Posłowie do Pamiętnika Jana – dzieje rodziny…

Po zamieszczeniu tu pamiętnika mojego teścia – Jana Konopielko, gorzowska przyjaciółka napisała – szkoda, że nie znamy powojennych losów Jana. I wtedy przyszła do mnie myśl, że są opisane, już dość dawno. Wprawdzie tylko dla moich dzieci i wnuków , ale Mirek który zawsze ma łzy w oczach – jak mówi –  gdy czyta , powiedział – wrzuć do blogu też Posłowie, które napisałaś.  To nic, że jest tam trochę wyznań intymnych . Bo życie także się  z nich składa. Z pewnymi oporami, przyznam – podaję tekst ten w całości . Właśnie, zastanawiałam się czy nie podzielić na części, ale uznałam, że jeśli Ktoś będzie zainteresowany dziejami nie tylko Jana ale też obu naszych rodzin, tak niezwykle splecionych , to przebrnie ….

A zdj własne z tęczą i ukochanym lasem nadbużańskim , to jakby symbol przetrwania …

Posłowie                                           

Ten dobry, ufny i radosny  Człowiek i bardzo przez nas kochany  nasz Ojciec, Teść   Dziadek i Pradziadek- Jan Konopielko, nauczyciel i Sybirak, wielokrotnie zaznaczał w tekście, że  pisał swój pamiętnik z myślą o  Dzieciach  , Wnuczętach  i Prawnukach.

Kontynuując tę myśl,  chcemy w tym miejscu zamieścić kilka informacji na temat Rodziny i wydarzeń z nią związanych . Będą to zapamiętane opowieści Rodziców oraz własne przeżycia ,  obserwacje i oceny. Może uda się też zamieścić tutaj  trochę zdjęć rodzinnych.

A więc zapraszamy….   

           Pierwsza część pamiętnika , powstawała „ na gorąco”. Czytamy tam o  mrocznym dzieciństwie , widzimy  oczami dziecka pierwszą wojnę światową  i możemy podziwiać uporczywe dążenie do wiedzy i chęć wyjścia poza granice rodzinnej wsi .

      Jesteśmy wdzięczni Jego Żonie, jedynej Miłości, pięknej Helenie , naszej Mamie i Babci , za to, że uratowała  ten pamiętnik z pożogi  II wojny światowej.

Przecież była już od roku sama, z małymi dziećmi – trzyletnim wówczas Pawłem i 10 letnim Mirkiem. Jej męża- Jana w 1944 roku aresztowali Rosjanie i wywieźli w nieznane.

Zachowała ten pamiętnik podczas wielotygodniowego transportu w bydlęcych wagonach , gdy sama z synami  opuszczała po zakończeniu wojny rodzinne kresowe polskie strony, nazywane od tej pory Republiką Białoruską .

Tak bardzo nienawidzili sowietów, że sama myśl o mieszkaniu na terenach związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, w tzw. zwanym ZSRR była im obrzydliwa.

I dlatego , pomimo, że  mogli  pozostać,  jechali tam, gdzie ich kraj. Zostawiali swoje domy i groby bliskich.

Podążali w strony które nazywać się będą Polską,  gdzie będą mogli na co dzień  słyszeć  język ojczysty .

Nie wiemy, czy do końca mieli  świadomość, że ta ich wymarzona Polska teraz nie będzie się wiele  różniła od miejsc, które opuszczali. Przecież tutaj też panował terror sowiecki. Ale o tym nie wiedzieli.  

Wyjechali z wiarą i ufnością, że dobrze robią, co na pewno dodawało im sił.

I jechali, jechali w obce strony, do cudzych miast i domów,  jechali w nieznane, oni, wygnańcy zmieniali swoje życie, które i tak okrutnie zdeformowała wojna.

Jechali z bagażem traumatycznych przeżyć, z kilkoma sprzętami zabranymi z własnego domu, jakimiś dokumentami i swoją samotnością

   Pamiętnik ten był z nimi też wtedy,  gdy ostatecznie zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim, i  wielokrotnie zmieniali mieszkanie ( z ul.  Wiejskiej  na Mazurską i wreszcie na własny domek przy ul.  Nowej).

Wyobrażam sobie, że ten Pamiętnik był Ich wiernym Przyjacielem, Talizmanem  i Nadzieją , że Mąż i Ojciec wróci. Przecież tak bardzo na niego czekali. Synowie ochraniali  Mamę  przed wielbicielami, którzy próbowali ją zdobyć, bo  była młodą ładną kobietą , podtrzymywali ją na duchu i utrzymywali w wierze, że Tatko wróci….

I udało się .

Po 12 latach wrócił Jan do domu.

Synowie już wyrośli- Mirek miał wtedy 21 lat i kończył studia na Wydziale Budownictwa Politechniki Wrocławskiej a Paweł , chłopak 14 letni był w Liceum.

Helena, zmuszona okolicznościami, stała się niezależną kobietą, zdobyła studia, pracowała zawodowo w Liceum Pedagogicznym , miała doskonały kontakt z młodzieżą.

I co jest niezwykłe u pedagoga, potrafiła wspaniale wychować Synów. Akceptowała ich pomysły, potrafiła się zachwycać każdym sukcesem, a jednocześnie darzyła ich wielkim zaufaniem, i dawała pełną samodzielność.  Obdarowała ich własnym ciepłem, miłością i pogodą ducha, w takim stopniu, że wyrośli na odpowiedzialnych i czułych mężów i ojców. Jako mężczyźni nie mieli żadnych kompleksów , nie byli podejrzliwi i nieufni. Takich ludzi akceptowali inni i chętnie z nimi przebywali. Piszę w czasie przeszłym, bo niestety Paweł przed 13 laty poniósł niezawinioną śmierć w wypadku samochodowym pod Elblągiem. A miał tylko 55 lat.

Gdy Jan wrócił do domu, niełatwe było przyzwyczajenie się do tak wychowanych chłopców i samodzielnej żony. Helena i synowie też mieli problemy z przyjęciem Jana takim, jakim się stał w czasie rozłąki. Po tylu latach i tak długiej nieobecności oraz straszliwych przeżyciach w czasie katorgi był innym, trochę zdziwaczałym , surowym i obcym człowiekiem.

Ale zwyciężyła Miłość w tej rodzinie.

Po wstępnych trudnościach stanowili piękne radosne  i czułe stadło . Przy tej rodzinie ogrzewali się inni……

           Pod koniec życia Jan rozpoczął pisanie drugiej części pamiętnika. Zawarł w niej przejmujące  opowieści o wydarzeniach wojennych ,  czasach więzienia,  losach katorżników  i wiecznych zesłańców.

Relacje Jana nie są ubarwiane rozwlekłymi słowami, nie wymagają komentarza.

Ta oszczędność słów powoduje, że czytając uruchamiamy własne pokłady wyobraźni. Obrazy, klimaty same się tworzą i powstaje przekaz jednej z najstraszliwszych historii dziejów współczesnych . Były to działania Sowietów prowadzących   planowe wyniszczanie inteligencji polskiej. Do tego należało stawianie nieprawdziwych kłamliwych zarzutów,  fikcyjne procesy sądowe z fałszywymi świadkami  i ferowanie znanych już wcześniej wyroków. A potem zesłanie bogu ducha winnych ludzi na  syberyjską katorgę.

Jan tego doświadczył , przeżył, opisał i dał dowód prawdzie.

Jesteśmy Mu bardzo wdzięczni za tę prawdę.

    Całość Pamiętnika, w  formie rękopisu, nasz Jan przekazał swojemu najstarszemu Wnukowi, Łukaszowi, synowi Pawła, z którego namowy Dziadek kontynuował spisywanie swoich dziejów.

Potem pamiętnik  został przepisany, przyjmując formę  maszynopisu  przez Zosię Czubalę – siostrę żony Pawła, Grażyny. Zosia wykonała iście benedyktyńską pracę, za co Jej serdecznie dziękujemy.

 Kolejną osobą w tym łańcuchu byłam ja,   Zofia z domu Łukaszewicz, żona Mirka, najstarszego syna Heleny i Jana.

Pracowałam już z komputerem , ponownie przepisałam całość i teksty wrzucałam krótkimi  fragmentami, tworzącymi niewielkie tematyczne odcinki , do blogu zatytułowanego : jankonopielkoseniorpamiętnik.

    Obecna forma, książkowa, jest spełnieniem  marzenia najstarszego Syna Jana- Mirka, a mojego Męża.

Tak pisze Mirek:

„ Chciałbym  by ta książeczka pełna uczuć, przeżyć i dla nas szczególnie ważna dotarła do wszystkich członków Rodziny i Bliskich , by zagościła w ich Domach.

By w tych Domach wiecznie żyła pamięć o Tym Wspaniałym Człowieku- Janie .

 I stanowiła  źródło siły dla nas w chwilach zwątpień, bo jest dowodem, że tak wiele można przeżyć myśląc, tęskniąc i wierząc w miłość do swoich Najbliższych.

Ta wiara potrafi skruszyć mury i pokonać okrucieństwo ludzi i przyrody a potem  zakiełkować na nowo dając szansę powrotu do tego co dobre.

Dziś wydaje nam się to nieprawdopodobne, niemożliwe, dziś żyjemy w spokojnym i dostatnim świecie .

– Jestem najstarszym synem Jana. Gdy Ojciec został aresztowany, byliśmy mali. Ja miałem 9 lat a mój Brat- Paweł tylko dwa .

Przez 12 lat, wychowywała nas tylko  Mama . Dwanaście długich lat samotnej walki o byt, rozwiązywania problemów rodzinnych i tęsknoty za mężem. Bardzo kochaliśmy naszą Matkę i stale ją podziwialiśmy i podziwiamy.

Tato wrócił  do nas  w 1956 roku, po 12 latach katorgi i zesłania . Wówczas już byłem studentem ostatniego roku Wydziału Budownictwa Politechniki Wrocławskiej. Rok później otrzymałem dyplom mgr inżyniera.

1.06.1968 roku ożeniłem się z  Zosią Łukaszewicz, córką przyjaciół moich Rodziców, która wówczas była studentką Akademii Medycznej. Jeszcze w czasie trwania studiów urodziła dwoje dzieci potem kolejnych dwoje, zrobiła specjalizacje, doktorat, pracowała pełną parą dyżurując, prowadząc prace naukowe i opiekując się domem. Do tej pory się zadziwiam,  jak dała temu wszystkiemu radę. Muszę też dodać, że posiada Ona znakomitą intuicję jako lekarz . Dzięki Jej wczesnej interwencji uniknąłem zawału serca i wylazłem z choroby nowotworowej .

Ja też byłem pochłonięty pracą zawodową, awansując na kolejne stanowiska kierownicze, ale przeżyłem też i załamanie, by potem wyjść z podwójnymi siłami na prostą i zostać szefem własnej prężnej firmy.

Pomimo tylu służbowych obowiązków, przy całym rozgardiaszu domowym, na bieżąco spisywałem dzieje naszej czwórki dzieci, notowałem wszystkie stadia ich rozwoju, pierwsze ich słowa i osiągnięcia. Powstała kronika  składająca się z trzech części i przy okazji wspólnych spotkań w czasie świąt rodzinnych odczytuję odpowiednie fragmenty. Wszyscy to lubią , porównują swoje czasy dzieciństwa z tym co teraz obserwują u swoich dzieci . I tak nieprzerwanie trwa rodzinny , silnie spleciony łańcuch.

Poza tym od bardzo wielu lat mam zwyczaj zapisywania w kalendarzykach, dzień po dniu , wydarzeń, podaję wszystkie daty, godziny, okoliczności towarzyszące oraz inne informacje- np. adresy ludzi, u których bywaliśmy ich telefony, etc. W ten sposób, zawsze możemy tam zaglądać i znajdować niekiedy zapomniane, a aktualnie potrzebne  informacje. Mamy cały zbiór tych kalendarzyków. Jest to naprawdę kopalnia wiedzy, przydająca się wszystkim w rodzinie …

    Muszę też wspomnieć o tym , że jestem bardzo wdzięczny moim Teściom, którzy mieszkając w tym samym bloku, sprawowali opiekę nad całym naszym stadłem.

    Nasze dzieci są już bardzo dorosłe.

Oto one:

Najstarsza córka -Justyna ukończyła pomaturalne liceum pielęgniarskie, studium handlu zagranicznego i wszystkie etapy kursów języka niemieckiego w Instytucie  im.Goethego , uzyskując maksymalnie dobrą ocenę. Po odejściu męża, Roberta, dzielnie, najlepiej jak umiała, zajmowała się niewielkimi wtedy dziećmi. Od kilku lat jest z Arturem- architektem.  Teraz Jej Córki są już dorosłe . Weronika z zielonymi oczami, które odziedziczyła po babci Zosi i Mamie, jest  studentką biologii, pomaga  Zosi rozwiązywać problemy z komputerem, ma talent w nawiązywaniu kontaktu z  małymi dziećmi , w wolnych chwilach bywa u naszej najmłodszej Córki i opiekuje się Siostrzeńcami, którzy  Ją uwielbiają.  Dorota o marzycielskich migdałowych oczach jest maturzystkę Liceum Sióstr w Szymanowie , należy do przodujących uczennic i mamy nadzieję, że dobrze wykorzysta swoje humanistyczne talenty.

O rok młodsza od Justyny, nasza Córka-Ewa ukończyła Politechnikę, podobnie  jak ja i Jej Mąż Marcin . Jest wiecznie młodą żywiołową i bardzo wrażliwą dziewczyną. Ma artystyczne zdolności i  pasję, którą  jest tworzenie oryginalnej i ciekawej biżuterii. Obydwoje z mężem prowadzą udaną działalność biznesową. Ich  dwoje bardzo zdolnych , błękitnookich , urodziwych  Dzieci,  to Jula  – uczennica LO im. Zamojskiego oraz  Michał – nieomal gimnazjalistę. Cała czwórka  kocha przeróżne sporty, szczególnie wodne i aktywnie je uprawia . 

Nasz, młodszy od Ewy o 2 lata i trzy miesiące,  Syn- Marcin poszedł w ślady Mamy i został lekarzem. Wybrał bardzo trudną, bodajże najtrudniejszą specjalizację, został  neurochirurgiem.  Zosia mówi, że mimo ciągot by zostać chirurgiem, nie odważyła się na taki krok i została pediatrą, nefrologiem  . Żona Marcina,  Magda, też wybrała trudną, zabiegową specjalizację, jest ginekologiem. Zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu Córeczki, Majeczki, uzyskała tytuł doktora nauk medycznych. Majka ma teraz 4 lata i dwuletniego Braciszka-  Mikołajka. Przypominają wyglądem dzieci z obrazów Wyspiańskiego. Mają płowe włosy i wielkie błękitne oczy, w których można czytać co  w ich duszy gra . Uwielbiają czytanie książek , pływanie , różne zabawy z piłką oraz psami, które mieszkają razem z nimi.

