Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 6 ). Duma i radość z pracy nauczyciela

 

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia 1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

Od strony  31-

ROK 1982-  STYCZEŃ.

Minęło już czterdzieści cztery lata od chwili, kiedy przestałem opisywać swoje życie- swój życiorys- swoje wspomnienia. Opisałem to do momentu przyjazdu do mojej pierwszej szkoły w Bilach- Gm. Dziewiewiszki pow. Oszmiański- do filii trzyklasowej szkoły w Konwaliszkach.

      Po przyjeździe do tej szkółki kierownik macierzystej szkoły który mnie towarzyszył w drodze,  przekazał szkołę i dokumenty wraz z dziennikiem lekcyjnym.

     Jadąc już przez wieś Bile dowiedziałem się od kierownika szkoły- mojego przełożonego, że tu jest druga szkoła- szkółka litewska, a ja mam pracować w polskiej szkole.

      Odjechał kierownik do swojej szkoły, a ja ze swoim bagażem zostałem sam.

Po paru minutach zgłosił się do mnie gospodarz tego domu. On mieszkał z rodziną w drugiej części pomieszczenia. W rozmowie z nim- gospodarzem- ustaliliśmy, że będąc u nich na całodziennym stołowaniu, płacąc im po 20 zł miesięcznie. A już w tymże dniu skorzystałem z kolacji na którą mnie zaprosił gospodarz.

Pierwszą noc spędziłem – spałem w szkole na stole na materacu wypchanym sianem.

 Noc nie minęła bez wrażeń, bo myszy harcowały po ławkach i przeskakiwały przeze mnie.

     W drugim dniu pobytu w mojej nowej szkole znalazłem sobie mieszkanie, oddzielny pokój z dwoma dużymi oknami, ale bez pieca. Umówiłem się płacić gospodarzowi po 15 złotych miesięcznie, gdy postawi piec.

Wracam więc od gospodarza, gdzie mam mieszkać, do szkoły , koło której już się kręcą dzieciaki. Witam się z nimi, mówiąc i „ dzień dobry”. Mówię, że będę ich nauczycielem, że jutro mają wszystkie przyjść do szkoły o godzinie 8.00 rano. Paru chłopców większych proszę o pomoc w przenoszeniu mi rzeczy do domu, w którym będę mieszkał. Z chęcią ze mną idą i urządzam przy ich pomocy łóżko- stawiam dwie ławki drewniane obok ściany i pokrywam je deskami, których dostarczył mi właściciel tego domu. Przybijamy gwoździami i już mamy łóżko. Na to łoże kładę siennik- materac- wypchany sianem. Wyciągam prześcieradło i zaścielam- pokrywam całość , a na wierzch tego wszystkiego kładę- rozścielam koc. I już mam łóżko gotowe- posłane. Gospodarz przynosi taborety dwa i jakiś stolik.

To jest umeblowanie w moim  pokoju.

Po obiedzie odwiedzam wieś i jej okolice.

Dowiaduję się, że najbliższa stacja kolejowa jest w Bieniakoniach o 10 km odległa, znajduje się ona między stacją Lida i…..

Do szkoły macierzystej w Konwaliszkach mam 3 km.

W tychże Konwaliszkach jest Kościół Katolicki, w którym duszpasterzem jest ks. Brzozowski, mój dawny znajomy, bo pierwszą Komunię przyjmowałem z jego rąk w 1916 roku w Popowcach Gm. Wojstom pow. Wilejski. Z przyjemnymi myślami , że już jestem nauczycielem , wróciłem do swego pokoju i po spożyciu kolacji położyłem się do spania na „ madejowym łożu” i już  tu myszy  nie trwożyły mojego błogiego snu.

     W drugim dniu mojego pobytu w tej szkole nastąpiło moje I- sze spotkanie z uczniami- dwiema uczennicami i dziewięciu uczniami- chłopakami. A więc była to bardzo  mała grupka dzieciaków- tylko 11. Zapisałem ich do dziennika lekcyjnego. Podzieliłem ją na grupy. Do I-szej klasy zaklasyfikowałem 3 chłopaków , do II kl.- czterech uczniów ( dwie dziewczynki i dwóch chłopaków) i do III kl. – 4 chłopaków. I i II klasę połączyłem w jedną zmianę, która miała się uczyć od godz. 8 rano do 11, a III klasa – czterech chłopców , miała przychodzić do szkoły na drugą zmianę.

   Poinformowałem ich o podręcznikach, które mieli do nabycia. Niektórzy już mieli takie książki, a nawet zeszyty z przyborami do pisania i rysowania.

Rozmowa, którą prowadziłem z uczniami była z początku nieśmiała a dopiero następnego dnia ożywiła się i poczułem się i ja także raźniej.

Po trzech godzinach lekcyjnych puściłem dzieciaków do domu, a ja również w dobrym nastroju wracałem do swego gołego pokoiku.

                  Przygotowanie się do lekcyj.

   Nie zważając na to, że miałem bardzo mało uczniów w klasie do lekcji przygotowywałem się bardzo solidnie. Każdą jednostkę lekcyjną opracowywałem: pisałem temat lekcji, plan jej, pytania nauczyciela i odpowiedzi ucznia. Przede mną na stoliku leżały wszystkie podręczniki , których używały dzieci do nauki w szkole. Znajdował się również i program nauczania do którego coraz to zaglądałem, by lekcję ułożyć poprawnie- metodycznie.

     Opracowywałem każdą lekcję dla każdej klasy. Robiąc te konspekty pamiętałem, że będą one oceniane przez Komisję egzaminacyjną przed którą będę zdawał egzamin praktyczny po dwóch, trzech latach pracy w szkole.

Dotychczas byłem tylko nauczycielem tymczasowym , a po egzaminie praktycznym stawałem się nauczycielem stałym.

Przygotowanie do lekcyj zabierało mi dużo czasu, nieraz trzy i więcej godzin dziennie. Pracę tę wykonywałem z przyjemnością. Z przyjemnością też prowadziłem lekcje. Szczególnie lubiłem lekcje śpiewu, bo ja grałem na skrzypcach piosenki ( zaplanowane, a dzieciaki prędko je przyswoiły i z ochotą śpiewały).

    Po miesiącu pracy zapoznałem się z młodzieżą tutejszej wsi i okolicy. Założyłem tu Koło Młodzieży Wiejskiej i zorganizowałem chór młodzieżowy. Urządzaliśmy przedstawienia i zabawy, wieczorki taneczne.

Wieczorki odbywały się niemal każdej niedzieli.

Na nich sam bawiłem się- tańczyłem i uczyłem kulturalnie tańczyć młodzież.

Po dwóch miesiącach pracy nadeszły ferie zimowe. Do domu nie pojechałem na Święta Bożego Narodzenia , ale przesłałem paczkę z podarkami dla wszystkich, dla całego rodzeństwa z życzeniami świątecznymi.

Święta Bożego narodzenia spędziłem u księdza w Konwaliszkach. Z nim jeździłem końmi na sankach do kościoła o 10 km, gdzie ksiądz także odprawiał nabożeństwa. Pod koniec świąt wróciłem do domu i urządziłem choinkę dla dzieci , a dla młodzieży- zabawę.

Myślami w czasie Świąt byłem u swej ukochanej siostrzyczki- Helusi, która tak zawładnęła moją duszą i moim sercem, że nawet wszelkie pokusy nie imały się mnie przez minione prawie cztery lata (Helusia została żoną  Jana i przez kolejne ponad 50 lat wyjąwszy 12 przymusowej  rozłąki w czasie katorgi Jan poza nią świata nie widział – przyp.Z.K.) .

     Dni i miesiące mijały po Świętach szybko. Cały byłem pochłonięty pracą w szkole nad przygotowaniem do Święta 3 maja. Na zebraniu Rady Pedagogicznej postanowiono, że ja wygłoszę na placu sportowym przemówienia o 3 maju. Bez protestu przyjąłem propozycję, ale nie bez dreszczyku w sercu. Przecież ja jeszcze nie występowałem na trybunie przed publicznością.

Praca nad wystąpieniem:

  Najpierw ułożyłem plan ogólny do przerobienia, a następnie zapełniłem go materiałem- treścią ogólną. Gdy już miałem tak szkic w pamięci przystąpiłem do napisania treści szczegółowego tekstu. Nie szło to łatwo. Przekreślałem te zwroty i całe zdania. A gdy już stwierdziłem, że treść i forma jest możliwa zaczynałem czytać głośno. Wszystko to odbywało się w moim pokoiku i jak sam stwierdziłem, mój głos naruszał spokój moich gospodarzy mieszkających na drugim końcu ich domu.

     W następnym dniu uczyłem się tego przemówienia w lasku znajdującym się niedaleko od wioski. Szło to jak z kamienia- co pewien czas musiałem zaglądać do tekstu. Głos mój był dźwięczny i donośny. Słysząc to idący chłop koło lasku przestraszył się i opowiadał we wsi, że nasz „Pan” chyba zwariował, bo krzyczy i krzyczy w lasku. Ta repetycja powtarzała się przez parę dni. Chodziło mi o to, żeby to przemówienie wygłosić z pamięci bez kartki w ręku.

