prac polowych. Sadzano ich do izolatek i zmniejszano porcję chleba z 650 gram do 450 gram. Tłumaczyli oni, że ich skazano na więzienie, a nie na roboty. Ganiano ich na roboty, ale oni tam nic nie robili.

Za czterema prymuskami  na robotę chodziło czterech konwojentów.

Takich to więźniów bardzo często przenosili z jednego łagru do drugiego.

U b r a n i e  w i ę ź n i a  w  l e c i e,  j e s i e n i  i  z i m i e.

Lato:

 Na głowie czapka z płótna prostego. Na plecach kurtka z płótna szarego. Spodnie z płótna siwego. Na nogach buciki  albo buty z płótna  szarego z podeszwą gumową.

Na plecach na bluzie naszyta łata kwadratowa o rozmiarach jednego decymetra, a na tej łacie numer więźnia podany przez władze obozowe – łagierne. Takaż sama łata z numerem jest przyszyta do prawej nogawki spodni. Prawda, że te znaki upiększają więźnia?. 

Widać z daleka  że to zakluczony.

Zima:

 Na nogi dają wojłoki, albo buty uszyte ze szmat z gumową podeszwą.

Na dolną część ciała spodnie watowe.

Na plecy ciałogrejka watowana i buszłat watowy – kurtka nieco dłuższa od ciałogrejki.

Na głowę dawali czapki – uszatki.

Na ręce otrzymywaliśmy rękawice, które trzeba było każdego dnia wychodnego cerować, kłaść łatę na łacie.

Jeszcze gorzej było z ciałogrejkami watowymi, które szybko zapalały się od iskier i niejednemu z nas wypalały się ogromne dziury, które trzeba było samemu latać.

Z obuwiem też mieliśmy niemało kłopotów.

Buty uszyte ze szmat , często jesienią albo wiosną rozmokły do tego stopnia , że nie trzymały się na nogach. Trzeba było te szmaty przywiązywać sznurami do podeszwy gumowych. A ponadto trudno te buty  było  wyciągać  z błota – gliniastej ziemi syberyjskiej

Prace na różnych obiektach

   Praca w zonie miasta Mołotowska nie była w jednym miejscu.

Rzucano naszą brygadę na różne obiekty.

Pracowaliśmy przy kopaniu rowów  do kanalizacji, wbijaniu słupów pod drewniane domki fińskie  zamiast robienia fundamentów . Domki te postawiono na tych słupkach. ( Rosjanie dostali je po II wojnie światowej od Finów w ramach reparacji wojennych –  Finlandia była związana  z Niemcami – Polska  w 1954 roku dostała część z nich jako „ dar” – do tej pory na warszawskim Jazdowie zachowało się kilka  – mieszkańcy walczą by je ratować – bo są już zabytkiem  a o innych opowiadała – koleżanka – wtedy młoda mężatka – mieszkała w jednym z takich na osiedlu studenckim na Jelonkach –i zimą budziła się  z przymarzniętymi do ściany  włosami – miała piękne, długie …)

Gdy tę pracę wykonywaliśmy późną jesienią , albo wczesną wiosną, odwiedzała nas szkolna młodzież przynosząc podarki nam swoje – drugie śniadanie , mówiąc:

„ proszu wziąć nasz buterbrot, my znajem, szto wy gaładaicie, a my kogda wierniomsia damoj , pokuszjem tam”.

Pewnego razu, gdy była śnieżna i zimna pogoda, ja i mój napornik, kopaliśmy rów w poprzek drogi. Nie było widać, jak koło nas przemknęły sanie i w nasz rów spadł bochenek chleba białego. Podniosłem go, podzieliłem się z towarzyszami. Jaka to była radość z tego powodu. Byli tacy ludzie, którzy współczuli naszej niedoli.

Nieraz w czasie przerwy obiadowej zachodziłem do domków , w których już żyli pracownicy cywilni. Zanosiłem im nazbieranego drzewa po zonie. Za to otrzymywałem kawałek chleba, albo garść kaszy- krup owsianych.

Pajki moje często traciłem przez „ karantijki  „. Często były mi dawane za to, że nie dawałem łapówki brygadziście. Kto miał na trzy dni karantijkę-  (co trzy dni wymierzano porcję  chleba) , ten nie otrzymywał w porze obiadowej kaszy 500 gram.

Niezmiernie trudno było przeżywać te 15- 20 minut gdy w kiszkach, w żołądku, było nieznośne ssanie połączone z boleścią.

Czasami te przykre pory obiadowe upływały mi na czytaniu książek, które przynosiła praktykantka na tych robotach.

O wiele lepiej upływał mi czas, gdy przeniesiono mnie do brygady , która pracowała przy rozdrabnianiu kamieni- kamniedrobiłka.

Od tego obiektu o sto metrów był sklep – magazyn, ale można było poprosić konwojenta, by kupił bochen chleba. Tak też i robiłem. Dawałem pieniądze konwojentowi , a on przynosił mi bochenek chleba. Za tego rodzaju usługę trzeba było także płacić. Nieraz prosiłem obywatela idącego do sklepu, żeby mi kupił bochenek chleba.

Pewnego razu szła pani w kierunku  sklepu – odziana w wytworny kostium i elegancko wyglądająca. Przeprosiłem ją, że zatrzymuję i proszę  o kupno chleba w sklepie. Powiedziała: „ K pożaleniu nie mogu etoj prośby spełnić, potomu, szto spieszu k bolnomu”.

A razu pewnego porosiłem chłopca szkolnego o przysługę. Zgodził się i przyniósł bochenek chleba. Za drugim razem tenże sam pacan, wziął pieniądze na kupno chleba, ale po wyjściu z magazynu na ganek, rozejrzał się i pomknął w inną stronę. Chyba dowiedział się od kogoś, że nam nie wolno wychodzić poza zonę.

W tej brygadzie- chociaż ciężka była praca- łupanie kamieni, rozbijanie, to jednak trochę pospekulowałem no i pajkę otrzymywałem większą.

Mojemu powodzeniu w tej brygadzie zazdrościli koledzy.

Mnie łupanie kamieni szło lekko.

Zrozumiałem, że łatwo jest rozłupać głaz, gdy się go ustawi umiejętnie – słojem do twarzy. Jedno, dwa uderzenia młotem i już ogromny kamień rozpadał się na części  dwie lub trzy. A te części już łatwo było rozłupać.

Rozłupane kamienie wrzucano do maszyny i tłuczono je na trzebionkę , którą odwożono już jako materiał do posypywania nowo wybudowanych dróg.

Po takiej dość ciężkiej pracy obiad zawsze smakował. Zjadałem z apetytem te duże pajki chleba i kaszę owsianą.

 Gdy tak spożywałem obiad, podszedł do mnie” cygan” – więzień z naszej brygady. Rozpytywał mię, skąd pochodzę i czym się zajmowałem na wolności.

Odpowiadając, zerknąłem za siebie, gdzie leżał buszłat z bochenkiem chleba i spostrzegłem, że chleb mój już poniósł jakiś kolega. Rzuciłem się za nim w pogoń. Dogoniłem, ale chleba już przy nim nie było. Schował za kamień. Pokazał mi, gdy go zacząłem okładać kułakami. Ale już jedna trzecia część była zjedzona. Jeszcze dostał ode mnie parę szturchańców. To był nędzny towarzysz niedoli – Turek. Namówił go do tej kradzieży tenże „cygan” , który prowadził ze mną rozmowę dla uśpienia mojej czujności.

Po przyjściu do baraku, znowuż go pobiłem, bo byłem od niego silniejszy.

W tym czasie, w czasie bójki, spostrzegł nas brygadzista- ruski diabeł – i ten tak mię obłożył kułakami , że długo odczuwałem ten ból w bokach.

Tenże sam „cygan” , o którym już wspomniałem, szukał u mnie w nocy pieniędzy. Wiedział, że mam je, ale odnaleźć nie mógł. Aż pewnego dnia zapytał mnie , gdzie ja chowam pieniądze. Odpowiedziałem – że „w żapie”- tj w dupie . On, że „ uwarował” u mnie i skorzystał z bochenka chleba i parą bielizny. Cóż, nie złapałem go za rękę, bo to zrobił w nocy, kiedy ja spałem .

U mnie pod łóżkiem walizka stała zamknięta. Trudno było schować coś do jedzenia od swoich złodziei. Ale kazano nam oddawać swoje walizki do przechowalni tzw. kapciorka.

Były to najczęściej skrzynki zbite z cieniutkich deseczek i miały zameczki. W kapciorku też były kradzione, chociaż miały numery przy zamku. Mnie także skradziono z przechowalni walizeczkę , którą kupiłem, gdy tylko znalazłem się w łagrze. To była rozpacz dla mnie. Meldowałem o tym naczelnikowi łagru. Ten zdjął z pracy tego „ kapciorszczyka”, ale walizki z całym moim bogactwem nie zwrócono mi.

Szczęściem jeszcze było dla mnie to, że pieniądze – jeszcze parę rubli było przy mnie.

To ogołocenie mnie doprowadziło do tego, że ja także zacząłem zdobywać kawałek chleba , gdzie tylko była jakaś możliwość. Kradłem wszystko, co nadawało się do jedzenia. Kradłem kartofle, które zdobywałem w ten sposób, że wyznaczany byłem do skrobania ich w kuchni. Brałem bez pozwolenia rybę, tłuszcz fok, gdy chodziłem na pracę- sortowanie . Nieraz znajdowali u mnie te produkty w nogawkach spodni. Nieraz też bito mnie za takie postępowanie. Ale to nie powstrzymywało mnie, gdy chciałem jeść ,  istnieć,  żyć.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 25). Życie łagiernika w Mołotowsku ( obecnie Siewierodwińsku ) , przy kole podbiegunowym na tundrze nad Morzem Białym.


zdjęcie z albumu Teściów – Helena, Jan i Mirek sprzed aresztowania – pewnie ten obrazek pomagał Janowi przetrwać w łagrze ..

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Karantin  – kwarantanna

Karantin  –  piętnastodniowy wolny czas kwarantanny  spędza się w zonie swego łagru. Jest przeznaczony na odpoczynek  po przebytej drodze ( takie są przepisy dla zakluczonych).

Co ja robię w tym czasie?

 Idę z baraku swego  do oglądania innych baraków , z których więźniowie wyszli do pracy.

W baraku, tak jak w pierwszym tak i w innych spotykam dyżurnych tego domu dla zakluczonych.

Przedstawiam się, że jestem z tego nowego etapu ( transportu) , który przybył tu do was z Orszy.

Pytam, jak się macie w tym łagrze. „ Ot, tak, kak widno”- goworit- mówi:

 „ Uże kończaju swój srok- 10 liet. ( Już kończę odsiadywanie swojego 10 letniego wyroku).  Za miesiąc, dwa ujedu damoj , a możet na zsyłku. I eto bywajet.” .

Przy okazji pyta mnie : „ Niet li u was na prodaż switrow, rubak wierzchnich, bocinek choroszych a może palto- paletiszko ?”.

Obiecuję jemu przynieść cośkolwiek. Żegnam się ze swoim nowym znajomym.

Zachodzę do drugiego baraku. Tu też musiałem się przedstawić dyżurnemu baraku. W rozmowie z nim dowiedziałem się także, że on już zbiera się do wyjścia z łagiera. Przepracował w tych łagierach piętnaście lat.

Ostatnie pięć lat nie mógł już chodzić na ogólne roboty, więc „pracował w zonie w charakterze stróża baraku, stołowoj, podmietajłam.

Kilka razy leżał w stacjonarze –oddechowym domie. Kogda był ja  mołod, dzierżali mienia na katorżnych rabotach”.

Jednym słowem, tutaj postradał i potierał  molodść i zdarowije .( utracił  młodość i zdrowie).

Oprócz tych słów wypowiedzianych  z  gorzkim żalem zapytał mię, czy nie można kupić „ u nowiczów” czegoś z ubrania. Odpowiedź moja była, że tak.

      Ponieważ nadchodził już czas obiadu, więc wróciłem do swego baraku.

Tu zacząłem poszukiwać  wśród znajomych osób , kto ma coś dobrego do zbycia- sprzedania. Pokazali mi swetry i koszule. Zaproponowałem im, że będę  pośrednikiem w tej transakcji. Zgodzili się. Spytałem , za ile rubli można sprzedać sweter , koszulę. Sweter- za 8 rubli, koszulę- za 5 rubli.

Po obiedzie poniosłem te rzeczy proszącym.

Gdy obejrzał , zmierzył sweter, powiedział, że bardzo mu się podoba. „ A skolko budziet stać?”. Dziesięć rublej. Nie targował się i zapłacił. Koszula także podobała się jemu, ale była trochę za mała. Po namyśle wziął ją za 8 rubli. Sprzedaż się udała. Zarobiłem na tej transakcji 4 ruble- więcej jak bochenek chleba.

 Wszystko- sprzedaż i kupno odbywa się w tajemnicy.

Taką spekulację uprawiam przez cały „ karancin”- kwarantannę.

Zarobiłem na tym interesie 15 rubli. A więc mam już gotówkę na pajdki chleba. Pajdka chleba- 350 gram- kosztuje w zonie 1 rubel.

Miejscem targowym , chociaż niedozwolonym jest miejsce koło jednego baraku, wszystkim dobrze znanym.

Często to targowisko rozgania naczelnik  zony – tak samo zakluczony.

Na to targowisko  często wynoszą porcje cukru- 27 gram- ci, którzy chcą palić.

Ci palacze w łagrze, to są naprawdę nędzarze.

Sprzedają oni za parę papierosów  ostatnią pajdkę chleba albo porcję cukru.

Oni są przeważnie zdechlakami.

    Rzecz zrozumiała, że najwięcej  na targowisku było chleba i cukru od tych, którzy pracowali w „chleboreskach „ – krajali chleb i od tych , którzy dzielili cukier.

Nigdy nie dawali pełnej porcji chleba lub cukru. Wolno im było nie doważać na pajce 2-3 gramy , ale oni kombinowali i po 5 gramów.

Takich kombinatorów , gdy tylko złapano na gorącym uczynku , natychmiast zwalniano z tego zajęcia, a nieraz osadzano do izolatki. Dokonywała tego specjalna komisja, składająca się z cywilów.

     Te ostatnie dni kwarantanny  upływały na wyborach brygadzistów i tworzeniu brygad.

c.d.n.

    P i e r w s z e  d n i  p r a c y  p o  k w a r a n t a n n i e

  Już był miesiąc marzec. ( 1946 rok )

Słońce świeciło jasno i było dość ciepło, chociaż ziemi była jeszcze trochę przemarznięta.

       O godz. 6 rano rozlegał się sygnał- dzwon z rejką- by wychodzić na robotę.

Brygady zgromadzone na leżniówce są liczone. Było ich około dwustu. W każdej co najmniej po 25 zakluczonych.

Po sprawdzeniu obecności przychodzimy do wrot – drzwi zamknięte.

Strażnicy wychodzą z wartowni i otwierają wrota. Skrzypią one jak nieboskie stworzenie.

Przy otwartych wrotach stoi pięciu strażników i dwóch podliczających i zaraz że  sprawdzają pierwszą piątkę – obmacują ubranie, kieszenie, obuwie itp.

Od bramy odprowadzają pierwszą sprawdzoną piątkę i zatrzymują ją po 40 m.

Podchodzi następna piątka, w której też robią szman.

