„Zaślubiny” z koleją ….

„Zaślubiny” z koleją

Kochani, wyciągnijmy nogi z tego błota które nas oblepia, mlaska z zachwytem, że zalało serca, zamuliło umysły i wciąga w swoją brudną głębię coraz bardziej ukontentowane.

Brzydkie bolesne słowa śmigają w przestrzeni, zachowania lekceważące, odwracanie się plecami gdzieś na półpiętrze  naszej świątyni praw wszelakich, zło wyhodowane na jakże bujnej i szlachetnej piersi zielonego mojego Żoliborza.

Gdzie dobro Kuronia zatopione, skąd  Powstańcy Warszawscy, kanały oglądane dziś, Hłasko choć chłopak z dobrego domu, ale zaglądający nad Wisłę, gdzie chałupki Marymontu byle jakie i ludzie niekoniecznie szlachetni, ale ze swoimi prawami pięści,

Hłasko oglądający znad Wisły migocące w słońcu szklane domy pierwszej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

W tych oto domach Rodzice naszego kolegi Jurka Marcinkowskiego  o czym pisał w tym blogu, cieszyli się sobą  świeżo po ślubie i zaręczynach polegających na wymianie podręczników do medycyny.

Wreszcie tu Popiełuszko i Jego siła i prawość  udzielana innym.

Szatan widać tam gdzie Dobro, atakuje najbardziej, wylęga się ze złego jaja, a może z własnego nieszczęścia i demoluje rzeczywistość pokoleń….

Ale dość rozważań, niech nasza Romantyczność przypnie skrzydła, nie dajmy się, bądźmy Niezależni, Wolni a NIC NAS NIE DOTKNIE, pofruniemy  tam gdzie zechcemy    zostawiając zły świat.

Oto jedna z opowieści dla mnie „wyzwalających”. Bo o kolei, podróżach i pięknie nieograniczonej wolności.    Zabieram Was ze sobą moi Drodzy….

Mój Tato, urodzony w 1908 r.,  w bardzo  wczesnym  dzieciństwie zakochał się w pociągach, torach kolejowych, mostach i wiaduktach.

Tej miłości był wierny do końca swoich lat.  

W Jego rodzinnym miasteczku – Rakowie (obecnie Białoruskim),  nie było kolei – należało dojechać furmanką chyba ponad 20 km, by znaleźć się na dworcu.

I oto  któregoś dnia moi Dziadkowie  – Stanisława z d. Rodziewicz i Tomasz Łukaszewiczowie  postanowili  wybrać się do Wilna by odwiedzić ciotkę Dzierżyńską której mąż był kolejarzem.  Zabrali ze sobą małego chłopczyka, dlaczego właśnie Jego, nie wiem. Może starsze siostry i bracia nie byli zainteresowani, może mieli już swoje życie. A może to LOS podpowiedział, że TEN CHŁOPIEC CZEKA NAJBARDZIEJ, że warto właśnie jego, bo LOS zaplanował mu  życie z koleją. Nie wiem.

Ale ta podróż stała się wydarzeniem które przyniosło  Tacie tę Pierwszą i Jedyną taką Miłość.  

Tę wyprawę  zapamiętał na całe życie i często wracał wspomnieniami, których wysłuchiwałam przesiadując na podłodze u Jego stóp i czułam jak fala tej Miłości mnie unosi i zalewa rozkoszą serce.

Od tej pory mieliśmy tę Miłość wspólną i obdarowuję nią moje Dzieci a może i Wnuki a także chciałabym Prawnuczkę, choć jeszcze mała jest.  

Jeśli mam marzenia, to nie jakieś dalekie podróże, a tylko „ wsiąść do pociągu byle jakiego” i ujrzeć jak pejzaż za oknem ucieka odsłaniając stale nowe widoki w rytm kół….

Gdy udaje mi się wyruszać w podróż koleją, choć już coraz rzadziej, a jeszcze te rygory pandemii COVID-19 zamykają mi świat, unoszę ze sobą opowieść Taty.

I mam w oczach obraz małego chłopca o bladoniebieskozielonych  oczach pełnych zachwytu, który wygląda przez otwarte okno  aż nagle podmuch powietrza porywa mu czapeczkę z głowy z której był tak dumny…..to jakby  Jego zaślubiny z koleją – dla mnie symboliczne.

Tata  opowiadał też barwnie i obrazowo  jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego spoconego czarnego cielska parowozu. Była to tłusta, spocona, zasapana  Bestia z kołami wyższymi od małego chłopca, które poruszały się przy udziale poprzecznych żelaznych „łap”.  Zwykle przez okienko wyglądał bardzo usmolony pan, a drugi  od czasu do czasu otwierał drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten drugi czarny pan wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała  kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli ludzie na  milutkich gładkich i lakierowanych ławkach.

Tato najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno.  I jak już napisałam, w tym właśnie momencie wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę. Mógł tylko oglądać jak frunie w dal, gdzieś, gdzie wzrok już nie sięga…  

Gdy o tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny  akt  „zaślubin”  Taty z zawodem. Może trochę przesadzam, ale Ojciec  kochał kolej Miłością Pierwszą – taką z Trwającym ZACHWYTEM  do ostatnich swoich dni.

Pewnie ta Miłość była tak silna,  że wbudowała się w nasz rodzinny genotyp i jest  przekazywana  następnym pokoleniom  jako nieustanna FASCYNACJA ….

Czuję ten Gen w sobie, czuję jak się niespokojnie wierci i namawia – ruszaj w Podróż, ruszaj w Nieznane, w siną dal, oglądaj jak uciekają tory i perony przebiegają za oknem, siadaj na dworcowych ławkach, oglądaj ludzi, wdychaj ich zapachy, bo to Życie, jego pełnia….

A przecież lat mam niemało a i pociągi wyglądają teraz już inaczej.  Ale zawsze są te tory, zawsze zadziwiającą równoległe, perony na których ktoś czeka lub nie i dworce JAK PRZYSTANKI W ŻYCIU  – nie zawsze odnowione, czasem obskurne z pamięcią dawnego czasu,  lecz zawsze związane z OCZEKIWANIEM czegoś co nadejdzie i z NADZIEJĄ, że będzie piękne…

Zdjęcie mojego Taty, które zamieściłam na Fb jako Klara Klon ( mój nick)

„Manna z nieba” i tamaryszek


Pozwalam sobie skopiować mój wpis z 12 maja 2018 r. – bo metoda to Facebookowa którą lubię a poza tym….właśnie zakwitł i czaruje …..

Plaża na Sardynii. Drzewa tamaryszkowe zadziwiły nas , bo rosły na nadmorskim piasku  i były wielkie w porównaniu z krzewami, które widywaliśmy w Polsce. ….

Jak podaje Biblia , ludzie widząc pożywienie leżące na ziemi w obfitości  pytali w języku hebrajskim „ co to jest?” czyli man hu. Czyli manna….

A „ było to coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi” ,  „ …miało smak placka z miodem”.

