Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 1 ) Dzieciństwo.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową – dzieciństwo.

     Urodziłem się 12 lutego 1906 r. we wsi Kołpiei Gm. Wojstomskiej pow. Oszmiańskiego woj. Wileńskiego. Dzieciństwo moje spędzam pod opieką rodziców i starszego brata. Rodzice moi byli i są rolnikami. Posiadali i do dziś posiadają około 4 hektarów ziemi, którą uważają za jedyną karmicielkę. Do ziemi są mocno przywiązani.

        Matka i ojciec są analfabetami. Rodzice ojca i matki byli ludźmi ciemnymi- umieli tylko jako –tako modlić się z książki po polsku. Matka była i jest po dziś dzień kobietą religijną i potulną. Ojciec natomiast był i jest człowiekiem areligijnym i cholerykiem.

Jak ojciec tak i matka nie dbają o moje wygody. Starają się tylko, bym miał co jeść. Pieszczot-ciepła matczynego mało  zaznałem.

Całe dzieciństwo spędzam na ulicy z rówieśnikami pod opieką starszego o 3 lata brata. Często z bratem pasę świnie na wygonie i spełniam rolę posłannika do domu po przysmaki- chleb z masłem lub ze słoniną. Nie mając własnego sadu , z wielką odwagą skradam się w biały dzień po owoce do sąsiedniego ogrodu. Biedne są też i ogrody warzywne sąsiadów . Wieczorami, czy też w dzień , kiedy gospodarze są  na polu przy pracy, wyciągam marchewki, rzodkiewki i inne warzywa nadające się do spożycia na surowo.

Postępuję tak dlatego, że we własnym ogrodzie podobnych smakołyków brak. Niedzielami  lub w dni świąteczne chodzę na grzyby do lasu rządowego, otaczającego moją wieś, łowię ryby w strumyczku przy pomocy kosza. Często podbieram jajka ptakom lub zabieram pisklęta na „pieczonkę”- do usmażenia. Przykład do wspomnianych postępowań dają mi starsi chłopcy, którzy zabierali mnie często ze sobą, gdy szli szukać zdobyczy.

       Zimy w okresie dzieciństwa upływają mi monotonnie, bo każą mi kołysać młodszą siostrę,  która przyszła na świat, gdy ja już miałem skończone cztery lata. To kołysanie było dla mnie istnym piekłem. By się pozbyć tego niemiłego zajęcia, szarpałem siostrę tak, żeby płakała. Gdy ta rozbeczała się na dobre, matka ją zabierała, a ja byłem wolny. Nie tracąc czasu pędziłem na ulicę na bosaka, by się poślizgać lub posaneczkować czy też pobawić się  w śnieżki. Mimo wielkiego zmarznięcia , bo aż do zasinienia, nigdy mnie się choroba nie imała.

        Warto jeszcze wspomnieć o tym, czym się odżywiałem. Pierwszym i najważniejszym pokarmem dla mnie w tym okresie był razowiec- chleb z solą, którą posypywałem po odłamaniu od bochenka chleba, kawałka chleba. Na śniadanie najczęściej jadłem bliny z twarogiem w dniu powszednim, a w święta- ze skwarkami. Na obiad dostawałem zupy buraczanej lub kapuśniaka z kartoflami. Wieczerza  składała się zwykle  z kartofel z mlekiem kwaśnym , jeśli to było w porze letniej, kiedy mleko było, albo z kapustą surową.          Mieszkanie, w którym hodowałem się, było ogromne, o oknach czterech, ale niedużych, bez podłogi i niskie. Brak w nim było jakiegokolwiek prymitywnego przepierzenia. Miejscem do spania był „połoczyk” za piecem( deski na kozłach) z smrekiem często pod głowę i pod boki. Nakrywałem się najczęściej kożuchem w zimie- albo sukmaną w lecie. Często też sypiałem na piecu z bratem starszym. Miało to miejsce w zimie , chociaż często się zdarzało i w lecie. I w takich warunkach przeżywałem okres dzieciństwa.