     Nadszedł dzień 3  maja. Przybywam z garstką swoich dzieci do Kościoła. Po nabożeństwie wychodzi tłum ludzi z kościoła i podąża w kierunku trybuny. Ja już jestem przy trybunie. Serce bije mi coraz mocniej. Koleżanki stojące obok pokpiwają  ze mnie, że się denerwuję, ale ja udaję zucha i uśmiechem odpowiadam im. Pada komenda „ Baczność” i harcerstwo śpiewa „ Jeszcze  Polska nie zginęła”. Podnoszę się na trybunę i zaczynam mówić. Setki oczu zwrócono w moim kierunku, ale ja już nikogo nie widzę. Tylko mówię i mówię raz głośniej raz ciszej , rozbrzmiewa mój głos. Wreszcie wznoszę : „ Niech żyje 3-ci maja”. Głośno powtarzają uczniowie i biją brawa. Po zakończeniu przyjmuję gratulacje od koleżanek i kolegów. Wyrażają uznanie za piękną mowę. Ksiądz przebywający w tym czasie w swoim mieszkaniu odległym o 50 m, słyszał wyraźnie moją orację i przy spotkaniu wyraził mi wyrazy uznania.

      Początek mojej kariery był na tym polu zabierania głosu publicznie bardzo udany i ośmielił mnie i często zacząłem występować z wypowiadaniem swoich zdań na konferencjach nauczycielskich.

    Ferie wielkanocne spędziłem w domu rodzinnym i u mojej Helusi…

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 5 ). Spełnione marzenie.

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

Po ukończeniu trzech kursów seminarium nauczycielskiego w Borunach przeniosłem się do państwowego seminarium nauczycielskiego w Wilnie. Przyczyną przeniesienia był brak w seminarium boruńskim czwartego i piątego kursu.

    W czasie wakacyj po ukończeniu trzech kursów byłem u księdza dziekana w Żupranach – prosiłem go, by się przyczynił do przedłużenia mi stypendium na okres dwóch lat pobytu w Wilnie. Moje dotychczasowe stypendium było przeznaczone tylko dla uczniów seminarium nauczycielskiego  w Borunach. Więc dlatego , że się przeniosłem do Wilna musiałem usilnie prosić swego opiekuna, by wpłynął na posiedzeniu księży o przelanie tego stypendium na seminarium w Wilnie. Prośbie mojej zadość się stało.

    W powrotnej drodze wstąpiłem jeszcze do Borun, skąd wracając, zaszedłem na no do dalekich krewnych. Ci krewni mieli 14- letnią córkę. Po spędzeniu tam całej niedzieli w towarzystwie tej absolwentki szkoły powszechnej, zakochałem się w niej- jak się to mówi- na śmierć i życie. Ona się odwzajemniała. ( została jego żoną, urodziła mu dwóch synów i była faktycznie jedyną Wielką Miłością jego życia – to moja teściowa – Piękna – Helena  z d. Wojciul – przyp. Z.K.)   

     Zakochany aż po uszy rozpoczynam naukę na czwartym kursie seminarium nauczycielskiego w Wilnie. Tu w Wilnie zrzucam z bioder pas przed przepukliną, co mnie przynosi radość życia. Muszę w tym miejscu wspomnieć jeszcze, że ta przepuklina była przeze mnie ukrywana przez cały czas pobytu w szkole. Biorąc udział w zawodach sportowych duże miałem szanse wygrany, ale ten pas, uciskający mi biodra, aż do krwi nieraz, był przyczyną moich przegranych i największym nieszczęściem w ogóle w życiu.

   Pozbycie się krępujących ciało sprężyn dawało mi swobodę ruchu i rokowało lepszą przyszłość w życiu.

    Nauka w seminarium nauczycielskim na czwartym kursie została mi przerwana na tydzień ( bo po upływie tego czasu przyszło mi odroczenie służby wojskowej do ukończenia studiów), na skutek powołania mnie do wojska celem odbycia służby wojskowej.

Tydzień w wojsku wydał mi się rokiem, bo zmartwienie moje nie miało granic, że służba wojskowa przerwała mi naukę, na ukończenie której po wojsku nie będę miał żadnych środków, gdyż stypendium już mi nie wrócą.

     Po tygodniowym pobycie w wojsku, już nawet w szkole podoficerskiej, ukończyłem kurs czwarty, piąty i zdałem maturę w 1930 roku. Pomimo nawału pracy w szkole , nie zapomniałem o swej najdroższej, do której często pisywałem listy, przepełnione słowami miłości. Miłość do swej bogdanki była dla mnie bodźcem do większego wysiłku, który miał doprowadzić do osiągnięcia celu, do ukończenia szkoły i otrzymania posady, która by zapewniła mi niezależność materialną od rodziców.

    Po maturze w miesiącu wrześniu 1930 powołano mnie do wojska do szkoły podchorążych rezerwy w Biedrusku. Początkowo myślałem zostać w wojsku na stałe, ale po pierwszym ćwiczeniu okazało się, że nie jestem zdolny do dłuższych marszów. Płaska stopa była tego powodem i z tego względu zwolniono mnie po tygodniu do domu.

    W powrotnej drodze z wojska wstąpiłem do kuratorium Okręgu Szkolnego w Wilnie i złożyłem podanie o posadę na nauczyciela z wymienianiem powiatu oszmiańskiego. Po dwu tygodniach dostałem nominację na nauczyciela w filii szkoły powszechnej w Konwaliszkach pow. Oszmiańskiego.

     W krótkim czasie przygotowałem się do wyjazdu. Zakupiłem sobie koc, dwa prześcieradła, parę- dwie zmiany bielizny w gorszym gatunku, parę skarpetek, matka zrobiła maleńką poduszeczkę i zapakowawszy to wszystko do starej taniej walizki w miesiącu listopadzie ruszyłem autobusem ze Smorgoń do inspektoratu szkolnego w Oszmianie.

    Muszę dodać, że wszystko cokolwiek w jakim sklepie brałem przed wyjazdem, brałem na kredyt – na weksle.

    Nie mogę nie pominąć w tym miejscu o wielkiej radości, jakiej doznałem po otrzymaniu posady. Jak kiedyś żegnając rodziców przed wyjazdem  do szkoły rzewnie płakałem z powodu zabierania od nich ostatnich groszy na swoje różne potrzeby, tak teraz łkałem z wielkiej radości , że nareszcie będę mógł odwdzięczyć się im za wszystko. Moją radością cieszyło się całe rodzeństwo, a więc 3 braci , jeden starszy a dwóch młodszych , 6 sióstr młodszych ode mnie.

     Mieszkańcy mojej wsi nie mogli jeszcze uwierzyć, że będę miał już posadę. Przekonali się dopiero z chwilą, gdy rodzice otrzymali ode mnie 500 zł na pokrycie długów- weksli.       Wracam do podróży  z domu do miejsca pracy. Po załatwieniu formalności w inspektoracie , i zorientowaniu się w kierunkach dalszej drogi, autobusem udałem się do m. Dziewieniszek, skąd koniem gminnym dostałem się do szkoły w Konawliszkach. Tu po rozmowie ze swoim kierownikiem szkoły na jakiejś lichej szkapinie odbyłem drogę do filii 3 klasowej szkoły w Konawliszkach- Bile.

Pamiętnik mojego Teścia – Jana Konopielko ( 4 ). Upragnione seminarium nauczycielskie.

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

      Pewnej niedzieli przypomniałem ojcu, że trzeba mi będzie za dwa tygodnie kilkadziesiąt złotych na wyjazd do seminarium. Po namyśle  odrzekł mi ojciec, że z tego seminarium nauczycielskiego nic nie będzie, że ono jest za daleko, by móc dostarczyć produktów na wyżywienie, a pieniędzy na wszystko nie będzie mógł postarać się. Poradził mi, bym wstąpił do szkoły w Borunach, gdzie uczyli się synowie znajomych  z sąsiedniej wsi.

       Nie tracąc czasu w następnym dniu wyruszyłem do jednego z wspomnianych uczniów mieszkających o osiem km od naszej wsi. Dowiedziałem się od tego ucznia, przyszłego mego przyjaciela, że ta szkoła w Borunach, to też jest państwowe seminarium nauczycielskie. Zapada decyzja przejścia do Borun. Na piechotę, jak  zawsze na bosaka, udałem się do dyrekcji seminarium nauczycielskiego w Borunach , położonych o 35 km od mojej wsi. Trafiłem tam akurat na odbywające się egzamina wstępne. Pamiętając, że z rachunków dostałem zastrzeżenie, prosiłem dyrektora by mnie zechciał przeegzaminować  ze wszystkich przedmiotów zanim sprowadzę dokumenta z seminarium święciańskiego. Lecz dyrektor  na to nie przystał, oświadczając, że mnie przyjmie do szkoły na podstawie świadectwa wydanego przez tamto seminarium, że złożyłem.

         Po powrocie do domu wyjechałem następnego dnia do Święcan, by zabrać swoje dokumanta i przedłożyć je dyrekcji seminarium w Borunach. Zbiegiem okoliczności przyjechałem właśnie w tym czasie, kiedy odbywały się egzamina dla nowowstępujacych i tych, którzy mieli zastrzeżenia z jakiegoś przedmiotu.

Nie zgłaszając się do dyrekcji po dokumenty, zasiadłem do egzaminu piśmiennego z rachunków. Skoro dowiedziałem się, zasiadłem do egzaminu piśmiennego z rachunków. Skoro dowiedziałem się, że wynik jest dodatni, zgłosiłem się do dyrekcji po dokumenty. Z dokumentami , zaświadczeniem, że egzamin na kurs wstępny złożyłem, powróciłem do domu. Z domu nazajutrz ruszyłem do Borun, gdzie ostatecznie załatwiono sprawę przyjęcia do seminarium.

Po powrocie do domu przygotowywałem się do odjazdu do szkoły. Moi i sąsiedzi śmiali się ze mnie, że idę się uczyć nie mając pieniędzy. Mówili , że po paru miesiącach wrócę do domu dalej paść krowy. Mieszkańcy mojej wsi byli ciemni, Zaledwie paru mężczyzn posiadała umiejętność czytania i pisania, którzy jakie- takie mieli wykształcenie- czterooddziałowe szkoły rosyjskiej. Nie mogli tego zrozumieć , że syna biednego chłopa przyjęto do jakiegoś tam seminarium. Powiedzenie ironiczne i dokuczanie ze strony sąsiadów i rówieśników, z którymi przez pięć lat, aż do 17 lat życia pasłem krowy, były bodźcem , który w przyszłej nauce, zmuszał  mię do wytrwania do końca.

     Dnia 1 września 1924 roku na małym i chudym koniku, zaprzężonym do długiego wozu, naładowanego kartoflami, mąką i słoniną, wyruszyłem po raz pierwszy do seminarium nauczycielskiego. W Borunach – nieduże miasteczko ( dwa sklepy, kościół i mury szkolne przylegające do tego kościoła) o 18 km do najbliższej stacji Oszmiana.

Jechałem do swej wymarzonej skarbnicy wiedzy ze łzami z radości przez cały dzień.

Skoro stanąłem u celu, produkty zdałem kucharce, łóżko drewniane zaniosłem do sypialni – internatu. A więc zamieszkałem w internacie płacąc za utrzymanie produktami.

      Pomimo, że miałem skończone tylko cztery klasy, a moi koledzy po pięć i sześć , nie ustępowałem im  w żadnym przedmiocie. A przeciwnie, w niektórych przodowałem.

       Ażeby nie ciągnąć od rodziców ostatnich groszy krwawym mozołem zapracowanych, zająłem się podcinaniem włosów kolegom, co mi dawało niezły zarobek wystarczający na drobne potrzeby szkolne. ( Nadmieniam, że w tym miasteczku nie było żadnego fryzjera).

Z wielkim wysiłkiem pracowałem umysłowo i fizycznie z myślą, że mi się uda przejść na stołowanie bezpłatne i zwolnić rodziców od comiesięcznego przywożenia produktów co powodowało w domu już po kilku miesiącach mojego pobytu w szkole niedostatki.

Marzenie moje ziściło się.

Koledzy, najpierw jednego kursu, a później i innych, wysyłali swoją delegację do dyrektora z prośbą o przyjęcie mnie, jako naprawdę niezamożnego , na stołowanie na koszt wszystkich uczniów. Władza się zgodziła na to.

Więc mniej więcej od drugiego półrocza byłem na całkowitym utrzymaniu kolegów za podcinanie włosów . Początkowo strzygłem tylko nożycami, a po paru tygodniach- maszynką, którą zakupili koledzy do tego celu. Pracy więc miałem bardzo dużo, mniej może umysłowej, niż fizycznej jaką było strzyżenie. Ze wszystkiego wywiązywałem się należycie. Dodam jeszcze, że po kilku miesiącach mojej praktyki fryzjerskiej, byłem zapraszany przez panów profesorów , dyrektora, księdza i doktora do podcinania włosów. To mi każdej soboty przynosiło parę złotych , którymi opłacałem różne składki.

     Przez rok pierwszy nauki w szkole byłem harcerzem i to harcerzem w pełnym tego słowa znaczeniu. Wszystkie przykazania spełniałem co do joty.

     W szkole nie byłem lubiany przez wszystkich kolegów. Nieraz staczałem bójkę z kolegą ze starszej klasy, gdy ten właził mi w drogę podczas moich dyżurów przy stole. Dużo było takich, którzy odnosili się do mnie zaznaczając swoją wyższość pod względem pochodzenia i lepszego ubrania.

W pierwszym roku pobytu w szkole przebywałem boso, w porciętach i bluzie ze swego płótna (samodział).

     Kurs wstępny ukończyłem z wynikiem ogólnym dobrym.

W roku następnym powiodło mi się bardzo, gdyż od II-go półrocza otrzymałem stypendium z dekanatu- od księży. Od tego czasu pilnowałem więcej nauki, niż rzemiosła produkującego mi pieniądze. Mimo to, nauka szła mi nieco trudniej. Powodem tego stanu rzeczy było prześladowanie mnie przez nauczyciela i dyrektora za to, że podczas wizytacji kuratora zawiodłem nadzieje odpowiadając z języka niemieckiego. Była to wina nauczyciela, który nie znając mnie dobrze, rzucił mi pytanie z nowej lekcji, czego przed tym nigdy nie czynił. Dyrektor prześladował mnie za śmiech, przed którym powstrzymać się nie mogłem, kiedy on się zaczął jąkać mówiąc.

     Za niedopełnione przestępstwo byłem często pytany i za najmniejsze uchybienie obelżywie karcony. Zdwajałem wysiłek w przygotowywanie się do lekcji i mimo tak ciężkiego przygnębienia duchowego zdołałem przezwyciężyć wszystko i przeszedłem na kurs drugi.

   W następnych dwóch latach wiodło mi się w nauce nieźle.

Zdołałem ukończyć drugi i trzeci kurs seminarium z wynikiem dobrym, korzystając od pierwszego aż do trzeciego kursu ze stypendium w kwocie 40 złotych miesięcznie.

      Warto wspomnieć, że drogę do domu na różne święta odbywałem na piechotę, boso w okresie letnim.

W zimie w marynarce sukiennej swego wyrobu i czapką uczniowską siedzącą na wierzchu głowy, szedłem do domu w największe mrozy i zawieruchy śnieżne.

W drodze do domu, gdy mi nogi odmawiały posłuszeństwa , nocowałem w pierwszej lepszej chałupie, odwdzięczając się za to i za danie kolacji lub śniadania, ostrzyżeniem włosów domownikom.

Drogę powrotną do szkoły często odbywałem koniem.

A nawet jednego razu po wakacjach- na byku, gdyż koń był chory.

Przyjazd mój na byku wywołał sensację wśród kolegów, a nawet i nauczycieli. Dokuczali mi tym bykiem przy każdej sposobności. Bolało mnie to, ale nie mógł mię ojciec czym innym przywieźć.

    W czasie różnych ferii z książką się nie rozstawałem. Podziwiali moją pilność nawet wieśniacy mojej wsi.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 3 ). Samotny bój o dostęp do edukacji .

Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                               pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

    Wiosna roku 1919 była dla mnie najprzykrzejszym okresem czasu, jaki w swoim życiu miałem. Był to okres głodu i panowania w naszej wsi choroby- krwawki ( czerwonki  ). Maluczko było zasiane u nas zboża ubiegłego roku, bo nie mieliśmy czym siać, to też i zebraliśmy niewiele. Jadłem chleb w osiemdziesięciu procentach z plewami, bo, nawet jego nam zabrakło w miesiącu czerwcu.

A więc odżywiałem się wraz – już ośmiu rodzeństwem tj. czterema braćmi i tyloma siostrami, zacieraczką na pół z plewami i trawami.

Wczesną wiosną, gdy mieszkańcy naszej wsi odkopywali jamy, do których żołnierze rosyjscy zlewali nie zjedzoną zupę- biwakując w lesie, towarzyszyłem im w tej pracy, biorąc czynny udział. 

Nie do uwierzenia – ci ludzie , po odkryciu takiej jamy pomyjnej, w której było do połowy- na metr lub więcej kaszy –  jedli ją z apetytem. Ja także , od odkryciu takiej jamy, spróbowałem ( skosztowałem) jeden raz chleba leżącego przez przeszło półtora roku w ziemi. Połknąć jednak nie zdołałem tego smakołyku dla innych . A więc wydobywałem tę tak zwaną przez nas” kaszę” nie dla siebie, ale dla świń.

Ta kasza, którą nosiłem najczęściej na plecach do domu, stała się dla mnie nieszczęściem, aż do czwartego kursu seminarium. Dźwiganie ciężarów w okresie, kiedy byłem odżywiany prawie trawą zabielaną bez chleba, spowodowało rozruszenie kanału  pachwinowego. A więc miałem przepuklinę, którą u nas na wsi nazywają „ kiłą”. Pomimo, że kryłem się z tą wadą , jednak wszyscy na wsi o tym wiedzieli i przy każdej nadarzającej się okazji nazywali mię „ kiłem” co było dla mnie największą obrazą. Za takie nazwanie mnie biłem każdego czym mogłem. Było to dla mnie prawdziwą męczarnią duchową – obcując z kolegami, rówieśnikami, którzy ironicznymi uśmiechami dawali mi do zrozumienia, że wiedzą jakim ja jestem.

Ażeby dalszemu rozruszaniu się kanału zapobiec, kupił mi ojciec w Wilnie pas, który nosiłem od 13 do 22 roku życia. Noszenie pasa krępowało mię wobec kolegów, z którymi się bawiłem i kąpałem. Będąc bez pasa, mogłem niejednego przekonać, że nie jestem takim, jakim mnie nazywają, gdyż przepuklina była niewielka i dla nie znających się na tym nie spostrzegalna. Trudno natomiast było przekonać któregoś, gdy spostrzegł , że noszę jakąś sprężynę. Ponadto ten pas po pewnym czasie stał się bardzo dokuczliwy , bo wrzynał się w mięśnie aż do krwi swoim żelazem, pozbawionym obszycia, chroniącego przed zadawaniem bólu. Nieraz z płaczem siedząc w kryjówce owijałem tę sprężynę szmatami, by się tak nie wrzynała w ciało. A ileż zabiegów musiałem przedsiębrać przy rozbieraniu się do naga, by nie dać poznać, że jestem z tą wadą.

       Będąc w takim stanie, nawiedziła mnie krwawa ( czerwonka), na którą nawiasem mówiąc chorowała cała wieś. Ta choroba, która trzymała mnie w swoich kleszczach przez przeszło dwa tygodnie, przyczyniła się jeszcze więcej do rozszerzenia kanału pachwinowego.

      Po powrocie do zdrowia nie miałem szczęścia do odpoczynku i wzmocnienia się na siłach. Musiałem zająć się pracą, którą wykonywała matka, gdyż ona- matka zapadła obłożnie na zdrowiu. Rolę gospodyni domu pełniłem od maja do późnej jesieni. Rola ta przypadła mi dlatego, że najwięcej wśród rodzeństwa wykazywałem zdolności do tej pracy. Ojciec mój nie potrafił sobie nawet słoniny rozkraszyć, a brat starszy odziedziczył właśnie cechy ojca w tej dziedzinie.

Praca moja przy kuchni ograniczała się do pieczenia blinów i gotowania prymitywnych potraw, jak kapuśniaka, kartoflanki i samych kartofli. Pomocnikami w tej pracy były małe siostry. Pełnienia obowiązków gospodyni, gdy nosiłem pas od przepukliny, było dla mnie męczarnią.

Ponadto byłem przez cały czas choroby matki pod wrażeniem, że ona może lada dzień umrzeć. Nie było w ciągu całego miesiąca prawie jednego dnia w któryby nie pogrzebano kogoś z niedawno zapadłych na zdrowiu.

Po skończonej pracy w kuchni siadałem na framudze okiennej i przyglądałem się zaledwie poruszającym się osobom o spuchniętych nogach, rękach i twarzy od głodu. Widziałem niejednego nieboszczyka, wiezionego na pobliski cmentarz i postępujących za nim paru osób, podobnych raczej do bałwanów ( z powodu opuchlizny)  , niż do ludzi. Te kondukty żałobne posuwające się co pewien krótki czas napawały mnie strachem, że moja matka też za niedługo odejdzie w zaświaty.

    Życie więc było istną męczarnią duchową i cielesną. Pociecha znikąd nie nadchodziła. Karmiłem młodsze rodzeństwo kartoflami oblanymi rzewnymi łzami z powodu wielkiego nieszczęścia. W takim stanie zdrowia i niepewności przeżyłem trzy miesiące.

    Skoro matka wracała do zdrowia, u mnie wracała energia do życia. Gdy wreszcie matka objęła swoje obowiązki przy kuchni, zdawało się, że wróciłem z piekła do nieba.

Czułem się naprawdę szczęśliwym dzieckiem. Wszystko się teraz do mnie uśmiechało.

I gdyby nie ten pas krępujący moje ciało i ruchy, byłbym dzieckiem szczęśliwym nadal przy boku matki. Ale wrzynanie się pasa w ciało, odbierało mi chęć do życia. Po roku życia w takim stanie przyzwyczaiłem  do takiego trybu życia. Przy cięższych pracach starałem się wyręczyć bratem lub ojcem. Zajęciem moim w 13, 14, piętnastym roku życia było odpasywanie kolejki za krowy, jeżdżenie na „ nocleg”( pasanie krów w nocy) i pomoc rodzicom przy uprawie roli.

       Tak upływają mi dni wiosną, latem i jesienią. Zimą pomagam ojcu młócić, karmić trzodę i krowy, rżnąć sieczkę , a wieczorami chodzę na wieś do rówieśników lub starszych chłopców, z którymi gram w karty na pieniądze albo bez pieniędzy.

       W 15 roku życia zacząłem myśleć o nauczeniu się jakiegokolwiek rzemiosła, bo pracy na roli i przy gospodarce nienawidziłem. Może i dlatego, ze byłem z pasem na biodrach, który mi mocno dokuczał przy każdej pracy wymagającej ruchu nóg i bioder.

Faktem było, że starszy brat cieszył się z dużej ilości zboża w stodole, ja wzdychałem patrząc na nie, bo wiedziałem, że trzeba będzie młócić cepami przez kilka tygodni.

       Jak mogłem, tak się wykręcałem od pracy potrzebującej dużego wysiłku z mojej strony. Ale pokazać ojcu, który pędził mnie do pracy, bez względu na mój stan zdrowia, że nie próżnuję , robiłem buty drewniane, wiązałem pantofle z powrozików, obszywałem różne sukmany i chodaki. Ta praca dawała mi zadowolenie, bo po jej dobrym wykonaniu zawsze dostawałem pochwałę od kogoś. Z największym umiłowaniem  wyplatałem koszyki pasąc czy to krowy , czy też konie. Wszystkie te prace wykonywałem co prawda z chęcią, ale nie dawały one mi nic na przyszłość. Zdawałem sobie sprawę, że rolnikiem nie zostanę. Po pierwsze dlatego, że ziemi miał ojciec mało- 4 ha, a po drugie jak już wspomniałem, nie lubiłem tej pracy.

     Rozpocząłem więc w 15 roku życia uczyć się u szewca, u jednego z szewców będących w mojej wsi. Chwalił mię majster za moją pilność i pojętność. Za parę miesięcy nauczyłem się zelować buty i nakładać łaty na nie. Po okresie zimowym nauka została przerwana na czas prac wiosennych i letnich.

     W tymże roku w jesieni została założona szkoła polska w naszej wsi. Otóż na prośbę moją oddał mnie ojciec do szkoły, która mieściła się w naszym domu. Przyjął mnie nauczyciel- były sierżant wojsk polskich – do drugiej klasy. Uczyłem się bardzo pilnie i wykazywałem bardzo dobre postępy w nauce. Jakimś prawem przesadził mnie nauczyciel z  klasy drugiej do trzeciej po czterech miesiącach nauki. I w tej klasie dawałem sobie radę. A więc w ciągu jednego roku szkolnego ukończyłem dwie klasy. W następnym roku uczęszczałem do klasy czwartej , mając już szesnaście lat. Byłem w tej klasie jednym z najlepszych uczniów, jeśli chodzi o opanowanie materiału.

Ojciec, który początkowo zaganiał mnie do pracy, odrywając od książki, w czwartej klasie już zachęcał do nauki. Ba, nawet prosił nauczyciela, by ten uczył mnie jeszcze po lekcjach. A więc przez prawie miesiąc pobierałem naukę dodatkowo, by być lepiej przygotowanym do wstąpienia do gimnazjum lub innej jakiejś szkoły. Nauczyciel mój miał się zająć doprowadzeniem mnie do egzaminu i ulokowaniem w jakiejś szkole. Po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej z wynikiem bardzo dobrym czekałem przez całe wakacje na swego pana, który, odjeżdżając na wakacje, obiecał przyjechać po mnie i zawieść do średniej szkoły.      Wakacje minęły i rozpoczął się rok szkolny 1923/24, a ja pozostałem w domu ze swymi marzeniami, bo” pan „zapomniał o obietnicy.

Gdy nadchodził początek roku szkolnego, prosiłem ojca, by się dowiedział, do jakiej szkoły można wstąpić, ale ten zajęty pracą i nie znający się na tych sprawach , zbywał mnie powiedzeniem :„  jak chcesz się uczyć, to idź, szukaj szkoły”- mówił po białorusku. Z bólem w sercu i łzami w oczach pasłem to krowy to konie i myślałem, czymże ja jestem gorszy od tych, którzy się uczą. Mocno zazdrościłem uczniom, którzy w różne święta wracali skądś w mundurkach do domu koło naszej wsi, a ja musiałem paść trzodę.

    Prosiłem Boga cichutko, by mi przyszedł z pomocą w urzeczywistnieniu marzeń- wstąpienia do szkoły średniej. Ani prośba do Boga ani też płacz, którym chciałem zmusić ojca do poszukania dla mnie szkoły, nic mi nie dały. Musiałem szukać sam czegoś. Było mi bardzo trudno, bo nie miałem nikogo znajomego, kto by mnie poinformował o bliskich szkołach średnich- o warunkach przyjęcia.

Sam byłem jeszcze za mało rozwinięty. Oprócz wsi własnej i pobliskiego miasteczka nie widziałem większych osiedli. Prawda, pociągiem jeździłem parę razy, gdy miałem jeszcze osiem lat. Mimo to, rozpocząłem sam poszukiwania.