Jedynym warunkiem, który postawił Bóg swojemu ludowi , było zebranie manny do ostatniego ziarna. Tak też zrobili, a w nagrodę 6 dnia zebrali podwójną porcję która się nie psuła do 7 dnia , tj. dnia szabatu. W ten sposób Bóg żywił wędrowców – uciekinierów przez kolejnych 40 lat , aż do czasu dojścia Izraelitów do Kanaan.

Przez lata badacze zastanawiali się skąd owa manna pochodziła. Wg Wernera Kellera, autora książki „ Śladami Biblii” była to wydzielina krzewów tamaryszkowych powstająca w wyniku symbiozy tego krzewu i jednego z gatunków czerwców, czyli pluskwiaków. Wydzielina ta posiada konsystencję żywicy i formuje się w białe grudki….

Arabowie zaś uważają, że jest to czysta  żywica tamaryszka, która się wydobywa z pędów pod wpływem ukłuć owadów… Ponoć do tej pory jest zbierana i spożywana z ochotą przez wielu jej miłośników….

Nie zapomnę czasu, gdy  zobaczyłam go po raz pierwszy. Było to krótko po zainstalowaniu się  w stolicy.

Nieopodal naszej dawnej ul. Stołecznej a obecnie Popiełuszki był ( i na szczęście jest nadal)  park przy teatrze Komedia. Lubiliśmy ten uroczy zielony zakątek i wędrując nad Wisłę lub Cytadelę przez  Plac Wilsona ( za tamtych czasów zwanym Placem Komuny Paryskiej) zawsze przemierzaliśmy alejki tego parku. Był też na drodze do maleńkich cichych  zatopionych w zadumie nad czasami, które minęły, żoliborskich uliczek z uroczymi domkami…

Jeszcze czuję zapach tamtej Warszawy, gdzie wszystko było dla mnie nowe, właściwie pierwsze i zachwycające….

Ale miało być o tamaryszkach , a ja jak zwykle rozwijam tematy poboczne….

Tak więc był rok 1968, gdy  po raz pierwszy zobaczyłam duży  krzew o zjawiskowej urodzie. Przypominał wielki wrzos pokrojem i barwą drobnych kwiatków które chmurką otaczały  wiotkie  igrające z wiatrem gałązki. Stałam przed nim w zachwycie. Zawsze tak było. W moim Gorzowie ani potem w Poznaniu nie zauważyłam podobnych krzewów. Może tam też rosły , ale widać wtedy wzrok zajęty był czym innym . Pewnie uwagę odwracały  zajęcia sportowe, randkowe, edukacyjne albo  wielgaśne tomy anatomii Bochenka ….

teraz otrzymałam okazję na to spotkanie. Pierwsze spotkanie z tamaryszkiem nazwanym oficjalnie Tamarix gallica

W necie  piszą o nim , że jest kurierem  pustyń i stepów. Przybył z  południowej Europy, północnej Afryki, Azji Mniejszej środkowej Azji. Wytrzymuje suszę, zasolenie gleby, zanieczyszczenie powietrza. Uwielbia słońce i lekkie piaszczyste ziemie. W stanie wolnym rośnie często w wyschniętych korytach rzek gdzie sól w glebie….

Gdy zakładaliśmy pierwszy ogródek, oczywiście pierwszym krzewem o którym pomyślałam, był tamaryszek. Ale nad Bugiem nie czuł się dobrze, marniał, pewnie tęsknił za solą ziemi i ostatecznie umarł. Było nam przykro.

Ale nie straciliśmy nadziei. Po latach kupiliśmy maleńką krzewinkę i nie wierząc , że tym razem nas polubi, posadziliśmy ją nieopodal daglezji i michałowickiej siatki ogrodzeniowej. Ale tym razem nagrodził nasze oczy pięknym kwieciem i luźnym pokrojem długich jak rozwichrzone włosy gałązek. W rezultacie wokół niego zrobiło się ciasno. Ale nic to, cieszymy się, że jest z nami…

I tak dobrnęłam do końca opowiadania o tamaryszku, ale to nie oznacza, że temat jest zamknięty. Może zajmę się poszukiwaniem biblijnej manny na ziemi u jego stóp

a może tylko będę stała i patrzyła jak wiatr  bawi się  jego włosami  a słońce igra z kolorytem kwiecia nadając barwy ciemnego wrzosu albo nagle je rozświetlając …

i wtedy wrócę do mojej dawnej Warszawy , młodości i pierwszych zachwytów  tamaryszkiem i pieszczotliwie będę go nazywała, mój ty Tamarix gallica co dałeś innym ” mannę z nieba” a nam swoją urodę…

WSZYSTKO W ŻYCIU ZALEŻY OD … MOTYLA

Wszystko zależy od … motyla

Ta opowieść nie jest tylko moim wyobrażeniem, czy jakąś bajeczką. To jest prawda, zauważona przez poważne naukowe głowy.  Aż dziw, że nie opisali tego zjawiska Starożytni. Może mieli umysły  zajęte czymś innym, a może widzieli – tylko wydawało im się to takie zwykłe.

A tymczasem to zjawisko jest niezwykłe i wszystkich nas dotknęło. Ale o tym będzie potem….więc ab ovo.  

W 1898 roku Jacques Salomon Hadamard (18651963) – bardzo poważny matematyk francuski, zajmujący się teorią liczb, mechaniką teoretyczną, geometrią, teorią poznania, teorią całkowitych funkcji analitycznych, równaniami różniczkowymi i równaniami fizyki matematycznej – znany z teorii liczb pierwszych … uff, dość wymieniania tych sucho i nijako dla mnie brzmiących terminów – zaczął obserwować poruszające się gładkie kule (bile) po powierzchni równie gładkiej i  cokolwiek by to znaczyło – i tak nie rozumiem 🙂 – powierzchni o ujemnej krzywiźnie. Otóż wbrew przewidywaniom naukowca  trasy tych kul –  okazały się niestabilne tak – że kule zaczęły się oddalać od siebie.

 Podaję ten opis z Wikipedii niewiele rozumiejąc, ponad to, że  ów słynny matematyk  był tym zadziwiony a także zadziwiali się inni o tęgich matematycznych i fizycznych głowach, nie bardzo rozumiejąc zjawisko. Było to powodem ich licznych teorii i niejakiego zamętu.

Wiedzę uporządkował  – nazywając ją teorią chaosu – niejaki  Edward Norton Lorenz (1917-2008) – amerykański matematyk zajmujący się od 1960 r. komputerowym prognozowaniem pogody. Stworzył on w tym celu układ 12 równań wyrażających relacje między temperaturą, ciśnieniem, prędkością wiatru, itd. Sądził – jak większość ówczesnych naukowców – że prawie dokładne dane wejściowe dają prawie dokładne wyliczenia prognozy,

To przekonanie okazało się jednak całkiem błędne – wynik diametralnie odbiegał od przewidywanych na podstawie symulacji. Matematyk ów, zauważył bowiem, że wyniki są zaskakująco czułe na minimalną zmianę warunków początkowych – i był pierwszym meteorologiem, który odkrył, że nie sposób przewidzieć pogody na dłużej niż kilka dni naprzód, bo równania opisujące stan atmosfery są chaotyczne. W 1963 r. opublikował wyniki swoich prac.

Ów Lorenz obrazowo mawiał, że „nawet machnięcie skrzydeł motyla w Brazylii może wywołać tornado w Teksasie.” 

Od tej pory butterfly effect został rozpowszechniany i rozumiany też w aspekcie zdarzeń życiowych, pozornie zwykłych – które potrafią zmienić całe życie  ….niektórzy mawiają, że gdy nagle jeden tylko motyl zatrzepoce skrzydłami potrafi zywołać nawet  burzę  piaskową w odległym miejscu na ziemi.

To Cud jednego motyla, tylko jednego i jego zachowania….

Tej nieprzewidywalności wszystkiego doświadczamy na co dzień także w czasie panującej pandemii COVID-19. Stąd różne prognozy a co za tym idzie zda się chaotyczne, często zmieniające się poglądy i zalecenia. Żyjemy Kochani w świecie który jest nieprzewidywalny, niepoliczalny matematycznie – nawet gdy modele są idealne  …. wszystko zależy od tego, że gdzieś tam zatrzepotał motyl…..

         Tak tak, moi Drodzy. Wszystko mamy poukładane, zaplanowane, oczekiwane – dzień po dniu płynie nasze życie – zda się swoim utartym korytem, jesteśmy pewni, że nasz czas jak pociąg przyssany do swoich torów nie zboczy z drogi, radujemy się że plan doskonały a sukces na wyciągnięcie ręki, czasem pogrążamy się w smucie bo widzimy czarną przyszłość, kochamy i jesteśmy kochani, oczekujemy lepszego, spodziewamy się gorszego. Wszystko na nic.

Nie myślmy w kategoriach że coś jest pewne. Żyjmy chwilami zatrzymując te dobre, zapominając złe. Bo gdzieś tam daleko zerwie się do lotu motyl, zatrzepocze skrzydełkami .

Bo gdy motyl zatrzepocze skrzydłami….

Nie muszka bo ma maleńkie skrzydełka i prawie niewidoczne w locie, nie bzyczący komar, bo przypomina raczej śmigłowiec –  tylko motyl – piękny, delikatny i zwiewny. To on przyczyną, że dalekie plany, poczucie stabilności życia i jego przewidywalności – nagle  rozpada jak domek z kart, czy budowla z klocków  z której usunięto jakiś element.  I płaczemy i miotamy się bezsilnie. Na nic. Już nic nie można. Stało się. Nieodwracalne…..Gdy zatrzepoce skrzydełkami motyl – nasze życie które płynęło jakiś uporządkowanym torem, mijaliśmy kolejne stacje a w domu ktoś czekał, planował, obiad dymił na stole a w wazonie kwiaty – nagle osłupiałe się zatrzymało. I  zwiędły w wazonie czekające powitania  kwiaty, obiad zamienił się w szaroburą breję, matka tkwiąca z uporem  w oknie nie wypatrzyła syna czy córki, narzeczony czy narzeczona nie doczekała. Zmieniło się wszystko. Niektórym zawalił się bezpieczny świat. Bo były szpitale, bo były narkotyki na dworcach czy ulicach kupowane, wykradane czy zarabiane przez chude cherlawe ciało które kiedyś dostało po raz pierwszy dawkę narkotyku…. Nasz chłopak nagle poszedł za inną i runęło nasze myślenie o wspólnej drodze życiowej, rozwoju naukowym ale nagle się okazało – też za sprawą trzepotu motyla – że spotkaliśmy nowego człowieka z którym wiedliśmy ciekawe, pełne życie, nawet czasem kolorowe. Zakładaliśmy rodziny, rodziliśmy dzieci, dzieci rodziły dzieci i tak . I było pięknie, inaczej niż sobie wyobrażaliśmy kiedyś, inaczej – ale pięknie.

Może się nie zastanawialiśmy nad tym do tej pory. A może tak.  Ale czy chcemy czy nie, czy pragniemy czy nie,  motyl gdzieś tam daleko na nas czeka. I w chwili gdy mu się po prostu zechce nagle polecieć w błękit – zatrzepocze skrzydełkami….

I wtedy nastąpi rozprzestrzeniający się w świecie efekt, dotrze do nas i wszystko nam się zmieni.

I stanie się cud odnowy ….

Cud soczystego pełnego życia….  

Tylko czekajmy cierpliwie….

 

Marku, bez Ciebie już nic nie będzie takie samo…


Właśnie kwitnie jabłoń. Ten kwiat tak piękny, delikatny, przejrzysty ale pełen sił witalnych wyobraża Waszą Miłość- Sylwio i Marku….niech w nas zostanie pamięć o Niej zobrazowana tym właśnie kwiatem. Daję Wam go do stóp….

Gdy odszedłeś tak nagle, bez pożegnania Marku Grupo, już nic nie będzie takie samo. Już nie będzie bladych świtów, otwieranych z drżeniem oczekiwania smartfonów, zdjęć na Fb i pięknych Waszych opowieści o Najpiękniejszej Miłości w Życiu, która zdarza się tylko raz.

             Dlaczego nam to zrobiłeś Marku? Dlaczego nas zostawiłeś?

Kochającą pogrążoną w bezdennej rozpaczy Żonę. Nawet nie wiemy jak Ją pocieszyć, bo  słowa, przytulenia ani wspólne łzy nadaremne. Zostawiłeś nas, przyjaciół którzy Cię znali tylko z FB i codziennie czerpali siłę i radość płynącą od Was. 

             Dlaczego nas zostawiłeś tak nagle, nie byliśmy przecież przygotowani. Może   wybrałeś to nagłe odejście bo nie chciałeś nikomu sprawiać kłopotu w nieznanej przyszłości ?  Może już myślałeś o tym wcześniej, potajemnie, nikomu nie mówiąc, a tym bardziej swojej Ukochanej- bo się bałeś, że przyjdzie czas gdy bezradność i potrzeba opieki przekroczy siły najbliższych. Nie chciałeś umierać jako starzec niepotrzebny nikomu. Więc wybrałeś odejście w zdrowiu i w pełni Miłości swojej i Sylwii ?      

Zostawiałeś nam  pamięć i Wasze radosne zdjęcia  pod powiekami- a to Marek szyjący na maszynie maseczki w czasie pandemii, piekący ciasteczka, czekający z kawą na Żonę, Marek wtulony w Sylwię, wyprowadzający Wasze pieski i wylegujący się z kotem na piersi. Ten czas piękny zamknęliście w kadrach Waszych opowiadań, zdjęć i dobrych rozmów.  I za to Wam dziękujemy. Na pewno będą nikłym wprawdzie pocieszeniem po stracie, ale nie raz dadzą nam, oglądającym- radość i uśmiech.

               A może zapragnąłeś tak jak Wielki Aktor umrzeć  na scenie życia  w pełni sił twórczych i tak zaprogramowałeś swoje przejście na drugą stronę by było mocne, wyraziste a przez to Wstrząsające i Nigdy Niezapomniane.  Nie, to do Ciebie nie podobne. Ty zawsze szarmancki, otwierający drzwi samochodu gdy wsiadała Sylwia,  głęboko ludzki, empatyczny i czuły. Nie, Ty nie chciałeś być Wielkim Aktorem  kończącym życie na swojej ukochanej scenie….to do Ciebie jakoś nie pasuje, choć niewiele znałam poza facebookową opowieścią…..

              Może Wasze zwierzątka, którym kiedyś daliście prawdziwy czuły dom gdy odchodziły na Drugi Brzeg – bo przez lata było u Was ich tyle,  tak bardzo tęskniły za Tobą Marku, że zakłócając Stwórcy błogi  niebiański nastrój wreszcie wymusiły na nim wezwanie do nieba. A teraz powitały radosne jak dawniej, radosne w dwójnasób, bo odzyskały Ciebie i obiecały czekać z Tobą na nas wszystkich.Tak, to Stwórca myśląc w swoim   samolubnym umyśle, bo mu płaczące kotki przeszkadzały , uznał  że na Ziemi zostanie Sylwia ale otoczona przyjaciółmi nie odczuje straty- zabrał  Ciebie byś te kotki uspokoił wreszcie.   

                Jakże Bóg się pomylił. Przecież on nie zna  ludzkiej Miłości, wagi ludzkiego  życia, bo przecież patrzył obojętnie na holocaust i nie zareagował. Nielitościwy choć wszechmocny Bóg. Jakże okrutny dla ludzi.

             Czy Bóg w ogóle istnieje? Choć widzimy go jako najdoskonalszego Programistę w odradzającej się przyrodzie, w doskonałości budowy każdego stworzonka w sile nasionka z którego powstaje życie…..

         Czy ten Programista dobrego i złego istnieje, Ty już wiesz, Marku, bo dotykasz PRAWDY….

Szczęśliwy za życia bo Nieogarniona Miłość Twojej Żony opromieniała lata gdy spieszyłeś do Niej z biciem serca, oczekiwany i upragniony. Czegóż chcieć więcej od życia, które niektórzy spędzają w samotności.

        A może Najwyższy zazdrościł Wam tej pięknej Miłości bo był sam. Odwiecznie sam……. Okrutny, nie znający  co to Miłość i Miłosierdzie, starotestamentowy Bóg….samotny we wszechświecie….. takim się wydaje w chwilach kiedy robi nam krzywdę…..takim go widzieli ludzie żyjący przed ponad 2000 tysiącami lat.  Może jednak mieli rację ????

Marku, Ty poznałeś już PRAWDĘ , można nam opowiesz jeśli nie teraz to przy najbliższym spotkaniu.

Do zobaczenia Marku…….

U nas od wczoraj już nic nie będzie takie samo….. pozostają wspomnienia, zdjęcia, Wasze słowa i NADZIEJA NA SPOTKANIE  …..

Będzie PIĘKNIE !!!!

Potęga naszych genów


Urodziliśmy i jesteśmy to zasługa genów naszych przodków !!!

Bo kolejne pokolenia przed nami, protoplaści nasi nie tylko przetrwali czasy licznych tragicznych epidemii a także wojen ale też nas spłodzili. Nas, pięknych i mądrych 🙂

Damy radę Kochani i teraz w tym trudnym czasie !!!. 

Tak sobie dziś pomyślałam współpracując  od kilku miesięcy nad podręcznikiem higieny. Zatrzymałam się w XIV wieku, przy pandemii dżumy bo zachwyciłam się mądrością naszych przodków, ich myśleniem które nam przekazali no i siłą genów naszych.

Już w czasie pierwszej epidemii dżumy, jeszcze w VI wieku, ludzie lubili handel i pewnie tak jak my przygodę. Wędrowali więc przez kontynenty i któregoś dni przywlekli do Europy zarazę zwaną wtedy „ czarną śmiercią”. Pierwsza fala dżumy jakoś minęła. Przetrwali nasi czego jesteśmy dowodem 🙂

A gdy otworzył się w XIV wieku wielki gęsto uczęszczany szlak wiodący z Chin na nasz kontynent, razem z futrami  przywędrowały ciekawskie pchły. I nie ich wina, że miały w swoim przewodzie pokarmowym bakterię- pałeczkę o dźwięcznym zawołaniu- Yersinia pestis   i bardziej ponurym- dżuma.  I nie pchły winne, że musiały podgryzać człowieka, czy wydalać do przygotowanych potraw swoje resztki niestrawione- bo tak je bozia stworzyła. . Po prostu nie ich wina.

Jeśli wina, to człowieka-  bo myślał, że świat jest bezpieczny ( zresztą jak my przed obecną pandemią), nie słuchał rad mędrców, którzy być może tak jak wirusolodzy na całym świecie od lat przestrzegali przed nadchodzącą pandemią nazywając  ją jeszcze w 2016 roku  pandemią nieznanym wirusem X.

A więc wędrowaliśmy, lataliśmy do oporu, już miejsc na świecie brakowało by zwiedzać. Pozostawały zawsze coraz większe i coraz bardziej wyizolowane od dookolnego nierzadko pełnego głodu świata- enklawy hotelowe dla bogaczy ale też tych o średnim statusie materialnym, gdzie można się było pławić w basenach z bajerami, używać do woli alkoholowego all inclusive ….

Uprawialiśmy swój hedonizm choćby przejadając się (epidemia otyłości ma się  u nas coraz lepiej) , wyrzucając tony jedzenia, nie patrząc na biedę innych, za to kłócąc się namiętnie o politykę, poglądy,  jednocześnie beztrosko niszczyliśmy naszą zieloną  planetę, z rzadka podnosząc głos by ją chronić- zresztą nie słyszalny przez decydentów. Pozostawało więc tylko zadziwienie że nie wiedzą, czy nie rozumieją, czy władza i pieniądz jest ważniejsza niż zdrowie i życie choćby własnych dzieci…. Tak sobie żyliśmy do czasu obecnej pandemii…. Zanim wrócę do dżumy muszę jeszcze na marginesie tego co napisałam rzucić swoją myśl. Wszyscy zadają sobie pytanie jaki będzie świat po tej pandemii. Radowałam się patrząc na spontaniczne pomocowo- opiekuńcze akcje społeczeństwa ale ostatnie relacje o tym, że pojawiają się zachowania dyskryminujące pracowników służby zdrowia walczących na pierwszej linii frontu z zarazą nakierowuje myślenie w stronę mrocznego cienia ludzkiej odwiecznej natury, tak dobrze poznanej w tym XIV wieku…..

Dżuma XIV wieczna została  dokładnie zilustrowana rycinami ale też ówczesnymi zapiskami. Wystarczy poczytać  w naszym języku ojczystym kroniki Jana Długosza  herbu Wieniawa (łac. Ioannes Dlugossius, Longinus; ur. 1 grudnia 1415 w Brzeźnicy, zm. 19 maja 1480 w Krakowie). Oto jego zapiski:   „Głód, mór i zaraza okropne panowały tymi czasy nie tylko w Polsce, ale i w całym prawie świecie”. Podaje też jak po raz pierwszy w Polsce ale i świecie władze w 1472 roku  zaczęły zwalczać epidemie – „Burmistrz, rajcy miejscy zostawiali na piśmie zarządzenia, wskazówki dotyczące ochrony przed zarazą i sposobów jej leczenia”.

Zasady postępowania tak zadziwiająco są podobne do naszych.