Najmłodsza nasza Córka o szarozielonych oczach po Zosi ,   Paulina , jest  psychologiem  i ciepłą, opiekuńczą, wrażliwą Matką. Właśnie kończy opracowywanie doktoratu , pracuje na  uczelni gdzie realizuje swoje pedagogiczne pasje.  Jej Mąż- Albert, mgr administracji ,  jest fachowcem w dziedzinie Ochrony Środowiska .  Mają dwóch  uroczych Synków- 4 letniego Wiktorka i pół rocznego Patryka. Wiktorek ma śniadą  karnację po Ojcu,  uwielbia wszelakie urządzenia mechaniczne i elektryczne. Na spacerach, stale odwiedzamy miejsca, gdzie można obejrzeć  przeróżne klimatyzatory, czujniki, bankomaty, z których mimo  bardzo bardzo młodego wieku  już potrafi korzystać. Obsługuje też komputer i rozmontował  sporo odbiorników radiowych. Patryk , milusi półroczniak,  jest bardzo ruchliwy , towarzyski, ale sam potrafi się bawić, gdyż Rodzice mają dla niego mniej czasu i bardzo chce uczestniczyć w zajęciach Brata.

    Z przyjemnością obserwujemy, że małżeństwa naszych dzieci są partnerskie, co jest znakiem czasów. My zostaliśmy wychowani inaczej, w naszej rodzinie był wyraźny podział ról .

    Wszystkie nasze Dzieci i Wnuki, tak jak my, uwielbiają poznawać świat, ale też kochają łazęgi po lesie, grzybobranie i potrafią cieszyć się życiem . Pamiętają o wszystkich naszych rocznicach, urodzinach i imieninach oraz świętach . Pielęgnują tradycję wspólnych rodzinnych spotkań, co raduje nasze serca. 

Starsze  Wnuki już  osiągają sukcesy sportowe, mają dobre wyniki w nauce, są ciekawymi obserwatorami życia a nawet piszą poezje. Najmłodsza czwórka też posiada wyraźne zadatki na bardzo ciekawych dorosłych.

R o d z i n a  s t a n o w i  d l a   n a s  w i e l k ą   r a d o ś ć  i  d u m ę .!

    Młodszy syn Jana, a mój Brat-Paweł,  był  prawnikiem oraz dobrym, łagodnym , ciepłym ,   uczynnym i bardzo lubianym przez innych  Człowiekiem . Niestety odszedł od nas  przedwcześnie, w  wieku 55 lat, w sposób gwałtowny i niezawiniony.

Ta śmierć położyła się cieniem na całą naszą Rodzinę.

Ale  Jego Najbliższym po prostu zawalił się świat, do tej pory bezpieczny i przewidywalny.  

Wszystkie obowiązki domowe  z konieczności przyjęła na swoje barki Jego żona, Grażyna – filolog, redaktor w wydawnictwach naukowych. Nie poddała się, dźwiga swój ciężar z niebywałą siłą.  Jest aktywna ,  chętnie bywa w kinach, teatrach i na zajęciach naukowych.

Dobrze, że zawsze wspiera Ją najstarszy Syn- Łukasz . Gdy odszedł Paweł, Łukasz miał już tytuł doktora ekonomii,  rodzinę , był  dojrzały i odpowiedzialny . Teraz jest  wykładowcą na uczelni . Jego Żona – Dorota jest  krytykiem teatralnym.  Posiadają dwoje  dzieci – Dominikę i Gerarda. Mają  zdolności aktorskie, pięknie śpiewają i już od dawna występują na deskach teatrów, pomimo bardzo młodego wieku.

Młodszy syn Grażyny i Pawła , Jan, w chwili śmierci Ojca, był młodym nastolatkiem. Widzieliśmy z jakim trudem  starał się podtrzymywać Matkę , mimo, że  był to chyba ciężar ponad Jego siły . Ma  zdolności humanistyczne, znakomicie zna historię, geografię i posiada  talent pedagogiczny. Potrafi być opiekuńczy, rodzinny i naprawdę imponuje posiadaną wiedzą….

        Mój Ojciec- Jan , wkrótce po zakończeniu pisania pamiętnika, odszedł do innego, pewnie ciekawszego świata.

Zmarł 22 grudnia 1985 roku , nagle w Szpitalu Olsztyńskim, gdzie miał planowo przetaczaną krew z powodu przewlekłej białaczki szpikowej.

Do końca zachował jasność umysłu, radość życia , wiarę w ludzi i nigdy nie wspominał źle swoich oprawców, co nas zadziwiało. Ponadto kochał ogród i pszczoły no i oczywiście zawsze wielbił swoją jedyną Wielką Miłość- Helenę…

Ona niedługo potem poszła za Janem . Jak mawiała po Jego śmierci, używając przenośni- ich wspólny dzban życia pękł … . Zmarła 2 marca 1987 roku, w dzień swoich Urodzin i Imienin.”.

Tutaj kończy się opowieść Mirka. A teraz ja, ich synowa, Zosia, znowu wracam do mojej opowieści.

    Helena i Jan, moi Teściowie  spoczywają na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim, w tzw. Alei Zasłużonych. Wiatr ich kołysze do snu , gdy wpada pomiędzy pięknie, zielone zadrzewione wzgórza .

Po pogrzebie Heleny, odjeżdżaliśmy późnym wieczorem z Lidzbarka. Myśleliśmy, że tam , w tym  niewielkim nieco sennym i pięknym miasteczku zostały tylko groby. Ale tak nie było. Na ostatnim wysokim zakręcie odwróciłam się , patrząc na oddalające się miasto i nagle ujrzałam jarzące się światełka na konarze wielkiego przydrożnego drzewa. Były to dwie sowy, siedzące blisko siebie, tyłem do miasta i patrzyły w naszym kierunku. Nigdy przedtem ani później nie widziałam tych nocnych ptaków….

          Na marginesie opowieści o Janie, Helenie i ich synach nie sposób pominąć pewnej niezwykłej przyjaźni  dwóch rodzin- Konopielków i Łukaszewiczów uwieńczonej naszym małżeństwem. Losy te, tak bardzo nietypowe, przedstawię poniżej.

Wspólna historia zaczyna się w Smorgoniach.

Ale przedtem, moja Mama – Stefania Jakubiec,  po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego w Białej ( wówczas było to odrębne miasto- obecnie jest połączone z Bielskiem) wyjechała na dalekie kresy, niosąc tam przysłowiowy kaganiec oświaty.

Było to w 1925 roku, państwo Polskie było bardzo młode i potrzebni byli nauczyciele, szczególnie w tych rejonach. Początkowo pracowała w miasteczku przy granicy z Rosją – w Rakowie, gdzie poznała mojego Tatę, Wacława Łukaszewicza. Ich wielka miłość, taka od pierwszego wejrzenia,  dojrzała w postaci małżeństwa zawartego w 1932 roku. Ponieważ Tato ukończył Szkołę Techniczną w Wilnie, otrzymał pracę na kolei w tym mieście.  Po urodzeniu 14.05.1934 roku syna- Zenona  , Rodzice starali się o pracę dla Mamy w pobliżu Wilna.  I w rezultacie w 1938 roku, Mama zamieszkała w Smorgoniach.

       Jakże dziwnie  splatają się losy ludzkie. Mama odbyła tak długą drogę ze swoich gór, by spotkać miłość swojego życia i wkrótce poznać Konopielków. Po przyjeździe do Smorgoń, , uczestniczyła w zebraniach nauczycielskich . I tam po raz pierwszy zobaczyła Jana. Zwracał uwagę urodą oraz elokwencją i wiedzą. Należał do czołowych dyskutantów. Wówczas jeszcze nie poznali się osobiście i nawet ze sobą nie rozmawiali.

       W przeddzień wybuchu wojny, dokładnie 31 sierpnia 1939 roku , mój Tato , jako kolejarz został  zmobilizowany i wysłany  nakazem pracy w poznańskie. Gdy zdążał na miejsce, Niemcy zaczęli atakować polską ludność cywilną . Wybuchła panika i chaos. Tato próbował wracać do domu, ale po drodze został aresztowany i po kilku miejscach uwięzienia ostatecznie  osadzony w obozie koncentracyjnym pod Berlinem w Sachsenhausen. Mama została sama z 5 letnim Zenonem, w trzymiesięcznej ciąży. W lutym 1940 roku, urodziła Synka, który otrzymał imię Ojca- Wacław. Swojego Ojca nigdy nie poznał.  

     Nieco wcześniej, bo 21 września 1939 roku,  Mama się dowiedziała od sąsiadów o nie dającej się opisać słowami tragedii, którą przeżyła żona Jana- bandyci zamordowali całą Jej Rodzinę. Jan pisze o tym straszliwym wydarzeniu w swoim pamiętniku. Całe miasteczko wyległo na ulicę gdy dwa dni później odbywał się tragiczny pogrzeb formujący się w wielki pochód. Rozpoczynało go siedem trumien z ciałami zamordowanych, które  spoczęły na miejscowym cmentarzu. Teraz jest tam nadal pomnik na Ich grobach i opiekuje się nim życzliwa daleka krewna, mieszkanka Smorgoń.

      Któregoś dnia, po kilku tygodniach od tego wydarzenia , Mama jak zwykle zabrała Zenona i udała się do stołówki  szkolnej, gdzie jadali obiady.

I wówczas dostrzegła siedzącą w rogu sali nieznajomą kobietę. Była  przeraźliwie blada, właściwie przezroczysta , bardzo szczupła w właściwie wychudzona . Miała piękną twarz   o nieruchomych oczach. Wyglądała jak Madonna z obrazów. Obok niej siedział kilkuletni chłopczyk i  z wielkim zainteresowaniem przyglądał się  wchodzącym .

Gdy Mama z Zenonem usiedli przy stoliku, chłopczyk nie wytrzymał , zerwał się i podbiegł do Zenona. Zaczął go zaczepiać i po chwili obaj hasali po stołówce.  

Wówczas   Panie wymieniły uprzejmości, przedstawiły się sobie i od razu poczuły do siebie sympatię.  

Okazało się, że ów wesolutki chłopczyk nazywa się Mirek, jest o rok młodszy od Zenona a ta pogrążona w żałobie pani, nazywa się Helena Konopielko i jest żoną Jana.

T o  b y ł  m o m e n t  d z i e j o w y  w  h i s t o r i i  n a s z y c h  r o d z i n.

   Panie zbliżyły się do siebie, często odwiedzały się w domach a  chłopcy lubili wspólne zabawy.    

W tym czasie Konopielkom powodziło się dość dobrze. Mieli jeszcze folwark, młyn i kamienice w Smorgoniach i chyba w Wilnie. Mama była sama z dwojgiem dzieci. Jan często podrzucał Mamie jakieś wiktuały, zabierał Zenona do swojego domu, gdzie chłopiec miał dobre wyżywienie, opiekę i ciepło domowe.

W 1942 roku miał przyjść na świat kolejny potomek Konopielków. W tym czasie mieszkali oni w Sukniewiczach, pod Smorgoniami, trwała wojna, obowiązywała godzina policyjna i zakaz  włączania  światła o zmroku.  Dlatego Panie  uzgodniły, że będzie bezpieczniej, by poród odbył się w Smorgoniach. Mieszkała tam zaprzyjaźniona położna i niedaleko był szpital, niezbędny w razie komplikacji.  Mama zaproponowała, by Helena rodziła w Jej mieszkaniu.  

Tydzień przed terminem tego wydarzenia, Jan zabrał Zenona do swojego majątku, gdzie razem z Mirkiem przebywał pod opieką służącej . Mały dwuletni Wacuś pozostał w domu i tam też  czasowo zakwaterowano  ciężarną Helenę .

Ponieważ Panie się lubiły, to czas mijał na przyjemnych rozmowach. Ale któregoś dnia, wieczorem, Mama zrobiła podręczne pranie i przypadkowo wylała nieco wody na podłogę w kuchni. Do wycierania wody wydelegowała Helenę, uzasadniając, że kobieta, która jest aktywna fizycznie, łatwiej urodzi. I faktycznie po kilku godzinach rozpoczęła się akcja porodowa. Znacznie później  Helena lubiła wypominać Stefie, że przez nią urodziła Syna. Oczywiście to były takie sympatyczne żarty .

Mama rozpaliła w piecu, nastawiła kocioł z wodą i pobiegła po położną.

Ponieważ obowiązywało zaciemnienie, została zapalona świeczka , którą Mama oświetlała drogę przychodzącemu na świat , umożliwiając jakieś działanie przy położnicy. Helena rodziła na naszym tapczanie, który potem przyjechał z Mamą do Gorzowa.

I po kilku godzinach, bez komplikacji , w nikłym świetle pełzającego  ognika świeczki, przyszedł na świat duży dorodny chłopiec.

Było to 29.03.1942 roku. Otrzymał On imię  zamordowanego małego braciszka Heleny- Paweł.

Rano przybył do nich Jan. Przywiózł jakieś ciuchy i zapytał gdzie jego żona . Mama pokazała odpoczywającą na tapczanie Helenę z niewielkim tłumoczkiem u boku.  Jan się zaśmiał. Żarty sobie robicie, lalkę jakąś widzę. Ale w tym samym momencie lalka wydała z siebie ogromny wrzask świadczący o wielkim głodzie noworodka, który od razu przyssał się do piersi, a na szczęście miał tam dużo jedzenia. Mirek był karmiony sztucznie, bo pokarmu nie stawało, ale Paweł był wychowany na piersi , zdrowo, tak jak trzeba.

Trudno było nie uwierzyć, że to nie jest lalka, a drugi syn Konopielków.

To była wielka radość. Pomimo wojny, ludzie chcieli żyć normalnie, kochali się, powiększali rodziny i wierzyli w dalsze dobre życie.

      W sierpniu 1944 roku na te tereny weszli ponownie Rosjanie. Przywlekli ze sobą  czerwonkę. Wówczas zmarł mój 4,5 letni braciszek Wacuś .

Jan pomógł zorganizować pogrzeb, trumienkę i oboje z Heleną opiekowali się moją Mamą, która była pogrążona w apatii i rozpaczy.

      Jednak już pod koniec tego samego miesiąca sowieci wkroczyli do domu Konopielków i  aresztowali  Jana. Nie był  winny zarzucanym czynom, przedstawiał świadków, którzy dawali mu pełne alibi, ale to nie pomogło. Spreparowano zarzuty, zastraszono ludzi, którzy zeznawali przeciwko i zapadł wyrok. Otrzymał 10 lat katorgi. W pamiętniku opisał te dzieje, miejsca w których był więziony nawet ich urok, ciężką katorżniczą pracę i  tułaczkę w straszliwych warunkach po całej Rosji od krańca do krańca kontynentu.

   Mama zawsze wspominała, jak  Helena woziła paczki dla swojego uwięzionego męża, gdy przed ostatecznym wyrokiem przez wiele miesięcy przebywał  w straszliwym, słynnym więzieniu w Wilejce. Ta delikatna, wątła kobieta , obciążona tobołami z jedzeniem i odzieżą, pieszo przemierzała wielokilometrową drogę do dworca, długo wyczekiwała na peronach na pociąg,  który nie zawsze nadjeżdżał albo był tak przepełniony, że nie zabierał słabych kobiet. Potem przez wiele godzin stała pod więzieniem, czekając na łaskawe otwarcie okienka, za którym strażnik przyjmował paczki. Ostatnio widziałam taką scenę na filmie –serialu” Anna German”- nie muszę ukrywać, że łzy same płynęły….

Helena była bardzo dzielną kobietą.

Nie wiem, czy w tych czasach któraś żona byłaby zdolna tak się poświęcać dla męża. Jan wspomina o tych paczkach, ale właściwie mimochodem, jakby to było normalne. Ale dla mnie to nie było zwykłe. To było bohaterstwo.

     Kiedy po wojnie Mama z Zenonem i Helena z synami wrócili do Polski- Mama zdecydowała na wyjazd w Beskidy, gdzie była jej rodzina a Helena do Lidzbarka, gdzie już byli jej kuzyni.

Na marginesie powszechnego zjawiska, jakim było opuszczanie rodzinnych terenów, które po zakończeniu wojny należały do Związku Radzieckiego, w miarę upływu lat rozważam, co było większym bohaterstwem. Czy opuszczenie swoich rodzinnych stron i wyjazd w obce i  nieznane w celu poszukiwania Polski czy pozostanie na miejscu, trwanie przy  ziemi swoich przodków i zachowanie w sercach polskiego ducha a nawet walka o polskość wbrew temu, czego chciały rosyjskie władze. Obie sytuacje nie były godne pozazdroszczenia i często tragiczne , nie było złotego wyjścia.

     W 1946 roku wrócił z obozu mój Tato, ale Jan był nadal w syberyjskiej głuszy, nie docierały od niego żadne wieści,  a nawet w 1949 roku dotarła   do rodziny informacja,  że zaginął bez śladu.

Gdy Mama i Helena znalazły się w Polsce, od razu nawiązały kontakt.

Okazało się, że ich wojenna przyjaźń była silna i trwała .

Tym razem Mama, mając już u boku męża chciała jakoś pomagać Helenie, która musiała ukończyć studia pedagogiczne, by kontynuować pracę w szkole.

     W wakacje 1947 roku Helena miała sesję na swoich studiach zaocznych. Musiała zorganizować opiekę nad synami.  Wówczas mój Tato pojechał do Lidzbarka Warmińskiego po Pawła i Mirka. Dopiero  wtedy miał okazję poznać Helenę, gdyż wcześniej w tym pamiętnym roku 1939 , gdy nawiązała się przyjaźń Mamy i Heli ,  przebywał  już w obozie koncentracyjnym.

Jednak widocznie pomiędzy rodzinami krążyły  jakieś dobre fluidy, bo od razu się polubili. Pawełek miał 5 lat, a Mirek 12.  

Następnego dnia, po przyjeździe do Gorzowa ,  Mirek ze starszym o rok  Zenonem pojechali sami w góry, do ciotki mieszkającej w Łodygowicach . Moi Rodzice przestrzegali, by chłopcy w czasie podróży z nikim nie rozmawiali, bo mogła to być osoba niebezpieczna. I wówczas Mirek zapytał figlarnie- a jeśli to będzie ładna dziewczyna?

Taki był już od dzieciństwa, aktywny, wesoły, ufnie wychodzący do ludzi. I to Mu pozostało. Chłopcy spędzili w górach dwa miesiące. Wujek uczył ich strzelania z łuku. Mój brat, Zenon trafił od razu w środek tarczy i odszedł a Mirkowi się nie udawało. Ćwiczył zapamiętale do wieczora, aż osiągnął cel. Wzbudził tym podziw wujka. Te cechy, upór , cierpliwość w dążeniu do zrealizowania zamierzeń pozostały mu do tej pory….

       Mama  tym czasie była w ciąży ze mną i przesiadywała w domu z Pawełkiem, który bardzo tęsknił za swoją mamuśką, nie chciał jeść. Ponieważ chętnie biegał do pobliskiego sklepu po bułeczki, Mama się cieszyła, że przynajmniej to zajada. Ale  niestety po Jego wyjeździe, wszystkie ponadgryzane bułeczki wymiotła spod szafy. Pawełek ożywiał się jedynie widząc z balkonu wracającego z pracy mojego Tatę. Wołał wówczas- „ proszę pani, proszę pani- tatuś idzie”. Aż kiedyś jakaś sąsiadka zapytała Mamę – a cóż to za dziecko u państwa, które na panią mówi pani a na pana- tatuś”. To świadczyło, ile w tym dziecku było pragnienia by posiadać ojca, ile tęsknoty za nieobecnym. Przecież Jana zabrano gdy Pawełek miał  zaledwie dwa latka….

    Potem wielokrotnie spędzaliśmy wakacje wspólnie z Pawłem.

Pamiętam, jak przybywał do nas, gdy byliśmy nad morzem, na wczasach wagonowych. Spotykaliśmy go na dworcu, albo siadywałam na schodkach przed naszym wagonem   i wypatrywałam .

Mój brat był dużo starszy ode mnie i miał swoje życie, więc byłam sama. Źle się czułam jako jedynaczka i zawsze bardzo się cieszyłam, gdy przyjeżdżał Paweł .

Lubiłam, gdy się zbliżał do wagonu,  wysoki, nieco przygarbiony , chudy, z nieodłącznym  siermiężnym plecakiem. Zwykle przebywał z nami przez cały turnus i  ochoczo pałaszował swoje porcje a także to , czego nie mógł jeść ojciec z powodu poobozowych  dolegliwości gastrycznych .

Wzajemna sympatia Pawła i mojego Taty przetrwała od znamiennego pobytu chłopca w Gorzowie. Teraz mieli wiele wspólnych pasji, ale chyba największą było skupianie się nad  grubaśnym Rozkładem  Jazdy Pociągów i planowanie jakiś fikcyjnych podróży. Tato dbał o Jego sylwetkę i zawsze zwracał uwagę, by chodził prosto a nawet czasami sugerował, by w celu wyprostowania pleców zakładał poprzecznie kij  pomiędzy plecami a  ramionami .  

Paweł był bardzo opiekuńczy. Pamiętam, jak w tym niezapomnianym czasie wspólnych  wakacji nad morzem, uwielbiałam poranne kąpiele. Budziłam Pawła, ale On odwracał się na drugi bok i dalej smacznie chrapał. Ale, jak opowiadała Mama, po chwili się zwlekał z łóżka mrucząc- pójdę, bo jeszcze się utopi. A ja, taplając się w morskiej fali,  obserwowałam pustą o tej porze  wydmę i z radością witałam znajomą wielką i chudą sylwetkę na jej szczycie….

Paweł był mi jak Najprawdziwszy Brat….

       Gdy wrócił Jan z Syberii, Konopielkowie od razu odwiedzili nas w Gorzowie.

Znajomość i przyjaźń trwała. Lubiłam jeździć do Lidzbarka, spotykać tych Ludzi, którzy mimo bardzo ciężkiego życia zachowali wielką radość, optymizm i ciepło. Grzałam się u ich boku. Zresztą podobnie odczuwał mój brat Zenon, i wielu młodych ludzi, którzy lgnęli do tego domu…..

        Po latach spotkałam dorosłego Mirka. Przedtem nasze drogi się rozmijały, studiował, rozpoczął pracę w Warszawie i do Lidzbarka przyjeżdżał rzadko.

W opowieściach Mamy a może w mojej pamięci pozostało tylko jedno wcześniejsze wspólne  spotkanie . Gdy miałam może cztery albo pięć lat  , pojechaliśmy jak zwykle do Lidzbarka. I wtedy ponoć Mama  żartowała  że ja jestem dobrą partią , gdyż dostanę ładny  posag, bo Rodzice  oddadzą mi  przepiękne poniemieckie meble, które mieli w gorzowskim mieszkaniu. Faktycznie były ładne duże i ciekawe.  Wówczas Mirek, który wtedy już był młodzieńcem, ale nie pozbawionym poczucia humoru i dystansu do siebie,  przyklęknął na jedno kolano i oznajmił, że  w takiej sytuacji On prosi Zosię o rękę.   Ale  ja natychmiast bardzo poważnie  odpowiedziałam, że niestety  wyjdę za mąż za lekarza świń i krów. W sąsiedztwie, przy ul. Kosynierów Gdyńskich w Gorzowie, mieszkał dość pulchny młodzieniec, który był weterynarzem. Bardzo go lubiłam….Tego wydarzenia Mirek nie zapamiętał, a jedynie jakąś inną migawkę z tego czasu. Otóż  tam, gdzie wówczas mieszkali Konopielkowie,  przy ul.Mazurskiej na pięterku,  wucecik był na parterze, w mrocznym miejscu.  Sama się bałam tam schodzić, tym bardziej, że schody były wysokie i kręte. Mamie nie bardzo chciało się ze mną tam ze wędrować i wówczas  Mirek zadeklarował swoją pomoc .. Potem już się nie widywaliśmy.

Gdy się spotkaliśmy po kilkunastu latach ,  jakimś dziwnym trafem ulegliśmy wzajemnej magii.

I nadal jesteśmy pod jej wpływem. ….

Tylko zdążyły wyrosnąć nasze dzieci i wnuki…..

I dalej tak napisał Mirek:

„ Wszystkie nasze dzieci się urodziły i wychowały w niewielkim żoliborskim mieszkaniu z szerokim widokiem na Warszawę .

Dziś mieszkamy sobie w wymarzonym domku w Michałowicach  w pobliżu naszej Córki- Ewy, która wyszukała dla nas działkę i zdopingowała do budowy domu.

Od ponad 30 lat  wyjeżdżamy do Gulczewa , gdzie mamy domek letni przytulony do cudnie meandrującego Bugu i Puszczy Białej będącej częścią Puszczy Kurpiowskiej.

8 lat temu wróciliśmy w góry , gdzie urodziła się Mamy Zosi- do Godziszki. I tam w pięknym miejscu, u podnóża Skrzycznego z widokiem na całą Kotlinę Żywiecką i dookolne szczyty jak m.in. dostojną, rozłożystą Babią Górę- prawdziwą babę, Pilsko, Romankę i inne, wyrosła nasza drewniana, niewielka ale urocza chatka . Miejsce jest urokliwe,   chętnie i często tutaj wyjeżdżamy. Lubią tam też przebywać nasze Dzieci i Wnuki, co nas bardzo raduje.

Ja , mimo poemerytalnego wieku i znacznej naturalnej dominacji młodych, nadal współpracuję jako doradca z dużą korporacją cementową,  z czego jest bardzo dumna moja Rodzina. . Zosia czasami konsultuje dzieci z chorobami nerek, udziela porad internetowych oraz prowadzi nasz rodzinny pamiętnik i wspomnienia ze swojej medycznej ścieżki , wkładając te treści do blogu. Może  powstanie z tego dość obszerna saga rodzin Konopielków i  Łukaszewiczów .

Jesteśmy zadowoleni z naszych osiągnięć i czujemy się spełnieni zawodowo.

Cieszymy się szczęśliwym życiem naszych Dzieci a przede wszystkim Wnucząt i staramy się im pomagać.

Ich życie, ich sukcesy, problemy, dzień po dniu są naszymi radościami i kłopotami.

      I wyobrażamy sobie, że nasza Rodzinna Gromadka, która już się uwolniła  od ziemskich problemów, rezyduje w Zaświatach i  spędza tam razem mile czas, tak jak kiedyś…Jest tam  nasz  Jan- Sybirak w towarzystwie swojej  Ukochanej ( jak zawsze podkreślał) Helenki  , są Wojciulowie, pomordowani Rodzice i Rodzeństwo Heli, są Rodzice Zosi- Łukaszewiczowie  z  Synkiem  maleńkim Wacusiem, bardzo dorosłym Synem- Zenonem a także nasz Brat- Paweł.

Oni Wszyscy patrzą na nas  ze swoich  dalekich galaktyk i widząc, jak  rosną nasze dzieci i wnuki, kochają się i  są sobie życzliwi…wielce się radują.

A Jan  pewnie tak sobie  myśli-

„ warto było się urodzić, pięknie żyć, kochać z całego serca- bo bez tego nie byłoby  tak licznej rodziny, która wywodzi  się z mojej gałęzi naszego silnego i wielkiego drzewa rodowego .

I warto było walczyć o przetrwanie syberyjskiej katorgi,  by jeszcze się spotkać po latach, odbudować więzy rodzinne ,  zobaczyć Wnuki i Wami Wszystkimi się cieszyć…. „

Może nasi potomkowie, kolejne młode pokolenia wezmą do ręki tę książeczkę i wspomną ciepło swojego praDziadka, Sybiraka, pomyślą o tym, jaki On był i będą  pielęgnować w sobie Jego cechy charakteru- wszak mają w sobie Jego silne i dobre geny.

Pozdrawiamy Ciebie Janie i dziękujemy za Twój piękny przykład życia i postaramy się żebyś był z nas zadowolony”.

Mirosław i Zofia Konopielko z d.Łukaszewicz                              Michałowice k/Warszawy marzec 2013            

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 10 ). Cały Mireczek :)

„ ( … ) O tych zajściach miłosnych, o pracy w nowej szkole w Rudni, o przeniesieniu na własną prośbę do nowej szkoły w Glinnie- gmina Krewska, o pobraniu z Helusią, o pracy w miasteczku Holszanach po ukończeniu wyższego kursu nauczycielskiego w Warszawie i o tym, że przeniesiono mię do sześcioklasowej szkoły w Sukniewiczach w Gm. Smorgońskiej, tegoż samego powiaty Oszmiańskiego, nie będę na razie pisał, ale postaram się przedstawić życie w szkole w Sukniewiczach . W szkole znajdującej się o 6 km od domu teściów, domu Helusi- Cicinie. ( … )

Tak napisał Jan  ( było to w poprzednim – 9-  rozdziale pamiętnika) i przeszedł do opisywania szkoły w Sukniewiczach oraz swoich z młodzieżą przypadków.   

              Z jakiegoś powodu ( a może poniosło Go późniejsze wspomnienie wojny i katorgi)  nie znaleźliśmy w pamiętniku szczegółów na temat mariażu z Piękną Helusią.

Tylko Ona  mi kiedyś mi wspomniała- właściwie mimochodem –  że tak naprawdę to  się trochę bała Jana-  że taki czarny  i gwałtowny . Faktycznie karnacja jego była śniada, pod czarną czupryną i krzaczastymi brwiami tej samej barwy jarzyły się duże oczy w kolorze ciemnego bursztynu z zielonymi ognikami.

Można było sobie wyobrazić, że kochał Helusię z taką namiętnością z jaką dużo później nakazywał nam , posiadającym prawo jazdy, ale lękliwym kierowanie jego Syrenką którą nabył będąc już chyba po 60 – ce.

Na pewno kochał Helusię z tak wielką siłą, że nie mogła mu się oprzeć. Może też jej się trochę podobał i imponował ale  młodziutka była. Wszak  to dziewczę miało zaledwie 14 lat gdy się spotkali po raz pierwszy, a on -7 lat starszy-  dobiegał 21 . Był już dojrzałym wykształconym  mężczyzną, pracującym w zawodzie cieszącym się w międzywojniu estymą i docenianym finansowo.

Miłość z drobnymi niezawinionymi przygodami , które Jan opisał ( rozdział 9) przetrwała . Mogło też  być tak ,  że Helusia miała  jakieś inne zauroczenia – wszak to typowe w wieku dorastającej panny –  tego nie wiemy. Zresztą zawsze miała wielkie powodzenie u mężczyzn, bo pogodna, zda się bezproblemowa, wyluzowana, rozsiewała swoją radość – ludzie ją kochali – lubiła się  bawić  i tańczyć- czego byłam świadkiem. W czasie 12 letniej nieobecności Jana , gdy ten przemierzał Syberię na swej drodze przez piekło jakim była katorga ( będzie o tym później ) Helena miała licznych wielbicieli – ale synowie twardo stali murem i mówili – tatko wróci….. I tak się stało…

Ostatecznie doszło do ich małżeństwa ( w ogóle o tym czasie nie opowiadali – zresztą nie było czasu, bo zasypałam rodzinkę i siebie 🙂 czwórką rodzących się kolejno w krótkim czasie dzieci  ). To , co wiadomo z dokumentów  –  w wieku 22 lat Helena powiła mojego męża .  Urodził się w miejscowości Glinno , (gdzie Jan był kierownikiem szkoły)  i tak ma zapisane w metryce urodzenia.

Jan wspomina w Pamiętniku ( rozdział 9 ) ,  że wyjeżdżał , do Warszawy na wyższe kursy nauczycielskie . Napisał tylko tyle, resztę opowiedziała moja Teściowa – a do tej opowieści lubiła wracać.

Któregoś czasu – a było to w roku 1936-  Jan zabrał do Warszawy  wielbioną  żonę  oraz 1,5 rocznego pierworodnego – Mirka ( od 51 lat mojego męża ) . W czołówce tego wpisu zamieściłam zdjęcie z ich wspólnego spaceru .

Kiedy tak sobie szli  we trójkę – Mama, Tata i malutki syn – Mireczek nagle wyrwał się w uwięzi dłoni rodziców i pognał   przed siebie. Nie zdążyli go złapać bo  ich chłopczyk  nagle zahamował  przed podobnym jak on drobiażdżkiem – wyciągnął łapki i wołając  głośno na cały Plac Zamkowy – z wielkim zachwytem oraz podniebną radością – ooo dziewczynka !!!  sukieneczkę ma !!! i włoski ma  !!! – zabierał się do obejmowania i głaskania….. Ot –  cały Mireczek –  taki pozostał – energetyczny , niezależny , spontaniczny i kochający wszelakie Piękno 🙂 .

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 8 ). Powaga i zamożność nauczycielskiego stanu i piękny festyn z ukochaną Helusią.


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

 Pod koniec roku szkolnego otrzymałem pismo z inspektoratu szkolnego w Oszmianie, że  zostałem z urzędu przeniesiony z dnie pierwszego września 1932 roku do jednoklasowej szkoły w Rudni, znajdującej się o 3 km od miasteczka gminnego w Dziewieniszkach. Nie pytano mnie o zgodę na przeniesienie, bo korzystałem ze stypendium państwowego przez dwa lata w seminarium nauczycielskim w Wilnie.

Zanim się przeniosłem do nowej szkoły w Rudni, najpierw odwiedziłem ją. Podobała mi się ona. Znajdowała się o 300 metrów od stawu, na którym stał młyn z domem właściciela. Domek, w którym połowa jego była pod szkołą, wyglądał zachęcająco. Naokoło było pełno kwiatów: róż, georginii i innych. Tuż, o trzydzieści kroków od szkoły stał domek drugiego gospodarza. Właśnie z tym drugim gospodarzem umówiłem się, że będę u niego mieszkał i płacił miesięcznie 15 zł wraz z gotowaniem potraw z moich produktów.

Dwa tygodnie przed rozpoczęciem zajęć w szkole, na  gminnym koniu przewiozłem swój dobytek do nowego mieszkania- pokoju. Od kolegi- jeszcze ze szkolnej ławy w Wilnie kupiłem żelazne łóżko z siatką drewnianą i postawiłem je w swoim pokoiku. Do siedzenia gospodarz wstawił dwa taborety i zydelek z wiadrem do wody oraz stolik. Również gospodarz napełnił siana do materaca- siennika. To na razie było całe moje umeblowanie w moim mieszkaniu. Po paru tygodniach dopiero zrobiłem sobie sam etażerkę z desek młynarza i wstawiłem w kątek mieszkania. Do pokoju wchodziło się przez sień. Pokój miał trzy nieduże okienka, dwa wychodzące na ulicę- drogę prowadzącą do młyna i do miasteczka Dziewieniszek, a jedno na podwórko

      Całe wakacje szkolne spędzałem rodzinnej wsi u rodziców. Było mi u nich przyjemnie i miło. Mieszkańcy wsi nie nazywali mnie już Jaśkiem , ale „ Panem Janem”. A więc odzywali się do mnie z szacunkiem i powagą. Nie szczędzili mi wyrazów uznania i podziwu , że się pierwszy wybiłem wśród młodzieży w tutejszej gminie.

I rzeczywiście byłem pionierem nauki  w tych okolicach. Zazdrościli mi wszyscy: jak rówieśnicy, tak i starsi. Rodzice moi i całe rodzeństwo także byli dumni ze mnie i z moich sukcesów.

 W domu panowała radość i szczęście. Brat młodszy, Piotr poszedł się uczyć na krawca, a brat najmłodszy- Mateusz zaczął uczęszczać do szkoły handlowej w Smorgoniach. Siostra Anka też zgłosiła chęć pójścia na naukę na krawcową. Za naukę wyżej wymienionych obiecałem opłacać ja, który poczułem się do wdzięczności za pomoc mi w czasie moich studiów trwających sześć lat.

Czas wakacji upłynął mi na odwiedzaniu kolegów i koleżanek . Wspólnie z kolegą wizytowaliśmy koleżanki w ich domach u rodziców. Urządzaliśmy tam potańcówki. W każdą niedzielę jeździłem do swej niebogiej, kochanej Helusi ( późniejszej żony- przyp.Z.K.), która mieszkała u rodziców o 8 km od mojej miejscowości.

             Będąc u niej, ułożyliśmy plan następnego spotkania  w Wejstomie , gdzie odbywał się wielki” fest”- uroczystość kościelna. Ona przyjechała swoim wozem, najpierw do swoich krewnych  do Konstanpola, a stamtąd do kościoła znajdującego się o 7 km w Wojstomie. Ja też miałem w tej miejscowości swoich krewnych , ale od razu na uroczystość przyjechałem rowerem.

Spotkaliśmy się , oboje wniebowzięci. Pełni szczęścia , wśród tłumu ludzi spacerowaliśmy po ulicy niebrukowanej pełnie zadowolenia i dumy z siebie, że jesteśmy razem. Zauważyli nas moi koledzy też spacerujący i przyłączyli się do nas. Przedstawiłem im swoją bogdankę, jako siostrzyczkę w Chrystusie. Żartów i śmiechu było pełno. Każdy stara się czymś zaimponować mojej siostrzyczce. Po dwugodzinnym spacerze żegnamy się.

My wracamy do swojego- jej wozu. Ja proponuję – żeby pojechała ze mną na rowerze moim do swoich krewnych. Zgadza się.

Więc kupuję cukierków dla niej i dla dzieci krewnych .

Siadamy na rower i mkniemy osiem km do celu- Konstanpola. To przestrzeń niedługa, ale jechać trzeba powoli i uważnie, bo dużo ludzi maszeruje tą ścieżką do kościoła.

Mkniemy i dzwonimy.

Piesi ustępują z drogi- ścieżki- szybko z małym podskokiem i wesołym krzykiem.

Za pół godziny byliśmy już na podwórku jej stryjostwa. Obdarowaliśmy wszystkich słodyczami. Z kolej gosposia zaprosiła nas na podwieczorek. Najedliśmy się do syta smacznej babki z masłem, kiełbasą, zapiliśmy mlekiem. Resztę czasu wieczornego spędziliśmy na spacerze po sadzie pełnym gruszek, jabłek i kwiatów.

Gdy już zaczęło ciemnieć przyszliśmy na podwórko, gdzie czekał nas stryjek z pościelą do spania w stodole.

W tej ogromnej stodole na dole kopy pachnącego siana położyła się moja „ siostrzyczka” , a je ze stryjem popełzliśmy wyżej na kopę siana i tam urządziliśmy sobie spanie.

Obudziłem się i spostrzegłem, że stryja obok mnie nie ma. Głośno spytałem, czy wszyscy już wstali?

Dał się słyszeć głos ukochanej Helusi.

Popełzłem, żeby ją wyciągnąć z siana, a ona w tej chwili uciekła ze swojego gniazda i szła już do studni, by się umyć.

Ja też skierowałem swe kroki do wody, gdzie już stryjenka jej stała z ręcznikiem i zapraszała na śniadanie. Po smacznym posiłku składającym się z blinów kartoflanych- ślicznie myśmy podziękowali za wszystko i ruszyliśmy w drogę do domu.

Ona koniem, a ja rowerem obok wozu.

Za wsią Mickiewiczami na rozstajnej drodze pożegnaliśmy się , bo jej droga do domu szła w lewo, moja prowadziła w prawo.

Z wielkim żalem ucałowałem jej rączki i gorące usteczka.

Słowami: Bądź zdrowa , pomknąłem na swym błyszczącym” rumaku” – rowerze.

     W domu, w swoim pokoju nikogo nie było. Jakoś smutno mi się zrobiło i na płacz się zbierało. Czułem się tak , jak czuje się naprawdę zakochany. A byłem, byłem w takim stanie. Żeby rozwiać te uczucia rzewności, wyszedłem z mieszkania, a spostrzegłszy stojący rower pod ścianą domu , zarzuciłem nogę na siodełko i pomknąłem do leśniczówki, znajdującej się o dwa kilometry. Tam spotkałem stojącą na balkoniku dawną znajomą, córkę ( obecnie mężatkę za leśniczym) mojej pani profesor w seminarium nauczycielskim w Borunach, gdzie uczyłem się przez cztery lata. Po przywitaniu i krótkiej wymianie paru słów, pożegnałem ją, bo powiedziała, że czeka na męża z gośćmi na obiad, nie raczyła nawet zaprosić mię do mieszkania na herbatę.

To oziębłe, nieuprzejme zachowanie tej znajomej pani, było dla mnie poniżeniem, które rozżaliło mnie tak, że po powrocie do domu, do swojego pokoju , rozpłakałem się.

Brat starszy, który wszedł do mieszkania w czasie mego beczenia, podszedł do mnie i powiedział, że nie warto ronić łez.

To prędko minie, on także płakał po swojej dziewczynie, która wyszła za mąż  ….

c.d.n.       

Pamiętnik mojego Teścia – Jana Konopielko ( 4 ). Upragnione seminarium nauczycielskie.

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

      Pewnej niedzieli przypomniałem ojcu, że trzeba mi będzie za dwa tygodnie kilkadziesiąt złotych na wyjazd do seminarium. Po namyśle  odrzekł mi ojciec, że z tego seminarium nauczycielskiego nic nie będzie, że ono jest za daleko, by móc dostarczyć produktów na wyżywienie, a pieniędzy na wszystko nie będzie mógł postarać się. Poradził mi, bym wstąpił do szkoły w Borunach, gdzie uczyli się synowie znajomych  z sąsiedniej wsi.

       Nie tracąc czasu w następnym dniu wyruszyłem do jednego z wspomnianych uczniów mieszkających o osiem km od naszej wsi. Dowiedziałem się od tego ucznia, przyszłego mego przyjaciela, że ta szkoła w Borunach, to też jest państwowe seminarium nauczycielskie. Zapada decyzja przejścia do Borun. Na piechotę, jak  zawsze na bosaka, udałem się do dyrekcji seminarium nauczycielskiego w Borunach , położonych o 35 km od mojej wsi. Trafiłem tam akurat na odbywające się egzamina wstępne. Pamiętając, że z rachunków dostałem zastrzeżenie, prosiłem dyrektora by mnie zechciał przeegzaminować  ze wszystkich przedmiotów zanim sprowadzę dokumenta z seminarium święciańskiego. Lecz dyrektor  na to nie przystał, oświadczając, że mnie przyjmie do szkoły na podstawie świadectwa wydanego przez tamto seminarium, że złożyłem.

         Po powrocie do domu wyjechałem następnego dnia do Święcan, by zabrać swoje dokumanta i przedłożyć je dyrekcji seminarium w Borunach. Zbiegiem okoliczności przyjechałem właśnie w tym czasie, kiedy odbywały się egzamina dla nowowstępujacych i tych, którzy mieli zastrzeżenia z jakiegoś przedmiotu.

Nie zgłaszając się do dyrekcji po dokumenty, zasiadłem do egzaminu piśmiennego z rachunków. Skoro dowiedziałem się, zasiadłem do egzaminu piśmiennego z rachunków. Skoro dowiedziałem się, że wynik jest dodatni, zgłosiłem się do dyrekcji po dokumenty. Z dokumentami , zaświadczeniem, że egzamin na kurs wstępny złożyłem, powróciłem do domu. Z domu nazajutrz ruszyłem do Borun, gdzie ostatecznie załatwiono sprawę przyjęcia do seminarium.

Po powrocie do domu przygotowywałem się do odjazdu do szkoły. Moi i sąsiedzi śmiali się ze mnie, że idę się uczyć nie mając pieniędzy. Mówili , że po paru miesiącach wrócę do domu dalej paść krowy. Mieszkańcy mojej wsi byli ciemni, Zaledwie paru mężczyzn posiadała umiejętność czytania i pisania, którzy jakie- takie mieli wykształcenie- czterooddziałowe szkoły rosyjskiej. Nie mogli tego zrozumieć , że syna biednego chłopa przyjęto do jakiegoś tam seminarium. Powiedzenie ironiczne i dokuczanie ze strony sąsiadów i rówieśników, z którymi przez pięć lat, aż do 17 lat życia pasłem krowy, były bodźcem , który w przyszłej nauce, zmuszał  mię do wytrwania do końca.

     Dnia 1 września 1924 roku na małym i chudym koniku, zaprzężonym do długiego wozu, naładowanego kartoflami, mąką i słoniną, wyruszyłem po raz pierwszy do seminarium nauczycielskiego. W Borunach – nieduże miasteczko ( dwa sklepy, kościół i mury szkolne przylegające do tego kościoła) o 18 km do najbliższej stacji Oszmiana.

Jechałem do swej wymarzonej skarbnicy wiedzy ze łzami z radości przez cały dzień.

Skoro stanąłem u celu, produkty zdałem kucharce, łóżko drewniane zaniosłem do sypialni – internatu. A więc zamieszkałem w internacie płacąc za utrzymanie produktami.

      Pomimo, że miałem skończone tylko cztery klasy, a moi koledzy po pięć i sześć , nie ustępowałem im  w żadnym przedmiocie. A przeciwnie, w niektórych przodowałem.

       Ażeby nie ciągnąć od rodziców ostatnich groszy krwawym mozołem zapracowanych, zająłem się podcinaniem włosów kolegom, co mi dawało niezły zarobek wystarczający na drobne potrzeby szkolne. ( Nadmieniam, że w tym miasteczku nie było żadnego fryzjera).

Z wielkim wysiłkiem pracowałem umysłowo i fizycznie z myślą, że mi się uda przejść na stołowanie bezpłatne i zwolnić rodziców od comiesięcznego przywożenia produktów co powodowało w domu już po kilku miesiącach mojego pobytu w szkole niedostatki.

Marzenie moje ziściło się.

Koledzy, najpierw jednego kursu, a później i innych, wysyłali swoją delegację do dyrektora z prośbą o przyjęcie mnie, jako naprawdę niezamożnego , na stołowanie na koszt wszystkich uczniów. Władza się zgodziła na to.

Więc mniej więcej od drugiego półrocza byłem na całkowitym utrzymaniu kolegów za podcinanie włosów . Początkowo strzygłem tylko nożycami, a po paru tygodniach- maszynką, którą zakupili koledzy do tego celu. Pracy więc miałem bardzo dużo, mniej może umysłowej, niż fizycznej jaką było strzyżenie. Ze wszystkiego wywiązywałem się należycie. Dodam jeszcze, że po kilku miesiącach mojej praktyki fryzjerskiej, byłem zapraszany przez panów profesorów , dyrektora, księdza i doktora do podcinania włosów. To mi każdej soboty przynosiło parę złotych , którymi opłacałem różne składki.

     Przez rok pierwszy nauki w szkole byłem harcerzem i to harcerzem w pełnym tego słowa znaczeniu. Wszystkie przykazania spełniałem co do joty.

     W szkole nie byłem lubiany przez wszystkich kolegów. Nieraz staczałem bójkę z kolegą ze starszej klasy, gdy ten właził mi w drogę podczas moich dyżurów przy stole. Dużo było takich, którzy odnosili się do mnie zaznaczając swoją wyższość pod względem pochodzenia i lepszego ubrania.

W pierwszym roku pobytu w szkole przebywałem boso, w porciętach i bluzie ze swego płótna (samodział).

     Kurs wstępny ukończyłem z wynikiem ogólnym dobrym.

W roku następnym powiodło mi się bardzo, gdyż od II-go półrocza otrzymałem stypendium z dekanatu- od księży. Od tego czasu pilnowałem więcej nauki, niż rzemiosła produkującego mi pieniądze. Mimo to, nauka szła mi nieco trudniej. Powodem tego stanu rzeczy było prześladowanie mnie przez nauczyciela i dyrektora za to, że podczas wizytacji kuratora zawiodłem nadzieje odpowiadając z języka niemieckiego. Była to wina nauczyciela, który nie znając mnie dobrze, rzucił mi pytanie z nowej lekcji, czego przed tym nigdy nie czynił. Dyrektor prześladował mnie za śmiech, przed którym powstrzymać się nie mogłem, kiedy on się zaczął jąkać mówiąc.

     Za niedopełnione przestępstwo byłem często pytany i za najmniejsze uchybienie obelżywie karcony. Zdwajałem wysiłek w przygotowywanie się do lekcji i mimo tak ciężkiego przygnębienia duchowego zdołałem przezwyciężyć wszystko i przeszedłem na kurs drugi.

   W następnych dwóch latach wiodło mi się w nauce nieźle.

Zdołałem ukończyć drugi i trzeci kurs seminarium z wynikiem dobrym, korzystając od pierwszego aż do trzeciego kursu ze stypendium w kwocie 40 złotych miesięcznie.

      Warto wspomnieć, że drogę do domu na różne święta odbywałem na piechotę, boso w okresie letnim.

W zimie w marynarce sukiennej swego wyrobu i czapką uczniowską siedzącą na wierzchu głowy, szedłem do domu w największe mrozy i zawieruchy śnieżne.

W drodze do domu, gdy mi nogi odmawiały posłuszeństwa , nocowałem w pierwszej lepszej chałupie, odwdzięczając się za to i za danie kolacji lub śniadania, ostrzyżeniem włosów domownikom.

Drogę powrotną do szkoły często odbywałem koniem.

A nawet jednego razu po wakacjach- na byku, gdyż koń był chory.

Przyjazd mój na byku wywołał sensację wśród kolegów, a nawet i nauczycieli. Dokuczali mi tym bykiem przy każdej sposobności. Bolało mnie to, ale nie mógł mię ojciec czym innym przywieźć.

    W czasie różnych ferii z książką się nie rozstawałem. Podziwiali moją pilność nawet wieśniacy mojej wsi.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 3 ). Samotny bój o dostęp do edukacji .

Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                               pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

    Wiosna roku 1919 była dla mnie najprzykrzejszym okresem czasu, jaki w swoim życiu miałem. Był to okres głodu i panowania w naszej wsi choroby- krwawki ( czerwonki  ). Maluczko było zasiane u nas zboża ubiegłego roku, bo nie mieliśmy czym siać, to też i zebraliśmy niewiele. Jadłem chleb w osiemdziesięciu procentach z plewami, bo, nawet jego nam zabrakło w miesiącu czerwcu.

A więc odżywiałem się wraz – już ośmiu rodzeństwem tj. czterema braćmi i tyloma siostrami, zacieraczką na pół z plewami i trawami.

Wczesną wiosną, gdy mieszkańcy naszej wsi odkopywali jamy, do których żołnierze rosyjscy zlewali nie zjedzoną zupę- biwakując w lesie, towarzyszyłem im w tej pracy, biorąc czynny udział. 

Nie do uwierzenia – ci ludzie , po odkryciu takiej jamy pomyjnej, w której było do połowy- na metr lub więcej kaszy –  jedli ją z apetytem. Ja także , od odkryciu takiej jamy, spróbowałem ( skosztowałem) jeden raz chleba leżącego przez przeszło półtora roku w ziemi. Połknąć jednak nie zdołałem tego smakołyku dla innych . A więc wydobywałem tę tak zwaną przez nas” kaszę” nie dla siebie, ale dla świń.

Ta kasza, którą nosiłem najczęściej na plecach do domu, stała się dla mnie nieszczęściem, aż do czwartego kursu seminarium. Dźwiganie ciężarów w okresie, kiedy byłem odżywiany prawie trawą zabielaną bez chleba, spowodowało rozruszenie kanału  pachwinowego. A więc miałem przepuklinę, którą u nas na wsi nazywają „ kiłą”. Pomimo, że kryłem się z tą wadą , jednak wszyscy na wsi o tym wiedzieli i przy każdej nadarzającej się okazji nazywali mię „ kiłem” co było dla mnie największą obrazą. Za takie nazwanie mnie biłem każdego czym mogłem. Było to dla mnie prawdziwą męczarnią duchową – obcując z kolegami, rówieśnikami, którzy ironicznymi uśmiechami dawali mi do zrozumienia, że wiedzą jakim ja jestem.

Ażeby dalszemu rozruszaniu się kanału zapobiec, kupił mi ojciec w Wilnie pas, który nosiłem od 13 do 22 roku życia. Noszenie pasa krępowało mię wobec kolegów, z którymi się bawiłem i kąpałem. Będąc bez pasa, mogłem niejednego przekonać, że nie jestem takim, jakim mnie nazywają, gdyż przepuklina była niewielka i dla nie znających się na tym nie spostrzegalna. Trudno natomiast było przekonać któregoś, gdy spostrzegł , że noszę jakąś sprężynę. Ponadto ten pas po pewnym czasie stał się bardzo dokuczliwy , bo wrzynał się w mięśnie aż do krwi swoim żelazem, pozbawionym obszycia, chroniącego przed zadawaniem bólu. Nieraz z płaczem siedząc w kryjówce owijałem tę sprężynę szmatami, by się tak nie wrzynała w ciało. A ileż zabiegów musiałem przedsiębrać przy rozbieraniu się do naga, by nie dać poznać, że jestem z tą wadą.

       Będąc w takim stanie, nawiedziła mnie krwawa ( czerwonka), na którą nawiasem mówiąc chorowała cała wieś. Ta choroba, która trzymała mnie w swoich kleszczach przez przeszło dwa tygodnie, przyczyniła się jeszcze więcej do rozszerzenia kanału pachwinowego.

      Po powrocie do zdrowia nie miałem szczęścia do odpoczynku i wzmocnienia się na siłach. Musiałem zająć się pracą, którą wykonywała matka, gdyż ona- matka zapadła obłożnie na zdrowiu. Rolę gospodyni domu pełniłem od maja do późnej jesieni. Rola ta przypadła mi dlatego, że najwięcej wśród rodzeństwa wykazywałem zdolności do tej pracy. Ojciec mój nie potrafił sobie nawet słoniny rozkraszyć, a brat starszy odziedziczył właśnie cechy ojca w tej dziedzinie.

Praca moja przy kuchni ograniczała się do pieczenia blinów i gotowania prymitywnych potraw, jak kapuśniaka, kartoflanki i samych kartofli. Pomocnikami w tej pracy były małe siostry. Pełnienia obowiązków gospodyni, gdy nosiłem pas od przepukliny, było dla mnie męczarnią.

Ponadto byłem przez cały czas choroby matki pod wrażeniem, że ona może lada dzień umrzeć. Nie było w ciągu całego miesiąca prawie jednego dnia w któryby nie pogrzebano kogoś z niedawno zapadłych na zdrowiu.

Po skończonej pracy w kuchni siadałem na framudze okiennej i przyglądałem się zaledwie poruszającym się osobom o spuchniętych nogach, rękach i twarzy od głodu. Widziałem niejednego nieboszczyka, wiezionego na pobliski cmentarz i postępujących za nim paru osób, podobnych raczej do bałwanów ( z powodu opuchlizny)  , niż do ludzi. Te kondukty żałobne posuwające się co pewien krótki czas napawały mnie strachem, że moja matka też za niedługo odejdzie w zaświaty.

    Życie więc było istną męczarnią duchową i cielesną. Pociecha znikąd nie nadchodziła. Karmiłem młodsze rodzeństwo kartoflami oblanymi rzewnymi łzami z powodu wielkiego nieszczęścia. W takim stanie zdrowia i niepewności przeżyłem trzy miesiące.

    Skoro matka wracała do zdrowia, u mnie wracała energia do życia. Gdy wreszcie matka objęła swoje obowiązki przy kuchni, zdawało się, że wróciłem z piekła do nieba.

Czułem się naprawdę szczęśliwym dzieckiem. Wszystko się teraz do mnie uśmiechało.

I gdyby nie ten pas krępujący moje ciało i ruchy, byłbym dzieckiem szczęśliwym nadal przy boku matki. Ale wrzynanie się pasa w ciało, odbierało mi chęć do życia. Po roku życia w takim stanie przyzwyczaiłem  do takiego trybu życia. Przy cięższych pracach starałem się wyręczyć bratem lub ojcem. Zajęciem moim w 13, 14, piętnastym roku życia było odpasywanie kolejki za krowy, jeżdżenie na „ nocleg”( pasanie krów w nocy) i pomoc rodzicom przy uprawie roli.

       Tak upływają mi dni wiosną, latem i jesienią. Zimą pomagam ojcu młócić, karmić trzodę i krowy, rżnąć sieczkę , a wieczorami chodzę na wieś do rówieśników lub starszych chłopców, z którymi gram w karty na pieniądze albo bez pieniędzy.

       W 15 roku życia zacząłem myśleć o nauczeniu się jakiegokolwiek rzemiosła, bo pracy na roli i przy gospodarce nienawidziłem. Może i dlatego, ze byłem z pasem na biodrach, który mi mocno dokuczał przy każdej pracy wymagającej ruchu nóg i bioder.

Faktem było, że starszy brat cieszył się z dużej ilości zboża w stodole, ja wzdychałem patrząc na nie, bo wiedziałem, że trzeba będzie młócić cepami przez kilka tygodni.

       Jak mogłem, tak się wykręcałem od pracy potrzebującej dużego wysiłku z mojej strony. Ale pokazać ojcu, który pędził mnie do pracy, bez względu na mój stan zdrowia, że nie próżnuję , robiłem buty drewniane, wiązałem pantofle z powrozików, obszywałem różne sukmany i chodaki. Ta praca dawała mi zadowolenie, bo po jej dobrym wykonaniu zawsze dostawałem pochwałę od kogoś. Z największym umiłowaniem  wyplatałem koszyki pasąc czy to krowy , czy też konie. Wszystkie te prace wykonywałem co prawda z chęcią, ale nie dawały one mi nic na przyszłość. Zdawałem sobie sprawę, że rolnikiem nie zostanę. Po pierwsze dlatego, że ziemi miał ojciec mało- 4 ha, a po drugie jak już wspomniałem, nie lubiłem tej pracy.

     Rozpocząłem więc w 15 roku życia uczyć się u szewca, u jednego z szewców będących w mojej wsi. Chwalił mię majster za moją pilność i pojętność. Za parę miesięcy nauczyłem się zelować buty i nakładać łaty na nie. Po okresie zimowym nauka została przerwana na czas prac wiosennych i letnich.

     W tymże roku w jesieni została założona szkoła polska w naszej wsi. Otóż na prośbę moją oddał mnie ojciec do szkoły, która mieściła się w naszym domu. Przyjął mnie nauczyciel- były sierżant wojsk polskich – do drugiej klasy. Uczyłem się bardzo pilnie i wykazywałem bardzo dobre postępy w nauce. Jakimś prawem przesadził mnie nauczyciel z  klasy drugiej do trzeciej po czterech miesiącach nauki. I w tej klasie dawałem sobie radę. A więc w ciągu jednego roku szkolnego ukończyłem dwie klasy. W następnym roku uczęszczałem do klasy czwartej , mając już szesnaście lat. Byłem w tej klasie jednym z najlepszych uczniów, jeśli chodzi o opanowanie materiału.

Ojciec, który początkowo zaganiał mnie do pracy, odrywając od książki, w czwartej klasie już zachęcał do nauki. Ba, nawet prosił nauczyciela, by ten uczył mnie jeszcze po lekcjach. A więc przez prawie miesiąc pobierałem naukę dodatkowo, by być lepiej przygotowanym do wstąpienia do gimnazjum lub innej jakiejś szkoły. Nauczyciel mój miał się zająć doprowadzeniem mnie do egzaminu i ulokowaniem w jakiejś szkole. Po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej z wynikiem bardzo dobrym czekałem przez całe wakacje na swego pana, który, odjeżdżając na wakacje, obiecał przyjechać po mnie i zawieść do średniej szkoły.      Wakacje minęły i rozpoczął się rok szkolny 1923/24, a ja pozostałem w domu ze swymi marzeniami, bo” pan „zapomniał o obietnicy.

Gdy nadchodził początek roku szkolnego, prosiłem ojca, by się dowiedział, do jakiej szkoły można wstąpić, ale ten zajęty pracą i nie znający się na tych sprawach , zbywał mnie powiedzeniem :„  jak chcesz się uczyć, to idź, szukaj szkoły”- mówił po białorusku. Z bólem w sercu i łzami w oczach pasłem to krowy to konie i myślałem, czymże ja jestem gorszy od tych, którzy się uczą. Mocno zazdrościłem uczniom, którzy w różne święta wracali skądś w mundurkach do domu koło naszej wsi, a ja musiałem paść trzodę.

    Prosiłem Boga cichutko, by mi przyszedł z pomocą w urzeczywistnieniu marzeń- wstąpienia do szkoły średniej. Ani prośba do Boga ani też płacz, którym chciałem zmusić ojca do poszukania dla mnie szkoły, nic mi nie dały. Musiałem szukać sam czegoś. Było mi bardzo trudno, bo nie miałem nikogo znajomego, kto by mnie poinformował o bliskich szkołach średnich- o warunkach przyjęcia.

Sam byłem jeszcze za mało rozwinięty. Oprócz wsi własnej i pobliskiego miasteczka nie widziałem większych osiedli. Prawda, pociągiem jeździłem parę razy, gdy miałem jeszcze osiem lat. Mimo to, rozpocząłem sam poszukiwania.

      Któregoś dnia jesiennego- pewnie w niedzielę , gdyż w powszednim dniu nie miałem czasu, wybrałem się do pobliskiego miasteczka- Smorgoń- do księdza, z prośbą o poradę, gdzie znajdują się jakie szkoły, i jak się  dostać do którejś z nich. Dobra dusza ksiądz wskazał mi seminarium w Święcianach, które miało powstać dopiero. Mało tego. Poprosił w moim imieniu organistę , by ten się zwrócił z zapytaniem piśmiennie o warunkach przyjęcia. Poszedł więc list do dyrekcji nowo- powstającego seminarium nauczycielskiego. Ja z radością wprost nie do opisania wróciłem do domu i z biciem serca czekałem odpowiedzi. A gdy ta szybko nie nadchodziła, niecierpliwiłem się mocno i każdej niedzieli przez miesiąc chodziłem do organisty z zapytaniem, czy już nie nadeszła odpowiedź. W czwartą niedzielę powiedział mi organista, że  odpowiedź nadeszła na mój list i że nie jest ona wesoła, gdyż  seminarium w tym roku nie założono jeszcze, a ma ono powstać prawdopodobnie w następnym roku szkolnym. Było to dla mnie strasznym ciosem, ale nie traciłem nadziei, że mi się uda kiedyś osiągnąć mój cel.

    Na razie, gdy nadeszła zima, wybłagałem ojca, by mnie oddał do szewca do Smorgoń. Nie z tą myślą szedłem do szewca, by się nauczyć szyć buty, ale, żeby być blisko gminy. Zapoznać się z urzędnikami w gminie i później poprosić ich przyjęcie mnie na jakiegoś pracownika w biurze. Miałem o sobie zdanie, że potrafię ładnie pisać i załatwiać niektóre sprawy.

      Marzenie moje o wstąpieniu do gminy na pracownika spełzły na niczym.

       Praca u szewca nie zadawalała mnie, jednak przetrwałem przy tym warsztacie całą zimę. Z chwilą wiosny porzuciłem swego majstra i rozpocząłem szukać szkoły.

       Pewnej niedzieli pojechałem po raz pierwszy do Wilna ze znajomą przekupką z myślą, że mi się uda zapisać do jakiejś szkoły. ( Muszę wspomnieć, że jechałem bez zezwolenia rodziców. Pieniędzy na podróż nakradłem od krewniaka, który mieszkając u nas handlował krowami) . Gdy moja towarzyszka podróży sprzedawała swój towar, ja udałem się na poszukiwanie szkoły. Spotkałem jakiegoś chłopaka na wąskiej ulicy i zapytałem go szkołę średnią. Wyjaśniłem mu moją wielką chęć wstąpienia do szkoły i uczenia się. Chłopiec- do posług- zrozumiał mnie i zaprowadził do jakiegoś dużego gmachu, gdzie uczyli się klerycy. Długo tam czekałem i nie doczekałem się na przybycie przełożonego tego seminarium duchownego. Cudem jakimś wróciłem do swojej towarzyszki, bo wychodząc z kamienicy na ulicę naprawdę nie wiedziałem, którędy mam iść.

       Nie wskórawszy nic musiałem wracać do domu. Za posiadane pieniądze , a noszone w czapce pod podszewką, kupiłem pięć butelek półlitrowych wódki na sprzedaż. Z wódką zawiniętą  w chustki, w których miałem chleb na drogę, wróciłem do domu w nocy.

    Na pytanie rodziców, gdzie byłem tak długo, powiedziałem prawdę. Rodzice byliby nie uwierzyli, gdyby nie dowód- wódka.

     Przywiezioną wódkę prędko sprzedałem, zarabiając sto procent. Taki wielki zysk zachęcił mnie do powtórnego wyjazdu do Wilna po wspomniany napój. Tym razem zakupiłem już 10 półlitrówek i po przywiezieniu szczęśliwym udało mi się również prędko rozprzedać i zarobić nie mniej niż poprzednio. Ale ku mojemu utrapieniu nastąpiła dewaluacja marki polskiej. Za skarb swój mogłem kupić już tylko pięć butelek półlitrowych wódki. Jeszcze przywoziłem kilka razy wódkę z Wilna. Ale, gdy przekonałem się, że nie mam z tego handlu żadnego zysku , a przeciwnie ponoszę straty, zarzuciłem to zajęci, pozostając z bardzo małą ilością gotówki.

   Znowu wróciłem myślami do wstąpienia do szkoły. Ale, gdy przyszedłem do przekonania, że nie uda mi się to, postanowiłem zapisać się do wojska na ochotnika.

    Pewnej niedzieli letniej, a może powszedniego dnia, wybrałem się do Urzędu Gminnego znajdującego się o 12 km od mojej wsi z myślą zapisania się na ochotnika do wojska. Tam dowiedziałem się , że jeszcze nie czas na zapisywanie się na ochotnika.

Żona sekretarza- nauczycielka tamtejszej szkoły powszechnej , zaczęła mnie wypytywać skąd jestem i co mię skłania do tak wczesnego pójścia do wojska. Wytłumaczyłem jej swoje powody. Ona mi poradziła bym lepiej wstąpił do seminarium nauczycielskiego, które powstaje dopiero w Święcanach. Ta kochana pani obiecała pomóc mi do wstąpienia do tego seminarium.

   Po powrocie do domu opowiedziałem to ojcu i następnego dnia z dwuzłotówką w chusteczce od nosa poszedłem na bosaka po metrykę do księdza w Smorgoniach. Ponieważ metryki mojej nie było w tej parafii, więc bez odpoczynku udałem się do księdza w Doniuszewie, położonego o piętnaście kilometrów od Smorgoń, a od mojej wsi o 10 km. Głodny i zmęczony do ostatka, z bólem nogi od przebicia kolczastym drutem, bo szedłem na bosaka, wróciłem z metryką do domu.  Nazajutrz, skoro świt, poniosłem dokumenty potrzebne do podania dla p. nauczycielki, mieszkającej o 12 km od mojej wsi, która to pani zawiozła moje podania do dyrekcji państwowego seminarium nauczycielskiego.

      Działo się to wszystko tuż przed wakacjami. Powróciwszy do siebie od wspomnianej pani nauczycielki zapadłem na zdrowiu i musiałem leżeć w łóżku niemal przez cały tydzień. Przyczyną choroby było nadwerężenie przebitej przez drut nogi.

      Z chwilą, gdy ból w pachwinie się zmniejszył i guzy zaczęły maleć, udałem się do swojej pani nauczycielki , by się dowiedzieć, jak stoją sprawy mego przyjęcia do seminarium nauczycielskiego. Gdy moja opiekunka zobaczyła mnie u siebie, mocno się zdziwiła , że nie jestem w tej chwili na egzaminach wstępnych, które właśnie w tych dniach się odbywały.

Wiadomość ta , że jestem dopuszczony do egzaminu na kurs wstępny z jednej strony ucieszyła mnie, a z drugiej zmartwiła, że może być już za późno. Podziękowałem swej opiekunce jak umiałem, złożyłem jej podarunek pod postacią kawałka- jakie 1/3 kg słoniny, wziętej bez wiedzy rodziców i spiesznie wróciłem do domu z radością w sercu.

Tu spotkała mnie kara za oderżnięty kawał słoniny. Ojciec uderzył mnie tak mocno kawałkiem słoniny, że zaprzysiągłem zemstę.

Kiedy rozgniewany ojciec uspokoił się, opowiedziałem mu, że jutro muszę jechać do Święcian na egzaminy i nie mam na drogę pieniędzy. Początkowo nie chciał temu wszystkiemu wierzyć, ale, gdy wytłumaczyłem mu i przekonałem go, poskrobał się po głowie i zaczął medytować. Umyślił sprzedać niedużego i ostatniego wieprzka na moje potrzeby. Dopiero na drugi dzień po sprzedaniu prosiaka dał mi ojciec tyle gotówki, ile było trzeba na bilet, z czym wyruszyłem sam jeden do Święcian.

     Z kawałkiem chleba razowego i odrobiną słoniny w torbie ruszyłem do wspomnianego seminarium. Pomimo, że nie byłem w tym miasteczku nigdy i nie wiedziałem nawet dobrze, gdzie robić przesiadkę, wyruszyłem we wspomnianą drogę, licząc na to, że się dowiem wszystkiego od pasażerów. Tak się też i stało.

Kupując bilet na pierwszej stacji podsłuchałem rozmowę pewnej pary młodych, którzy wspominali miasteczko Święciany – cel mojej drogi. W wagonie dowiedziałem się od tych państwa, że jadą do Święcian. Więc pilnowałem się tej pary przy przesiadkach i dzięki jej przyjechałem do miejsca przeznaczenia.

Miałem tu też niemały kłopot z noclegiem- nie wiedziałem, gdzie można przenocować. Na szczęście trafił mi się jakiś Żydek, który też poszukiwał noclegu. Z tym Żydkiem zaszedłem do jakiejś piwiarni i na jednym tapczanie po jedną kołdrą- kocem- przespałem noc.

Nazajutrz bez  posiłku udałem się do seminarium nauczycielskiego. Długo szukałem samego lokalu, a jeszcze dłużej kancelarii. Nareszcie znalazłem się w kancelarii i wyjaśniłem swój cel przybycia.

Krótko mi oświadczyli, że już są egzamina skończone i będę mógł składać je dopiero w jesieni. Było to dla mnie gorsze, niż uderzenie obuchem w głowę. Wiedziałem, że gdy teraz nie zostanę przyjęty, ojciec nie puści mnie- nie da pieniędzy, na wyjazd w jesieni. Z drugiej strony bałem się szyderstw mieszkańców mojej wsi, którzy nie wierzyli, że syna chłopa mogą przyjąć do szkoły średniej.

      Postanowiłem po krótkim namyśle pójść do samego dyrektora i błagać- by mnie przyjął. Odnajduję dyrektora we własnym mieszkaniu, i z płaczem tłumaczę mu, że nie przyjęcie mnie teraz do szkoły, zmusi do dalszej męczarni w domu.

Na pytanie dyrektora, czy będę chciał się uczyć przez sześć lat, z uniesieniem oświadczyłem, że choćby i przez 20 lat.

Gdy dyrektor przekonywał mnie, że przyjmie mnie w jesieni, jeśli zdam egzamina, rzuciłem mu się do całowania rąk z płaczem i błaganiem, by jednak rozstrzygnął tę sprawę. Uległ dyrektor mojej rozpaczliwej prośbie i wydał polecenie podwładnym mu nauczycielom , by przeegzaminowali mnie. Egzamin  na kurs wstępny złożyłem ze wszystkich przedmiotów z wynikiem pomyślnym, z wyjątkiem rachunków, które teoretycznie znałem bardzo dobrze, ale jak przyszło się wytłumaczyć , jak to działanie zrobiłem, nie potrafiłem tego wyjaśnić. Rezultat- przyjęty zostałem zastrzeżeniem z rachunków- z których miałem składać jeszcze egzamin w jesieni.

     Muszę zaznaczyć, że do egzaminu zupełnie się nie przygotowywałem i że składałem go po rocznej przerwie po ukończeniu czterech oddziałów.

        Wakacje po egzaminie upłynęły mi na marzeniach o szkole, jak będę się uczył, czy dam sobie radę, skąd wezmę pieniądze na utrzymanie, gdy ojciec ich nie ma. Nieraz całą noc spędziłem nad rozmyślaniem- będąc na noclegu. Były to myśli miłe i zarazem przykre, że po rozpoczęciu nauki, jeśli nie wykażę się dobrymi postępami, nie dadzą mi zapomogi i będę zmuszony przerwać swe studia. Z góry przysięgałem sobie w duchu , że muszę być jednym z najlepszych uczniów tak jak byłe w szkole powszechnej.

    Wakacje dobiegały końca.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 2 ). Czas Pierwszej Wojny Światowej.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Pierwsza Wojna Światowa ( spisane przed II wojną).

    W jesieni , gdy już toczy się walka na zachodzie i południu, dowiaduję się i ja o tej wojnie z ust starszych gospodarzy. Mam 8 lat.

Myśląc, że wojna nazajutrz będzie u nas, rozdaję kolegom jabłka uzbierane w nocy w ogrodzie sąsiada.

W kilka dni po tym fakcie zobaczyłam na własne oczy żołnierzy niemieckich konnych. Był to wywiad. Wieczorem tego dnia najechało konnicy niemieckiej moc! Leżąc pod kożuchem trząsłem się jak osika i ukradkiem spoglądałem jednym okiem, jak chodzili po naszej chacie, w czapkach stalowych.

 Nazajutrz, gdy wojsko opuściło wieś, udałem się z rodzicami na wozie, pełnym różnych, najpotrzebniejszych gratów, do pobliskiego lasu, gdzie wykopał ojciec jamę , przykrył ją chrustem i ulokował nas w niej. Ponieważ zabranego jedzenia prędko nam zabrakło , gdyż było nas tylko samych dzieci pięcioro, a do tego rodzice i babka, więc ja z matką, babką poszedłem do wsi, aby coś wziąć do jedzenia. Pozwolono nam wyjść z lasu ale, gdyśmy wracali, żołnierz niemiecki na koniu dopędził nas i kazał pod karą śmierci wracać do swojej chaty we wsi. Zły na Niemca wracałem z babka do niedawno opuszczonej chaty, bo matka, gdy Niemiec trochę odjechał  umknęła do lasu.

Wróciłem do swojego okopu z babką wieczorem. Siedzieliśmy w tym lesie  przez miesiąc. Po oswojeniu się z hukiem i gwizdami strzałów, często wychodziłem z lasu na pole po kartofle nie zważając, że na tym polu była pierwsza linia okopów niemieckich. W lesie widywałem żołnierzy rosyjskich – kozaków, którzy wypytywali mnie , gdzie się znajdują wojska niemieckie.

    Po miesięcznym pobycie w jamie wykopanej w  lesie udaliśmy się do krewnych, mieszkających o 10 km od nas. Zabrał nas czworo ojciec na wóz, pozostawiając tylko do pilnowania dobytku babkę i starszego brata. Jadąc gościńcem nie widziałem żadnego Niemca. Gdy dotarliśmy do celu, byliśmy szczęśliwi.

Ale trwało to niedługo bo oto po paru godzinach najechało dużo wojska do tej małej wioseczki. Nie było i tu schronu. Nie czekając długo, wracamy do swojej kryjówki leśnej. Lecz jazda była już trudniejsza bo oto, co kilka kilometrów przebytych, żołnierze- strażnicy niemieccy robili rewizję w naszym wozie, poszukując szpiegów. Z trudem dotarliśmy do lasu, przed którym stała wioseczka, będąca pierwszą linią okopów niemieckich.

Do lasu straż niemiecka nie wpuściła nas. Próbował ojciec jeszcze przedrzeć się krzakami na koniu, ale gdy tylko zawrócił z gościńca i zatrzaskały gałęzie, zatrajkotał karabin maszynowy, zmuszając do odwrotu.

Wracamy z gościńca do wioski, by przenocować u znajomych. Po chwili przekonujemy się , że we wsi nie ma żywej duszy. Ojciec szuka dalej, a ja pilnuję konia. Wreszcie znajdujemy znajomych i nocujemy tam, śpią jedno na drugim, gdyż zwykła jama, nakryta deskami. Była bardzo mała.

Nazajutrz byłem świadkiem ataku wojsk rosyjskich na niemieckie. Armaty rosyjskie bez ustanku od rana do ciemna grzmiały. Pociski na szczęście przelatywały nad nami i spadały na chaty , zapalając wieś. Przez otwór założony poduszkami staczały się tylko kule ołowiane , któremi bawiłem małe siostrzyczki, by zapomniały o wodzie, której się domagały, a o którą było tak trudno. Koń nasz, który był mocno przywiązany do wozu, dłuższy czas rzucał się jak szalony, aż wreszcie  Niemiec porżnął  powróz i uwolnił go od tej straszliwej męki.

Ogniem armatnim zmusili Rosjanie Niemców do cofnięcia się. Niemcy odstępując sami, zmuszali i ludność cywilną do cofania się. Dużo jej- ludności- popędzili do przodu , ale my , pomimo, że nas także zmuszali nie ruszyliśmy się z miejsca, bo za małe były dzieci.

Z chwilą, gdy ściemniało posłyszałem krzyki : ura, ura! Wojsko rosyjskie było do ataku. Niedługo byli przy naszych i w naszych okopach, poszukiwali Niemców. Widziałem po wyjściu z okopu, jak zabierano rannych i zabitych, słyszałem ich jęki.

       Tego samego wieczora wróciliśmy na piechotę do swoich okopów, czyli do jamy  w lesie. Nie zastaliśmy tam nikogo, więc udaliśmy się do swojej wsi, w której jak się później przekonaliśmy, stał już obóz wojsk rosyjskich

       Zaledwie tydzień minął, i już znowu musiałem uciekać z rodzicami do lasu, bo wojska niemieckie posunęły się w kierunku naszej wsi i mogły z łatwością  pociskami armatnimi zasypać ją.

Byłem tu świadkiem, jak wojska rosyjskie ( tabor) uciekało na łeb na szyję z naszej wioski do lasu.

 Ja z ojcem, pędząc świnie przed sobą szedłem do lasu dość spokojnie przyglądając się z furią uciekającym żołnierzom.

Od tego czasu już nie wróciłem z rodzicami do swojego domu. Byłem jeszcze raz sam jeden i widziałem dziury w ścianach od pocisków armatnich i pocisk leżący na środku mieszkania. Jeszcze od czasu do czasu wychodziłem z lasu na pole, by nakopać ziemniaków i popatrzeć na swą ukochaną wieś .

Przebywając w lesie przez kilka tygodni bez dostatecznej ilości żywności , niemal codziennie chodziłem do żołnierzy rosyjskich po chleb, którym karmiłem całą rodzinę. 

Jednego razu o mało nie przekroczyłem pasa neutralnego i nie przedostałem się na stronę niemiecką. Czujka, znajdująca się blisko okopów niemieckich zatrzymała mię i pod groźbą kary śmierci kazała mi więcej się nie pokazywać. Chociaż głód parł mię do żołnierzy, ale strach przed śmiercią pohamował mnie.

Nie mając czego jeść i odczuwając dotkliwie dokuczliwe zmiany jesiennej słoty, wyjechaliśmy do Konstanpola , siedziby stryja, który z całą rodziną został wygnany do Niemiec. W Konstanpolu , znajdującym się o 10 km od naszej wsi i o sześć km od pierwszej linii okopów niemieckich, przeżyłem z rodzicami cztery lata.

Z tego trzy lata spędziłem w otoczeniu żołnierzy rosyjskich, którzy w naszej chacie mieli odpoczynek po 1 tygodniowym lub dwutygodniowym pobycie w okopach na pierwszej linii. Oni to byli pierwszymi moimi nauczycielami śpiewu i gry w karty. Pamiętam do dziś dnia niektóre piosenki przez nich śpiewane. Umiejętności gry w oczko na pieniądze i innych bez pieniędzy nauczyłem się od nich, stojąc u nich za plecami, gdy grali. Nieraz do północy śledziłem ich ruchy z kartami i nikt mi tej przyjemności nie przerwał, gdyż całe rodzeństwo spało. Tak upływały mi wieczory zimowe.

 Dnie spędzałem na grze w karty- w zapałki z kolegami i na zbieraniu chleba wśród żołnierzy dla swojego rodzeństwa. Żołnierze , litując się nade mną, dawali mi nie  tylko chleb, ale i cukier, pieniądze. Dlatego też chętnie odwiedzałem swoich chlebodawców- żywicieli, ale każdego dnia innych. Na takim zajęciu upłynęła pierwsza zima w domu stryja.

     Huk armat, trajkot karabinów maszynowy i gwizd bomb spadających z samolotów , początkowo mię  przerażały, ale po trzech miesiącach oswoiłem się z tym wszystkim i traktowałem to jako zwykłą rzecz, która nie robiła silniejszego wrażenia. Nieraz, to było wiosną, gdy spadnie pocisk armatni na ziemie i jeszcze z miejsca jego zarycia się unosi się dym, ja już oglądam jego ślady.

     Wiosną roku 1915 po raz pierwszy poznałem zapach gazu duszącego, puszczonego przez Niemców. Nie uległem jego szkodliwemu działaniu, bo był on już słaby zanim przepłynął przestrzeń sześciokilometrową.

Wiosna wspomnianego roku upłynęła mi na pasaniu na powrozie jedynej krowy i noszeniu chleba od żołnierzy.

W chwilach wolnych od tych zajęć grałem ze starszymi i rówieśnikami w karty na pieniądze, które zdobywałem- kradłem od ojca z pudełka, do którego ten składał po otrzymaniu od żołnierzy za biały chleb lub papierosy rozsprzedane.  Drugim źródłem dochodu były jałmużny od oficerów i podoficerów w gotówce- w kopiejkach. W grze byłem zawsze oszukiwany pomimo, że umiałem grać.

      Dzięki grze w oczko nauczyłem się liczyć do 25- i  wykonywania działań dodawania i odejmowania w pamięci.

Tegoż roku w lecie ojciec powierzył mi funkcję sprzedawania chleba białego żołnierzom w ich koszarach. Co drugi dzień z bratem starszym nosiłem chleb- piróg- do okopów i tam rozprzedawałem i odważając na ręcznej wadze żądane porcje. Po rozprzedaniu białego chleba szedłem z bratem do innego oddziału żołnierzy i prosiłem o pieniądze i cukier. Bardzo rzadko wracałem z pustymi kieszeniami i brakiem supełka w chusteczce do nosa , który to supełek oznaczał, że pieniądze są. Chleba razowego, którym żołnierze obdzielali mnie, często nie brałem, za co łajali ( rugali) mię żołnierze. Na takich zajęciach mija mi rok 1915. Mam 9 lat.

     W roku 1916 wiosną wyjechałem z ojcem do Krasnego- na linii Mołodeczno- Mińsk, gdzie zamierzał ojciec zostawić mię w ochronce polskiej dla dzieci  wygnańców.  Byłem w tej ochronce przez dwa dni, a na trzeci, rozbeczałem się tak mocno, że ojciec zabrał mnie z powrotem do domu.

     Po pewnym czasie odjechałem wraz z kolegami z tej wsi pod opieką jednego z ich ojców do ochronki także polskiej w Radoszkowicach. Tu przebyłem około trzech tygodni.

Po raz pierwszy posłyszałem mowę polską, która mi się bardzo podobała. Starałem się łamać swój język białoruski, mówiąc po polsku. Nauczyłem się tu kilku liter łacińskich pisać, poznałem parę gier w piłkę, i zapamiętałem parę bajek. Gdyby nie dokuczał w tym zakładzie brak jedzenia, byłbym z pewnością dłużej w tej szkole.

    Muszę nadmienić, że z powodu słabego odżywiania nas, ja byłem zmuszony do wynalezienia sposobu zaspokojenia głodu. Otóż gdy wszystko bractwo posnęło w pokoju i kucharki już chrapały w kuchni, szedłem po zdobycz- po razowy chleb na kuchnię. Każda nocna wycieczka była udana, a żołądek na całą dobę zaspokojony. W tymże samym miasteczku na współkę z kolegami kradłem od Żydów słodycze, że kraść od Żyda nie jest grzechem.

    Po powrocie z ochronki uczęszczałem do niedawno założonej szkoły rosyjskiej , znajdującej się o 3 km od mojej wsi w miejscowości Macewicze- gmina Wojstom pow. Wilejski. W szkole tej było prowadzone dożywianie dzieci wygnańców. Więc, jako wygnaniec także otrzymywałem obiad, składający się z dobrej zupy i jeszcze lepszego drugiego dania. Ponieważ przy tej szkole prowadzony był niewielki internat dla dzieci z dalszych miejscowości, więc dawano tu i śniadanie, na które ja mocno starałem się zdążyć, gdyż był na nim pieróg i słodka herbata.

      Nauka w szkole szła mi łatwo, gdyż dużo liter już znałem, a z rachunków więcej umiałem niż  trzeba było umieć  w klasie pierwszej. Dlatego też po paru tygodniach prowadziła mnie nauczycielka ( nauczycielek było trzy) do klasy drugiej. A gdy nie dawałem rady z czytaniem w kl. II, postanowiła nauczycielka tak, że czytać będę z klasą I-szą a rachować z II-gą. Tam nauczycielka prowadziła dwie klasy. Do szkoły uczęszczałem przez dwa lata i skończyłem dwie klasy.

Z chwilą wybuchu rewolucji w Rosji zamknięto tę szkołę.

W tym samym budynku po kilku tygodniach  zorganizowano szkołę polską, do której chodziłem większą chęcią niż do rosyjskiej, pomijając to, że w tamtej smaczniej dawali jeść. W krótkim czasie pokochałem swoje panie i starałem się im nie dokuczać tak, jak dokuczałem nauczycielkom rosyjskim.  

Język polski , jakim one się posługiwały  w rozmowach z nami – miał coś  w sobie pięknego przyjemnego i rozbrajającego . Delikatnością , której nigdy nie doświadczyłem od nauczycielek rosyjskich, zdobyły mię nauczycielki polskie.

Szkoda wielka, że do tej szkoły ( polskiej) chodziłem tylko parę miesięcy, bo z chwilą wiosny, musiałem paść krowę, a jeszcze w miesiącu marcu jeździłem z ojcem, bratem i stryjem budować dom na zgliszczach swej siedziby w Kołpiei.

 Do szkoły już nie wróciłem- aż do roku 1922….

     Byłem zajęty przy budowie chaty. Jeździłem z ojcem do lasy po drzewo na budulec. Woziłem z nim i starszym bratem deski z okopów rosyjskich. Zbierałem po schronach ramy ze szkłem, łopaty, topory, słowem to, co było potrzebne do naszej gospodarki.

      Gdy jeszcze matki- gospodyni nie było przy stawianiu prowizorycznej chaty, ja ją zastępowałem, gotując kartoflaną z kawałkiem słoniny lub zakraszając ją słoninką dla pracowników. Po nakarmieniu ich pomagałem skrobać drzewo na dom. Przy takiej pracy spędziłem trzy miesiące.

      Zwrot w moich zajęciach nastąpił z chwilą, gdy matka przeniosła się z pięciorgiem dzieci młodszych ode mnie do chałupy nowo-zbudowanej. Ona więc zajęła się kuchnią, a ja musiałem paść jedyną karmicielkę- Ryżulę. Pasłem ją po sąsiednich ogrodach, których gospodarze jeszcze nie wrócili, po sadach i łąkach. Smutno mi było z Ryżulą. Ona porykiwała tęskno, a ja, trzymając ją na powrozie, prosiłem ją , by jadła i rzewnie, cichutko popłakiwałem. Codzienne pasanie krowy przeze mnie , było dla mnie istną męczarnią. Toteż nie było chyba dnia, w którym bym nie oblał się łzami wyprowadzając ją na paszę. W niektórych dniach, by się uwolnić choć na jeden dzień od tego ciężkiego obowiązku, udawałem chorego i nie wstawałem z łóżka. Skoro ktoś popędził krowę na pastwisko, wstawałem ze swojego barłoga i prosiłem matkę by mi dała jeść. Gdy zaś nie było jej w chałupie , sam właziłem do pieca, wyciągałem kaszę z ziemniaków. Wstawanie moje zaraz po wyprowadzeniu krowy przez starszego brata, który był bardzo potrzebny do pomocy ojcu przy budowie, dało do zrozumienia że ja symulowałem chorobę.

Po kilku takich wypadkach nie wierzyli mi rodzice i rózgą podnosili z łóżka. Krowę pasłem tylko na ranku i pod wieczór. W czasie, gdy krowa stała w chlewie, ja pomagałem w pracy mamusi, albo szedłem z koszem na ryby, których po wojnie było moc w rzece. Pomoc moja w pracy matce polegała ba zbieraniu trawy dla świń, suszeniu tej zieleniny i karmieniu nią  czworonożnych zwierząt..

       W święta i niedziele w zajęciach moich była zmiana. Polegała ona na tym, że zamiast krowy, pasłem konia albo bawiłem się, pilnowałem domu z  pięciorga małymi., gdy matka szła do kościoła do Smorgoń. Natomiast, gdy matka była w domu, szedłem na ryby, grzyby, orzechy w zależności od pogody lub okresu czasu.

     Tak minęło mi : lato i jesień po powrocie do swojej wsi.

     O zimie roku 1918 nie mam wiele do pisania. Minęła ona mi na tarciu słomy dla krowy, skrobaniu ziemniaków na śniadanie i kolację. Wieczorami grałem z kolegami- towarzyszami starszymi od siebie w karty i zapałki , w tzw” kogucika” na pieniądze. W grze nic mi się nie powodziło- bo rzadko kiedy wygrałem a stale przegrywałem. Pomimo to, że przegrywałem nieomalże za każdym razem i byłem karany przez ojca, siła namiętności pchała mię zawsze do tego rodzaju rozrywki. Było to już nałogiem mocno zakorzenionym nie tylko we mnie, ale u wszystkich mężczyzn powojennych , którzy podczas wojny nie mając nic do roboty, grali tylko w kart. Nałóg do gry w karty towarzyszył mi aż do chwili nauki w seminarium nauczycielskim na pierwszym kursie. …..

c.d.n.

Gdy w 1914 roku rozpoczęła się I Wojna Światowa Jan miał 8 lat, gdy skończyła- 12. Jako dziecko już tyle przeżył….

W tym czasie zginęło 14 milionów  ludzi. Po raz pierwszy w historii użyto w niej broni chemicznej, samolotów, okrętów podwodnych, czołgów i ciężarówek. To tyle z Wikipedii.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 1 ) Dzieciństwo.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową – dzieciństwo.

     Urodziłem się 12 lutego 1906 r. we wsi Kołpiei Gm. Wojstomskiej pow. Oszmiańskiego woj. Wileńskiego. Dzieciństwo moje spędzam pod opieką rodziców i starszego brata. Rodzice moi byli i są rolnikami. Posiadali i do dziś posiadają około 4 hektarów ziemi, którą uważają za jedyną karmicielkę. Do ziemi są mocno przywiązani.

        Matka i ojciec są analfabetami. Rodzice ojca i matki byli ludźmi ciemnymi- umieli tylko jako –tako modlić się z książki po polsku. Matka była i jest po dziś dzień kobietą religijną i potulną. Ojciec natomiast był i jest człowiekiem areligijnym i cholerykiem.

Jak ojciec tak i matka nie dbają o moje wygody. Starają się tylko, bym miał co jeść. Pieszczot-ciepła matczynego mało  zaznałem.

Całe dzieciństwo spędzam na ulicy z rówieśnikami pod opieką starszego o 3 lata brata. Często z bratem pasę świnie na wygonie i spełniam rolę posłannika do domu po przysmaki- chleb z masłem lub ze słoniną. Nie mając własnego sadu , z wielką odwagą skradam się w biały dzień po owoce do sąsiedniego ogrodu. Biedne są też i ogrody warzywne sąsiadów . Wieczorami, czy też w dzień , kiedy gospodarze są  na polu przy pracy, wyciągam marchewki, rzodkiewki i inne warzywa nadające się do spożycia na surowo.

Postępuję tak dlatego, że we własnym ogrodzie podobnych smakołyków brak. Niedzielami  lub w dni świąteczne chodzę na grzyby do lasu rządowego, otaczającego moją wieś, łowię ryby w strumyczku przy pomocy kosza. Często podbieram jajka ptakom lub zabieram pisklęta na „pieczonkę”- do usmażenia. Przykład do wspomnianych postępowań dają mi starsi chłopcy, którzy zabierali mnie często ze sobą, gdy szli szukać zdobyczy.

       Zimy w okresie dzieciństwa upływają mi monotonnie, bo każą mi kołysać młodszą siostrę,  która przyszła na świat, gdy ja już miałem skończone cztery lata. To kołysanie było dla mnie istnym piekłem. By się pozbyć tego niemiłego zajęcia, szarpałem siostrę tak, żeby płakała. Gdy ta rozbeczała się na dobre, matka ją zabierała, a ja byłem wolny. Nie tracąc czasu pędziłem na ulicę na bosaka, by się poślizgać lub posaneczkować czy też pobawić się  w śnieżki. Mimo wielkiego zmarznięcia , bo aż do zasinienia, nigdy mnie się choroba nie imała.

        Warto jeszcze wspomnieć o tym, czym się odżywiałem. Pierwszym i najważniejszym pokarmem dla mnie w tym okresie był razowiec- chleb z solą, którą posypywałem po odłamaniu od bochenka chleba, kawałka chleba. Na śniadanie najczęściej jadłem bliny z twarogiem w dniu powszednim, a w święta- ze skwarkami. Na obiad dostawałem zupy buraczanej lub kapuśniaka z kartoflami. Wieczerza  składała się zwykle  z kartofel z mlekiem kwaśnym , jeśli to było w porze letniej, kiedy mleko było, albo z kapustą surową.          Mieszkanie, w którym hodowałem się, było ogromne, o oknach czterech, ale niedużych, bez podłogi i niskie. Brak w nim było jakiegokolwiek prymitywnego przepierzenia. Miejscem do spania był „połoczyk” za piecem( deski na kozłach) z smrekiem często pod głowę i pod boki. Nakrywałem się najczęściej kożuchem w zimie- albo sukmaną w lecie. Często też sypiałem na piecu z bratem starszym. Miało to miejsce w zimie , chociaż często się zdarzało i w lecie. I w takich warunkach przeżywałem okres dzieciństwa.

W końcu siódmego roku mego życia przyszła na świat druga siostra dla mego utrapienia. Brat starszy w tym czasie zaczął uczęszczać do szkoły rosyjskiej znajdującej się o 2 km w sąsiedniej wsi. Ja muszę dalej opiekować się starszą siostrą, no i kołysać tę drugą. Przeklinam ją, złoszczę się i zapędzam do bawienia tego niemowlęcia siostrę. W chwilach wolnych zaglądam do książek i zeszytów brata. Próbuję pisać na deseczce gryfem. Kiedy brat się uczy wierszy, ja powtarzam za nim, i udaje mi się nauczyć kilku takich wierszyków w języku rosyjskim.

           W okresie letnim spada na mnie obowiązek ciężki- pasanie świń, odpasywanie kolejki- ilości dni – za ilość posiadanych owiec lub krów. W dni świąteczne pasę konia, chodzę nadal na ryby, grzyby i jagody. Złapane ryby koszem, choćby ich było bardzo mało , sam czyszczę i smażę na słonince, której kawałeczek wyprosiłem płaczem od matki. Nieraz w niedzielę lub w inne święto idę do kościoła do Smorgoń. Odchodząc, zawsze mi się uda wyjęczeć od matki , bo tato za dokuczanie tego rodzaju, dawał pasa, parę kopiejek- jedną lub dwie. Za te pieniądze kupowałem sobie słodkiej wody lub obwarzanek.

          Praktykuję dalej łażenie do cudzych sadów i ogrodów. Często pomagam ojcu jeździć do lasu po drzewo na opał lub sprzedaż. Drzewo z lasu państwowego bierzemy bez pozwolenia- kradniemy za wiedzą gajowego albo i bez jego wiedzy. Podobnie, jak  wszyscy mieszkańcy, tak i ja uważałem, że branie bez zezwolenia drzewa z lasu państwowego , nie jest żadnym grzechem. Grzechem dla mnie w tym wieku było zabrać coś człowiekowi biednemu albo zabić kogoś.

        W roku 1914 mając już za sobą osiem lat życia, gdzieś koło Bożego Narodzenia rozpoczęła się nauka na elementarzu rosyjskim. Uczył mnie pierwszych liter starszy brat, a matka czuwała, bym się nauczył tego, co mi zadał mój nauczyciel- starszy brat, uczęszczający w tym czasie do klasy III-ciej szkoły powszechnej rosyjskiej. Nauka szła , jak z kamienia. Wolałem już kołysać małą siostrę, niż siedzieć nad czarnymi punktami, które zapamiętać tak mi było trudno. Mniemając, że ze zniknięciem elementarza ustanie moja męczarnia, wrzuciłem swoją pierwszą książkę do strumyka, o pełnych brzegach wody. Mniemanie moje dziecinne było zgubne, bo dostałem od ojca mocno w skórę i musiałem się przyznać, że sprawcą zaginięcia elementarza byłem ja. Zaledwie minął tydzień od tej rozprawy, a już przywiózł mi ojciec  drugi elementarz z Wilna, do którego co tydzień jeździł w zimie z obwarzankami do Smorgoń. Pod karą dwudziestu różek pilnowałem swojego  wroga- książki i uczyłem się liter na pamięć. Na takiej męce , przerywanej od czasu do czasu kołysaniem siostry , minęła mi zima przed wybuchem I wojny światowej. Wynikiem zimowej nauki było poznanie kilku liter i umiejętność złożenia kilku sylab.

    Lato roku 1914 upływa na pasaniu świń, owiec, krów i konia. W czasie wytężonych prac na polu, przebywam w domu z dwoma małymi, nie, z trzema małymi, bo w lecie przybyła jeszcze jedna, siostrzyczkami. Grzebię się z nimi w piasku, myśląc o niedzieli lub jakimś święcie, które ma przynieść swobodę- wolność od obowiązków pilnowania młodszego rodzeństwa.       Tak mija mi lato przed wybuchem wojny światowej.( I Wojny Światowej – przyp. Z.K. )

c.d.n.

Zaproszenie…

Zaproszenie

IMG_2909.jpg Okienko kapliczki w Kołpiei, gdzie urodził się Jan. Zdjęcie od Lory…

 

 

Kochani.

Równolegle  z tym blogiem ( już pięciolatkiem 🙂  od 4 lat prowadzę drugi z pamiętnikiem Teścia i moimi zapiskami na marginesie. Pamiętnik już tam jest,  był wrzucany bardzo dawno,  krótkimi odcinkami, by nie znużyć czytających, ale schował się pod moje Listy do Jana. I w dodatku w wykazie rozdziałów jest rozkawałkowany tematycznie. Bardzo rzadko tam bywam, ale wracam….

Czytanie jest też utrudnione z powodu  formuły blogu. Ostatni wpis  pojawia się jako pierwszy, pod nim przedostatni itd.

Dowiadywałam się jak założyć stronę, ale domeny są płatne a w dodatku nie mam obok siebie kogoś, kto by mi pomógł. Więc jest jak jest…

Myślę, że treści pamiętnika zrekompensują tę wadę. …

      Pomimo tych trudności w płynnym czytaniu całości, jednak ktoś tam dotarł. Całkiem niedawno z przyjemnością i wzruszeniem przeczytałam to, co pod linkiem który mi podrzucił  Janek ( wnuk seniora)  , bo znalazłam tam  cytowane w innych portalach fragmenty Pamiętnika Jana , np. opowieść o obozowej syberyjskiej Wigilii ….

       I dlatego postanowiłam raz jeszcze przypomnieć , tym razem  w nieco obszerniejszych odcinkach.

 

Pamiętnik jest dla nas drogocenną pamiątką, bo Jan był nam najbliższy i bardzo Go kochaliśmy . Był człowiekiem niebanalnym, mądrym, nieustannie przyjaznym wszystkim

( nawet oprawcom)  i zawsze pogodnym pomimo życia, które Go nie oszczędzało.

 

Jan Konopielko żył w latach 1906 – 1985.

 był dzieckiem z wiejskiej ubogiej prostej podwileńskiej rodziny i dzięki niezwykłemu uporowi został nauczycielem.

Zesłany na katorgę w wyniku sfingowanego przez sowietów procesu ,  przetrwał i  wrócił do rodziny po 12 latach.

W Pamiętniku opisuje swoje dzieciństwo, I wojnę światową , nauczycielskie wydarzenia, mord na rodzinie żony  i potem te 12 lat sowieckich łagrów.

To wszystko jest wyrażone w  prostych słowach w  stylu  minimalistycznym , ale nosi takie treści, że kontrast ten poraża.

        Jan daje nam też siłę , bo po przeczytaniu przychodzi myśl, że  człowiek może wszystko przetrwać,  żyć normalnie dalej i zawsze kochać ludzi….

 

 

Zapraszam więc do tamtego świata….może zajrzycie raz jeszcze pod adres:

 

jankonopielkosenior. bloog.pl

 

 

JanTytuł- poprawić.jpg

 Jan , po powrocie z łagrów…

 

Dzień Zaduszny…

 

PB282326.JPG

 

 

W Dzień Zaduszny żyję wśród duchów moich Bliskich. Czuję, że są obok, wyzwoleni z ziemskich cierpień, a więc szczęśliwi.

I maleńki wojenny braciszek- Wacuś, rezolutny 4 latek , z wielkim trudem wychowywany przez samotną stale pracującą Matkę, która została w ciąży gdy  na początku II wojny światowej Ojca zamknięto w obozie koncentracyjnym. To dziecko ulicy opłakiwane  przez Matkę i moje serce zostało skoszone w 1944 roku w ciągu dwóch dni przez czerwonkę przywleczoną przez sowietów …

I są obok moi Rodzice,  którzy dożyli z trudem bardzo sędziwego wieku i zmarli po prostu „na starość „ …ich prochy na Cmentarzu w Komorowie odwiedzimy dzisiaj…pomilczymy przez chwilę i wrócimy do codzienności…

i Teściowie, którzy przegrali walkę z chorobami, chociaż mogli jeszcze pożyć. Niedawno mieliśmy spotkanie z Lidzbarkiem Warmińskim, gdzie wylądowali po wojnie, i smutki i radości przeżyli i odpoczywają na wzgórzowym  cmentarzu, wśród wielkich drzew i ciszy…

 i Paweł , jedyny brat Mirka, którego życie tak nagle przerwał pijany kierowca . Pochylimy się nad grobem Cmentarza przy Kościele św. Katarzyny i jak zwykle zapytamy dlaczego Boże  Go zabrałeś zostawiając bezradną Rodzinę. A może Ciebie, Boga to w ogóle nie interesuje, a może Ciebie, Boże nie ma….

i wreszcie mój starszy brat- Zenon- żeglujący pod prąd oczekiwań Rodziców, parający się piórem , dziennikarz, literat, krytyk literacki. Gdy nie mógł się odnaleźć w nowym świecie , odszedł właściwie nagle 3 lata temu i teraz świeczkę mogę jedynie zapalić w portalu nekrologi, bo Zielona Góra zbyt daleko, by na grobie….

I są oni Wszyscy, wokół nas i żyją wiecznym życiem, dopóki my żyjemy i jedynie geny, które nam przekazali mogą świadczyć- to nasi najbliżsi…