      Któregoś dnia jesiennego- pewnie w niedzielę , gdyż w powszednim dniu nie miałem czasu, wybrałem się do pobliskiego miasteczka- Smorgoń- do księdza, z prośbą o poradę, gdzie znajdują się jakie szkoły, i jak się  dostać do którejś z nich. Dobra dusza ksiądz wskazał mi seminarium w Święcianach, które miało powstać dopiero. Mało tego. Poprosił w moim imieniu organistę , by ten się zwrócił z zapytaniem piśmiennie o warunkach przyjęcia. Poszedł więc list do dyrekcji nowo- powstającego seminarium nauczycielskiego. Ja z radością wprost nie do opisania wróciłem do domu i z biciem serca czekałem odpowiedzi. A gdy ta szybko nie nadchodziła, niecierpliwiłem się mocno i każdej niedzieli przez miesiąc chodziłem do organisty z zapytaniem, czy już nie nadeszła odpowiedź. W czwartą niedzielę powiedział mi organista, że  odpowiedź nadeszła na mój list i że nie jest ona wesoła, gdyż  seminarium w tym roku nie założono jeszcze, a ma ono powstać prawdopodobnie w następnym roku szkolnym. Było to dla mnie strasznym ciosem, ale nie traciłem nadziei, że mi się uda kiedyś osiągnąć mój cel.

    Na razie, gdy nadeszła zima, wybłagałem ojca, by mnie oddał do szewca do Smorgoń. Nie z tą myślą szedłem do szewca, by się nauczyć szyć buty, ale, żeby być blisko gminy. Zapoznać się z urzędnikami w gminie i później poprosić ich przyjęcie mnie na jakiegoś pracownika w biurze. Miałem o sobie zdanie, że potrafię ładnie pisać i załatwiać niektóre sprawy.

      Marzenie moje o wstąpieniu do gminy na pracownika spełzły na niczym.

       Praca u szewca nie zadawalała mnie, jednak przetrwałem przy tym warsztacie całą zimę. Z chwilą wiosny porzuciłem swego majstra i rozpocząłem szukać szkoły.

       Pewnej niedzieli pojechałem po raz pierwszy do Wilna ze znajomą przekupką z myślą, że mi się uda zapisać do jakiejś szkoły. ( Muszę wspomnieć, że jechałem bez zezwolenia rodziców. Pieniędzy na podróż nakradłem od krewniaka, który mieszkając u nas handlował krowami) . Gdy moja towarzyszka podróży sprzedawała swój towar, ja udałem się na poszukiwanie szkoły. Spotkałem jakiegoś chłopaka na wąskiej ulicy i zapytałem go szkołę średnią. Wyjaśniłem mu moją wielką chęć wstąpienia do szkoły i uczenia się. Chłopiec- do posług- zrozumiał mnie i zaprowadził do jakiegoś dużego gmachu, gdzie uczyli się klerycy. Długo tam czekałem i nie doczekałem się na przybycie przełożonego tego seminarium duchownego. Cudem jakimś wróciłem do swojej towarzyszki, bo wychodząc z kamienicy na ulicę naprawdę nie wiedziałem, którędy mam iść.

       Nie wskórawszy nic musiałem wracać do domu. Za posiadane pieniądze , a noszone w czapce pod podszewką, kupiłem pięć butelek półlitrowych wódki na sprzedaż. Z wódką zawiniętą  w chustki, w których miałem chleb na drogę, wróciłem do domu w nocy.

    Na pytanie rodziców, gdzie byłem tak długo, powiedziałem prawdę. Rodzice byliby nie uwierzyli, gdyby nie dowód- wódka.

     Przywiezioną wódkę prędko sprzedałem, zarabiając sto procent. Taki wielki zysk zachęcił mnie do powtórnego wyjazdu do Wilna po wspomniany napój. Tym razem zakupiłem już 10 półlitrówek i po przywiezieniu szczęśliwym udało mi się również prędko rozprzedać i zarobić nie mniej niż poprzednio. Ale ku mojemu utrapieniu nastąpiła dewaluacja marki polskiej. Za skarb swój mogłem kupić już tylko pięć butelek półlitrowych wódki. Jeszcze przywoziłem kilka razy wódkę z Wilna. Ale, gdy przekonałem się, że nie mam z tego handlu żadnego zysku , a przeciwnie ponoszę straty, zarzuciłem to zajęci, pozostając z bardzo małą ilością gotówki.

   Znowu wróciłem myślami do wstąpienia do szkoły. Ale, gdy przyszedłem do przekonania, że nie uda mi się to, postanowiłem zapisać się do wojska na ochotnika.

    Pewnej niedzieli letniej, a może powszedniego dnia, wybrałem się do Urzędu Gminnego znajdującego się o 12 km od mojej wsi z myślą zapisania się na ochotnika do wojska. Tam dowiedziałem się , że jeszcze nie czas na zapisywanie się na ochotnika.

Żona sekretarza- nauczycielka tamtejszej szkoły powszechnej , zaczęła mnie wypytywać skąd jestem i co mię skłania do tak wczesnego pójścia do wojska. Wytłumaczyłem jej swoje powody. Ona mi poradziła bym lepiej wstąpił do seminarium nauczycielskiego, które powstaje dopiero w Święcanach. Ta kochana pani obiecała pomóc mi do wstąpienia do tego seminarium.

   Po powrocie do domu opowiedziałem to ojcu i następnego dnia z dwuzłotówką w chusteczce od nosa poszedłem na bosaka po metrykę do księdza w Smorgoniach. Ponieważ metryki mojej nie było w tej parafii, więc bez odpoczynku udałem się do księdza w Doniuszewie, położonego o piętnaście kilometrów od Smorgoń, a od mojej wsi o 10 km. Głodny i zmęczony do ostatka, z bólem nogi od przebicia kolczastym drutem, bo szedłem na bosaka, wróciłem z metryką do domu.  Nazajutrz, skoro świt, poniosłem dokumenty potrzebne do podania dla p. nauczycielki, mieszkającej o 12 km od mojej wsi, która to pani zawiozła moje podania do dyrekcji państwowego seminarium nauczycielskiego.

      Działo się to wszystko tuż przed wakacjami. Powróciwszy do siebie od wspomnianej pani nauczycielki zapadłem na zdrowiu i musiałem leżeć w łóżku niemal przez cały tydzień. Przyczyną choroby było nadwerężenie przebitej przez drut nogi.

      Z chwilą, gdy ból w pachwinie się zmniejszył i guzy zaczęły maleć, udałem się do swojej pani nauczycielki , by się dowiedzieć, jak stoją sprawy mego przyjęcia do seminarium nauczycielskiego. Gdy moja opiekunka zobaczyła mnie u siebie, mocno się zdziwiła , że nie jestem w tej chwili na egzaminach wstępnych, które właśnie w tych dniach się odbywały.

Wiadomość ta , że jestem dopuszczony do egzaminu na kurs wstępny z jednej strony ucieszyła mnie, a z drugiej zmartwiła, że może być już za późno. Podziękowałem swej opiekunce jak umiałem, złożyłem jej podarunek pod postacią kawałka- jakie 1/3 kg słoniny, wziętej bez wiedzy rodziców i spiesznie wróciłem do domu z radością w sercu.

Tu spotkała mnie kara za oderżnięty kawał słoniny. Ojciec uderzył mnie tak mocno kawałkiem słoniny, że zaprzysiągłem zemstę.

Kiedy rozgniewany ojciec uspokoił się, opowiedziałem mu, że jutro muszę jechać do Święcian na egzaminy i nie mam na drogę pieniędzy. Początkowo nie chciał temu wszystkiemu wierzyć, ale, gdy wytłumaczyłem mu i przekonałem go, poskrobał się po głowie i zaczął medytować. Umyślił sprzedać niedużego i ostatniego wieprzka na moje potrzeby. Dopiero na drugi dzień po sprzedaniu prosiaka dał mi ojciec tyle gotówki, ile było trzeba na bilet, z czym wyruszyłem sam jeden do Święcian.

     Z kawałkiem chleba razowego i odrobiną słoniny w torbie ruszyłem do wspomnianego seminarium. Pomimo, że nie byłem w tym miasteczku nigdy i nie wiedziałem nawet dobrze, gdzie robić przesiadkę, wyruszyłem we wspomnianą drogę, licząc na to, że się dowiem wszystkiego od pasażerów. Tak się też i stało.

Kupując bilet na pierwszej stacji podsłuchałem rozmowę pewnej pary młodych, którzy wspominali miasteczko Święciany – cel mojej drogi. W wagonie dowiedziałem się od tych państwa, że jadą do Święcian. Więc pilnowałem się tej pary przy przesiadkach i dzięki jej przyjechałem do miejsca przeznaczenia.

Miałem tu też niemały kłopot z noclegiem- nie wiedziałem, gdzie można przenocować. Na szczęście trafił mi się jakiś Żydek, który też poszukiwał noclegu. Z tym Żydkiem zaszedłem do jakiejś piwiarni i na jednym tapczanie po jedną kołdrą- kocem- przespałem noc.

Nazajutrz bez  posiłku udałem się do seminarium nauczycielskiego. Długo szukałem samego lokalu, a jeszcze dłużej kancelarii. Nareszcie znalazłem się w kancelarii i wyjaśniłem swój cel przybycia.

Krótko mi oświadczyli, że już są egzamina skończone i będę mógł składać je dopiero w jesieni. Było to dla mnie gorsze, niż uderzenie obuchem w głowę. Wiedziałem, że gdy teraz nie zostanę przyjęty, ojciec nie puści mnie- nie da pieniędzy, na wyjazd w jesieni. Z drugiej strony bałem się szyderstw mieszkańców mojej wsi, którzy nie wierzyli, że syna chłopa mogą przyjąć do szkoły średniej.

      Postanowiłem po krótkim namyśle pójść do samego dyrektora i błagać- by mnie przyjął. Odnajduję dyrektora we własnym mieszkaniu, i z płaczem tłumaczę mu, że nie przyjęcie mnie teraz do szkoły, zmusi do dalszej męczarni w domu.

Na pytanie dyrektora, czy będę chciał się uczyć przez sześć lat, z uniesieniem oświadczyłem, że choćby i przez 20 lat.

Gdy dyrektor przekonywał mnie, że przyjmie mnie w jesieni, jeśli zdam egzamina, rzuciłem mu się do całowania rąk z płaczem i błaganiem, by jednak rozstrzygnął tę sprawę. Uległ dyrektor mojej rozpaczliwej prośbie i wydał polecenie podwładnym mu nauczycielom , by przeegzaminowali mnie. Egzamin  na kurs wstępny złożyłem ze wszystkich przedmiotów z wynikiem pomyślnym, z wyjątkiem rachunków, które teoretycznie znałem bardzo dobrze, ale jak przyszło się wytłumaczyć , jak to działanie zrobiłem, nie potrafiłem tego wyjaśnić. Rezultat- przyjęty zostałem zastrzeżeniem z rachunków- z których miałem składać jeszcze egzamin w jesieni.

     Muszę zaznaczyć, że do egzaminu zupełnie się nie przygotowywałem i że składałem go po rocznej przerwie po ukończeniu czterech oddziałów.

        Wakacje po egzaminie upłynęły mi na marzeniach o szkole, jak będę się uczył, czy dam sobie radę, skąd wezmę pieniądze na utrzymanie, gdy ojciec ich nie ma. Nieraz całą noc spędziłem nad rozmyślaniem- będąc na noclegu. Były to myśli miłe i zarazem przykre, że po rozpoczęciu nauki, jeśli nie wykażę się dobrymi postępami, nie dadzą mi zapomogi i będę zmuszony przerwać swe studia. Z góry przysięgałem sobie w duchu , że muszę być jednym z najlepszych uczniów tak jak byłe w szkole powszechnej.

    Wakacje dobiegały końca.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 2 ). Czas Pierwszej Wojny Światowej.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Pierwsza Wojna Światowa ( spisane przed II wojną).

    W jesieni , gdy już toczy się walka na zachodzie i południu, dowiaduję się i ja o tej wojnie z ust starszych gospodarzy. Mam 8 lat.

Myśląc, że wojna nazajutrz będzie u nas, rozdaję kolegom jabłka uzbierane w nocy w ogrodzie sąsiada.

W kilka dni po tym fakcie zobaczyłam na własne oczy żołnierzy niemieckich konnych. Był to wywiad. Wieczorem tego dnia najechało konnicy niemieckiej moc! Leżąc pod kożuchem trząsłem się jak osika i ukradkiem spoglądałem jednym okiem, jak chodzili po naszej chacie, w czapkach stalowych.

 Nazajutrz, gdy wojsko opuściło wieś, udałem się z rodzicami na wozie, pełnym różnych, najpotrzebniejszych gratów, do pobliskiego lasu, gdzie wykopał ojciec jamę , przykrył ją chrustem i ulokował nas w niej. Ponieważ zabranego jedzenia prędko nam zabrakło , gdyż było nas tylko samych dzieci pięcioro, a do tego rodzice i babka, więc ja z matką, babką poszedłem do wsi, aby coś wziąć do jedzenia. Pozwolono nam wyjść z lasu ale, gdyśmy wracali, żołnierz niemiecki na koniu dopędził nas i kazał pod karą śmierci wracać do swojej chaty we wsi. Zły na Niemca wracałem z babka do niedawno opuszczonej chaty, bo matka, gdy Niemiec trochę odjechał  umknęła do lasu.

Wróciłem do swojego okopu z babką wieczorem. Siedzieliśmy w tym lesie  przez miesiąc. Po oswojeniu się z hukiem i gwizdami strzałów, często wychodziłem z lasu na pole po kartofle nie zważając, że na tym polu była pierwsza linia okopów niemieckich. W lesie widywałem żołnierzy rosyjskich – kozaków, którzy wypytywali mnie , gdzie się znajdują wojska niemieckie.

    Po miesięcznym pobycie w jamie wykopanej w  lesie udaliśmy się do krewnych, mieszkających o 10 km od nas. Zabrał nas czworo ojciec na wóz, pozostawiając tylko do pilnowania dobytku babkę i starszego brata. Jadąc gościńcem nie widziałem żadnego Niemca. Gdy dotarliśmy do celu, byliśmy szczęśliwi.

Ale trwało to niedługo bo oto po paru godzinach najechało dużo wojska do tej małej wioseczki. Nie było i tu schronu. Nie czekając długo, wracamy do swojej kryjówki leśnej. Lecz jazda była już trudniejsza bo oto, co kilka kilometrów przebytych, żołnierze- strażnicy niemieccy robili rewizję w naszym wozie, poszukując szpiegów. Z trudem dotarliśmy do lasu, przed którym stała wioseczka, będąca pierwszą linią okopów niemieckich.

Do lasu straż niemiecka nie wpuściła nas. Próbował ojciec jeszcze przedrzeć się krzakami na koniu, ale gdy tylko zawrócił z gościńca i zatrzaskały gałęzie, zatrajkotał karabin maszynowy, zmuszając do odwrotu.

Wracamy z gościńca do wioski, by przenocować u znajomych. Po chwili przekonujemy się , że we wsi nie ma żywej duszy. Ojciec szuka dalej, a ja pilnuję konia. Wreszcie znajdujemy znajomych i nocujemy tam, śpią jedno na drugim, gdyż zwykła jama, nakryta deskami. Była bardzo mała.

Nazajutrz byłem świadkiem ataku wojsk rosyjskich na niemieckie. Armaty rosyjskie bez ustanku od rana do ciemna grzmiały. Pociski na szczęście przelatywały nad nami i spadały na chaty , zapalając wieś. Przez otwór założony poduszkami staczały się tylko kule ołowiane , któremi bawiłem małe siostrzyczki, by zapomniały o wodzie, której się domagały, a o którą było tak trudno. Koń nasz, który był mocno przywiązany do wozu, dłuższy czas rzucał się jak szalony, aż wreszcie  Niemiec porżnął  powróz i uwolnił go od tej straszliwej męki.

Ogniem armatnim zmusili Rosjanie Niemców do cofnięcia się. Niemcy odstępując sami, zmuszali i ludność cywilną do cofania się. Dużo jej- ludności- popędzili do przodu , ale my , pomimo, że nas także zmuszali nie ruszyliśmy się z miejsca, bo za małe były dzieci.

Z chwilą, gdy ściemniało posłyszałem krzyki : ura, ura! Wojsko rosyjskie było do ataku. Niedługo byli przy naszych i w naszych okopach, poszukiwali Niemców. Widziałem po wyjściu z okopu, jak zabierano rannych i zabitych, słyszałem ich jęki.

       Tego samego wieczora wróciliśmy na piechotę do swoich okopów, czyli do jamy  w lesie. Nie zastaliśmy tam nikogo, więc udaliśmy się do swojej wsi, w której jak się później przekonaliśmy, stał już obóz wojsk rosyjskich

       Zaledwie tydzień minął, i już znowu musiałem uciekać z rodzicami do lasu, bo wojska niemieckie posunęły się w kierunku naszej wsi i mogły z łatwością  pociskami armatnimi zasypać ją.

Byłem tu świadkiem, jak wojska rosyjskie ( tabor) uciekało na łeb na szyję z naszej wioski do lasu.

 Ja z ojcem, pędząc świnie przed sobą szedłem do lasu dość spokojnie przyglądając się z furią uciekającym żołnierzom.

Od tego czasu już nie wróciłem z rodzicami do swojego domu. Byłem jeszcze raz sam jeden i widziałem dziury w ścianach od pocisków armatnich i pocisk leżący na środku mieszkania. Jeszcze od czasu do czasu wychodziłem z lasu na pole, by nakopać ziemniaków i popatrzeć na swą ukochaną wieś .

Przebywając w lesie przez kilka tygodni bez dostatecznej ilości żywności , niemal codziennie chodziłem do żołnierzy rosyjskich po chleb, którym karmiłem całą rodzinę. 

Jednego razu o mało nie przekroczyłem pasa neutralnego i nie przedostałem się na stronę niemiecką. Czujka, znajdująca się blisko okopów niemieckich zatrzymała mię i pod groźbą kary śmierci kazała mi więcej się nie pokazywać. Chociaż głód parł mię do żołnierzy, ale strach przed śmiercią pohamował mnie.

Nie mając czego jeść i odczuwając dotkliwie dokuczliwe zmiany jesiennej słoty, wyjechaliśmy do Konstanpola , siedziby stryja, który z całą rodziną został wygnany do Niemiec. W Konstanpolu , znajdującym się o 10 km od naszej wsi i o sześć km od pierwszej linii okopów niemieckich, przeżyłem z rodzicami cztery lata.

Z tego trzy lata spędziłem w otoczeniu żołnierzy rosyjskich, którzy w naszej chacie mieli odpoczynek po 1 tygodniowym lub dwutygodniowym pobycie w okopach na pierwszej linii. Oni to byli pierwszymi moimi nauczycielami śpiewu i gry w karty. Pamiętam do dziś dnia niektóre piosenki przez nich śpiewane. Umiejętności gry w oczko na pieniądze i innych bez pieniędzy nauczyłem się od nich, stojąc u nich za plecami, gdy grali. Nieraz do północy śledziłem ich ruchy z kartami i nikt mi tej przyjemności nie przerwał, gdyż całe rodzeństwo spało. Tak upływały mi wieczory zimowe.