Nie dysponując aplikacjami w smartfonach, co u nas powszechne, posługiwali się metodami prostymi takimi jak malowanie białych krzyży na domach w których znajdował się zakażony. Wtedy wszyscy widzieli, że  mieszkańcy tego domu  podlegają  kwarantannie, nie mogą się kontaktować z innymi, co skutecznie zapobiegało  rozprzestrzenianiu się choroby. Ciała zmarłych wraz z ubraniami i rzeczami był palone.

To wtedy też wprowadzono  kwarantannę (z łac. quarantena, wł. quaranta giorni, czyli 40 dni), czyli  czasowe, przymusowe odosobnienie. Jak dawno zapomniane a naszym pokoleniom w ogóle nie znana to metoda została powołana do życia, na naszych oczach ożyła dawna historia. Nagle sobie uświadamiamy, że ludzie kiedyś myśleli jak my i że zasady higieny są ponadczasowe. W Wenecji władze miasta nakazywały wywozić zakażonych do utworzonych szpitali na  wyspach Lazzaretto Vecchio i Lazzaretto Nuovo. Stąd właśnie pochodzi używana przez wieki nazwa lazaret ….

W różnych poradnikach czasu XIV wiecznej dżumy zalecano ludziom zachowanie spokoju, pogodę ducha, nie rezygnowanie z pracy, ale też cieszenie zmysłów oglądaniem przyrody czy pięknych obrazów, czytanie książek, gry w warcaby, szachy, grę w piłkę i … poranne spacery.  Nie zalecano tańca, by nie zarażać innych. W poradnikach tych radzono jak prać ubrania w co się ubierać na czas zarazy- wskazując na pożyteczne tkaniny takie jak len i jedwab- podawano że na nich zarazki się nie utrzymują i odradzano noszenie futer i wełny gdzie zarazki pozostają dłużej.  Jednocześnie gdy ktoś kichał- używano zaklęcia zapobiegającego chorobie „ na zdrowie”.  Przetrwało we wszystkich językach do dziś !

Prawda jak zachwycająco  mądrzy byli nasi przodkowie ? Bez tej wielkiej nauki którą my dysponujemy, obserwując tylko świat- wyciągali wnioski które są nadal aktualne.

Możemy być z nich dumni

Czerpać siłę

Przetrwamy !!!

A może by tak po urodę, miłość, dobry seks i walkę z zarazą razem z…niewinnym krokusem :)


By na chwilę odparować od wszechobecnego tematu, którego rozwijać nie będę, nie należy nawet,  pochylam się na krokusikiem, który jeszcze zakwita jakby nigdy nic w moim ogródku. Jego uroda i radość jest ponad wszystkie człowiecze problemy. Nic dziwnego, bo już przeżył wszystko co ziemskie.

Bo jest zaklętym  w krokusa śmiertelnym młodzieńcem  o imieniu- Krokus ( Krokos),  stale zakochanym bez pamięci w nimfie o imieniu Smilaks. Która właśnie  czuwa w moim ogródku,  nieopodal, bo została  przemieniona w cis.  Stało się to kiedyś, dawno  z powodu gniewu bogów, którzy jak widać nie lubili miłości a może, co jest pewne-  zazdrośni o swoje nimfy rzucili klątwę na zakochanych. I na nic ich gniew, bo kochankowie trwają, odradzają się , przywędrowali ze starożytnej Grecji, jak opowiada przytoczony mit,  i pokazują, że Miłość jest nie tylko Ponadczasowo Piękna, ale też Nieśmiertelna!!!

       Zakwita więc w moim ogródku, pojedynczo się wychyla spomiędzy niezagrabionych liści. Liście umarłe już nie pamiętają swojej zielonej młodości a krokus ożywa. Czaruje, patrzy w niebo a może śni swój sen grecki czy perski. Może wpisały się w jego geny tamte odległe czasy ale też teraźniejsze ?

Kiedy uprawia się go nadal, nazywając szafranem, by zbierać  górne części słupka zwane znamieniem w czasie gdy przyjmują padający na nie pyłek, jeszcze przed zapłodnieniem, by robić z nich przyprawy czy barwniki mające wielką moc.

Szafran to najdroższa przyprawa świata !!! .  Potrzeba aż 150 000  kwiatów, by uzyskać 1 kg znamion !!!!

Dowiaduję się dopiero teraz, zainteresowana tematem, że ten niewinny krokusik to nie zwykły kwiatek, ale nie lada „ ziółko”. Sporo narozrabiał na świecie, nie tylko rozsiewał swój czar i urok….

        W XIV wieku Czarna śmierć w Europie gwałtownie podniosła zapotrzebowanie na szafran. Uważano, że jest jedynym lekiem na tę chorobę i epidemię. Ponieważ jednak umarli jego  europejscy plantatorzy , sprowadzano go z wysp Morza Śródziemnego, np. z Rodos,  na weneckich i genueńskich łajbach.  Jak podają historycy był to tak cenny towar, że grupa szlachciców ze swoimi wojami napadła na jeden ze statków, rabując towar  wart  420 tys. obecnych euro. Od tej pory rozpoczęła się walka z piractwem szafranowym, która przybrała charakter regularnej „wojny szafranowej”, trwającej 14 tygodni.  Po jej zakończeniu ustanowiono Bazyleę nowym centrum  europejskim produkcji szafranu, przeniesiono je potem do Norymbergii. Poznanym zjawiskiem było fałszowanie tego bogactwa i wówczas  powstał tzw. kod szafranowy wg którego fałszerze mogli być karani nie tylko grzywną, więzieniem ale też śmiercią.

         Ale cofnijmy się o dalsze setki lat. Otóż ludzie starożytni uważali, że szafran jest symbolem elegancji i bogactwa. Klasy panujące starożytnych imperiów przyprawiały nią potrawy, farbowano nim szaty a nawet perfumowano sale balowe !!!.

      Aromatem szafranu zachwycili się Grecy. Wkrótce odkryli, że barwi ich czarne włosy na jasny kolor, więc stosowali  w tym celu mieszankę kwiatów szafranu i wody potasowej.   Skosztowali też jak smakuje, zachwycili się  i od tej pory doprawiali nim potrawy.

Uwiecznili zbiory szafranu na słynnym fresku w pałacu Knossos a Krecie. Zadziwiające, że fresk przetrwał do dziś od swoich lat urodzenia czyli od roku 1600-1500 przed naszą erą!!!

      Egipcjanie podawali swoim faraonom  szafran uważając, że jest najsilniejszym afrodyzjakiem, ale też używali go  w formie perfum-  do kąpieli, domów, świątyń. Pod koniec hellenistycznego Egiptu kobieta wszechczasów, słynna Kleopatra kąpała się w szafranie stwierdzając że po niej staje się demonem seksu 🙂 .

     W starożytnej Persji, jeszcze w X wieku p.n.e.  uprawiano szafran na dużą skalę, a ich władca Dariusz I Wielki ( 500 r. p.n.e.) wydawał rozkazy swoim satrapom by sprawdzali, czy jest uprawiany w dalekich regionach jego imperium tj. na Kaukazie. Ciekawostką jest to, że po wiekach zaleziono w starożytnych dywanach czy całunach pogrzebowych- wplecione nitki-  szafranu.  Widać miał  znaczenie magiczne i terapeutyczne gdyż wchodził w skład rytualnych ofiar dla bóstw, ale też uważany był jako lek. 

Aleksander Wielki podczas azjatyckich kampanii zawsze zabierał ze sobą szafran , dodawał do ciepłej kąpieli , wierzył bowiem, że wyleczy jego rany.  Używano go też do herbaty, ryżu. W okresie około 500 roku p.n.e. szafran dotarł z Persji na wschód Indii.

Po śmierci Buddy podjęto postanowienie, by szaty kapłanów buddyjskich zawsze były barwione szafranem.

Szafran wędrował po świecie razem z handlarzami,  wszędzie zachwycając  ludzi swoim czarem. Najpierw, do roku 100 p.n.e., był  eksportowany z Persji do Chin, razem- uwaga-  z ogórkami, cebulą, jaśminem i winem. Oczywiście Rzym także importował swój szafran z Persji.
       Podczas upadku Cesarstwa Rzymskiego, uprawa szafranu została zaprowadzona przez Maurów w Europie – najpierw w Hiszpanii, a później w części Francji i południowych Włoszech.                

Na marginesie zadziwiające jest to,  że do tej pory szafran nie został podany jako panaceum na obecną pandemię 🙂

Może dzięki tej odgrzebanej z archiwum różnych portali, bo przecież nie z mojej głowy, opowieści, zakwitnie nam w głowach krokus, rozda swą moc szafranową, przyniesie nie tylko ucztę dla oczu ale też uspokojenie swoim pięknem i wielką historią.

Przyniesie też Optymizm i Nadzieję- przetrwamy, Kochani ten zły czas i odrodzimy się tak jak ten mały piękny kwiatek każdej wiosny….

Korzystałam z licznych stron internetowych, ale głównie z : https://szafrankrokus.com.pl/historia-szafranu/

Liścik z kluczem :)

L

Wczoraj  dostałam maila od Ewy, koleżanki z poznańskiego czasu  studiów, piękne zdjęcia etc. Zapytała co robię.

Odpisałam, że przed laptopem długie godziny, bo piszę z kolegą profesorem  JTM podręcznik i że daje mi to dużo radości.
Za chwilkę przyfrunął od Niej kolejny mailik w którym pisze,

„ to pewnie jesteś dumna i szczęśliwa”.

Otworzył tym pytaniem – kluczem –  wytrychem klapkę w mojej głowie.

I wyfrunęły upchane w wielkim tłoku innych, stłamszone i chyba nieszczęśliwe.

Wyfrunęły i zaszumiało pogniecionymi skrzydłami i zapachniało wolnością, wiatrem we włosach i morzem . Po chwili  zmęczone przysiadły na klawiaturze i napisała się odpowiedź. Przydługa. Ale taka musiała być.
Ewuś
Dumna to nie mam być z czego
Szczęśliwa ?
To wszystko ucieczka przed złem tego świata, monotonią życie
Lękiem przed nieznanym końcem
Wystarczy ?
Wystarczy
Pewnie bym więcej czytała
Więcej pisała swojego ble ble
Więcej filmów może
No już nie wiem..

Wsiąść do pociągu byle jakiego !- jakie to proste a niewykonalne 🙁

Takie małe marzenia
Zobaczyć jak ucieka horyzont
Stać w oknie
Morze zobaczyć tak dawno nie oglądane 

Ale i tak jest pięknie, żyjemy, mamy wspomnienia – choć prawdę mówiąc jeszcze starych zdjęć z wypraw nie obejrzałam

Nie skopiowałam tego z blogu by na papier przerzucić, zostawić,  by potem ktoś najzwyczajniej oddał na makulaturę

Och życie
Uruchomiłaś moje gadulstwo
Wybacz
A co  Was?

Stale nadaję o sobie

Aha czytam, bardzo wolno, za wolno Jacka Cygana  Odnawiam dusze. Mówi że swoje teksty układał pod muzykę  którą mu przysyłali. Mistrzostwo !!!

Zresztą pewnie wiesz

No już

 pozdrawiam Cię  ponownie
I nie zanudzam
Zosia

Miasto naznaczone.


Opowieść to chaotyczna ale pisana sercem ….

Tę noc pamiętam jakby zdarzyła się wczoraj

Czuwanie przy łóżku męża w zielonym Aninie

Zaproszenie na kawę nocną, w maleńkiej przerwie całodobowej pracy naczyniówki.

Rozmowa w mroku. Nagle o tym, gdzie mieszka. Mówi, dotychczas przy Anielewicza,  nie mogę przebywać z duchami, nie pozwalają mi spać albo mam koszmarne sny,  wyprowadzam się.

Ja uszy nadstawiam, jest ktoś, kto tak samo czuje jak ja.

Dr K. który walczył dzielnie z naczyniami wieńcowymi nie tylko nam bliskimi.

Twardziel

Nieustraszony w pracy

Zdecydowany

Dr K. czuje duchy getta , dawnego, ale stale obecnego wśród nas

Żydów nie poznaliśmy, ale ich cierpienie jest wokół

Dawne, nieme

Domy Muranowa na wzniesieniach, jak mawiał śp. Nasz Wielki Przyjaciel, prof. Witold Ramotowski, który uczestniczył w odbudowie,  bo wtedy wszyscy tak, poza pracą lekarza, odgruzowywał to miasto zda się umarłe, widział, jak domy budowano ze zmielonych na miejscu starych cegłach i tu  odtwarzanych. Gruzów nie dało się usunąć, zasypano piwnice, w których zostały niepoliczalne może ciała obumarłe już, zasypano pamięć, wzniesienia – to ich groby na których zakwitło nowe życie. Nowi mieszkańcy nie wiedzą o tym, kochają się, rodzą i umierają a może wiedzą , ale nie czują nic , może…zawsze jest kolejne może….

Dr K. wie i czuje

Ja też

Tramwaj zgrzytając w tych latach niemiłosiernie, gna przez obecną ulicę JP II, wtedy Marchlewskiego. Opuszczam Żoliborz, gdzie wejście do kanałów , tamtędy na Starówkę Powstańcy Warszawscy, kwiat inteligencji,  który odszedł nie zostawiając następców.

Po lewej Pawiak, resztki jednego pawilonu i bramy, jeszcze wtedy zielone drzewo, patrzyłam jak umiera. Teraz metalowe z obciętymi kikutami gałęzi. Widzę tamto, zielone, które wszystko pamiętało. Po prawej głaz- tu był Pawiak kobiecy. I wesołe domy Muranowa po obu stronach, na niewielkich linijnych wzniesieniach…..