Dołączają ją do pierwszej, przy której już stoją konwojenci ze swoimi naczelnikami i psami. Konwojenci są uzbrojeni w automaty gotowe do strzału .

Odprowadzają naszą brygadę ( 30 osób) , która była pierwsza w tej kolumnie brygad, o 30-40 m od bramy- zatrzymują i każą przykucnąć.

Teraz zaczyna się sprawdzanie przez naczelnika konwoju danych personalnych każdego więźnia wyprowadzonego poza zonę.

 Z listy czyta on nazwisko skazanego – ten odpowiada-„ jest”, stacja- artykuł?-  63 ( białoruski kodeks, rosyjski- 56), srok?- termin na który został skazany- „dziesięć lat”.

Koniec sroka- 1954 – odpowiadam.

Daje komendę- Wstać!

Podrywamy się na nogi, mówi naczelnik konwoju: Uprzedzam, krok w prawo, krok w lewo – bez uprzedzenia strzelamy-strzelamy!

Naprzód !- Ruszyła brygada do pracy.

Idąc piątkami rozluźniają się.

Więc konwojenci, jak psy, krzyczą: „Podciągnij się !”.

Już się nie trzymamy pod ręce, a tylko staramy się iść w piątce.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 24 ). Mołotowsk nad Morzem Białym – pierwszy stopień do sowieckiego piekła.


z Wikipedii zdj satelitarne tego miasta – jest położone tuż pod północnym kołem podbiegunowym w obszarze wiecznej zmarzliny…

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Piekło sowieckie

  Mróz panuje do 25 i więcej stopni C. Zimno jest nie do zniesienia w wagonie.

 I wreszcie słyszymy sygnał pociągu obwieszczający , że kończy się nasza męka.

Jesteśmy na stacji: „ Mołotowsk” . ( obecnie Siewierodwińsk)

Wysiadamy z wagonów. Skaczemy, zsuwamy się po podłodze do drzwi i opuszczamy na ziemię.

Konwojenci ustawiają nas w piątki. Ruszamy.

Po wyjściu z zabudowania kolejowego jesteśmy na drodze prowadzącej do naszego domu- baraku, znajdującego się w łagrze.

Pada komenda: „ Biegom!”.  Padają strzały z rakiet „ Buch, buch” to w lewej stronie to z prawej. Krzyczą konwojenci : „Podciągnij się”.

Znowuż strzały z rakiet : Buch buch buch!.

Światło obejmuje całą kolumnę. Istne piekło „ biblijne”.

Biegniemy co sił, padamy, i znów światło rakietowe i głosy : „ Biegom”, podciągnij się.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił mi brakuje.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił brakuje.

Ale oto nagle ucichły strzały i nikt już nie pogania. Komenda: „ Stać”.

Przed nami stoi NASZ RODZINNY BARAK  oświetlony reflektorem z zewnątrz i żarówkami wewnątrz. Wchodzimy do tego baraku. Jest ciepło. Stajemy.

Wydaje się, że jesteśmy w niebie.

Po chwili zjawia się przed nami oficer NKGB ze swoimi pomocnikami. Pozdrawia nas, mówiąc: „ Dzień dobry obywatele więźniowie. Ja jestem waszym naczelnikiem i będę wami kierował. Na pewno zmarzliście. „ Głosem przyciszonym odpowiadam „ Tak”.

„Czy macie jakieś życzenia na swoich tawariszczy kotoryje was obiżali. Mówcie, my ich teraz ukaramy” . Wszyscy milczą.

A ja szeptem do swego towarzysza mówię, który stał obok mnie. Oddaj buty –  które mi zabrałeś. A on na to, że wymienił je na chleb. Mówię do niego, że ty jeszcze nie zdążyłeś tego zrobić. Jeśli w ciągu minuty nie oddasz mi butów, to ja zgłoszę to naczelnikowi. Stchórzył mój towarzysz niedoli i za pół minuty oddał mi buty.

Naczelnik ze swoją świtą opuścił barak.

My pozajmowaliśmy nary i sumki- torby położyliśmy u wezgłowia. Odpoczywamy.

Nie minęło dwudziestu minut jak dał się słyszeć głos: „ Wsie zakluczonnyje  pierechodzitie na druguju storonu baraka biez wieszczej – budziem sczytać.”  ( wszyscy więźniowie przechodzą na drugą stronę baraku bez rzeczy – będziemy liczyć )

Zostawiam swój sidor ( tłumok) z rzeczami i idę. Podliczanie odbywa się prędko.

Wracam i już jestem przy swojej narze i rzucam oczy na torbę. O rety, rozwiązana. Przyglądam się, czego brak. Nie ma butów, pary bielizny i kawałka kiełbasy. No cóż, stało się i nie odstanie.

 Ten wypadek zrobił na mnie bardzo przykre wrażenie, ale i pouczył , że trzeba być czujnym i nikomu nie dowierzać.

Na kolację dali nam po pół litra zupy- bałandy-„ krupa krupu  ganiajet, szeja łamajet”  i po trzysta gram chleba, tu, w łagrze wypiekanego a więc niepełnowartościowego.

Po tej kolacji , choć chudej, ale ciepłej poczułem się nieco raźniej.

Długo nie rozmyślałem i zebrawszy swoje bogactwo pod głowę, nie zrzucając wojłoków z nóg, zasnąłem….

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Karnalit- kwarantanna

Pierwsze 15 dni w łagiere.

    Obudził mnie głos pochodzący od rejki żelaznej, w którą dyżurny walił młotem na pobudkę.

Zerwałem się ze swej niżnej nary do toalety i umywalni.

Cały czas jestem ubrany w nową jesionkę. Bałem się zdejmować ją z pleców, bo mogli

” szakały ”- złodzieje pochwycić.

Na śniadanie też poszedłem w tym jesiennym palcie do stołówki. Po spożyciu półtoralitrowej zupy i 250 gram chleba wróciłem do baraku na swoje nary.

   Zjawili się u mnie dwaj cywile, a może więźniowie, którzy już kończą swój dziesięcioletni pobyt w obozie i pytają, czy ja nie chcę sprzedać „ osiennieje palto”?. Powiedziałem cichym głosem- „ Da” i poprosiłem ich przysiąść na moim łóżku, żeby się nie gapili obcy na nas.     

Jeden z kupujących nałożył na siebie palto a drugi obejrzał  go w palcie i powiedział :

 „ Dobrze leży”. „ Za skolko oddadzicie?”. „Za dwadcać rublej”- za dwadzieścia rubli. 

Nie zdejmując z pleców palta płacą dwoma dziesięciorublowymi papierowymi banknotami i szybko oddalają się, bo im widocznie nie wolno tu przebywać.

Ja pieniądze chowam głęboko do kieszeni koszuli, bo wiem, że tu jest pełno złodziei, którzy czyhają na dobra swoich towarzyszy niedoli, bo są głodni, no i mają już przyzwyczajenia bandycko- złodziejskie.

A i przyjaciołom głodnym nie można wierzyć .

Ten schowek, tj. kieszeń koszuli ,do którego złożyłem tę gotówkę, nie był gwarancją w nocy, bo złodzieje prędko mogą znaleźć.

Długo myślałem, gdzie te pieniążki schować.

Wreszcie wpadłem na pomysł, że najlepiej  przyszyć łatę do kalesony w rozkroczu- blisko organów- moszny.

Pomysł ten zrealizowałem i ruble umieściłem chyba w najbezpieczniejszym miejscu.

Przez dziurę w kieszeni w spodniach mogłem je wyciągać i chować do tajemniczego schowka.

Po sprzedaży palta wyszedłem z baraku, by oglądać zonę – łagier.

Jest w nim około dwudziestu baraków, piekarnia, kuchnia, pralnia, kancelaria, ustęp na pięć, dziesięć oczek i izolatka.

Cały ten obszar ziemi – 5 ha- zajęty przez łagier jest zagrodzony trzymetrowymi  słupami i powiązany kolczastym drutem. Między tym ogrodzeniem , co 50 metrów, stoją wyżki , dla obserwujących- pilnujących ruchu w zonie. Nad każdą wyżką palą się reflektory o mocnym napięciu i oświecają jasno całą zonę. Na każdej takiej wyżce stoją wartownicy z automatami załadowanymi i od zimna, kręcą się, ruszają, by nie zmarznąć.

    Tej obserwacji dokonałem stojąc na kładce zbitej z desek i ułożonych na poprzeczkach, które są przybite do słupków wpędzonych do torfu ( ziemi) tundry.

Miasto Mołotowsk ( obecnie Siewierdodwińsk)  leży na południowym brzegu Morza Białego, łączącego swoje wody  z Morzem Barentsa.

W roku 1946 , kiedy tam mnie przywieziono – to miasto jeszcze budowało się na tej tundrze, ciągnącej się na południe, wschód i zachód po sto kilka kilometrów.

Ścieżki około baraków wyłożone są deskami- na słupach wbitych w ten torf głębokości od jednego do dwóch metrów. Drogi te wyłożone nazywają się leżniówkami, bo inaczej nie można by się poruszać w tym błocie.

Domy tu się buduje na słupach , które trzeba wbijać w ten torf.

Twarda gleba leży pod tym torfem. Łatwo jest wbić słup do głębokości gleby- ziemi, ale dalej w głąb idzie słup z wielkim trudem.

Dlatego też’ zakluczeni” tych słupów nie zagłębiają tak jak wymagają tego przepisy. Gdy tylko nadzorujący tych robót oddali się , zaraz że pracownicy ścinają ten słup o 30-50 cm – żeby nie trzeba było gnać go w glebę.

I dlatego domy zbudowane w tym mieście są przeważnie pochylone to w jedną to w drugą stronę, jakby były pijane. Słupy się pochylają, gdy nie są wbite do gleby- ziemi na głębokość co najmniej na jeden metr.

Oprócz tych drewnianych domów, domków, budują w tej tundrze „ wojenny goradki”- wojenne miasteczka- z cegły- piętrowe.

 Rzecz zrozumiała, że pod takie domy- kolosy- robią podmurówkę.

Najpierw usuwają słój torfu,  a następnie kopią głębokie rowy i zalewają je cementem. Materiały na budowę przywożą maszynami na prowizorycznie zbudowanych leżniowkach.

Tuż przy brzegu samego morza budują stocznię.

Cały obszar budownictwa otoczony jest druciastym płotem z wyżkami, na których stoją zmęczeni – zmarznięci żołnierze i uważnie obserwują , by któryś pracownik- uwięziony nie dał drapaka- nie uciekł.

Do tej pory nikogo nie wpuszczają bez przepustki , nawet cywilów, których tu zatrudniają.

To moje ogólne pojęcie o tych spostrzeżeniach o tym Mołotowsku. ( obecnie Siewierodwińsku)

Uwaga! Nie mylić miasta Mołotowsk z miastem Mołostow- na Uralu

c.d.n.

( wrzuciłam do blogu 22.07.2019)

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 23 ). Początek tułaczego życia katorżnika. Konwój z automatami i psami. ” Przygody „w punkcie zbornym w Orszy i w pociągach .


Widok na Orszę lat 30 ub wieku. Zdjęcie z Wikipedii

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Upłynęło około tygodnia od wyroku sądowego , gdy nas – już skazanych – zebrano w ogólnej celi i stąd wyprowadzali na wyjazd pociągiem do Orszy na zbiorczy punkt -„ pieresyłocznyj punkt”.

A więc 16 lutego 1945 roku  wyprowadzono nas, więźniów – około dwudziestu z więzienia. Uszeregowano w piątki i kazano trzymać jeden drugiego pod ręce.

Konwój z automatami w rękach otoczył nas. Na przedzie i z tyłu kolumny stali oficerowie z psami. Kolumna ruszyła na stację.

Ludzie oglądający ten pochód, żegnali się i płakali. Bo niejednego ojca i matki był tu syn.

Mojej – Kochanej żony – Helusi nie było na pożegnaniu.

Ona jeszcze jechała do Wilejki , gdzie było nasze więzienie i wiozła mi proszone ubranie. Gdy dotarła do więzienia, ja już byłem w drodze.

Po zorientowaniu się w rozkładzie pociągów postanowiła dopędzić mnie w Orszy.

 I dopędziła.

Moja Helusia dotarła do Orszy, znalazła tam” pieresyłocznyj punkt” i przekazała mi podarek.

Był tam kożuszek, wojłoki, ciepłe watowe spodnie , oprócz tego było w tej podajance ciepła bielizna i różnego rodzaju jadło. Ledwie to wszystko przeniosłem z kancelarii tego biura.

Ta podajanka wzbudziła wszystkich zainteresowanie , a przede wszystkim tych, którzy toreb nie mieli przy sobie.

Do ogromnej sali na piętrze domu spędzono  więźniów około dwóch tysięcy.

Na środku tego kolosu  stały dwie beczki – paraszyty – do opróżniania się.

 Wokół nich chodzili – spacerowali- przeważnie grupami , skazani na roboty.

Jedni mieli ze sobą pod pachą jakieś torby z żywnością , drudzy tych toreb nie posiadali. Oni też wyrywali tym, którzy posiadali te torby. Trudno było się obronić od tych głodnych rabusi. To byli przeważnie groźni bandyci – recydywiści- dla których więzienie , czy też obóz pracy był radnym domem.

Ja, ksiądz i jeszcze jakiś towarzysz niedoli  nie chodziliśmy po tej wielkiej sali, tylko staliśmy opierając się o ścianę tego bloku, albo siedzieliśmy na swoich rzeczach.

 Ci” szakale” – głodni ludzie, nie mogli się dobrać do naszego kącika i wyrwać nam nasz dobytek. Tak było na sali w dzień, kiedy świeciło jeszcze słońce.

W nocy, ta zgraja przypuściła ataki na naszą grupkę, bo wiedzieli, że my mamy pełne „ sidory”- torby. Jeden już wstawił nogę między  mną a księdzem leżącym obok mnie i zgiął się tylko, a już dostał ode mnie takiego kopniaka butem, że jęknął z bólu i powiedział: „ Czort krepko bijot” ( diabeł mocno bije).

I poszli dalej szukać lepszego szczęścia.

Nazajutrz wyprowadzają nas na podwórko i ustawiają w piątki.

Konwojenci z automatami rozstawiają się o pięć kroków od kolumny i o 10 kroków jeden od drugiego. Starszyzna otacza nas z psami z przodu i z tyłu.

Dają komendę : „ w pierod”( do przodu) .

Ruszyliśmy.

Za 20 minut byliśmy już na stacji kolejowej. Stoją wagony puste, ale dla transportu zwierząt. Czyż my mamy jechać nimi?

Ależ tak – dają komendę  włazić do tych wagonów.

Kto silniejszy i sprytniejszy wskakuje i zajmuje miejsce lepsze- cieplejsze- na górnych narach.

A ja, chociaż” niezłomek” mam trochę siły, ale bez stopieniek nie mogę wskoczyć , bo mi zawadza ten duży „ sidor”( tłumok).

Jakoś przy pomocy ręki, którą podał mi dobry człowiek , wgramoliłem się do tego „bydlęcego domu –wagonu” .

 Księdza nie było już za mną, chyba zatrzymali go w Orszy – na pieresyłocznym.

Wagon był duży i pomieścił nas więźniów siedemdziesiąt osób.

Było po jednej i po drugiej stronie po pięć nar.

Pośrodku stał nieduży żeliwny piec.

W ścianie przy drzwiach była wyrąbana dziura przez którą wychodziło na zewnątrz korytko  do oddawaniu długu przyrodzie” ciężkiego i grubego” też.

Na narach wszyscy się nie pomieścili, więc zajmowali miejsca pod ścianami i wokoło nie ogrzewanego pieca.

 Ja zająłem miejsce pod ścianą.

Ruszył pociąg.

„ Szakale” zaczęli działać. Podeszło do mnie trzech i zaczęli odbierać mi mój „ Sidor”- torbę z pożywieniem. Trzymając mocno swoje skarby zacząłem krzyczeć wniebogłosy : „Gwałt, gwałt”.

Posłyszeli te głosy konwojenci stojący na butorach. Natychmiast dali znak, by się pociąg zatrzymał.

Pociąg stanął. Zaskrzypiały drzwi wagonu naszego. Otworzyły się.

Wpadło czterech konwojentów z młotkami. Podniesionym głosem zawołał jeden : „ Kto kryczał?” .

Nikt się nie odezwał i ja też. Pomyślałem , że jeśli ich wskażę, że odbierali ode mnie moje rzeczy oni się pomszczą na mnie, nawet mogą zabić. Bo im by to nie przeszło bezkarnie.

Konwojenci pomyśleli pewnie, że gdzieś zrobiono dziurę w podłodze wagonu. Zaczęli sprawdzać  ostukując młotkami podłogę i ściany przepędzając nas z jednej strony wagonu na drugą, walili takich młotkami gdzie popadło.

Po dokonaniu przeglądu konwojenci wyszli z wagonu zamykając nas w wagonach.

Dali sygnał.

Pociąg ruszył naprzód.

Minęło kilkanaście minut i zjawiło się do mnie stojącego przy ścianie z węzełkiem, dwóch „ zakluczonych”- więźniów- bandytów, tych samych którzy na mnie przedtem napadali.

Proponują mi przejść do nich na górne nary , gdzie będzie cieplej i nikt mnie tam nie skrzywdzi a oni mnie tam obronią.

Nie wierząc w ich współczucie przyjąłem tę propozycję, bo innego wyjścia dla ochrony mojego mienia nie było.

Przerzucili moje rzeczy na górne nary, a mnie pomogli wdrapać się na nie.  Było tam ciepło i nawet nie ciasno.

Obdarzyłem moich „dobrodziejów” sucharami i kęsami słoniny. Głód był u nich zaspokojony.

Zaczęli opowiadać o swoich sukcesach i porażkach w bandyctwie i złodziejstwie, za które oto teraz zostali skazani – dostali po 10 lat- „ isprawitilenych trudowych łagierej”.

Układali sobie plany , jak się lepiej urządzić w łagrze, by nie ganiali na ogólne prace poza zoną.

Przechwalali się, „ że  łagier i tiurma to ich dom”.

Jeden z nich,  z tych już łaskawych dla mnie bandytów, który teraz nie brał udziału w naszej rozmowie wlazł do torby mojej i wyciągnął z niej ciepłą koszulę – obwiązał nogi, mówiąc, że jest mu zimno w starych burach.

Drugi za jego przykładem wyjął mi z torby letnie buty z cholewami. Tłumaczył się, że jest mu bardzo chłodno w zanoszonych pantoflach.

Jeden i drugi obiecali, że zwrócą mi, gdy będą wychodzić z wagonu.

Piekło sowieckie

  Mróz panuje do 25 i więcej stopni C. Zimno jest nie do zniesienia w wagonie.

 I wreszcie słyszymy sygnał pociągu obwieszczający , że kończy się nasza męka.

Jesteśmy na stacji: „ Mołotowsk” . ( obecnie Siewierodwińsk)

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 22 ). Więzienie w Wilejce – drugie śledztwo , sąd, fikcyjni świadkowie i wyrok który był od początku zaprogramowany przez sowietów….


Po raz kolejny to zdjęcie z Wikipedii. Wilejka lat 30 ubiegłego wieku. Po lewej stronie duży budynek- prawdopodobnie więzienie w którym przebywał Jan i wielu wielu Polaków ….

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Drugie śledztwo i sąd

   Po 12 miesiącach pobytu w więzieniu wezwano mnie na śledztwo. Powiadomiono mnie, że sprawę moją będą rozpatrywać po raz drugi.

Mnie nie powiedziano, że była ona rozpatrywana przez Osobowe Sowieszczanije w Moskwie i zwrócono do rozpatrzenia na podstawie miejscowych świadków.

Śledczy zażądał ode mnie  uzupełnienia danych , mówiących o mojej niewinności. Dowodów, że nie brałem udział w aresztowaniu predsiedatiela sielsowieta.

Podałem, że w tym dniu, w którym aresztowano  predsiedatiela byłem u ciotki – Leoszkowej Wiery w Smorgoniach.

Powiedziałem również, że ludzi namawiałem, by nie płacili podatków Niemcom, ponieważ oni już odstępują.

Poprosiłem, żeby postawili mnie na konfrontację z milicjantem, który brał udział w tym aresztowaniu predsiedatiela. Te badania trwały prawie półtora tygodnia. Była konfrontacja z policjantem który brał udział w aresztowaniu. Stwierdził on, że ja nie byłem przy aresztowaniu.

Sprawę, że ja byłem u Leoszkowej w czasie aresztowania odrzucono, ponieważ była ona moją krewną.

Wiadomość o ponownym moim śledztwie dotarła do Smorgoń, do władz rejonowych.

Tu rozchodziły się pogłoski, że chyba mnie wypuszczą, bo nie ma świadków przeciwko mnie, oprócz świadka w osobie siostry aresztowanego – Anny Szczęsnej.

Władze rejonowe szukały świadków , którzy stwierdzili by moją obecność w czasie aresztowania.

Ale nie znaleźli nikogo, oprócz niej – którą nauczyli mówić- powiedzieć- że był.

    Zakończenie śledztwa.

Sędzia śledczy- Soroki- ogłasza mi, że śledztwo zakończono.

Czyta mi protokół i każe podpisać się pod nim.

Ja proszę sędziego,  by zezwolił mi samemu przejrzeć akta. Zgadza się. Więc przekładam- czytam akt po akcie. Zatrzymuję się na protokóle podpisanym przez Barana, który był obecny przy aresztowaniu predsiedatiela Szczęsnego. Oto jego słowa- które wypowiadał na ocznej stawce- konfrontacji w pierwszym śledztwie. „ Jewo- znaczy mnie- nie było podczas aresztowania.  A poczemu wy podpisali?- pyta go śledczy. Potomu, szto zastawił mnie śledowatiel- mówiąc- podpisywajtie, uże wy jewo bolsze nie uwidzicie”.

    Sąd odbył się za tydzień. Przyjechała i małżonka.

 Byłem pewny, że mnie uniewinnią. Ale gdzież tam.

W ich interesie było skazać mnie, chociaż śledczy zdawali sobie sprawę, że jestem niewinny.

Sędzia śledczy postarał się o drugiego świadka tak samo fałszywego jak pierwszy. Namówili, a może namówił  sam sędzia śledczy, żeby matka skazanego powiedziała na rozprawie, że byłem przy aresztowaniu jej syna, w przeciwnym razie grozi jej córce- Szczęsnej Annie, kara dwóch lat więzienia.

Oto jestem na sądzie.

Sąd odczytuje oskarżenie, że brałem udział w aresztowaniu Szczęsnego Iwana, którego następnie Niemcy rozstrzelali.

Następnie wywołują:

A. Szczęsna – matkę syna zamordowanego. Pytają ją, czy ona mnie zna? Potakuje-„ da„ – tak. „ A znaju ja jejo?-  odpowiadam, że nie znam.

Pokazuję też te słowa napisane w protokóle i mówię, że oto są słowa, które mówią, że mnie tam nie było i że w niczym nie jestem winny.

A sędzia  na to: „ Wsiorawno, budziem sudzić, wy niebłogonadzieżnoje lico w naszem stroju, wy wlijacielny cziełowiek- możecie nam wredzić”. ( wszystko jedno, będziemy sądzić, bo wy jesteście wrogiem ustroju i będziecie nam przeszkadzać )

Przejrzałem jeszcze kilka  protokółów – aktów i znalazłem protokół, który napisał milicjant aresztujący predsietatiela..

 Pokazałem sędziemu śledczemu , że on także stwierdza, że mnie nie było podczas aresztowania. Sędzia „ Eto sud reszyt” ( to sąd zdecyduje).

A na moje pytanie , dlaczego nie ma w aktach protokółu  grażdanki Leoszko Wiery, którą ja prosiłem was, grażdanin zbadać ( przesłuchać). Odpowiedź: „ ona wasza siostrzenica i ja nie mogę przyjąć jej zeznań”.

Zrezygnowany byłem w końcu i wreszcie protokół podpisałem, licząc na sprawiedliwy wyrok sądu. 

Natychmiast powiadomiłem żonę, że  prędko odbędzie się sąd.

W czasie rozprawy sąd pyta świadka.

Był li  Konopielko Jan, kogda aresztowywali waszego syna?. Kobieta milczy. Powtarzają pytanie. „ Był ili niet?”. Wtedy ona odpowiada: „ BYŁ”. Pytanie drugie: „ A szto on diełał?” Ona milczy.

Więc pytają dalej.” Automat u niego był ili puszka ? ” ( czy miał karabin maszynowy lub armatę  ? )  . Odpowiada: BYLI  ( miał ) .

„ Szto on dziełał s automatom ili puszkom ?”.  Ona milczy.

Sędzia pyta: „ Strzelał?”- ona odpowiada” STRIELAŁ

Wszyscy obecni na Sali sądowej wybuchają śmiechem. Ja także uśmiecham się i myślę , że oskarżycielka jest niepoczytalna.

Sąd zwraca się do niej. „ Twoja , babuszka pieśń spietaja, możecie wychodzić”. Ona wychodzi.

Sąd zwraca się do mnie: „ Wam obiniajemyj sud predstawlajet poslednije słowa”. ( Sąd wam pozwala na  ostatnie słowo )

Mówię : „Uważajemyj sud/ Razreszycie gawarić po polski?”

Odpowiadają: Można- gaworicie

Proszę mnie uniewinnić.

Po pierwsze dlatego, że ja nie brałem udziału w aresztowaniu Szczęsnego Iwana „predsiedatiela sielskowo sowieta”. Potwierdzili to na naocznej stawce – na konfrontacji-

Baran i milicjant Borowski J.

Po drugie: Anna Szczęsna – siostra aresztowanego – w czasie konfrontacji za pierwszym razem powiedziała , że mnie nie było, a kiedy wyprowadził ją sędzia śledczy za drzwi i straszył, że ona będzie ukarana za „ łożnoje pokazanje „ ( fałszywe zeznanie ) w protokóle , który podpisała. Po powrocie z korytarza, ona powiedziała- że ja byłem.

Za nieprawidłowe śledztwo ja zaskarżyłem sędziego śledczego przed prokuratorem. A gdy ten nie uznał mojej skargi, odpowiedziałem, że nie podpiszę zakończenia śledztwa w tym sądzie, dopóki nie będzie napisane w protokóle tak, jak odbyła się konfrontacja.

Na drugi dzień przyszli: prokurator i naczelnik śledczego oddziału. Naczelnik mnie też zmuszał do podpisania zakończenia śledztwa, jednak ja powtórzyłem, żeby fałszywie sporządzony protokół  był poprawiony, a wówczas ja podpiszę zakończenie śledztwa.  Sprawa śledztwa pierwszego zakończyła się tym , że odesłano ją na „ osoboje  sowieszczanije w Moskwu”.

Oświadczam też, że zeznanie matki aresztowanego o mojej obecności w czasie aresztowania jest niewiarygodne, bo nie mogłem strzelać z automatu , ani też z arudzii ( strzelby) ani tym bardziej z puszki ( z działa) . Śmiech obecnych na sali świadczył też, że to zeznanie było fałszywe.
Matka aresztowanego tak zeznawała, bo chciała obronić córkę od kary za fałszywe podpisanie protokołu.

Jeszcze raz proszę o uniewinnienie mnie.

Po paru minutach ogłaszają, że sąd uznaje winnym oskarżonego i skazuje go na 10 lat więzienia „ isprawitielnych trudowych łagierej”.

A więc spełniły się słowa sędziego śledczego :” Budziem sudzić nie smotria na wasze dokazitilestwa, szto wy niewinowat” ( wydamy wyrok niezależnie od waszych dowodów niewinności)

Taka była sprawiedliwość stalinowskiej polityki

Wracając z sądu do celi zobaczyłem czekającą małżonkę. Bez pozwolenia konwoju krzyknąłem, że zostałem osądzony na 10 lat poprawczej pracy i żeby prędko przywiozła wojłoki, kożuszek i watowane spodnie, bo prędko wywiozą.

 Całych 17 miesięcy przesiedziałem w więzieniu. Był to koszmar naszego życia- żony i mojego.

c.d.n.

A w tym czasie Żona Jana – opowiadała mi moja Mama, która już wówczas przyjaźniła się z Konopielkami –  a także jak było opowiadała moja Teściowa. 

Helena była wtedy  niespełna 30 letnią kobietą – matką dwojga małych  dzieci – piękną i delikatną, przyzwyczajoną do dobrobytu. Zdobywała jedzenie, by sporządzać mężowi paczki – jak nazywa je Jan – podajanki a potem z bagażami –   zakutana w chusty bo zima była mroźna –  pieszo pokonywała kilometry by dostać się do pociągu. Pociągi jeździły nieregularnie – wszak trwała wojna , a gdy przyjeżdżał – nie zawsze udawało jej się wcisnąć , bo ludzie tłumnie podróżowali – w różnym celu – też handlowym . Potem szła dalej i długimi godzinami  stała pod murem więzienia, by strażnik otworzył okienko i przyjął paczkę. Kiedyś tak czekała wśród innych  zapłakanych  kobiet przez 3 dni … dwie narracje …..

Jan  w pojęciu sowietów był wrogiem ludu –  nie dość , że wykształcony to jeszcze bogaty majątkiem żony. Takich należało usuwać z życia ……

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 21 ). Więzienie w Wilejce i życie uwięzionych .


Ponownie zamieszczam to zdjęcie ( jedyne jakie znalazłam w Wikipedii ) panoramy Wilejki z lat 30 ubiegłego wieku , tj. z okresu, gdy Jan był tam więziony. Po lewej stronie widać duży obiekt – myślę, że to jest właśnie opisywane więzienie. W nim też przebywał brat mojego Taty – Witold – znalazłam notkę w Ośrodku Karta – była to ostatnia informacja o nim. Potem wg relacji świadka o czym opowiadała mi mama – zginął nad Morzem Białym, wdeptany w błoto przez współwięźniów bo nie chciał im oddać jedynej kromki chleba …był wrogiem sowietów – czyli ludu, bo pracował w gminie jako urzędnik – aresztowany zaraz po wkroczeniu sowietów na Kresy ….jego ćiężarną żonę i 10 letnią córkę wywieźli na Sybir…

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 WIĘZIENIE W WILEJCE

  Na tym się skończyło pierwsze śledztwo, po którym należało oczekiwać sądu wojewódzkiego.

 Jednak organy śledcze nie skierowały tej sprawy na rozpatrzenie sądu, a jak się później dowiedziałem, wysłały ją do rozpatrzenia szczególnego do Moskwy- „ na osobowe sowieszczanie w Moskwu”.

Tam w Moskwie ta sprawa przeleżała przez prawie 12 miesięcy.

A mnie przeniesiono z celi śledczej do więzienia, które się znajdowało w wojewódzkim mieście Wilejce.

Więzienie to pobudowano jeszcze za carycy Katarzyny II. To ogromny, czteropiętrowy dom, ogrodzony murem kamiennym o wysokości 3 metrów i bramą żelazną z drzwiczkami wejściowymi. Na murach stały wieżyczki, w których bez przerwy była straż z automatami. Całe boisko naokoło więzienia było oświetlone lampami elektrycznymi. W ścianach tego diabelskiego gmachu pełno było żelaznych okienek z kratami ( bez szyb).

 Strach mnie przejął, gdy stanąłem z towarzyszami więźniami przed takim kolosem.

Zaskrzypiała zardzewiała brama, chociaż ją często otwierano dla „ niewinnych gości”. Weszliśmy na podwórko więzienne. Bramę zatrzaśnięto z takim zgrzytem i jękiem, że w żyłach moich krew się ścisnęła. Przed drzwiami więziennymi formują nas w dwójki i wpuszczają na korytarz piwniczny.

               Cela więzienna nr 9.

    Z korytarza wpuszczają do celi dziewiątej. Weszło nas około  dwudziestu, a już było ich – starych więźniów ponad trzydziestu.

Pełna była sala o powierzchni trzydziestu metrów z okienkami małymi i zakratowanymi grubymi żelaznymi prętami, bez okien szklanych.

Mury grube, do połowy znajdują się w ziemi. Podłoga cementowa.

Przy drzwiach stoi naczynie blaszane, do którego więźniowie „oddają dług przyrodzie’. Pieców i światła brak. Drzwi po wpuszczeniu nas do wnętrza, zaryglowano.

Więc zaczęliśmy sobie szukać miejsc do siedzenia. Ja ulokowałem się pod samym oknem- kratami, gdzie jeszcze było wolne miejsce. Inni siadali tam, gdzie stali, gdzie było wolne miejsce. Siedzieliśmy na swoich torbach, woreczkach, w których mieliśmy trochę sucharów i innego jadła podawanego nam przez rodzeństwo z domu. Ja miałem tego pożywienia pod dostatkiem, bo w każdym tygodniu raz przyjmowano „ podajanki”. Żona starała się odwiedzić mnie każdego tygodnia.

   Gdy zrobiło się w celi ciemno, zaczęliśmy się układać do snu.

Układaliśmy się tak, jak się układa śledzie w beczki : boczkiem jeden do drugiego, a tylko ja mogłem się położyć na grzbiecie, bo znajdowałem się we framudze okiennej – w dole na posadzce cementowej.

Dzięki temu, że  miałem ze sobą nową granatową jesionkę, nie marzłem, leżąc pod oknem.

Inni towarzysze niedoli, nie wytrzymaliby tego chłodu. To już był miesiąc grudzień, a więc zimno ciągnęło mocno.

Śpiąc w tak stłoczonej masie, trudno było wleźć z powrotem, gdy się wyszło do naczynia blaszanego za swoją potrzebą.

Trzeba było siły użyć, żeby utracone miejsce odzyskać.

Sygnałów na pobudkę, ani też na wstawanie nie robiono. Wstawaliśmy tylko wtedy, gdy dał się słyszeć głos dyżurnego otwierającego drzwi do celi. „ Wychodzić do łazienki”.

Pierwsza para stojąca na przedzie przy samych drzwiach, chwytała za uszy „paraszę” i niosła do ubikacji. Na „oddawanie długu przyrodzie „ dawano  dwie minuty. Kto nie zdążył , wypróżniał się w celi do „ paraszy”.

Do mycia się nie goniono nas, bo w celi nie było wody.

Tylko na śniadanie dawali po pół litra gotowanej wody, trochę zaprószonej jakimiś ziołami- niby kawą. W tej kawie nie było czuć słodyczy. Ale kto czuł głód, nie gardził tym darem i spożywał z 200 gramami chleba.

Na obiad i kolację dawano także po 200 gram chleba. Oprócz chleba, na obiad dawano pięćset gramów zupy- „ bałandy” zaprawionej zgniłą rybą bolszewicką.

Od takiego posiłku umrzeć nie można, ale żyć bardzo ciężko- dla tych którzy nie otrzymywali „ podajaszek” od swoich rodzin. A było takich cierpiących niemało. Prawda, że my otrzymujący „ podajankę”, dzieliliśmy się swoimi kęskami, ale to było niczym z pragnieniem głodu.

W celi, chociaż nie było szyb w oknach , ani pieców i mróz trzeszczał na dworze- było ciepło. Ogrzewaliśmy swoje mieszkanie własnymi oddechami i wyziewami ciał. Przez okienne kraty płynęła na zewnątrz para jak z pieca.

Gdy trochę rozwidniało na dworze, wszyscy więźniowie, siedząc na swoich tobołkach, zajmowali się mordowaniem wszy, których było pełno w naszej bieliźnie i ubraniu.

Z początku mojego pobytu w więzieniu, oddawano bieliznę do domu, do prania, ale po upływie dwóch miesięcy zabroniono.

Więc to plugastwo tak się rozmnożyło, że wybuchła epidemia tyfusu plamistego.

W każdej celi było pełno chorych, których nie było komu leczyć.

W naszej celi leżało i żałośnie stękało około dwudziestu więźniów.

Wiadomość o wybuchu epidemii dotarła do władz więziennych dopiero wtedy, gdy trzeba było chorych wynosić na noszach z celi.

Prawda, że lekarza posłano do zbadania chorych, ale już ich nie zdołano   uratować- pomarli. Martwe ciała wyciągano z  sali.

Stróże ciągnęli je przez korytarz jak padlinę do drzwi, przy których stała ciężarówka gotowa do ładowania trupów. Wywożono ich ciała do pobliskiego lasu, gdzie zakopywano je w ziemi na wieczny odpoczynek.

Z powodu tej choroby zmarło w tym więzieniu około trzystu ( 300) więźniów.

      W czasie panującego tyfusu plamistego rozpoczęto walkę z nim za pomocą ganiania – prowadzenia jeszcze żywych więźniów do kamer dezynfekcyjnych, w których zabijano wszy za pomocą dużej  temperatury.

Był taki wypadek, że w komorze spalono nie tylko wszy, ale wszystką prażącą się odzież.

   I jeszcze drugi wypadek był w tej kamerze, gdy ja dostałem od konwojenta cztery susy w bok, tak silne, że ból długo nie ustępował. A za co? Za porwanie- poszarpanie karteczki, którą on czytał po wyjęciu z kieszeni mojej marynarki.

Gdy się zorientowałem, że ta kartka napisana była od żony , natychmiast wyrwałem ją z rak naszego stróża i w mig ją podarłem na malutkie kawałeczki, żeby nie można było odczytać, tego, co tam było napisane.

Kara na tych czterech susach nie skończyła się, bo po powrocie do celi za parę minut, posadzono mię do izolatki na siedem dni. To była już druga izolatka.

POBYTY W IZOLATKACH WIĘZIENNYCH

Pierwszą izolatkę przeżyłem,  jeszcze będąc w celi śledczej.

Jak doszło do tego, że mnie ukarano izolatką pierwszą.

Gdy siedziałem jeszcze w celi śledczej, wpadłem na pomysł, żeby nawiązać korespondencję z  żoną. Otrzymując ” podajanki”  przez okienko w drzwiach , zamieniłem parę  słów z obsługującą ten dział.

Wywnioskowałem, że można przez nią podać wiadomość żonie, że brata mojego, Mateusza , także poszukuje NKGB i niech on ucieka jak najdalej od Smorgoń. Tę moją prośbę wykonała ta obsługująca i przy następnej „połajance” powiadomiła, że brat mój wyjechał.

Taki  kontakt z tą panią ośmielił mnie do napisania kartki do żony  na płótnie ołóweczkiem chemicznym , który przemycałem w bucie, idąc do celi śledczej.

Na kawałeczku płócienka białego , wyrwanego z kołnierzyka koszuli, napisałem, żeby po otrzymaniu dała znać w następnej „podajance” przez włożenie do niej paru obwarzanków.

 Przy tym napisałem, żeby w każdej „podajance” –  torbie – torebce, szukała końca nici, gdzie jest zaszyta wiadomość – kartka. Po pierwszej mojej podajance oddając  koszulę z poprutym kołnierzem , krótko powiedziałem, żeby żona szukała w kołnierzu koszuli. W następnej „podajance” od żony otrzymałem parę obwarzanków i niezmiernie się z tego ucieszyłem. Bo to oznaczało, że mój list otrzymała.

Korespondencja z domem trwała mimo otrzymywania kar- izolatek .

 Pierwszą 10 dniową izolatkę otrzymałem w końcu listopada .

Oddając  dla żony rzeczy puste po jednej „podajance” napisałem na dnie puszki blaszanej :

„ Wszystko otrzymałem”.

Te słowa nakreślone przez mnie zauważył i odczytał współpracownik tej dobrej kobiety, która już była w dobrych kontaktach ze mną. Ten pomocnik zaskarżył mnie przed naczelnikiem, że prowadzę niedozwoloną pierepiskę. ( korespondencję)

Administracja ukarała mnie bardzo surowo – dała 10 dni izolatki. W tej pojedynce otrzymywałem  300 gramów chleba i dwa litry wody dziennie .

      Izolatka

 To była  pojedyncza komórka o długości około dwóch metrów i szerokości- ponad 1 m. Podłoga cementowa, a na niej trzy deseczki przybite do niziutkich poprzeczek.

W oknie krata bez szkła okiennego.

W kącie przy drzwiach  stoi maleńka paraszeczka. ( wiadro do załatwiania się ) .

W takiej kajutce można by było żyć , gdyby nie ten przeklęty chłód w listopadowe ranki i noce. Ponadto ubrany byłem na letnio: buty, bielizna letnia, lekki sweterek i marynarka. Wrzucony byłem do pojedynki przed nadejściem nocy.

Z początku , gdy zaczęło dokuczać zimno, walczyłem z nim uprawiając gimnastykę różnego rodzaju, by się trochę ogrzać. Żeby trochę odpocząć , mierzyłem stopami długość pokoju tam i z powrotem. Próbowałem usiąść na swojej narze i zdrzemnąć. Ale gdzież tam było do snu,  gdy zimno przenikało do każdej kosteczki. Znowuż podrywałem się na nogi i ćwiczyłem ręce, nogi i tułów.

 I tak robiłem aż do ostatnich sił.

Trwało to z małymi przerwami po godzinie i dwie.

Strażnik, który od czasu do czasu zaglądał do” wilczka” w drzwiach ( mała dziureczka ) i widział, że ja nie mogę zasnąć z powodu chłodu- zimna, zlitował się nade mną. Otworzył  izolatkę i poradził mi, bym usiadł na deseczkach i nakrył głowę aż po szyję marynarką. Uczyniłem to wg jego wskazówek. I o cud! Zasnąłem – zdrzemnąłem się – chyba na parę godzin.

I tak ciągnęły mi się noce.

W dzień, gdy  było już widno na dziedzińcu więziennym , przynoszono mi 300 gram chleba razowego i nalewano dwa litry wody gorącej w kubek.

Chleb – porcję chleba połamałem na trzy kawałki i położyłem w kącie swojej pojedynki.

Wodę gorącą w kociołku, postawiłem przy swojej narze, która mnie ogrzała i „ kołysała” do drzemki przez co najmniej godzinę.

Gdy się ocknąłem, spożyłem  kromkę chleba z wodą tylko trochę ciepłą.

W takiej męce przeżyłem siedem dni.

W końcu tego dnia zabrano mnie do łaźni.

To było przez dniem święta wielkiej rewolucji. Kąpiel trochę ożywiła mnie, ale pójście po kąpieli do tej samej celi , mogło mnie zgubić, zapalenie płuc pewne. Nie tracąc ani sekundy czasu po zamknięciu drzwi łaźni, zwróciłem się z błagalną prośbą do lejtnanta , by mnie przeprowadził do jakiejś innej celi, bo w tej to ja zginę z chłodu.

Prośba o dziwo poskutkowała i przeprowadził mnie do pojedynki , trochę cieplejszej, chociaż było w niej dużo nieznośnego smrodu.

Te  ostatnie trzy  dni swej kary zniosłem już o wiele lepiej.

Po powrocie do celi, byłem już ostrożniejszy z tą korespondencją , ale nie przestałem jej uprawiać.

Druga izolatka

– kara za wyrwanie z rąk konwojenta i porwanie kartki od żony na drobne szczątki, była znioślejsza. 

Wrzucono mnie do pojedynki, w której już było dwóch więźniów.

Ponadto przyszedłem do tego miejsca odosobnienia z pełnymi nogawkami sucharów i innych smakołyków.

Tu miałem lepsze samopoczucie, bo cieszyłem się, że kartka była zniszczona i treści jej nie znają i nie wiedzą, kto ją przysłał.

A gdyby ją odczytano w biurze więziennym , mogły być nieprzyjemności dla małżonki.

Za moim przykładem zaczęli inni więźniowie fabrykować kartki i  zaszywać je w zakładkach bielizny, czy też toreb z podajankami.  Podpadli i inni jak ja wcześniej.

Żeby przerwać tę korespondencję zabroniła władza więzienna przesyłać bieliznę do prania do domu.

Mimo tych ograniczeń i karcerów ja nie przestałem kontaktować się z żoną.

Podajanki nadal podawano , a więc torebki chociaż maleńkie, dostawały się do celi i z powrotem szły do domu po opróżnieniu. Właśnie w tych małych torebkach wszywałem kartki z bibuły i wysyłałem je do domu. Żeby pracownicy nie wykryli tych szwów, mocno je tarłem, by nie było szelestu.

Taka korespondencja trwała aż do osądzenia mnie i wywiezienia do łagru

    Drobne sprawy więźniów

   Do tych spraw należałoby zaliczyć śledzenie ruchów w sąsiedniej celi nr 10 – w celi skazanych na karę śmierci.

Za pomocą pukania w ścianę, dowiadywaliśmy się ilu więźniów znajduje się w tej celi. Pukali 8 razy, a więc było ich ośmiu. W następnym dniu odpukiwali, zostało tylko sześć osób.

Dwie osoby zabrano i dokonano egzekucji – zastrzelono lub powieszono.

Ten fakt zabierania z celi śmierci więźniów , my, stojący przy swoich  drzwiach, podsłuchiwaliśmy .

Zaszurały buty kilku ludzi w korytarzu o godz. 12 w nocy. Okienko w drzwiach celi zastukotało. Dał się słyszeć głos patrolu więziennego; Taki, a taki ( nazwisko skazanego) przygotowitsia k wchodu. Po prostu- po paru sekundach otwierają się drzwi ( skrzypią )  i wychodzą : jeden najpierw , a drugi czegoś jeszcze szuka. Koledzy mówią, że szuka rzeczy. Na to konwojent: „ Jemu uże wierszyzny nie nada”. Wyszli, bo drzwi trzasnęły i klucz zazgrzytał.

Poszli, a za nimi dwaj strażnicy i władza: naczelnik więzienia, prokurator i sędzia.

Na podwórku już stał „ czarny werań”- samochód wywożący więźniów skazanych na śmierć. Wozili przeważnie do lasów , gdzie kazali jeszcze skazańcowi kopać dół i strzelano do nich nad dołem, skąd spychano ciało w dół i strażnicy zakopywali jamę.