 Dnie spędzałem na grze w karty- w zapałki z kolegami i na zbieraniu chleba wśród żołnierzy dla swojego rodzeństwa. Żołnierze , litując się nade mną, dawali mi nie  tylko chleb, ale i cukier, pieniądze. Dlatego też chętnie odwiedzałem swoich chlebodawców- żywicieli, ale każdego dnia innych. Na takim zajęciu upłynęła pierwsza zima w domu stryja.

     Huk armat, trajkot karabinów maszynowy i gwizd bomb spadających z samolotów , początkowo mię  przerażały, ale po trzech miesiącach oswoiłem się z tym wszystkim i traktowałem to jako zwykłą rzecz, która nie robiła silniejszego wrażenia. Nieraz, to było wiosną, gdy spadnie pocisk armatni na ziemie i jeszcze z miejsca jego zarycia się unosi się dym, ja już oglądam jego ślady.

     Wiosną roku 1915 po raz pierwszy poznałem zapach gazu duszącego, puszczonego przez Niemców. Nie uległem jego szkodliwemu działaniu, bo był on już słaby zanim przepłynął przestrzeń sześciokilometrową.

Wiosna wspomnianego roku upłynęła mi na pasaniu na powrozie jedynej krowy i noszeniu chleba od żołnierzy.

W chwilach wolnych od tych zajęć grałem ze starszymi i rówieśnikami w karty na pieniądze, które zdobywałem- kradłem od ojca z pudełka, do którego ten składał po otrzymaniu od żołnierzy za biały chleb lub papierosy rozsprzedane.  Drugim źródłem dochodu były jałmużny od oficerów i podoficerów w gotówce- w kopiejkach. W grze byłem zawsze oszukiwany pomimo, że umiałem grać.

      Dzięki grze w oczko nauczyłem się liczyć do 25- i  wykonywania działań dodawania i odejmowania w pamięci.

Tegoż roku w lecie ojciec powierzył mi funkcję sprzedawania chleba białego żołnierzom w ich koszarach. Co drugi dzień z bratem starszym nosiłem chleb- piróg- do okopów i tam rozprzedawałem i odważając na ręcznej wadze żądane porcje. Po rozprzedaniu białego chleba szedłem z bratem do innego oddziału żołnierzy i prosiłem o pieniądze i cukier. Bardzo rzadko wracałem z pustymi kieszeniami i brakiem supełka w chusteczce do nosa , który to supełek oznaczał, że pieniądze są. Chleba razowego, którym żołnierze obdzielali mnie, często nie brałem, za co łajali ( rugali) mię żołnierze. Na takich zajęciach mija mi rok 1915. Mam 9 lat.

     W roku 1916 wiosną wyjechałem z ojcem do Krasnego- na linii Mołodeczno- Mińsk, gdzie zamierzał ojciec zostawić mię w ochronce polskiej dla dzieci  wygnańców.  Byłem w tej ochronce przez dwa dni, a na trzeci, rozbeczałem się tak mocno, że ojciec zabrał mnie z powrotem do domu.

     Po pewnym czasie odjechałem wraz z kolegami z tej wsi pod opieką jednego z ich ojców do ochronki także polskiej w Radoszkowicach. Tu przebyłem około trzech tygodni.

Po raz pierwszy posłyszałem mowę polską, która mi się bardzo podobała. Starałem się łamać swój język białoruski, mówiąc po polsku. Nauczyłem się tu kilku liter łacińskich pisać, poznałem parę gier w piłkę, i zapamiętałem parę bajek. Gdyby nie dokuczał w tym zakładzie brak jedzenia, byłbym z pewnością dłużej w tej szkole.

    Muszę nadmienić, że z powodu słabego odżywiania nas, ja byłem zmuszony do wynalezienia sposobu zaspokojenia głodu. Otóż gdy wszystko bractwo posnęło w pokoju i kucharki już chrapały w kuchni, szedłem po zdobycz- po razowy chleb na kuchnię. Każda nocna wycieczka była udana, a żołądek na całą dobę zaspokojony. W tymże samym miasteczku na współkę z kolegami kradłem od Żydów słodycze, że kraść od Żyda nie jest grzechem.

    Po powrocie z ochronki uczęszczałem do niedawno założonej szkoły rosyjskiej , znajdującej się o 3 km od mojej wsi w miejscowości Macewicze- gmina Wojstom pow. Wilejski. W szkole tej było prowadzone dożywianie dzieci wygnańców. Więc, jako wygnaniec także otrzymywałem obiad, składający się z dobrej zupy i jeszcze lepszego drugiego dania. Ponieważ przy tej szkole prowadzony był niewielki internat dla dzieci z dalszych miejscowości, więc dawano tu i śniadanie, na które ja mocno starałem się zdążyć, gdyż był na nim pieróg i słodka herbata.

      Nauka w szkole szła mi łatwo, gdyż dużo liter już znałem, a z rachunków więcej umiałem niż  trzeba było umieć  w klasie pierwszej. Dlatego też po paru tygodniach prowadziła mnie nauczycielka ( nauczycielek było trzy) do klasy drugiej. A gdy nie dawałem rady z czytaniem w kl. II, postanowiła nauczycielka tak, że czytać będę z klasą I-szą a rachować z II-gą. Tam nauczycielka prowadziła dwie klasy. Do szkoły uczęszczałem przez dwa lata i skończyłem dwie klasy.

Z chwilą wybuchu rewolucji w Rosji zamknięto tę szkołę.

W tym samym budynku po kilku tygodniach  zorganizowano szkołę polską, do której chodziłem większą chęcią niż do rosyjskiej, pomijając to, że w tamtej smaczniej dawali jeść. W krótkim czasie pokochałem swoje panie i starałem się im nie dokuczać tak, jak dokuczałem nauczycielkom rosyjskim.  

Język polski , jakim one się posługiwały  w rozmowach z nami – miał coś  w sobie pięknego przyjemnego i rozbrajającego . Delikatnością , której nigdy nie doświadczyłem od nauczycielek rosyjskich, zdobyły mię nauczycielki polskie.

Szkoda wielka, że do tej szkoły ( polskiej) chodziłem tylko parę miesięcy, bo z chwilą wiosny, musiałem paść krowę, a jeszcze w miesiącu marcu jeździłem z ojcem, bratem i stryjem budować dom na zgliszczach swej siedziby w Kołpiei.

 Do szkoły już nie wróciłem- aż do roku 1922….

     Byłem zajęty przy budowie chaty. Jeździłem z ojcem do lasy po drzewo na budulec. Woziłem z nim i starszym bratem deski z okopów rosyjskich. Zbierałem po schronach ramy ze szkłem, łopaty, topory, słowem to, co było potrzebne do naszej gospodarki.

      Gdy jeszcze matki- gospodyni nie było przy stawianiu prowizorycznej chaty, ja ją zastępowałem, gotując kartoflaną z kawałkiem słoniny lub zakraszając ją słoninką dla pracowników. Po nakarmieniu ich pomagałem skrobać drzewo na dom. Przy takiej pracy spędziłem trzy miesiące.

      Zwrot w moich zajęciach nastąpił z chwilą, gdy matka przeniosła się z pięciorgiem dzieci młodszych ode mnie do chałupy nowo-zbudowanej. Ona więc zajęła się kuchnią, a ja musiałem paść jedyną karmicielkę- Ryżulę. Pasłem ją po sąsiednich ogrodach, których gospodarze jeszcze nie wrócili, po sadach i łąkach. Smutno mi było z Ryżulą. Ona porykiwała tęskno, a ja, trzymając ją na powrozie, prosiłem ją , by jadła i rzewnie, cichutko popłakiwałem. Codzienne pasanie krowy przeze mnie , było dla mnie istną męczarnią. Toteż nie było chyba dnia, w którym bym nie oblał się łzami wyprowadzając ją na paszę. W niektórych dniach, by się uwolnić choć na jeden dzień od tego ciężkiego obowiązku, udawałem chorego i nie wstawałem z łóżka. Skoro ktoś popędził krowę na pastwisko, wstawałem ze swojego barłoga i prosiłem matkę by mi dała jeść. Gdy zaś nie było jej w chałupie , sam właziłem do pieca, wyciągałem kaszę z ziemniaków. Wstawanie moje zaraz po wyprowadzeniu krowy przez starszego brata, który był bardzo potrzebny do pomocy ojcu przy budowie, dało do zrozumienia że ja symulowałem chorobę.

Po kilku takich wypadkach nie wierzyli mi rodzice i rózgą podnosili z łóżka. Krowę pasłem tylko na ranku i pod wieczór. W czasie, gdy krowa stała w chlewie, ja pomagałem w pracy mamusi, albo szedłem z koszem na ryby, których po wojnie było moc w rzece. Pomoc moja w pracy matce polegała ba zbieraniu trawy dla świń, suszeniu tej zieleniny i karmieniu nią  czworonożnych zwierząt..

       W święta i niedziele w zajęciach moich była zmiana. Polegała ona na tym, że zamiast krowy, pasłem konia albo bawiłem się, pilnowałem domu z  pięciorga małymi., gdy matka szła do kościoła do Smorgoń. Natomiast, gdy matka była w domu, szedłem na ryby, grzyby, orzechy w zależności od pogody lub okresu czasu.