Wysiadam przy Siennej. Tu mój szpital już nieistniejący ze swoją pamięcią wszystkiego – dawnych lekarzy z Korczakiem, wykształconych co najmniej w Berlinie, reżim sanitarny i zwyczajowy – bo dzieci odbierane w Izbie Przyjęć rodzicom już ich nie mogą oglądać czasem przez długie tygodnie hospitalizacji. Wszędzie duchy tamtych, biednych dzieci żydowskich,  dla których bogaci Berson i Bauman zafundowali ten szpital, dzieci getta, którym dr  Alina Blady- Szwajgier  podaje morfinę, bo była zawsze wtedy , by zasnęły śniąc o kolorowym dzieciństwie ulicznym . Umierają przed dniem wyjazdu do Treblinki. Lekarka uratowana z getta przez litościwą duszę zza muru, wyjeżdża z pamięcią tego co zrobiła do Szczecina, gdzie długo leczy polskie dzieci. Pisze książkę I nic więcej nie pamiętam  zgodnie z sugestią przyjaciela- Marka Edelmana , by opowiedzieć a może się oczyścić…. Czytamy, a wokół tłoczą się przezroczyste , mgliste tragiczne duchy …

https://www.jhi.pl/blog/2016-07-13-adina-blady-szwajger-i-jej-nadludzka-medycyna

Zagubienie w wielkim mieście ?


„Budynek zaprojektowany przez Wolfganga Triessinga i Macieja Nowickiego oddano do użytku w 1992. Budynek z kopułą nawiązuje formą do narożnej kamienicy z przełomu XIX i XX wieku. Jego cechą charakterystyczną jest urozmaicona kolorystyka elewacji. Budynek hotelu otrzymał tytuł „Koszmar sześciolecia 1989–1995” w plebiscycie publiczności…. Zdjęcie z internetu

Kiedyś,  gdy zastanawialiśmy się nad tematem referatu na konferencje zdrowia psychicznego przyszedł mi do głowy pomysł będący w jakimś stopniu kontynuacją poprzednich naszych podobnych o wpływie sztuki na psyche człowieka .  Oczywiście pierwszym autorem jest osoba, której najbardziej zależy na publikacjach, a ja mogę pozostać  na drugim planie. Temat dotyczy wpływu architektury na dobrostan człowieka.  Ale tu piszę sobie to,  co czuję inaczej niż w tej pracy, bo tu jest moje miejsce….dokąd zawsze najserdeczniej zapraszam….drzwi do tego blogu zawsze stoją otworem…. 🙂

Architektura jest naszym rodzinnym konikiem.

 Kilku profesjonalistów już  mamy w drzewie genealogicznym, Tato też projektował , choć głównie drogi kolejowe i mosty ale też malował i wytwarzał piękne miniatury, o czym już kiedyś pisałam. Nasz domek na wsi tak zaplanowałam, zupełnie  zmieniając wnętrze  gotowego projektu, że jest taki jak wymarzyłam –  bardzo funkcjonalny i stale śliczny.

        Gdy teraz docieram do centrum stolicy i oglądam nowe budynki, czuję nie tylko przytłaczającą ich wielkość, ale też monotonię form, jakby ich powielanie, a właściwie przerost formy nad treścią, bo niewiele mówią. Są dla mnie  jednakowe, a cechą wybijającą się jest to, że brakuje im  duszy. W takim mieście, gdyby nie zieloność, człek nie miałby żadnego punktu odniesienia dla swoich zmysłów.

Z radością zaczepiam oko nawet na domach handlowych Ściany Wschodniej , które powstały już  za mojej tu bytności ( 1962- 1969), trochę szokowały prostotą i nie grzeszą urodą. Ale stoją, są symbolem jakiejś trwałości. To człowiekowi potrzebne. Poczucie, że świat nie zmienia się za szybko, że nadążymy….

W 1972 roku nagle wyrósł jak żyleta wcinająca się w pejzaż miasta brązowy wielookienny Hotel wtedy nazwany Forum. Ponoć  był to produkt wzorowany na szwedzkich architektach , wywoływał zdziwienie ale też jakby odrazę. Wrósł w krajobraz miejski, zmienił nazwę i koloryt ale jest. Stoi jak niegdyś, tylko nie samotny, bo wtopiony w tło szalejących coraz wyżej i gęściej wieżowców….

Identyfikacja z miejscem, przyzwyczajenie,  poczucie że jest coś stabilnego na naszym szalonym, by nie rzec, oszalałym świecie to ważne dla naszego samopoczucia. Zresztą piszą o tym mądrzy architekci i psycholodzy. Obok pędzą tłumy ludzi, bezimiennych , obojętnych a te budynki stoją. Są  kotwicą w naszym galopującym świecie.

Inne, odbudowane wg starego stylu cieszę oko, więc tam zmierzam by się nasycać .

Jest pięknie. Życie jest piękne i zachwyca różnorodnością.

Badacz ludzkiego szczęścia wśród mieszkańców różnych nowojorskich dzielnic- Charles Montgomery, w książce „Happy City: Transforming Our Through Urban Design” wydanej w 2014 rok, zauważył  że  żyjący w miejscach o zabudowie nawet  chaotycznej  i wśród  bylejakości architektury  są szczęśliwsi, bardziej radośni i empatyczni niż mieszkańcy eleganckich , wytwornych, grzecznych,  monotonnych części miasta. Coś w tym jest.

Kiedy zda się pędziliśmy tak bardzo ku nowoczesności, zachłystywaliśmy się strzelającymi w niebo, lśniącymi , budowlami świata , nagle, w 1992 roku otrzymaliśmy Hotel  o dumnej nazwie Sobieski. Jak był odbierany przez mieszkańców świadczy tytuł jaki od nich otrzymał w plebiscycie  „Koszmar sześciolecia 1989–1995” ….

..  tak bardzo krytykowany wtedy stale jest dla mnie punktem odniesienia , dla mej radości, zwykłej dziecinnej,  zachwyca mnie od zawsze gdy stanął,  uwodzi swoją kopułką, skrzydlatym układem , jakby obejmujący człowieka ramionami przytula do piersi ( przenośnia)  i pomalowany na pastelowo barwami czaruje . Jest trochę kiczem, ale takim który lubię.

Jestem wtedy jak dziecko zachwycone różnorodnością, barwami ale też przyjaźnią bryły i tym, że jest, że czeka gdy wysiadam z kolejki WKD na przystanku Ochota…..

” Ballada” o naszym świecie…

zdjęcie własne sprzed roku- może symbolizuje nasz świat- zlodowacenie, roztopienie, zieloność bo nieśmiała nadzieja ….

Medycyna profilaktyczna- współczesne wyzwania – ostatnio zmienione na  – Zagadnienia wybrane)

Mamy napisać podręcznik o takim tytule. Nie podręcznik ale książkę  i to niezwykłą – jak mówi redaktor naczelny. Czyli co ? Jaką ma przybrać formę ? Poruszyłam tony ( tzn. hektogigabajty internetu) by wyszukać to, co ciekawe. Okazuje się że wszystko dla mnie ciekawe, wiele nowego, też przypomnienia. Tło historyczne  wszystkich problemów – frapuje – bo to jak było, jak dojrzewała myśl na przełomie wieków –  to towarzyszenie od kołyski. Od korzeni wszak wszystko się zaczyna. Oczywiście wiele jest niewiadomych i pozostanie nie zbadanych, ale to już tak jakbym znalazła się w siodle – och, jak nie lubię tego obrazka – gdy biedny koń dźwiga jeźdźca – ale tak mi się napisało – bo poczułam się pewniej, że wiatr w żagle, że tak trzeba – obszernie  i od początku. Ale słowo pisane w dzisiejszych czasach coraz mniej pożądane. Więc obrazki – tylko jakie ? i znowu moja myśl, że obrazy mistrzów –oni widzieli więcej, przewidywali – jak to artyści-  bez echa ze strony rednacza. Nie będzie łatwo…. Wracam więc do słów….