A niekiedy urządzano szubienicę na placu w miasteczku i wieszano tam skazanego przy spędzonych obywatelach, by odstraszyć innych od ucieczek do borów, skąd robiono wypady na wojska sowieckie ( AK- Armia Krajowa).

    Niektórym więźniom, skazanym na karę śmierci, udawało się otrzymać ułaskawienie od

 „ osobowo sowieszczanija” w Moskwie. To znaczy zamieniano karę śmierci na 2-3 lata więzienia.

    Takiego jednego szczęśliwca z celi śmierci przerzucono do naszej celi.  Skazano go na karę śmierci za to, że był naczelnikiem miasta rejonowego w czasie okupacji niemieckiej.

A więc przypisywano mu wszystko zło, którego Niemcy dopuszczali się w  tym rejonie. Po skazaniu  go na śmierć, tak jak i innych, kazano im składać podanie z prośbą o ułaskawienie do władz w Moskwie. Niektórzy z nich napisali, ale byli i tacy, którzy nie chcieli pisać. Za takich zrezygnowanych, podania pisali pracownicy biura.

Nie wszystkie prośby zostały uwzględnione, ale jego prośbę załatwili pozytywnie – dali mu za to piętnaście lat więzienia –  „ katorżnych robót”.

Po trzech miesiącach pobytu w celi śmierci był niepodobny do normalnego trzydziestopięcioletniego mężczyzny. Wyglądał jak szkielet, cały obrośnięty siwym włosem. Idąc, słaniał się i coś do siebie mówił. Czy to głód na niego tak podziałał? Ależ- nie. Jeść, jak on mówił, dawali pod dostatkiem, ale organizm nie przyjmował- nie żądał. Świadomość, że za dzień lub dwa już go nie będzie  wśród żywych zabiła w nim chęć do życia. Wróżyli tylko, po kogo teraz oprawcy przyjdą. Było to życie koszmarne.

Nam, siedzącym w celi obok – nie myślało się o śmierci, tylko o przyszłym życiu.!!!!!

Nieraz śmieliśmy się do rozpuku, gdy udało się wyprowadzić w pole obserwatorów-  nadziratielej.

W celi siedzieli różni – niektórzy potrafili wydobyć ogień z waty. Ani tytoniu, ani ognia nie wolno było mieć w kamerze, karano za posiadanie- karcerami. A jednak palacze potrafili znaleźć ogień w wacie, tj. robili kłaczek z waty i tarzali go drewniakiem, albo butem po podłodze cementowej- 5-10 sekund i gdy go rozerwali był już dym w środku- wata się zapali przy pierwszym podmuchu ustami.

A więc, ogień już był i błyszczał w ciemności.

Spostrzegli to nadziratieli – obserwatorzy i natychmiast wpadli do naszej celi i zaczęli szukać zapałek, grożąc izolatką albo obniżeniem porcji chleba. Nic nie znaleźli i odeszli z groźbami.

Tytoń palacze przemycali za pomocą podajanek. 

W więzieniu skazani porozumiewali się ze sobą za pomocą długich nitek, które opuszczali z pięter wraz z ładunkiem – zawiniątkiem. My też posyłaliśmy im wiadomości napisane na kartkach za pomocą tegoż sznurka.

Ja najwięcej  poświęcałem czasu na przygotowanie korespondencji dla żony.

Podajanki, które nam przekazywane były przez rodzinę , przez pełniących służbę były okradane. Dzielili ono prawie na pół.

Jeden z moich kolegów ze szkolnej ławy spróbował się poskarżyć naczelnikowi więzienia. Wezwali go do biura i tam skargę rozpatrzyli – zbili go tak mocno, że ledwie żywego wrzucili do celi.

Zrozumieliśmy, że „ kogda siedzisz w gównie, nie podnimajsia gołowie” ( kiedy siedzisz w gównie, nie podnoś głowy).

Sprawiedliwość jest u tych, którzy są wolni i rządzą nami.

Z naszej celi niektórych więźniów ganiano na śledztwo.

Jeden z takich spróbował uciec. Odskoczył on od konwojenta, ale na huk strzału, który oddał tenże prowadzący, przybiegli mu inni konwojenci na pomoc i tego biedaka złapali. Zbili go na kwaśne jabłko i wrzucili z powrotem do celi. Długo on stękał, bo na bokach i na nogach pełno było ran i guzów.

c.d.n.

Na marginesie muszę napisać, że w tym więzieniu przebywał też brat mojego Taty – Witold – znalazłam notkę w Ośrodku Karta – była to ostatnia informacja o nim. Potem wg relacji świadka o czym opowiadała mi mama – zginął nad Morzem Białym, wdeptany w błoto przez współwięźniów bo nie chciał im oddać jedynej kromki chleba …był wrogiem ludu w pojęciu sowietów , bo pracował w gminie jako urzędnik – aresztowany zaraz po wkroczeniu sowietów na Kresy ….jego ćiężarną żonę i 10 letnią córkę wywieźli na Sybir…

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 20 ). Czas w areszcie śledczym w Wilejce.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Czas w areszcie śledczym  (c.d.) .

zdjęcie z Wikipedii – Wilejka, lata 40 ub wieku

Siadłem na brzegu nar, które ciągnęły się od jednej ściany do drugiej przez dziesięć metrów.

Pod sufitem we wspomnianej ścianie było zakratowane okienko.

W drzwiach od korytarza widać było maleńkie okienko , a w nim małą dziurę- „wilczek”, przez który obserwował nas, siedzących i leżących  na tych gołych deskach,  strażnik .

Zrobili mi przyjaciele niedoli miejsce i ja wlazłem na nar. Zdjąłem swoją nową jesionkę i położyłem ją pod głowę zamiast poduszki. Torbę swoją z żywnością umieściłem pod narą. Ponieważ było gorąco na sali, zdjąłem marynarkę i sweter. Wszystko to położyłem na deskach zamiast materaca.

W sali wszyscy milczeli i ja też milczałem. Grobowe to milczenie przerwał  nam dozorca, otwierając drzwi. Dał nam rozkaz wychodzenia do ubikacji po jednemu. Wędrówka ta trwała około pół godziny.

Z kolei zaczęła się rozmowa o tym, za co nas aresztowano. Każdy tłumaczył, że on jest w niczym winny. Ja też w podobny sposób twierdziłem.

Wszyscy byliśmy pewni, że nas długo nie będą trzymać w areszcie i wypuszczą nas na wolność.

Tu jednak wszyscy myliliśmy się, bo nie znaliśmy ich, bolszewików bliżej. U nich, kto został aresztowany, mógł na wolność wrócić – jeśli będzie żył –  za 5, 10 i 15 lat, a może i za 25 lat !!!

Nadszedł wieczór. W celi nie ma światła, tylko przez „ wilczek” w małym okienku przedzierały się promienie elektryczne. W sali zapanowała cisza, przerywana od czasu do czasu stukiem butów stróża. Pobudka nastąpiła, gdy już było zupełnie widno na drodze i w naszej celi.

Śpiąc, nie czułem, co się działo obok mnie i na mojej jesionce, którą teraz przykryty byłem.

Dopiero gdy spojrzałem na palto, zobaczyłem, że coś się rusza maleńkiego, jak białe ziarenko makowe. Złapałem. Była to wesz. O rety !, ileż ich było w tej jesionce w drugich moich rzeczach, leżących pod bokiem zamiast siennika.

Wziąłem się za mordowanie tego plugastwa . Łapałem po jednej, kładłem na jeden paznokieć, i drugim cisnąłem do pęknięcia. Za godzinę wymordowałem sporo tych wszy- ale pozostało ich żywych niemało. Takąż walkę z tymi „ krwiopijcami” prowadzili i inni koledzy w nieszczęściu. Przerywaliśmy to paskudne- wstrętne zajęcie, tylko na czas pójścia do ubikacji lub spożycia posiłku.

 Codziennie któregoś z aresztowanych wzywano na śledztwo, które trwało nieraz do dwóch trzech godzin. Zawsze wracał taki nasz przyjaciel niedoli z miną grobową, zmaltretowany, nieraz i pobity.

Po kilkuminutowym odpoczynku opowiadał o śledztwie, jakie metody stosują, jak się wulgarnie wyrażają, często biją, gdy któryś nie chciał przyznawać się do winy, której nie popełnił.

Niektórzy koledzy informowali nas, że sędziowie śledczy często uciekają się do oszustwa w stosunku do aresztowanego-  a mianowicie: czytają mu protokóły – niektóre słowa, wyrażenia na odwrót. Czytają np.: „Nie przyznał się do winy” a napisane było : „ Przyznał się do winy”.

Taka informacja dla tych oskarżonych , którzy jeszcze nie byli w śledztwie, była bardzo pożyteczna.

Mnie na śledztwo nie wzywano, a tylko od razu z aresztu poprowadzono na sąd.

Spieszno  widocznie im było.

Sąd składał się z dwóch wojskowych i sekretarki.

 Świadkowie, którzy mieli świadczyć o moim przewinieniu, moim przestępstwie, stali pod drzwiami zamkniętymi.

 Owe drzwi otworzył mi konwojent.

Wszedłem do wnętrz, a on też wszedł za mną.

Stanęliśmy przed stołem sędziowskim. Strażnik cofnął się o krok ode mnie.

Sędzia przeczytał moje personalia, a  następnie oskarżenie:

      Że brałem udział w aresztowaniu przez Niemców Szczęsnego Sergiusza, przewodniczącego, którego zabiło ( ubiło ) gestapo.

Na pytanie , czy przyznaję się do winy, odpowiedziałem, że nie, nie brałem udziału w aresztowaniu i nie znam jego miejsca zamieszkania. Że takie oskarżenie na mnie, ktoś podał ze złości. Ja sam chowałem się przed niemieckim gestapo.

Wzywają świadków, po jednemu.

Pierwszy świadek mówi, że znam tego pana, był nauczycielem, dobrze uczył dzieci, z mieszkańcami żył w zgodzie.

Występuje drugi oskarżyciel i mówi: Jestem Szczęsna Maria- siostra Szczęsnego Sergiusza. Pyta sędzia: „ Czy oskarżony Jan Konopielko był, gdy waszego brata aresztowano?” Pada odpowiedź : „ Był”.

Mnie poniosło. Proszę sędziego o pozwolenie zadania pytania świadkowi paru pytań.

Sędzia pozwala.

Pytam: „ W co byłem ubrany?” . Ona milczy. „ Czy miałem broń?”. Też milczy. „ Czy było dużo ludzi?”. Trochę było. „ A kto aresztował?”-  Niemiec, policjant białoruski i tłumacz.

 „ A kto go powiózł samochodem?”. Ci trzej, odpowiada.

„ A jeśli ja byłem, tak jak pani mówi, to co ja robiłem?”. Nic.

Zwracam się do sądu, by sąd odłożyć a ja przedstawię świadków, że mnie tam nie było.

Sędzia mówi: „ Sąd odroczony”

Strażnik otwiera drzwi i wychodzimy. Gdy byliśmy za drzwiami, konwojent kazał założyć ręce w tył i pomaszerowaliśmy do aresztu śledczego, gdzie przekazał mnie w ręce stróża. Ten wpuścił mnie do sali.

Tu już czekali na mnie koledzy. W krótkich słowach opowiedziałem o przebiegu rozprawy, że sprawa została odłożona.

Idąc z sądu i siedząc na narach,  wciąż myślałem, dlaczego odłożono rozprawę. Czyż dlatego , że ja prosiłem i adwokat podtrzymał moją prośbę, mówiąc: „ Poddzierżywaju?” .

Czy może sąd nie miał prawa wydać orzeczenia na podstawie tylko jednego świadka oskarżającego mnie. Drugi świadek oskarżający , który się podpisał na protokóle, na podstawie którego sąd rozpatrywał tę sprawę, nie stawił się na rozprawę.

Nasuwa się pytanie, kto sporządził ten protokół.

Protokół ten napisał  jeden z pracowników NKGB, który przyjechał specjalnie do wsi Pasynki, gdzie mieszkała Szczęsna Maria- siostra poszkodowanego. We wspomnianym protokóle było, że aresztowało go gestapo: jeden Niemiec, jeden policjant białoruski i jeden tłumacz.  Brali w tym udział: Grudzina- sąsiad, Ciunowicz- sąsiadka i Jan Konopielko- ja. Protokół ten był podpisany przez Szczęsną Marię i Barana- aktywistę ( sołtysa) z Bajb.

Baran nie chciał się pod tym protokółem podpisać- że nie jest prawdą, że ja tam byłem- ale zmusił go sędzia śledczy, który powiedział: „Podpisywaj, bolesze jewo nie uwidzicie”.( podpisuj i tak więcej go nie zobaczysz)

Sprawę moją sąd zwrócił Urzędowi Śledczemu, by ten zebrał dokładniejsze dane o oskarżonym Janie Konopielko.

       Po tygodniu strażnik mnie wzywa na korytarz i oddaje w ręce konwojenta z automatem. Ten poprowadził mnie do sędziego śledczego. A więc znowu zaczęło się śledztwo. Pytanie: „ Czy ja byłem obecny, kiedy gestapo aresztowało predsiedatiela  sowieta Szczęsnego Sergiusza?”.  Nie – odpowiadam.  Ja sam kryłem się przed gestapo.

 „ Ty faszyskaja morda, nie pryznajuszsia, szto brał uczaścije w aresztowaniu predsiedatiela czerez gestapo!”. Krzyczy, ruga, żebym się przyznał do winy.

Ja znów powtarzam, że mnie tam nie było. Jeszcze z większą wściekłością rzuca się na mnie.

Ale ja milczę.

Wreszcie otwiera drzwi do pokoju i mówi do konwojenta  :” Zabieraj etowo faszysta”. Ręce zakładam w tył i idę, a za mną z automatem kroczy konwojent.

Ludzie idący chodnikiem, dają nam drogę i ukradkiem, z lękiem przyglądają się mi, jakbym był jakimś złoczyńcą, który mordował ludzi.

A przecież ja byłem naprawdę niewinny. Podłość sowieckiego czekisty to sprawiła.

  Przez pięć dni znów siedzę na swoim barłogu i opowiadam towarzyszom niedoli, jak zachował się wobec mnie sowiecki sędzia śledczy.

Po pięciu dniach słyszę swoje nazwisko w okienku : „ Konopielko – wychodzi”.

Chwytam marynarkę na plecy i już staję w otwartych drzwiach.

Ja na przedzie, a on z automatem za mną.

Domyślam się, że pewnie będzie konfrontacja z tymi oskarżycielami, którzy podpisali się na protokóle. Wchodzimy na korytarzy prowadzący do drzwi sędziego śledczego. Tuż przy nich siedzą Szczęsna Maria, która oskarżała mnie  w sądzie i jakiś nieznajomy mężczyzna.

Konwojent wpuszcza mnie do pokoju śledczego i sam się cofa.

Mówię: „ Dzień dobry”. Odpowiedzi z jego strony nie usłyszałem.

Wzywa, otwierając drzwi – Szczęsną Marię. Ta już jest także w pokoju śledczego. Zwraca się do Szczęsnej z zapytaniem: „ Czy ona mnie zna?” Ona odpowiada, że zna. Zadaje jej drugie pytanie: „ Czy on – pokazuje ręką na mnie – był w czasie aresztowania przez gestapo waszego brata- Szczęsnego Sergiusza?”. Ona odpowiada: „ Jego nie było”. Konsternacja u sędziego. Jest zaskoczony taką odpowiedzią.

Natychmiast każe jej wyjść za drzwi i sam za nią idzie na korytarz.

Słyszę, jak podniesionym głosem mówi, że ona podpisała protokół , w którym jest podpisane, że Jan Konopielko był obecny w czasie aresztowania waszego brata. Wy za to będziecie skazana na pięcioletnie więzienie. Jeśli powiecie, że był, nic wam nie grozi.

Wracają do pokoju i sędzia znowu ją pyta, czy byłem w czasie aresztowania.

Odpowiada ze spuszczoną głową, że „ był”.

Każe jej podpisać się na sporządzonym protokóle. Podpisuje i sędzia każe jej opuścić pokój – jechać do domu.

A teraz zwraca się do mnie i mówi. Będziemy kończyć śledztwo.

 Czyta protokół zakończenia śledztwa, ja uważnie słucham. Po skończeniu czytania, mówi do mnie : „ Podpiszcie”. Ja odpowiadam, że takiego protokółu nie podpiszę, bo w nim nie napisano, że na pierwsze pytanie , Szczęsna odpowiedziała, że mnie tam nie było, kiedy aresztowali predsiedatiela, a dopiero  za drugim razem, kiedy już przyszła z korytarza zmaltretowana i nastraszona pięcioletnią karą więzienia za to zeznanie .

Dlatego też proszę, o napisanie nowego protokółu zakończenia śledztwa z uwzględnieniem tego, co ja powiedziałem i ja to podpiszę .

Przy tym, dodałem, że ja jeszcze chcę przejrzeć całą teczkę swojej sprawy. Ja sam umiem czytać po rosyjsku.

Wściekł się na moje „ Nie podpiszę” i na moje żądanie przejrzenia teczki mojej sprawy. Krzyczał: „ podpisuj, jeśli nie podpiszesz- zabiję”. Chwyta spod pieca polano drewna przyniesione do ogrzania pieca, podnosi je do góry i mówi: „ Jeśli nie podpiszesz, zabiję”.

Zabijaj, ja i tak nie podpiszę, póki wy nie poprawicie protokołu i  nie dacie mi do przejrzenia.

Na to on, pluje mi w oczy i rzuca polanem pod piec.

Ja na to: „ Choroszaja kultura sudzi śledowatiela ( sędziego śledczego) . Proszę mi dać prokuratora, ja jemu wszystko przekażę.”

Prowadzący śledztwo otwiera drzwi pokoju i każe konwojentowi mnie zabrać.

Wracam  do celi ze łzami w oczach , ale i z wściekłością, którą zaraził mnie ten Tatar.

Nazajutrz wzywają mnie znowu na śledztwo.

Wpuszczają mnie do pokoju sędziego śledczego, gdzie już jest „ Prokurator”. Pyta mnie, dlaczego nie podpisuję protokołu zakończenia śledztwa. Zamiast odpowiedzi na to pytanie , proszę go,  żeby wyprosił  sędziego śledczego z pokoju, dlatego, że wstydzę się mówić w jego obecności. Z początku powiada, że on nie może tego zrobić, ale po chwili namysłu mówi, żeby śledczy wyszedł. Ten opuszcza pokój.

Ja na to” „ Eto choroszo. Wy prawilno razsmotritie moju żałobu”. (To dobrze. Wy sprawiedliwie rozsądzicie moją skargę )

On na to –  mówcie:

Opowiedziałem o śledztwie z panią Szczęsną Marią, która na pierwsze pytanie odpowiedziała, że mnie nie było jak aresztowali jej  brata, a po raz drugi, powiedziała, że byłem obecny.

Po przesłuchaniu mojej skargi powiedział: : „ Nie prinimaju waszej żałoby, kogda ja nie podpiszu okończanija śledztwa”. ( Nie przyjmuję waszej skargi , dopóki nie podpiszę zakończenia śledztwa)

Na tym się skończyła moja rozmowa z prokuratorem.

Wszedł do pokoju śledczy i kazał konwojentowi odprowadzić mnie do aresztu.

Wracam na swoje przeklęte nary i myślę, co oni będę ze mną robić?

Prokurator i śledczy postanowili zaprosić do siebie głównego naczelnika śledztwa- pułkownika.

 A więc na drugi dzień ponownie prowadzą śledztwo ze mną.

Gdy już byłem w tym przeklętym pokoju, przyszli: pułkownik, prokurator i śledczy.

Pułkownik pyta mię:

” Poczemu wy grażdanin nie podpisywajecie okończanija śledztwa?”.

Ja odpowiadam:  „ Potomu, szto śledowatiel napisał w protokole nie tak, kak eto było skazano na naocznej stawkie czerez Maria Szczęsna, szto mienia nie było kak arestowali niemcy jej  brata. I nie podpiszu, poka nie budiet isprawleno ( poprawiono) – szto pierwej raz skazała, szto mienia tam pry aresztowanii nie było”.

A on, pułkownik mówi: „ Ty siebie płocho diełajesz”.  ( Ty źle robisz dla siebie) .

A ja na to: „ Chuże ( gorzej) nie budiet czem tiepier”.

Napisali protokół i czytają : „ Grażdanin Jan Konopielko odkazywajet ( odmawia) podpisania okończanija śledztwa.”. Podpisują się pod tym we trójkę i mówią, żebym i ja się podpisał.

 Ja odmawiam i mówię:” Jeżeli napiszecie, dlaczego odmawiam – podpiszę ten protokół”.

„ Iż kakoj mudry” mówi pułkownik.

Odprowadźcie go, pożałuje, ale będzie już za późno.

Te ostatnie słowa naczelnika w randze pułkownika NKWD – Narodnyj Komisariat Gławnoj  Biezapasności – nie przestraszyły mnie, ale utwierdziły , że taka jest sprawiedliwość w NKGB.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 19 ). Aresztowanie….


Zdjęcie z albumu rodzinnego moich Teściów – Jan już po powrocie z katorgi – pomimo tego co przeżył – zawsze pogodny …...

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 ARESZTOWANIE

       Wczesnym rankiem w końcu miesiąca sierpnia 1944   roku weszło dwóch mężczyzn do naszego mieszkania ( w  Smorgoniach niedaleko Wilna ) i jeden z nich zapytał”  „ czy mieszka tu Jan Konopielko?”.

Stojąc w drzwiach sypialni , odpowiedziałem, że ja jestem tym, o którego pytają. Poprosił mnie o dowód osobisty. Wręczyłem mu. Popatrzył, popatrzył, w końcu mówi, że jestem aresztowany. Przy tym wyjmuje nakaz aresztowania i mi wręcza.

Czytam i mu zwracam. Mówi:” Idziesz z nami”.

Proszę ich o pozwolenie bym mógł  zjeść śniadanie. Pozwalają. Porozumiałem się z żoną wzrokiem – zrozumiała i podała śniadanie.

Gdy śniadanie było na stole z wódką, którą przyniosła. Poprosiłem i ich do spożycia tego posiłku i wypicia po kieliszku. Prośbę moją przyjęli.

Po śniadaniu spytałem, czy mogę iść do toalety, znajdującej się na podwórku. Udzielono mi pozwolenia i ja, wraz z jednym NKW- dzistą oddaliłem się, by oddać dług przyrodzie. Ta czynność trwała około trzech- pięciu minut, a ten mój stróż z polecenia Stalina, stał obok mnie i uważnie śledził moje ruchy, żebym nie dał drapaka to jest nie uciekł.

Nie myślałem ja o ucieczce i wróciłem spokojny do mieszkania , gdzie już był nastrój pogrzebowy.

 Żona płakała, dzieci: Mirek i mały Pawełek jej wtórowały. Ja tylko ich zapewniałem, że niedługo wrócę do domu, do nich, że nie zginę.

 Uściskając na pożegnanie żonę i dwóch łkających synków, opuściłem ze łzami ten kochający dom rodzinny.

NKW-dziści zaprowadzili mnie do aresztu.

Tam spotkałem już nie jednego znajomego.

W następnym dniu dowiedziałem się, że mnie i jeszcze kilka osób poprowadzą do Wilejki, wojewódzkiego miasta znajdującego się w odległości 25 km od Smorgoń.

O godzinie mniej więcej 11-tej zabierają mnie z aresztu i każą stanąć na podwórku koło furmanki. Za parę minut przyprowadzają kobietę i mężczyznę, którymi są sąsiedzi zamordowanych teściów- Ciunowiczowa i Gradzina.

W tymże czasie ktoś z krewnych przynosi mi od żony torbę z żywnością, którą za pozwoleniem konwojenta, pakują na wóz.

Już obaj konwojenci: lejtnant i szeregowy, ustawiają nas za furmanką a sami stają za nami i dają komendę: ruszamy!.

Wyjeżdżamy na główną ulicę prowadzącą z Wilna do Mińska. Wóz rusza powoli, my za nim kroczymy ze spuszczonymi głowami.

Mieszkańcy miasteczka z lękiem spoglądają zza węgłów swoich chat na ten nieszczęsny jakby pogrzebowy pochód.

Na uboczu, za mostem tej ulicy, widzę czekających mnie na pożegnanie żonę, brata Mateusza i nianię z trzyletnim Pawełkiem. Zwracam się do konwoju, żeby pozwolił mi pożegnać się z synkiem i rodziną. Całuję ich ze łzami w oczach i mówię Kochanemu Pawełkowi: tata będzie daleko, daleko?.

Żonie i bratu konwój pozwala odprowadzić mię do mostu na rzece Wilii.

Kroczymy końskim krokiem przez trzy kilometry i przed mostem zatrzymujemy się.

Żegnamy się z żoną, bratem i mówię, że niedługo się spotkamy.

Jeszcze daję polecenie małżonce, żeby zebrała z pola wysuszoną koniczynę.

Wóz rusza i my za nim.

Przejeżdżamy most. Przed nami już droga bez bruku.

Konwojent daje rozkaz, byśmy zeszli z kolein i szli ścieżką po prawej stronie wozu. Sam naczelnik konwoju wdrapuje się na wóz, a za nami już idzie tylko szeregowy konwoju z karabinem na ramieniu.

Lejtnant zadrzemał na wozie, a ja w tym czasie  zbliżyłem się do konwojenta i zacząłem mu opowiadać- pytać- za co mnie aresztowali? Muszę tu wspomnieć, że tym szeregowym konwojentem był mój uczeń z piątej klasy w szkole w Sukniewiczach.

Rozmowę naszą przerwał budzący się naczelnik konwoju. Kazał swojemu podwładnemu iść trzy kroki od aresztowanych.

W takim porządku doszliśmy do wioski Dzierwieli.

Tu starszy konwojent dał rozkaz zatrzymać się, bo już zaczynało się na dworze robić szaro- ciemno.

  Władza zaszła do jednego domu z tej wsi i zapewniła nocleg dla nas wszystkich.

Wprowadzono nas do pustej chaty, gdzie na ławkach stojących pod ścianami usiedliśmy i tak w tej pozycji odpoczywaliśmy całą noc do świtu- aż się dobrze rozwidniło na dworze. Przy nas przez całą noc siedział z karabinem ten mój uczeń piątej klasy.

Nazajutrz, gdy tylko się dobrze rozwidniło, ruszyliśmy w drogę do Wilejki, która jeszcze znajdowała się o około 20 km.

Za cztery godziny byliśmy już na podwórku śledczego. Naczelnik konwoju opuścił nas, zostawiając z nami konwojenta.

Długo, bo aż do samego ciemna, odpoczywaliśmy i pokrzepialiśmy się czym mogliśmy.

Nasz starszy konwojent nie potrafił przekazać nas wojewódzkim władzom śledczym, bo jak później dowiedzieliśmy od młodszego konwojenta, nie miał dokumentów potrzebnych  uprawniających do posadzenia nas w areszcie wojewódzkim.

Na noc musiał schować nas w piwnicy i zamknąć na kłódkę i na zewnątrz ustawił posterunkowego w osobie mojego ucznia.

Na surowej ziemi, bez żadnej podściółki, przeleżeliśmy w tej ziemiance do godziny 9- tej rano i wypuszczono nas na podwórko, gdzie jeszcze stał wóz, na którym przyjechał nasz władca. Teraz rozdzielili nas.

Mnie poprowadzili do aresztu śledczego, a tych dwojga, chyba puścili do domu, bo ja już ich więcej nie widziałem.

W areszcie śledczym w Wilejce

Mnie oddano strażnikowi oddziału śledczego. Ten zaprowadził mnie na korytarz i zamknął w ubikacji.

Będąc tam i wiedząc, że będzie jeszcze robił „ Szman”-  tj. kontrolował , schowałem chemiczny ołóweczek do cholewy buta.

Gdy otworzył drzwi , obszukał wszystkie moje kieszenie i torbę z żywnością, wpuścił mnie do aresztu – gdzie już nie było mało – dużo siedzących i leżących aresztowanych.

 Patrzyli na mnie, a ja na nich.

Nikogo nie znalazłem ze znajomych. Wszyscy byli obcy.

Na twarzach ich widziałem smutek i żal- te same uczucia jakie ja przeżywałem stojąc przed nimi.

Ten żałosny nastrój przy spotkaniu, przerwał nam strażnik otwierający drzwi do sali wywołując jednego z aresztowanych do wyjścia na korytarz.

Żona tego nieszczęsnego z synkiem sześcioletnim przyszła, żeby mu pokazać, gdzie jest tatuś. Krótko trwało to widzenie i trzeba było opuścić korytarz. Syn w niebogłosy krzyczał, żeby tato szedł z nim, do domu. Żałosny to był  krzyk dziecka. Później dowiedziałem się, że to był dyrektor średniej szkoły w Wilejce.

Widzenie niedozwolone skończyło się. Trwało dwie minuty. Żałosny płacz dziecka spotęgował i nasz smutek.

 Już ja siadłem na brzegu nar, które ciągnęły się od jednej ściany do drugiej przez dziesięć metrów.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 18 ). Dramatyczne losy siostry , szwagra , ich maleńkich dzieci i reszty rodziny.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Szwagier i siostra

    Partyzanckie  oddziały ( sowieckie- przyp. Z.K..) były najczęściej małe – po trzy osoby.

W nocy przebywali w lasach, a na dzień wychodzili do wiosek, w których zdobywali pożywienie i często wiadomości o ruchach wojsk niemieckich.

Często rozmawiali z chłopami tych wsi. Werbowali młodych do wstąpienia w ich szeregi i nieraz zmuszali młodych chłopców do pójścia z nimi razem. Niewielu było ochotników- ale byli.

Mój szwagier, z zawodu krawiec, nawiązał z nimi kontakt bliższy. Szwagier i rodzice moi mieszkali w mojej rodzinnej  wsi- Kołpiei otoczonej wokół lasami i położonej o pięć kilometrów od miasteczka Smorgonie- gdzie była stacja kolejowa prowadząca z Wilna do Moskwy.

Szwagier często przychodził do mnie i pytał mnie o zachowanie się wojsk na drogach. Zrozumiałem, że on te wiadomości przekazuje swoim partyzantom- towarzyszom.

Pewnego dnia przyszła moja siostra w odwiedziny. Rozmawiałem z nią o tych ich conocnych gościach.

Przy tej okazji przekazała mi kartkę od partyzantów- którą przeczytałem i podarłem.

Z oburzeniem powiedziałem jej, żeby do nas więcej nie przychodziła. Bo u nas moc szpiegów i mogą donieść o tym Niemcom, a oni nas rozstrzelają.

Po tygodniu Niemcy wieś naszą rodzinną spalili. Podczas pożaru, każdy z wioski uciekał gdzie mógł.

    Do naszego mieszkania wpadł wspomniany szwagier  i krzyknął: Janku ratuj.

Głos echa jeszcze nie umilknął, kiedy wskoczył do mieszkania żołnierz w niemieckim mundurze i głośno zakrzyczał: „ Kto tu przed chwilą wszedł”, patrząc na nas dwóch stojących przed nim.

 Szwagier ubrany w całości, a ja w półkoszulku z temblakiem na ręku i spodniach.

Szybko żołnierz się zorientował i chwycił nowoprzybyłego za ramię i wyprowadził na podwórko.

Za nim- żołnierzem wszedł jeszcze jeden gestapowiec z kobietą- tłumaczką i patrząc na mnie zapytał po niemiecku, czy ja tam nie figuruję na liście współpracujących z partyzantami. Tłumaczka stanowczo stwierdziła, że nie.

Szwagra poprowadzili do gestapo.

W tejże chwili wjeżdża na nasze podwórko wozem  moja siostra z niemowlęciem  przy piersi i  drugim też małym  dzieckiem.

Podbiegają do niej gestapowcy i gdy ona już wyszła z wozu – pytają ją o dokumenty i aresztowują ją.

Zostawiają  nam dzieci ze słowami : „ Bierzcie te dzieci bandyckie”.

Siostrę sadzają na wóz , którym przyjechała i z dwoma gestapowcami odjeżdżają na gestapo.

Chcąc wyratować siostrę i szwagra udałem się po poradę do znajomego mi tłumacza kolegi Woltmana. Ten zaprosił komendanta miasta do naszego mieszkania.

Tu, częstując go, błagaliśmy, by wstawił się w sprawie aresztowanych w gestapo. Nazajutrz dał nam znać kolega Woltman, że komendant miasta był w gestapo i tam mu odpowiedzieli, że na nich są donosy na piśmie, że kara ich nie ominie.

Tegoż samego dnia ciocia Wiera poniosła aresztowanym jedzenie.

 Gestapo przyjęło posiłek i powiedziało, żeby przyniosła dziecko na nakarmienie piersią matki, bo strasznie ją bolą sutki przepełnione mlekiem.

Ciocia przyniosła trzytygodniową dziewczynkę. Pozwolono ją nakarmić. W tym czasie matka, szepnęła ze łzami w oczach: „ Błagam, opiekujcie się dziećmi , bo nas już nie puszczą żywych” .

Rzecz zrozumiała, że oboje szwagier i siostra przyznali się do kontaktów – współpracy z radzieckimi partyzantami. Nie wytrzymali kaźni, jaką stosowało niemieckie gestapo- przyznali się.

Co robiono z takimi, którzy się przyznawali do wrogiej działalności przeciwko Niemcom? Najczęściej wywozili do lasu po dwóch- trzech i kazali skazanym kopać dół. A gdy ten już był gotowy, stawiali ofiary twarzą do wykopanej jamy i z tyłu strzelali w głowę. Jamę zasypywali, równając ją z powierzchnią ziemi.

Tak też rozprawili się gestapowcy ze szwagrem Bazylim i siostrą Anną.

   Sowiecka armia po rozgromieniu Niemców pod Stalingradem- Wołgogradem- szybko szła na Zachód, chociaż faszystowska armia ustępując zniszczyła wszystkie drogi i mosty.

W miesiącu sierpniu 1944 już była na ziemiach Białorusi.

Tam, gdzie zjawili się bolszewicy , zaraz rozpoczęły się aresztowania- czystka niebłogonadziożnych- tj niepewnych obywateli.

       Ja nie spodziewałem się, że i mnie do nich zaliczą.

Ale zaliczyli i aresztowali w końcu sierpnia 1944 roku w miasteczku Smorgonie, gdzie mieszkałem.

Mieszkając w tym miasteczku, nie współpracowałem z Niemcami, gdy oni ten teren okupowali.

Nie miałem też kontaktów z partyzantami bolszewickimi, którzy mnie namawiali do współpracy z nimi, przysyłając kartki przez siostrę Ankę, bym się z nimi spotkał. Jak wspomniałem siostra moja mieszkała w rodzinnej mojej wsi Kołpiei, znajdującej się za rzeką Wilią, o 5 km od Smorgoń.

      W tych okolicach, koło Kołpiei było dużo lasów i tam właśnie przebywali sowieccy partyzanci grupami. W nocy przychodzili do gospodarzy i zaopatrywali się w żywność. W dzień, czasami też przychodzili i zaciągali siłą w swoje szeregi młodych zdatnych do służby wojskowej.

Dlaczego nie nawiązałem kontaktu z partyzantami sowieckimi ?

Dwie były przyczyny. Po pierwsze, byłem mocno zaangażowany w remont młyna po zamordowanych teściach, a po drugie- to , że bałem się gestapa niemieckiego, które rozstrzeliwało bez pardonu podejrzanych i jego rodzinę.

 Szkoda mi było żony i synka Mirka i drugiego synka – jeszcze maleńkiego Pawełka.

Jak przedtem pisałem – gdy Niemcy się dowiedzieli, że w wiosce Kołpiei często przebywają partyzanci, urządzili blokadę tej wsi i spalili ją doszczętnie.

Był to dzień Zielonych Świąt, 1943 roku.

Spalił się i mój rodzinny dom, który przecież i ja pomagałem budować, zaraz po skończeniu pierwszej wojny światowej.

Ludność tej wsi, gdy zobaczyła, że przybyło wojsko niemieckie i zaczęło podpalać domy, uciekała do pobliskich lasów, albo sąsiednich wsi.

Szwagier wraz ze swoją rodziną, także uciekli ze strachu do nas, do Smorgoń. Gdy tylko szwagier Bazyli przekroczył próg naszego domu, za nimi wpadło dwóch Niemców i go aresztowało. Siostrę  Annę, aresztowano na podwórku, a dzieci oddano nam.

Tymi Niemcami, którzy zabrali siostrę i szwagra byli własowcy, odziani w mundury niemieckie.

Następnego dnia ciocia Wiera zaniosła do więzienia małą córeczkę siostry Anny do nakarmienia piersią.

Ciocia Wiera widziała ją zbitą, zmaltretowaną . Prosiła wtedy cichym głosem, by wszyscy krewni zaopiekowali się dziećmi, gdyż oni już nigdy do nich nie wrócą- zostaną zabici. Już o tym pisałem wcześniej.

Od tłumacza niemieckiego dowiedziałem się , że na nich pisali donosy, a głównie gospodarz wsi, któremu partyzanci rozbili piec w mieszkaniu za to, że gdzieś wysłał swoich synów, których oni chcieli zabrać w swoje szeregi. 

Ten gospodarz, którego prześladowali partyzanci, uciekł do Smorgoń i tam zamieszkał z zemstą w sercu. Gdy szwagier uciekał z podpalonej wioski, ten natychmiast dał znać gestapo , że jedzie- ucieka z rodziną.

I że są to ludzie, którzy współpracowali z partyzantami. Oddział żandarmerii natychmiast otoczył nasz dom i tu złapali szwagra i siostrę  z dziećmi.

   Dzieci, które Niemcy nam rzucili, były z początku u nas, a później zabrała je babcia z dziadkiem do siebie i wychowali je w małej chałupinie, którą dziadek pobudował na zgliszczach spalonego dużego domu.

W wychowywaniu tych sierot pomagała i ciocia Marysia, która razem zamieszkała z rodzicami w tej nieszczęsnej wsi Kołpiei.

Ciocia Marysia nie objęła  żadnego stanowiska w kołchozie, chociaż ją namawiali, by została księgową.

Została zwykłą kołchoźnicą, bo nienawidziła ( i nienawidzi do dzisiejszego dnia) władzy radzieckiej. Miała wykształcenie szkoły zawodowej i mogła pełnić obowiązki, które jej proponowali, ale ona za nic na świecie nie chciała współpracować z pijanicami i złodziejami.

Tak więc wolne chwile poświęcała tym biednym dzieciom i już dość starym swoim= naszym rodzicom.

Gdy zmarł ojciec, ona z matką wychowywała chłopczyka, który już uczęszczał do szkoły i pomagała doglądać dziewczynki- Heli. Uczyła ją chodzić, mówić, a gdy Helence minęło siedem latek, oddała ją do szkoły i czuwała nad jej nauką i wychowaniem.

Gdy wróciłem z obozu sowieckiego- z łagru- sierotka miała już ponad dwanaście lat.

Braciszek jej odbywał służbę wojskową w armii sowieckiej.

Po śmierci babci ( mojej mamy), kiedy ja już byłem w Polsce, ciocia ją oddała do domu dziecka, gdzie skończyła szkołę podstawową i skierowano ją do Instytutu Pedagogicznego w Mińsku. Z pomyślnymi wynikami skończyła ten Instytut i obecnie pracuje w przedszkolu. Wyszła za mąż i ma już dwóch synów.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 17 ). Remont młyna bo żyć trzeba na przekór trwającej wojnie.


Młyn w Cicinie o którym mowa- zdjęcie z albumu Heleny i Jana Konopielko. Ponoć jeszcze teraz miejscowi mówią że jadą do młyna Wojciulów ( nazwisko panieńskie Heleny)

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Remont młyna zamordowanych rodziców małżonki

  O sześć kilometrów od mojej szkoły w Sukniewiczach znajduje się posiadłość Wojciulów, moich teściów, zamordowanych – jak już opisywałem poprzednio –  przez bandytów.

Na tej posiadłości przedsiębiorczy i niezmiernie pracowity teść pobudował młyn na rzeczułce swojej. Miał już z tego młyna niezłe dochody.

W czasie panowania Bolszewików, w młynie tym woda uszkodziła zaporę wodną i młyn już stał – nie pracował.

 Potrzebny był remont.

Wyszukałem specjalistę od młyna. I z nim pojechałem obejrzeć jego stan i możliwość naprawy. W pierwszym rzędzie trzeba było zrobić tamę- zaporę na szerokość prawie dwóch metrów. Na naprawienie zapory trzeba było 3-4 metrów drzewa, kloców o długości 3,5 metra.

 Pierwszy wóz takiego drzewa przywiózł mój brat- Michał, mieszkający o 8 km od tego folwarku o nazwie  Cicino.

To była praca zbyt uciążliwa dla jednego dostarczyciela, a ponadto za daleko było do wsi i niewygodnie było przeprawiać się przez rzekę Wilię, która nie miała mostu.

Ludzie dobrej woli, znajomi, poradzili mi, bym się udał na stację kolejową w Zalesiu o 4 km od Cicina, gdzie leżą sterty drzewa i tam rozpytał, czy tych kloców nie mógłbym stamtąd wziąć na reparację mostu – zapory. Długo nie zwlekając, udałem się do tej stacji, gdzie rzeczywiście leżały te kloce.

A więc skierowałem kroki do Komendy niemieckiej, bo już Niemcy weszli,  z prośbą o   5 m3 drzewa na remont mostu, przez który jeżdżą niemieckie samochody. Niemiec dał zapiskę, że mogę korzystać z tego drzewa. W ciągu dwóch dni nawiozłem tego drzewa tyle, ile mi było potrzeba.

 Znalazłem też i majstrów, którzy się podjęli załatać dziurę w zaporze. Z opłatą umówiłem się – zbożem, albo mąką po puszczeniu młyna w chód.

Największymi trudnościami w tym remoncie było wyżywienie 4- ch robotników przez tych 7 dni pracy. Nie mniejszym kłopotem było wciąganie kafara- baby na kołowrotku w górę za pomocą linek- ręcznie. Ta praca tak mnie wymęcza , że nigdy w życiu nie podejmę się podobnej  pracy.

 Oprócz wyżej wspomnianej pracy przy łataniu zapory- tamy zjawiła się druga sprawa. Było nią znalezienie naliwki do kamienia młyńskiego. Przeszperałem cały swój rejon bez rezultatów.

Ktoś poradził mi, bym się udał do wsi znajdującej się za Wilejką. Chyba około 30 km od domu. Jazda przez 10 km przez las za rzeką Wilią i tyleż km przez las za miastem wojewódzkim Wilejką, nie wzbudziła we mnie strachu, chociaż wiedziałem, że w tych lasach przez które będę jechał na rowerze, grasują sowieccy partyzanci.

Jadąc przez miasto Wilejkę wstąpiłem do kolegi ze szkolnej ławy. Ten opowiedział mi, że w tych lasach, przez które będę jechał po materiał- nalewkę, pełno jest partyzantów i mogą mnie wcielić do swoich szeregów, bym pomagał bić Niemca.

No i tak przestroga kolegi nie powstrzymała mnie do dotarcia do zamierzonego celu, znajdującego się o 12 km od Wilejki.

Więc jadę, mknę ścieżką dla pieszych. Za pół godziny jestem we wsi, celu mojej drogi. Gospodarz, do którego przyjechałem, oświadczył mi, że już nie ma tego urządzenia” naliwki” do kamienia młyńskiego. Smutno mi się zrobiło, bo ponadto powiedział, że w tym rejonie u nikogo tego materiału nie ma.

Zostało mi z niczym wracać do domu , a już i szarzeć zaczęło na dworze.

Ale jechać wąską ścieżynką na rowerze przy takim świetle, było prawie niemożliwe,

Więc znalazłem sobie nocleg u sołtysa, który napoił mnie mlekiem i położył spać w przedpokoju. Tylko zasnąłem, aż to słyszę łomot do drzwi i krzyk : „ Gospodarzu- otwieraj drzwi”- po rosyjsku. Gospodarz otworzył drzwi w sieniach. A oni, partyzanci sowieccy prędko pytają : kto do was obcy przyjechał? Gospodarz odpowiada, że jakiś pan przyjechał ze Smorgoń i szuka naliwki do kamieni młyńskich. Na rozkaz ich otwiera drugie drzwi, a oni w tym czasie krzyczą: „Ręce do góry”.

Szybko zrywam się z pościeli i stoję z rękami w górze.

Wchodzą jeden za drugim do przedpokoju z bronią gotową do strzału. Pierwszy  ma nagan a trzech za nim postępujący – karabiny ręczne.

 Podchodzi do mnie bliżej brygadier tej grupy i mówi ostro:” Dokumenty wasze”. Wyciągam dowód osobisty, wydany przez władze radzieckie. Stoi w dowodzie” dyrektor- niepołnośredniej szkoły w Sukniewiczach, rejon Smorgoń”.

Drugi partyzant robi kontrolę w moich kieszeniach i teczce, którą miałem ze sobą.

Trzeci towarzysz stoi z bronią na pogotowiu o krok od tych dwóch i uważnie śledzi moje zachowanie. W końcu dają rozkaz, abym opuścił ręce.

Już zupełnie w innym tonie pyta mnie, dlaczego nie idę do partyzantki.

Odpowiadam mu, że dlatego, iż Niemiec jeszcze jest silny, a jak osłabnie, to będziemy go trzepać.

Wszyscy słyszą moje słowa.

Jeden z nich robi swojemu starszemu wyrzut, że on mówił, iż Niemiec jest już słaby.

 Ich dowódca pyta jeszcze mnie, jakie ja znam języki.

Odpowiadam: polski, rosyjski, białoruski.

A litewski język czy znam.- mówię, że nie.

Gospodarz podał sowietom kolację , a po kolacji grupowy mówi gospodarzowi: Was ten człowiek ( wskazując na mnie) może sprzedać Niemcom, za to że wy przyjmujecie w swoim domu partyzantów sowieckich, i że macie z nimi łączność.

Gospodarz nie stchórzył i odpowiada mu, że ten obywatel na pewno nie zamelduje w komendzie niemieckiej, bo on nienawidzi Niemców- ja za to ręczę. No to w takim razie miejcie żal do siebie, jeśli Wasz dom i Waszą rodzinę spalą Niemcy. Pomyślałem, a nuż nie będzie mnie bronił ten uczciwy człowiek- sołtys. I mnie wezmą ze sobą i gdzie w krzakach zastrzelą. Po tej rozmowie grupowego z sołtysem wstają od stołu , dziękują mu za kolację i odchodzą.

Jeden z nich zwrócił się do mnie, abym oddał mu zegarek, bo jego jest zepsuty.

Ja mu tłumaczę, że i mnie jako nauczycielowi jest potrzebny zegarek.

On jednak chwycił mój nowy zegarek i prędko pobiegł za towarzyszami.

Ja ciężko westchnąłem ale ucieszyłem się, że tak pomyślnie wszystko się skończyło. Jeszcze było za ciemno na dworze, żeby ruszyć do domu, więc leżąc na swojej pościeli czułem nienormalne bicie serca.

Strach teraz nawet wzmógł się, bo gdy stałem z podniesionymi rękoma, zamarło we mnie wszystko- czułem tylko, że nadszedł koniec mojego życia. Gdy tylko trochę rozwidniło się , że można było ścieżką powoli jechać na swoim rowerze, obudziłem gospodarza, którego serdecznie ucałowałem i najserdeczniejsze mu złożyłem dzięki. Przecież on uratował mnie od zguby.

W 40 minut byłem już w Wilejce. Nie wstąpiłem już do kolegi, ale czym prędzej mknąłem przez Wilejkę do domu.

Gdy byłem już za wspomnianym miastem, dopędziłem furmankę i poznałem siedzącego w mundurze niemieckim- policjanta białoruskiego- dobrze mi znanego.

Pozdrowiłem go- a on nie odpowiadając na moje pozdrowienie chwyta za karabin i krzyczy:

 „ Nie jedźcie blisko mnie, bo zastrzelę”. Przycisnąłem mocniej na pedał i oddaliłem się od niego. Pomyślałem, że zwariował, albo był mocno zalany.

Resztę drogi przez niebezpieczny partyzancki las przejechałem aż do promu na rzece Willi,  bez zatrzymywania się i bez żadnych przeszkód, jednym słowem- szczęśliwie.

W domu powitali mnie radośnie żona i synek Mirek.

Po obiedzie i odpoczynku żona powiedziała mi, że mistrz od młyna zdobył nalewkę na kamień i już pojechał do Cicina- do młyna, żeby nalewać kamień. Dowiedziałem się również, że roboty stolarskie we młynie są już na ukończeniu. To mnie bardzo ucieszyło.

 Po kilku godzinach i ja opowiedziałem małżonce o swoich przygodach za Wilejką z partyzantami, jak byłem bliski śmierci, albo zabrania mnie do szeregów partyzanckich. Nie aprobowała tego mojego wyjazdu , bo wszyscy dobrze wiedzieli ,  że są tam partyzanci sowieccy.

Na drugi dzień po lekcjach w szkole, pojechałem do młyna, żeby przekonać się o zakończeniu prac remontowych przy młynie. Stwierdziłem, że dziura w zaporze już załatana i woda przez otwarty wylot płynie prawidłowo. Mistrz , który nalewał kamienie zameldował mi , że młyn można będzie puszczać w ruch za 3 dni.

Nareszcie nadszedł dzień puszczenia wody przez zastawę na koło młyńskie. Siła wody ruszyła koło i młyn odżył. Mąka zaczęła się sypać spod kamieni młyńskich.

Nazajutrz już było pełno klientów ze zbożem do zmielenia. Wydałem polecenie, żeby w pierwszej kolejności mielić gospodarzom , którzy przychodzili do pracy gdy odbywał się remont. Parę dni we młynie pracował – mełł zboże mistrz naprawy, a po nim szwagier jeszcze niepełnoletni – uczyli się tej pracy. Prędko oni opanowali tę robotę i mistrza zwolniłem z tej pracy.

Solidnie zakropiliśmy ten remont, rozpłakałem się z nim i odszedłem do swego domu w Smorgoniach.  

Młyn pracuje, ale dochodu wielkiego nie daje.

Nie mogę się rozliczyć ze swoimi pracownikami.

 Winą takiego stanu rzeczy jest i to, że brat i szwagier piją, więc nie mogą na tydzień zebrać worka mąki na pokrycie długu. Trzeba częściej kontrolować ich pracę i likwidować przestoje młyna, no i mniej przepijać zarobionych kilogramów.

Już i Niemcy się dowiedzieli ,że młyn pracuje, więc domagają się podatku. Na razie udało mi się usprawiedliwić swoje „ nie mogę płacić”, bo muszę spłacać długi swoim robotnikom. Ale często i robotnicy przyjeżdżają upominać się o zwrot długu.

Pewnego dnia spotkałem na targu w Smorgoniach sąsiada mieszkającego 1,5 km od młyna- Kamińskiego, gospodarza zamożnego i niegłupiego, który przyznał się mi, że bandyci- chłopcy przychodzili do niego w nocy, chyba po to, żeby go zabić.

Uciekł on przed nimi przez strych i pobiegł do swego brata, mieszkającego o pół kilometra od niego. Powiedział przy tym, że jak jeszcze  raz go odwiedzą , on im sprawi niespodziankę, ponieważ kupił sobie karabinek skrócony i ich tym uczęstuje.

Pytał, czy ja tam w Cicinie często nocuję. Odpowiedziałem, że czasami, a w samej rzeczy to chyba jeszcze żadnego razu tam nie nocowałem.

Radził mi, żebym zaopatrzył się w jakąś broń, bo tam u nas grasują jacyś partyzanci – a może to tylko „ obieraki”.

Prawdą było , że po lasach organizują się grupki partyzantów, ale oni nie dokonują morderstw na tutejszej ludności. Tylko robią szkody wrogom- Niemcom. Zrywają koleje żelazne, mosty na głównych drogach no i zakładają dynamit na szlakach, którymi zaborcy dowożą na front amunicję.

Partyzanci, to żołnierze sowieccy, którzy nie zdążyli uciec z tych terenów, które Niemcy zajęli w szybkim czasie.

 Niemcy z początku spędzili ich do miasta Mołodeczno za druty, gdzie nie było co jeść, a więc umierali oni z głodu.

 Po paru tygodniach wojny, Niemcy pozwolili tutejszej ludności zabierać ich do pracy na roli. Jakiś czas pracowali i to niektórzy nawet bardzo dobrze i uczciwie.

Po paru miesiącach , kiedy nawałę wrogów wstrzymali pod Moskwą, Stalin wydał polecenie – prikaz – żeby nierolnicy radzieccy łączyli się w grupy , brygady i rozpoczęli bić Niemca na tyłach jego armii.

Niemcy staczali walki z partyzantami, nieraz ciężkie. Musieli na tyłach obstawić bory swoimi żołnierzami, żeby się chronić .

 Obowiązkiem partyzantów sowieckich było powiększać swoje szeregi przez włączanie młodzieży , która mieszkała na terenach okupowanych przez Niemców. Tak też i czynili.

Ale grasowały też bandy” wolne”, które zajmowały się grabieżą dóbr mieszkańców.

Partyzanci takie grupy niszczyli, bo one psuły im opinię.

By się obronić przed tymi bandami, chciałem zaopatrzyć się w broń, ale to mi się nie udało.

 Więc postanowiłem jechać do młyna bez broni i tam przenocować, by móc zarobić mąki na spłacenie długów. Brata i szwagra wysłałem do domu, a sam zająłem się mieleniem zboża. Umiałem mleć, więc szło mi w pracy przez cały dzień bez przeszkód.  Zarobiłem parę worków mąki i chyba worek kaszy. Pracowałem tak długo, jak długo była woda w stawie.

Przyszedłem na noc do pokoju, w którym bandyci wymordowali całą rodzinę małżonki. Przygotowując się do spania, pomyślałem o tamtym napadzie i że coś podobnego może się stać i teraz.

Rozmawiałem przedtem z  tymczasowym gospodarzem, który mieszkał z rodziną obok w drugim pokoju, potwierdził, że grasuje tu dużo band i radził  , że jeśliby ktoś w nocy zastukał, nie należy otwierać ni okien ni drzwi. Pozamykałem więc wszystkie okna i drzwi. Wziąłem sobie od gospodarza siekierę i wróciłem do swego pokoju. Siekierę postawiłem przy łóżku, uchyliłem jedynie trochę okno, żeby w razie czego bezszelestnie wyskoczyć z pokoju. Położyłem się, ale od razu nie zasnąłem.

Gdy tylko się zdrzemnąłem, dał się słyszeć głos stukania z pokoju za ścianą i słowa:

 „ Gospodarzu dajcie chleba”. Szybko zerwałem się z pościeli, chwyciłem topór stojący przy łóżku i cichutko wszedłem do pokoju, w którym stukano do okna.

Wyszedł do mnie i gospodarz , któremu cichutko powiedziałem, żeby wziął pół chleba z naszego składzika.

Gospodarz tłumaczył bandytom, że tu nie ma właściwego gospodarza, a syn zamordowanego pojechał do Smorgoń.

Ja w tym czasie stoję blisko ściany i widzę za oknem , że przed  drzwiami domu stoi człowiek z karabinem, w czapce i w spodniach Galie. Obok okna stoją  przytuleni do ściany dwaj mężczyźni, z których jeden trzyma nagan, a drugi- nie widać dokładnie co . ( Noc była widna). Odchodzę od okna do swojego łóżka, a gospodarz w tym czasie otwiera okno – przez szparę rzuca chleb i natychmiast zamyka okiennicę na haczyk.

Ja z jedną nogą postawioną na krawędzi łóżka słyszę : „ wsiorawno, dawaj chaziaina

( gospodarza)” i gdy to słowo jeszcze wisiało w powietrzu, ja już skoczyłem przez uchylone moje okno i pomknąłem co sił w kierunku dojrzewającego sadu i pola, do którego było około stu metrów.

Gdy znalazłem się w życie, chyba o 15 metrów od brzegu pola , zatrzymałem się klęcząc na jednym kolanie i nasłuchiwałem, czy bandyci za mną nie gonią.

Okazało się, że nie. A głosy było słychać od drzwi we młynie. Chcieli otworzyć drzwi we młynie, ale nie dali rady. Więc wracają na dróżkę, która prowadzi do wsi Draki.

Dróżka prowadzi z początku w dół, akurat gdzie ja skryłem się w życie. Serce mi zamiera, gdy słyszę kroki coraz bliżej i bliżej. Aż nareszcie w dolince tej dróżki słyszę odgłos butów, oddalających się w prawo.

A więc poszli do bogatego gospodarza mieszkającego na górze, około 1,5 km ode mnie.

Staję na dwie nogi, żyto szumi tak cichutko, jakby chciało mi powiedzieć, że mnie obroniło od tych złoczyńców- bandytów.

Wreszcie na dworze staje się widnieje, więc idę do swojego łoża.

Na podwórku spotykam Iwana, który u nas pracuje. Mówię mu, że wracam z ucieczki od bandytów. Zachodzę do swojego pokoju i tu opowiada mi Natasza- dziewczyna ze Związku Radzieckiego, służąca, kucharka dla robotników: że i ona uciekła z pokoju, gdy usłyszała, że ja wyskoczyłem. Bandyci chodzili do młyna, ale i tam nic nie wskórali. Z powrotem szli koło domu i poszli do wsi Drak.

 Na podwórko wjechała furmanka z bagażem do młyna. Zatrzymała się i gospodarz tego wozu wszedł do nas, do pokoju, gdzie ja prowadziłem rozmowę z towarzyszką niedoli. Na pytanie moje, co tam słychać w okolicy, opowiedział, że bandyci postrzelili P. Kamińskiego. To mnie poruszyło, toż to ci sami byli u nas.

Prędko zmełłem mu zboże na mąkę i pomknąłem do tego rannego p. Kamińskiego.

Tam na podwórku zobaczyłem już  ciężarówkę, na której przyjechali jeden Niemiec i policjant białoruski, znajomy mi doktor- Żydek i także dobry przyjaciel- tłumacz- Woltman.

Po przywitaniu zobaczyłem trzech mężczyzn leżących z rozłożonymi  na bramie rękami. Opowiedziałem, że i u mnie w nocy dziś byli bandyci. Przyglądam się im leżącym i nie mogę nic powiedzieć, czy to ci sami, czy też nie. Charakteryzuję to co widziałem :  jeden stał przy drzwiach do sieni, wysoki trzymający długi karabin w pogotowiu  w spodniach Galie, drugi znajdował się tuż pod oknem z naganem, a trzeci był tak przytulony do ściany, że jego nie było widać.

To wszystko co opowiedziałem, zapisali do protokołu w obecności Niemca.

Na podwórku słychać było jęk i stękanie. Wszedłem do wnętrza domu chorego. Poznał mnie i powiedział, że mój teść zamordowany pożyczył  od niego za życia osiemdziesiąt rubli w złocie na budowę młyna. Przy tym przypomniał, że ci sami bandyci, którzy już napadli na jego dom i wtedy on uciekł, przyszli we trzech do niego ponownie. Pożegnałem go serdecznie i zwróciłem się do lekarz, który stał obok jego łóżka: „ czy on wyżyje?”. Zaprzeczył głowę i cichutko powiedział, że „ nie”, ponieważ kula trafiła go w płuco. Wyszedłem z pokoju z oczami pełnym łez.

Siadłem na rower i z bólem serca potoczyłem się do domu, jeszcze w tym czasie do szkoły. Z nieopisaną radością spotkali mnie żona z synkiem, którzy już byli powiadomieni, że Janek- Pan uciekł od bandytów.

    Po kilku dniach Niemcy objęli szkołę i my musieliśmy wyjechać do Smorgoń i tam zamieszkać. Szkoła przestała być czynna, bo Niemcy osiedlili w tej szkole litewską milicję, która miała bronić przyczółka dla partyzantów, którzy przedzierali się przez rzekę Wilię i szli w głąb gęsto zasiedlonymi osiedlami i wioskami, wśród których łatwiej było zdobyć żywność.

Parę miesięcy żyli tam litewscy milicjanci, a później opuścili te swoje „ kryjówki”, które „ porobili przed partyzantami”.

Skoro dowiedzieli się partyzanci, że w tym domu- szkole nikogo nie ma, spalili ją doszczętnie. Zostało tylko żałosne pogorzelisko.

Szkoły już w tym miejscu nie ma i dotychczas nie zbudowano przez władze sowieckie ( dziesięć lat temu wstecz przejeżdżałem tędy).

Gdy już mieszkałem w Smorgoniach, też często jeździłem do tego młyna, ale nocować już nie nocowałem. Szukałem legowiska w stogu siana na dworze lub w stodole. Zadowolony jestem , że rozliczyłem się ze swoimi dłużnikami.

Pisałem 1.II.1984 roku

c.d.n.