     Tak minęło mi : lato i jesień po powrocie do swojej wsi.

     O zimie roku 1918 nie mam wiele do pisania. Minęła ona mi na tarciu słomy dla krowy, skrobaniu ziemniaków na śniadanie i kolację. Wieczorami grałem z kolegami- towarzyszami starszymi od siebie w karty i zapałki , w tzw” kogucika” na pieniądze. W grze nic mi się nie powodziło- bo rzadko kiedy wygrałem a stale przegrywałem. Pomimo to, że przegrywałem nieomalże za każdym razem i byłem karany przez ojca, siła namiętności pchała mię zawsze do tego rodzaju rozrywki. Było to już nałogiem mocno zakorzenionym nie tylko we mnie, ale u wszystkich mężczyzn powojennych , którzy podczas wojny nie mając nic do roboty, grali tylko w kart. Nałóg do gry w karty towarzyszył mi aż do chwili nauki w seminarium nauczycielskim na pierwszym kursie. …..

c.d.n.

Gdy w 1914 roku rozpoczęła się I Wojna Światowa Jan miał 8 lat, gdy skończyła- 12. Jako dziecko już tyle przeżył….

W tym czasie zginęło 14 milionów  ludzi. Po raz pierwszy w historii użyto w niej broni chemicznej, samolotów, okrętów podwodnych, czołgów i ciężarówek. To tyle z Wikipedii.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 1 ) Dzieciństwo.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową – dzieciństwo.

     Urodziłem się 12 lutego 1906 r. we wsi Kołpiei Gm. Wojstomskiej pow. Oszmiańskiego woj. Wileńskiego. Dzieciństwo moje spędzam pod opieką rodziców i starszego brata. Rodzice moi byli i są rolnikami. Posiadali i do dziś posiadają około 4 hektarów ziemi, którą uważają za jedyną karmicielkę. Do ziemi są mocno przywiązani.

        Matka i ojciec są analfabetami. Rodzice ojca i matki byli ludźmi ciemnymi- umieli tylko jako –tako modlić się z książki po polsku. Matka była i jest po dziś dzień kobietą religijną i potulną. Ojciec natomiast był i jest człowiekiem areligijnym i cholerykiem.

Jak ojciec tak i matka nie dbają o moje wygody. Starają się tylko, bym miał co jeść. Pieszczot-ciepła matczynego mało  zaznałem.

Całe dzieciństwo spędzam na ulicy z rówieśnikami pod opieką starszego o 3 lata brata. Często z bratem pasę świnie na wygonie i spełniam rolę posłannika do domu po przysmaki- chleb z masłem lub ze słoniną. Nie mając własnego sadu , z wielką odwagą skradam się w biały dzień po owoce do sąsiedniego ogrodu. Biedne są też i ogrody warzywne sąsiadów . Wieczorami, czy też w dzień , kiedy gospodarze są  na polu przy pracy, wyciągam marchewki, rzodkiewki i inne warzywa nadające się do spożycia na surowo.

Postępuję tak dlatego, że we własnym ogrodzie podobnych smakołyków brak. Niedzielami  lub w dni świąteczne chodzę na grzyby do lasu rządowego, otaczającego moją wieś, łowię ryby w strumyczku przy pomocy kosza. Często podbieram jajka ptakom lub zabieram pisklęta na „pieczonkę”- do usmażenia. Przykład do wspomnianych postępowań dają mi starsi chłopcy, którzy zabierali mnie często ze sobą, gdy szli szukać zdobyczy.

       Zimy w okresie dzieciństwa upływają mi monotonnie, bo każą mi kołysać młodszą siostrę,  która przyszła na świat, gdy ja już miałem skończone cztery lata. To kołysanie było dla mnie istnym piekłem. By się pozbyć tego niemiłego zajęcia, szarpałem siostrę tak, żeby płakała. Gdy ta rozbeczała się na dobre, matka ją zabierała, a ja byłem wolny. Nie tracąc czasu pędziłem na ulicę na bosaka, by się poślizgać lub posaneczkować czy też pobawić się  w śnieżki. Mimo wielkiego zmarznięcia , bo aż do zasinienia, nigdy mnie się choroba nie imała.

        Warto jeszcze wspomnieć o tym, czym się odżywiałem. Pierwszym i najważniejszym pokarmem dla mnie w tym okresie był razowiec- chleb z solą, którą posypywałem po odłamaniu od bochenka chleba, kawałka chleba. Na śniadanie najczęściej jadłem bliny z twarogiem w dniu powszednim, a w święta- ze skwarkami. Na obiad dostawałem zupy buraczanej lub kapuśniaka z kartoflami. Wieczerza  składała się zwykle  z kartofel z mlekiem kwaśnym , jeśli to było w porze letniej, kiedy mleko było, albo z kapustą surową.          Mieszkanie, w którym hodowałem się, było ogromne, o oknach czterech, ale niedużych, bez podłogi i niskie. Brak w nim było jakiegokolwiek prymitywnego przepierzenia. Miejscem do spania był „połoczyk” za piecem( deski na kozłach) z smrekiem często pod głowę i pod boki. Nakrywałem się najczęściej kożuchem w zimie- albo sukmaną w lecie. Często też sypiałem na piecu z bratem starszym. Miało to miejsce w zimie , chociaż często się zdarzało i w lecie. I w takich warunkach przeżywałem okres dzieciństwa.

W końcu siódmego roku mego życia przyszła na świat druga siostra dla mego utrapienia. Brat starszy w tym czasie zaczął uczęszczać do szkoły rosyjskiej znajdującej się o 2 km w sąsiedniej wsi. Ja muszę dalej opiekować się starszą siostrą, no i kołysać tę drugą. Przeklinam ją, złoszczę się i zapędzam do bawienia tego niemowlęcia siostrę. W chwilach wolnych zaglądam do książek i zeszytów brata. Próbuję pisać na deseczce gryfem. Kiedy brat się uczy wierszy, ja powtarzam za nim, i udaje mi się nauczyć kilku takich wierszyków w języku rosyjskim.

           W okresie letnim spada na mnie obowiązek ciężki- pasanie świń, odpasywanie kolejki- ilości dni – za ilość posiadanych owiec lub krów. W dni świąteczne pasę konia, chodzę nadal na ryby, grzyby i jagody. Złapane ryby koszem, choćby ich było bardzo mało , sam czyszczę i smażę na słonince, której kawałeczek wyprosiłem płaczem od matki. Nieraz w niedzielę lub w inne święto idę do kościoła do Smorgoń. Odchodząc, zawsze mi się uda wyjęczeć od matki , bo tato za dokuczanie tego rodzaju, dawał pasa, parę kopiejek- jedną lub dwie. Za te pieniądze kupowałem sobie słodkiej wody lub obwarzanek.

          Praktykuję dalej łażenie do cudzych sadów i ogrodów. Często pomagam ojcu jeździć do lasu po drzewo na opał lub sprzedaż. Drzewo z lasu państwowego bierzemy bez pozwolenia- kradniemy za wiedzą gajowego albo i bez jego wiedzy. Podobnie, jak  wszyscy mieszkańcy, tak i ja uważałem, że branie bez zezwolenia drzewa z lasu państwowego , nie jest żadnym grzechem. Grzechem dla mnie w tym wieku było zabrać coś człowiekowi biednemu albo zabić kogoś.

        W roku 1914 mając już za sobą osiem lat życia, gdzieś koło Bożego Narodzenia rozpoczęła się nauka na elementarzu rosyjskim. Uczył mnie pierwszych liter starszy brat, a matka czuwała, bym się nauczył tego, co mi zadał mój nauczyciel- starszy brat, uczęszczający w tym czasie do klasy III-ciej szkoły powszechnej rosyjskiej. Nauka szła , jak z kamienia. Wolałem już kołysać małą siostrę, niż siedzieć nad czarnymi punktami, które zapamiętać tak mi było trudno. Mniemając, że ze zniknięciem elementarza ustanie moja męczarnia, wrzuciłem swoją pierwszą książkę do strumyka, o pełnych brzegach wody. Mniemanie moje dziecinne było zgubne, bo dostałem od ojca mocno w skórę i musiałem się przyznać, że sprawcą zaginięcia elementarza byłem ja. Zaledwie minął tydzień od tej rozprawy, a już przywiózł mi ojciec  drugi elementarz z Wilna, do którego co tydzień jeździł w zimie z obwarzankami do Smorgoń. Pod karą dwudziestu różek pilnowałem swojego  wroga- książki i uczyłem się liter na pamięć. Na takiej męce , przerywanej od czasu do czasu kołysaniem siostry , minęła mi zima przed wybuchem I wojny światowej. Wynikiem zimowej nauki było poznanie kilku liter i umiejętność złożenia kilku sylab.

    Lato roku 1914 upływa na pasaniu świń, owiec, krów i konia. W czasie wytężonych prac na polu, przebywam w domu z dwoma małymi, nie, z trzema małymi, bo w lecie przybyła jeszcze jedna, siostrzyczkami. Grzebię się z nimi w piasku, myśląc o niedzieli lub jakimś święcie, które ma przynieść swobodę- wolność od obowiązków pilnowania młodszego rodzeństwa.       Tak mija mi lato przed wybuchem wojny światowej.( I Wojny Światowej – przyp. Z.K. )

c.d.n.