Jak na razie tylko esej wklepał się przez klawiaturę….. Oto on.

Nie jest łatwo. Świat coraz bardziej biały i czarny – ze wskazaniem – na czarny.

Wokół brudna polityka, kłamstwa w ustach wybranych, kościół omijany łukiem, zagłada globu na własne życzenie- już w naszym kraju  wyraźne ocieplenie klimatu, brak wody, Antarktyda się roztapia, cyklony , smog w Polsce, ludzie uciekają z ziem gdzie wojny, gdzie pragnienie  i choroby zabijają,  przybywają tam gdzie im się uda dostać- do starej dobrej Europy.

Uchodźcy – nie robale  , tylko ludzie, tacy jak my.

Nie chcą się asymilować, bo po co, bo widzą, że to oni mogą zmienić nasz świat, rodząc dzieci, nosząc chusty , modląc się do swoich bogów, tkwią w braku empatii  i agresji do Innych, którymi my dla nich jesteśmy .  To my jesteśmy tymi Innymi …..

To oni, uchodźcy  wytrzymają wszystko co się zdarzy w Europie, bo mają geny przetrwania, bo już doświadczyli pragnienia i głodu,  bo nie mają nic do stracenia.

 Nie są tak, jak myślimy, nic nie czującą masą. Oni swoim pierwotnym instynktem i wiedzą im stale dostępną – bo mają oczy uszy i internet – czują i widzą jak stacza się w dół nasza cywilizacja.

A my,  Europejczycy – cóż – społeczeństwo się starzeje, bo nie chcemy rodzić dzieci.

Połowa z nich przychodzi na świat poza związkami małżeńskimi, inne są opuszczane, bo rodzic właśnie przeżywa kolejne  fascynacje, żyją w nowych rodzinach patchworkowych , bezradne, z poczuciem że to ich wina – jak to dzieci, bez stabilizacji i bezpieczeństwa, bez miłości skierowanej tylko do nich.

Idą do szkoły, która po ostatniej reformie w naszym kraju przeżywa zapaść i dawno przestała być autorytetem. Chyba że prywatna. Więc rodzice przenoszą  tam swoje dzieci , bo lepiej, spokojniej, może mądrzej. Tworzą się – jak czytam-  enklawy wokół takich szkół – hodowli intelektualistów, ludzi którzy in spe mają zdobywać świat a obok szkoły publiczne i wrogość wobec tych wybranych. Rozwarstwienie coraz większe…

Dzieci widzą bliskich na zatłoczonych SORach, które niedawno powstały i są niewydolne, bo lekarze zdesperowani wyjechali, pielęgniarki także a pieniędzy na zdrowie mało a potrzeby i oczekiwania coraz większe. Ich dziadkowie umierają w przechowalniach, poza domem, bo nikt opiekować się nimi nie może. A rodzice czasem, coraz częściej popełniają samobójstwa.

Dzieciaki szukają więc szczęścia w smartfonach, które są artykułem pierwszej potrzeby o czym świadczą dane liczbowe.

Tam odnajdują przyjaciół których nigdy nie poznali w realu i ulegają ułudzie, że to bliskość, grają w gry w których mogą zabijać i nie widać krwi  a bohater ożywa,  przeżywają swoją seksualność – jakże często odmienną , bo homo – w samotności, bo w Polsce kwitnie brak tolerancji, uprawiają seks niewiele wiedząc o miłości nauczeni filmami pornograficznymi, które oglądają już kilkuletnie dzieci ( o czym świadczą dane socjologów) , mając bezpośredni, niekontrolowany dostęp do internetu,  ba, nawet myślą na ich podstawie że właśnie tak powinni być zbudowani oni i ich partnerki czy partnerzy, i tak powinien wyglądać seks- mechaniczny bez uczuć, nie uczą się zachowań prozdrowotnych – wracają choroby weneryczne, już dawno zapomniane, stale rodzą się dzieci nastoletnim rodzicom. Bo rodzice ogłupiali poglądami kościelnymi ale też rządu nie życzą sobie edukacji seksualnej w szkołach. Jakakolwiek by nie była, zawsze jest lepsza niż filmy porno, czy molestowanie .  Dorośli chowają głowę w piasek , nie chcą widzieć problemu . Niektórzy, nie wszyscy. Ale jak przekonać dorosłych ? Zatwardziali w swoich poglądach, także politycznych , pozamykani w swojej szklanej bańce na dyskusję,  są niedostępni dla zwykłej ludzkiej rozmowy.

Młodzi  są manipulowani reklamami- więc wymuszają na rodzicach zakupy , piją piwo, bo zdrowe jak w reklamie , zaglądają do  portali gdzie namawia się do samobójstwa. Więc popełniają, coraz częściej, dzieci- już nie tylko zdesperowani mężczyźni którzy utracili pracę czy młodzi po zawodach miłosnych . Kobiety pogrążają się w depresji.

Antyszczepionkowcy zdobywają poklask i naśladowców. Przychodzą epidemie, jak ostatnio odra. Przyjdą następne.

A co jest jasnego w naszym świecie ?

Jasna jest MIŁOŚĆ , której zawsze, odwiecznie czekamy

Zawsze ważny  DOTYK , którego  matki już się nauczyły  ,  kangurując-  mając nowonarodzone na swojej piersi czy brzuchu,  kołysząc swoje dzieci w ramionach a nie w wózku, jak to było z naszymi- bo taki model wychowania panował. Teraz jest inaczej, lepiej.

Dzieci opanowały tajemnicę  smartfonów-  czerpią wiedzę, której nie dostały w zatłoczonej szkole,  taką prawdziwą też – filmy biologiczne, geograficzne oglądają, znają nazwy planet i potrafią tak skonstruować obwody elektryczne , że wytwarzają prąd z cytryny jak ostatnio wnuk lat 11. Pięknie malują, wycinają, sporządzają kostiumy z papieru – jak drugi 7 latek.

 Nadal  sporządzają tradycyjne  laurki dla ukochanej babci czy dziadka.

 I czytają pasjami – biblioteki świetnie zaopatrzone są im  odrębnym tajemnym światem.

Potrafią mówić, kocham cię, bo już nauczone, że tak trzeba. Więc nie jest źle.

Współczesna medycyna profilaktyczna ma wielkie pole do działania .

Bo odpowiednio sporządzony filmik promujący zdrowie dotrze do wielkiej liczby odbiorców. Tylko jak to zrobić technicznie ?

Wiemy przecież o co chodzi w tym utrzymaniu zdrowia. Tematy są znane i treści, ale przekaz ? Nie mamy pieniędzy na opłacanie solidnych mądrych i frapujących kampanii reklamowych . 

Jak przekonać rządy, że zdrowe społeczeństwo powinno być celem nadrzędnym.

Że od tego zależy nasz byt na naszej planecie ?