W końcu siódmego roku mego życia przyszła na świat druga siostra dla mego utrapienia. Brat starszy w tym czasie zaczął uczęszczać do szkoły rosyjskiej znajdującej się o 2 km w sąsiedniej wsi. Ja muszę dalej opiekować się starszą siostrą, no i kołysać tę drugą. Przeklinam ją, złoszczę się i zapędzam do bawienia tego niemowlęcia siostrę. W chwilach wolnych zaglądam do książek i zeszytów brata. Próbuję pisać na deseczce gryfem. Kiedy brat się uczy wierszy, ja powtarzam za nim, i udaje mi się nauczyć kilku takich wierszyków w języku rosyjskim.

           W okresie letnim spada na mnie obowiązek ciężki- pasanie świń, odpasywanie kolejki- ilości dni – za ilość posiadanych owiec lub krów. W dni świąteczne pasę konia, chodzę nadal na ryby, grzyby i jagody. Złapane ryby koszem, choćby ich było bardzo mało , sam czyszczę i smażę na słonince, której kawałeczek wyprosiłem płaczem od matki. Nieraz w niedzielę lub w inne święto idę do kościoła do Smorgoń. Odchodząc, zawsze mi się uda wyjęczeć od matki , bo tato za dokuczanie tego rodzaju, dawał pasa, parę kopiejek- jedną lub dwie. Za te pieniądze kupowałem sobie słodkiej wody lub obwarzanek.

          Praktykuję dalej łażenie do cudzych sadów i ogrodów. Często pomagam ojcu jeździć do lasu po drzewo na opał lub sprzedaż. Drzewo z lasu państwowego bierzemy bez pozwolenia- kradniemy za wiedzą gajowego albo i bez jego wiedzy. Podobnie, jak  wszyscy mieszkańcy, tak i ja uważałem, że branie bez zezwolenia drzewa z lasu państwowego , nie jest żadnym grzechem. Grzechem dla mnie w tym wieku było zabrać coś człowiekowi biednemu albo zabić kogoś.

        W roku 1914 mając już za sobą osiem lat życia, gdzieś koło Bożego Narodzenia rozpoczęła się nauka na elementarzu rosyjskim. Uczył mnie pierwszych liter starszy brat, a matka czuwała, bym się nauczył tego, co mi zadał mój nauczyciel- starszy brat, uczęszczający w tym czasie do klasy III-ciej szkoły powszechnej rosyjskiej. Nauka szła , jak z kamienia. Wolałem już kołysać małą siostrę, niż siedzieć nad czarnymi punktami, które zapamiętać tak mi było trudno. Mniemając, że ze zniknięciem elementarza ustanie moja męczarnia, wrzuciłem swoją pierwszą książkę do strumyka, o pełnych brzegach wody. Mniemanie moje dziecinne było zgubne, bo dostałem od ojca mocno w skórę i musiałem się przyznać, że sprawcą zaginięcia elementarza byłem ja. Zaledwie minął tydzień od tej rozprawy, a już przywiózł mi ojciec  drugi elementarz z Wilna, do którego co tydzień jeździł w zimie z obwarzankami do Smorgoń. Pod karą dwudziestu różek pilnowałem swojego  wroga- książki i uczyłem się liter na pamięć. Na takiej męce , przerywanej od czasu do czasu kołysaniem siostry , minęła mi zima przed wybuchem I wojny światowej. Wynikiem zimowej nauki było poznanie kilku liter i umiejętność złożenia kilku sylab.

    Lato roku 1914 upływa na pasaniu świń, owiec, krów i konia. W czasie wytężonych prac na polu, przebywam w domu z dwoma małymi, nie, z trzema małymi, bo w lecie przybyła jeszcze jedna, siostrzyczkami. Grzebię się z nimi w piasku, myśląc o niedzieli lub jakimś święcie, które ma przynieść swobodę- wolność od obowiązków pilnowania młodszego rodzeństwa.       Tak mija mi lato przed wybuchem wojny światowej.( I Wojny Światowej – przyp. Z.K. )

c.d.n.

3 Replies to “Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 1 ) Dzieciństwo.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *