Moje góry pamiętają, choć nieme….(2)


W izbie  pełno krwistych płócien. Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.

Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i  patrzy na swoje góry.

Po jego policzku, czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko  zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.

Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.

Dziewczynka właśnie urodzona głośno krzyczy. Nie ma kto jej nakarmić, bo umarła jej matka . Wreszcie ktoś wpada na pomysł i wysypuje na szmatkę odrobinę cukru, szmatkę związuje w supełek, zwilża wodą i podaje dziecku. Mała ssie łapczywie. Od tej pory będzie to jej namiastka matczynej piersi, podawana często poza butelką z krowim mlekiem …

Potem maleńkie łapki czworga dzieci, które niedawno odrosły od ziemi, obejmują kolana ojca .

Ale Dziadek nie reaguje . Milczy.

A może rozmawia ze swoim Bogiem, któremu ufał. A może mówi swojemu dobremu Bogu, że  właśnie to dobro umarło.  A może  tylko zadaje pytania swoim górom – dlaczego ?

Dlaczego odeszła młoda piękna silna kobieta , jego kobieta. Jego miłość  ….o

Opowieści mojej Mamy. Samotność Michała.

Bardzo stara kapliczka cmentarna w Godziszce, gdzie podobno jest XVII wieczny obraz. W opisywanych czasach jeszcze nie było sąsiadującego z nią kościoła.

 Dziadek Michał zostaje sam. Ani jego dobry Bóg ani ukochane góry nie odpowiedziały na pytanie – dlaczego. Może się pogodził z wolą nieba, może przestał  ufać Bogu. Tego nigdy się nie dowiemy.

Ale czas leczy rany, więc zmarła żona powoli przechodzi w smugę cienia . Ale czy można zapomnieć. ?  Jego córki pięknie rosną. Chyba są wiernym odbiciem swojej matki  bo bardzo wyraźnie  różnią się wyglądem i  zachowaniem od moich   prawdziwych ciotek.  Są jak iskry, rozmigotane ciemne oczy jednej z ciotek- Hankuski ale niebieskie też rozjarzone nieustannie Kaśki z Łodygowic i mroczne z jakimś zły błyskiem Teresy Pykuli….Agnieszki nie poznałam, bo wyszła za Niemca, wyklęta przez ród, mieszkała w Bielsku i chyba nigdy nie odwiedzała domu rodzinnego – zresztą nie wiem….ale serce miała dobre bo Mama ją lubiła, odwiedzała gdy męża nie było w domu, zawsze dostawała trochę ciepła a pewnie stale głodna jakiś kęs chleba – bo od 10 roku życia zamieszkała kątem u Niemki, by kontynuować naukę. ….

          Czas płynie… Dziadek kocha konie, ma ogromne połaci pola. Jest bardzo zajęty, zresztą praca jest najlepszym lekarstwem. Kto mu pomaga w domu, nie wiadomo . Pewnie dzieci  opiekują się sobą nawzajem. Już dojrzewa najstarsza córka – Teresa. Ma naturę despotyczną dodatkowo utrwalaną przez ogrom obowiązków domowych. Maluchom zastępuje matkę, pomaga ojcu w prowadzeniu gospodarstwa. To ona czuje się właścicielką dobytku – jedyną…

Ale Dziadek Michał jest jeszcze młodym mężczyzną, potrzebuje kobiety . Może w bezsenne noce tęskni, szuka ciepłego kochanego ciała w swoim wielkim łożu, może przez sen powtarza imię zmarłej żony. Odpowiada milczenie , ciężkie i mroczne jak jej grób na niedalekim cmentarzu.

Sąsiedzi namawiają, by znalazł  nową żonę. Pewnie nie muszą używać silnych argumentów, on sam wie, że nie ma na co czekać ,  życie płynie dalej, córeczkom małym przydałaby się matczyna opieka, w domu gospodyni a i w łożu ktoś miękki i ciepły. Nie można się zatrzymać ani cofnąć czasu.

Po pewnym czasie ktoś doradza, by odwiedził sąsiednią dużą wieś , Radziechowy, w której wiele lat później urodził się biskup Pieronek. Jest tam gospodarz,  który ma młodą córkę, już gotową do wyjścia za mąż. Tylko…..

cdn.

Moje góry pamiętają, choć nieme…

Opowieści mojej Mamy. Pierwsza żona mojego Dziadka.

Minęło 9 lat od tego blogowego wpisu, Mama nie żyje od 11. Urodziła się w kwietniu. Więc jest to dla mnie Jej miesiąc…..Wracam do tej opowieści, stale żywej, dopóki stoją nasze góry, które wszystko pamiętają, choć nieme ….

Babia Góra o świcie… zdjęcie własne

czwartek, 19 stycznia 2012 6:40

Stoję  na zboczu Skrzycznego. Widok jest przepastny i cudny. Przede mną otwiera się wielka Kotlina Żywiecka.

Daleki horyzont zamykają niezbyt wysokie pasma Beskidu Małego, na południu jak zwykle siedzi wysoka , kształtem podobna do Fuji Babia Góra. Dalej Pilsko, Romanka i inne szczyty Beskidu Żywieckiego i gdzieś w dali Tatry czasem widoczne z drogi na Siodło gdy powietrze kryształopodobne a szczyty lodem pokryte i słońce w nich zagra, za mną rozpościera się Beskid Śląski.

W dole wsie rozrzucone jakby na wielkiej makiecie. Niektóre linijnie ułożone wzdłuż linii kolejowej, która biegnie  wzdłuż pasma gór z Bielska Białej do Zwardonia i dalej za granice państwa. Domy jak paciorki nanizane na grzbietach wzniesień , sznureczkach dróg  i wzdłuż strumyków .

Właśnie zalśniło oko Jeziora Żywieckiego- to sztucznie spiętrzony zbiornik na Sole.

Najwyraźniej widzę dużą wieś, która opiera się o zbocze Skrzycznego.

To Godziszka.

W tej wsi urodziła się moja Mama.

W miejscu, gdzie stała chałupa mojego Dziadka- Michała Jakubca  wybudowano w latach 60 ubiegłego wieku duże jasne domy. Są to domy moich kuzynów, dzieci Szczepana jednego z dwóch żyjących dłużej braci mojej Mamy.

Mimo , że miałam wtedy może pięć lat, zapamiętałam ten stary dom rodzinny Mamy- jeszcze tam był .

Chałupa ta, posadowiona przy drodze  jeszcze długo żwirowej do Łodygowic,  za kościołem i małym cmentarzem była duża i przysadzista , zbudowana ze sczerniałych bali drewnianych chyba modrzewiowych . Miała  dwuspadowy dach o dużym (czy małym?- nie wiem jak się ocenia) kącie nachylenia gontowych połaci. W odróżnieniu od stromych tatrzańskich, tutaj budowano domy dwuspadowe oczywiście ale o  bardziej płaskich dachach. Przez niewielkie okienka wpływało maleńkie dzienne światło. Wejście do domu było  niskie, i należało  wielkim krokiem przejść przez bardzo wysoki próg…a dalej była  sień i pomieszczenia po obu stronach i nagle  już nic nie było widać, bo drzwi się zamykały ze skrzypieniem i  ciemność królowała…..ale już zdążyłam wejść do dużej izby po lewej stronie i zawsze stawałam w zachwycie bo pod niskim sufitem, dookolnie zawieszono obrazy święte, skosem, oparte o  sufit i ścianę….migotliwe barwy, dotyk tajemnicy …..trwale w oczach zapisane, choć było to  przed prawie 70 laty….

I teraz , gdy  rozmyślam , stojąc na zboczu Skrzycznego przychodzą  dawne historie ożywione kiedyś  opowieściami mojej Mamy .

      Może jest rok 1900. Właśnie w tej chacie mojego Dziadka rozgrywa się dramat. Jego żona rodzi piąte dziecko . Poród jest trudny  .

Słyszę krzyk rodzącej, potem już tylko słaby jęk i ciszę. Jacyś ludzie wybiegają z domu, Dziadek zaprzęga konie do bryczki i pędzi w dal tratując swoje pola, które kończą się daleko na horyzoncie. Po pewnym czasie przywozi  jakąś kobietę. Wbiegają do domu z nadzieją, przecież ona jest wprawiona w przyjmowaniu porodów. W izbie  pełno krwistych płócien. Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.

Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i  patrzy na swoje góry.

Po jego policzku, czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko  zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.

Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.

Zmartwychwstanie Pańskie…..

Sięgam po wpisy sprzed lat…..Nic się nie zmieniło, poza pandemią i izolacją…..już nie ma spotkań tak licznych, ale życie płynie do przodu. Mama Chłopców o których piszę dalej czasem dzwoni, piękną kartkę przysłała. Właśnie Ojciec chłopców po operacji glejaka, chemii i radioterapii. Chłopcy pogodni choć dializy etc……To Rodzina, gdzie mieszkają Anioły. Tylko dlaczego nie należą do grupy Stróżów ? Tego nigdy się nie dowiemy. Pani Agnieszka z pokorą mówi, że taki los dostała, a może – dodaje z zadumą – może Stwórca miał jakiś cel, zadanie dla niej – i kończy – jestem szczęśliwa, bo mamy w domu Miłość i ludzie nas kochają….

Pomyślmy o Nich…..proszę, szczególnie gdy nam jest źle. Pomyślmy o matkach świętych za życia …… może nasze zjednoczone myśli zdziałają cuda ? ???

Opublikowane w 1 kwietnia 2018 przez Zofia Konopielko

WIELKANOC – noc CUDU ….

Liczba odsłon 215

Już świta, deszcz za oknem- właśnie dokonuje się CUD- za godzinę REZUREKCJA- ZMARTWYCHWSTANIE ……

Po wczorajszej wspólnej Uroczystości -fantastycznej –  przesuniętej w fazie z racji planów wszystkich naszych rodzin, by dalej jechać – gdzie zgromadziło się 19 osób- wszystkie w ciągu naszych 50 ( niebawem) lat małżeństwa się od nas  wywodzą lub ” przylegają ” – myślę o innych ….sięgam do wpisu sprzed 2 lat- bo ta RODZINA jest stale w moich myślach- choć wiem, że te myśli  im nie pomogą- że muszą sami dźwigać swój KRZYŻ ….tak już jest stworzony ten  świat..

Życzenia Wielkanocne

Miało być jak zwykle. Zwykłe lapidarne życzenia. Takie jak np. :

Z okazji nadchodzących wielkimi krokami wiosennych Świąt Wielkanocnych życzę Wam, Kochani, Zdrowia, Szczęścia i Radości.

Ale będzie trochę inaczej.

Będzie o Michasiu i Czarku. Moich dawnych pacjentach, już dawno pełnoletnich, którzy z okazji każdych Świąt nadal przysyłają mi kartki. Pisze  ich Mama, bo im  Los zaraz po urodzeniu odebrał wzrok.  Za to hojnie obdarował  chorobami licznych narządów ale  dla równowagi dała uśmiech, łagodność, pogodę ducha. Dał też Im Rodziców, którzy zasługują na miano Świętych za życia.

Nigdy  nie zapomnę tej Rodziny. Widzę Ich twarze, zachowanie, twarze” pokerowe” rodziców „ ubrane w pogodę ducha” i wesołe baraszkowanie misiowatych chłopaków. Przybywali ze swojej maleńkiej wsi oddalonej o przeszło 100 km , starym Maluchem, zawsze punktualni, skromnie, ale ładnie ubrani . Dzieci zadbane. Pewnie bardzo oczekiwane, duma, że synowie, najpierw Czarek – po dwóch latach Michaś. Taki sam , niestety ten sam zespół. Gdyby chociaż dziewczynka, byłaby zdrowa, ale byłaby nosicielką tego tragicznego genu. Ale co dalej? Jakie miałaby dzieci…… ci młodzi wtedy rodzice może nie wiedzieli, że tak może być, że dwaj ich synowie  będą tak samo chorzy-  poradnictwo genetyczne było wtedy skromne. Potem porada taka już nic nie dała- rozpoznanie suche na kartce-  zespół taki i taki. Jaskra wrodzona, operacja, głębokie  niedowidzenie, wada nerek, teraz już dializy, niewielkie opóźnienie w rozwoju,  deformacje kostne bo otyłość i nerki niewydolne i jeszcze ta padaczka….wszystko poukładane, jednakowe, przewidywalne, tylko co dalej? Walka, próba jakiegoś leczenia tylko objawowego, w które zresztą nie wierzyli, wizyty systematyczne u różnych specjalistów. Dobrze, że CZD byli w jednym gmachu, potem już pełnoletność synów i jeżdżenie z nimi po okolicznych miastach z każdym problemem i czasem listy do mnie, że działają, że walczą i jest jak jest, i bez żalu i słowa skargi. Niezwykli. I jeszcze pole nie obsiane i bydlęta głodne…..

Tylko te spracowane dłonie

Gdy wszyscy wchodzili do gabinetu w CZD, to jakoś jaśniało. Pomimo tragizmu sytuacji czuło się ich siłę, jakieś pogodzenie z losem ale i w tym siłę.

Wówczas przychodziło myślenie, z symbolicznym „ biciem się w piersi” że mam brak pokory, że narzekania, że nasze problemy wobec tamtych maleńkie i że to jest grzech , wielki nasz  grzech – wyolbrzymiać, przewidywać najgorsze i się żalić.

Nigdy tego od nich nie słyszałam.

Pewnie płakali w ukryciu, że roli nie będzie miał kto uprawiać, że gospodarzami nigdy nie będą ich synowie i że tak ich los doświadczył. Pewnie płakali Ci Rodzice. W skrytości, bo sąsiedzi patrzyli.

Ale do mnie przynosili swoją łagodność uśmiech zatroskany i jak wspomniałam wielką siłę.

A cóż ja im mogłam dać, tylko uśmiech dawałam.

Uśmiech , którym zakrywałam ból ściśniętego serca, i pytanie  gdzieś w środku zamknięte, nigdy nie wypowiedziane przy wielu też innych rodzicach przewlekle chorych dzieci.  Dlaczego?  Gdzie jest ten ponoć sprawiedliwy Bóg?

.

I to by było na tyle. Za dużo napisałam, za obszernie, zbyt emocjonalnie i przez to chaotycznie. Ale jestem z Nimi, szczególnie w takim dniu kiedy to Chrystus Zmartwychwstał…..

Pomyślmy więc o Nich, Kochani , w tę cudną radosną Wielkanoc, przy okazji dzielenia się jajkiem i składania życzeń . I potem gdy owies zielony i pisanki i baranek na świątecznym stole i szynki i baby wielkanocne. …

Pomyślny   o Tamtych Ciężko Doświadczonych. O Czarku i Michasiu i o wielu innych którym cierpienie dano i o ich Rodzicach- Świętych za życia.

Może jednak dobry Bóg popatrzy i zobaczy, posłucha i usłyszy  a w swej Łaskawości da Im siłę i pozwoli  przetrwać …..

Trzymam w ręce pocztówkę od Chłopaków , a tam napisano, że nadzieja jest….

” Radosnych Świat Wielkanocnych wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny „….

Żaglowiec marzenie romantyka…..

Autor zdjęcia Jerzy T. Marcinkowski. Na zdjęciu uwidocznione są brodawki tego człowieka – marzyciela. Płat skóry zdjęto z jego klatki piersiowej i zatopiono w słoju wypełnionym formaliną. Zda się, że teraz ten człowiek chce coś nam opowiedzieć. Może był marynarzem a może tylko wielkim marzycielem….

Oglądając jeden z eksponatów Muzeum Medycyny Sądowej w Poznaniu nie można przestać myśleć nie tylko o tym pięknym obrazie czy uczuciach dawno nieżyjącego człowieka, z którego klatki piersiowej zdjęto płat skóry z tatuażem ale też stało się  to przyczynkiem poszerzania wiedzy o tym przepięknym żaglowcu. I oto rezultaty tych poszukiwań w internecie.

„Największe żaglowce świata to:

  1. „La France II” (Francja) – 5 masztowy bark o wyporności 5806 ton
    2) „R.C. Rickmers” (Niemcy) – 5 masztowy bark o wyporności 5248 ton
    3) „Thomas W. Lawson” (USA) – 7 masztowy szkuner o wyporności 5218 ton
    4) „Preussen” (Niemcy) – 5 masztowy statek (full rig) o wyporności 5081 ton (opisany poniżej)
    Niestety, wszystkie dziś już nie istnieją”.

Od lipca 2000 r. pływa pod banderą Luksemburga „Royal Clipper” – luksusowy pięciożaglowy statek  wycieczkowy. Początkowo nosił nazwę „Gwarek” bo jego kadłub zbudowano  w latach 80-tych XX w. w Stoczni Gdańskiej ale z powodu braku funduszy został sprzedany na Zachód i luksusowo wykończony w Rotterdamie. Powstał na wzór opisanego poniżej żaglowca  „Preussen” uwiecznionego nie tylko na wielu pocztówkach, ale też zachowanym w Muzeum Zakładu i Katedry Medycyny Sądowej w Poznaniu płacie skóry z tatuażem (powyżej zdjęcie). [

A oto dzieje zapisanego na skórze dawno zmarłego człowieka (sekcja około 1930 r.) obrazu – tatuażu.

Widoczny na tym rozległym tatuażu przepiękny pięciomasztowy żaglowiec o sześciu rejach na każdym maszcie nazwany Preußen (Preussen czyli Prusy)  a przez marynarzy Królową Królowych Mórz, został zbudowany w 1902 r.  Płynąc pod pełnymi żaglami mógł  ich postawić 43 a wtedy ich całkowita powierzchnia wynosiła aż  5560 m kw.  Statek zaprojektowany przez  dr. inż. , Georga Wilhelma Claussena, miał długość 147 m  i mógł żeglować przy największych sztormach.  W takiej sytuacji pogodowej podwójne koło sterowe o średnicy 2 m musiało obsługiwać aż 8 sterników.

Był żaglowcem handlowym, służył do przewozu saletry z Chile (wg niektórych informacji były to ogromne ilości ptasich odchodów – tzw. guano). Ustanawiał on rekordy prędkości – do 37 km/godz.  

Obsługiwany był przez 45-osobową załogę, wyposażony w dwie maszyny parowe napędzające pompy, maszynę wspomagającą ster, windę ładunkową i wciągarki.  Był największym statkiem bez pomocniczej siłowni.

W 1903 r. okrążył świat witany przez tłumy mieszkańców Nowego Jorku. Był dowodzony tylko przez dwóch kapitanów: Boye Richarda Petersena (11 rejsów) i Jochima Nissena (2 rejsy i ostatni, zakończony katastrofą).

Śmierć żaglowca nastąpiła w 1910 r. w trakcie 14 rejsu. 6. Listopada tego roku, mając na pokładzie m.in. pianina z Chile  zderzył się z małym brytyjskim parowcem „Brighton” 8 mil od Newhaven.  Kapitan parowca, nie doceniając znacznej szybkości żaglowca , próbował przemknąć przed nim. Doszło do zderzenia, uszkodzony został m. in. bukszpryt i pierwszy maszt, co sprawiło, że utracił możliwość żeglowania. Winowajca zderzenia – „Brighton” wrócił po pomoc do Newhaven i  wkrótce pospiesznie ruszył w tym celu  holownik „Alert”. Jednak ponura listopadowa aura utrudniła holowanie do portu Dover, rozpaczliwie próbowano więc zakotwiczyć Królową Królowych Mórz. Jednak w tej dramatycznej akcji doszło do zerwania łańcuchów kotwicznych, statek został zepchnięty na skały w Zatoce Crab  i wkrótce zniknął z horyzontu spoczywając w tym miejscu na głębokości 6 m do dziś…..

Załoga i część ładunku uratowano, kapitan statku „Brighton” został uznany winnym katastrofy i utracił prawo wykonywania zawodu.

Po tym jednym z najpiękniejszych z marzeń pozostały opisy, m.in. pod zamieszczonymi linkami, zdjęcia i ten jeden jedyny płat skóry z tatuażem który nam to wszystko opowiada…..

[1] http://www.zaglowce.ow.pl/ciekawostki/najwieksze.html

[dostęp 25.02.2021]

[2] http://www.bruzelius.info/Nautica/Ships/Fivemast_ships/Preussen(1902).html [dostęp 25.02.2021]

[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Preu%C3%9Fen [dostęp 25.02.2021]

[4] https://statkislowiannadbaltyckich.wordpress.com/2018/09/28/pieciomasztowiec/ [dostęp 25.02.2021]

Świat się kręci – jesteśmy tacy sami……..

https://pl.wikipedia.org/wiki/Maria_Konopnicka#/media/Plik:Maria_Konopnicka_fotoportret.jpg  z 27 stycznia 1897

Maria Konopnicka (1842- 1910), ta nobliwa na zdjęciu z 1897 r. dama, napisała słowa piosenki, która istnieje w internecie w postaci co najmniej 11 śpiewanych filmików na współczesnym medium jakim jest you tube. Rześką muzykę skomponował Zygmunt Noskowski (1846-1909).

Z jaką chęcią dzieciaki ją śpiewają, wiem,  bo mam takie wnuki. Pozornie tekst niemiły, bo Zima zła w nim, ale jest odbierany jako radosne wezwanie do boju na śnieżki, buduje w nich aktywność i siłę.

Tu pora na moją, być może nadinterpretację. Ale gdy przyjrzeć się czasom, kiedy piosenka powstała można i tak myśleć. Otóż wówczas od lat Polska była w niewoli zaborców. Istniała jedynie w sercach, w których wrzała idea wyzwolenia.  Przed powstaniem wiersza – piosenki, bo w latach 1901- 1902 słynne Dzieci Wrzesińskie, również opisane przez poetkę, podjęły bój o polskość. Dokładnie w roku, gdy powstał wiersz i piosenka, na terenie Królestwa Polskiego wybuchła rewolucja 1905 r.  Może poetka pisząc wiersz chciała wzmocnić nie tylko dzieci ale też dorosłych. I śpiewając o złej Zimie, której nie należy się lękać, ale śnieżkami w nią celować wszyscy poczuli energię i potrzebę podjęcia walki ze Złem. Może przedstawiona tu walka nie jest walką z Zimą, tylko jest ona symbolem tego co Złe.  Być może taka była myśl Poetki, być może nie.

Ale warto i dziś tak myśleć, nie dołować się tym co nas otacza, tylko z ufnością  i słowami Poetessy  iść do przodu.

Bo Wiosna czeka.

Zawsze po Zimie przychodzi  Wiosna !!!!!

A oto ten wiersz, w którym – być może w mojej nadinterpretacji tylko – każde słowo staje się symbolem :

 „               Hu! Hu! Ha!

                Nasza zima zła!

      Szczypie w nosy, szczypie w uszy

      Mroźnym śniegiem w oczy prószy,

            Wichrem w polu gna!

                 Nasza zima zła!

                 Hu! Hu ! Ha!

                Nasza zima zła!

        Płachta na niej długa, biała,

         W ręku gałąź oszroniała,

               A na plecach drwa…

                  Nasza zima zła!

                   Hu! Hu! Ha!

                 Nasza zima zła!

              A my jej się nie boimy,

           Dalej śnieżkiem w plecy zimy,

                        Niech pamiątkę ma!

                             Nasza zima zła!”

Maria Konopnicka, Zła zima 1905r. Wiersz i nuty zawarte w Śpiewniku dla dzieci, Wydawnictwo M. Arcta, Warszawa, 1910 r.

Ognik szkarłatny lekiem na złe samopoczucie, duchową szarość i samotność.

Czaruje w ogródku, wychyla się spod śniegu z nieodmiennym uśmiechem.

Energetyczny i radosny.

Ognik szkarłatny mój ogródkowy. Nazwano go Pyracantha, ale nie lubi tego imienia- powtarza- jestem ognikiem, płonącym dla twoich oczu, serca i nastroju.

Wypatruje nas ze swojego zimowego kącika i zaprasza. Przyciąga oko, cieszy gdy szarość w duszy.

Przybył z Kaukazu, ale lubi południowo wschodnią Europę czy Azję Mniejszą a także mój ogródek J

Listki utrzymuje zimą, by stanowiły tło dla owoców czerwonych lub pomarańczowych pięknych choć trochę trujących, które się wylęgają z niepozornych białych kwiatków już w sierpniu. Wiosną zasypia, listki gubi, ale już pod nimi  już budzą się nowe i niebawem rozpoczynają czarowanie.

No i jeszcze kolce. Posiada kolce, dlaczego? niezrozumiałe.

Ale kto zrozumie w pełni, tak zupełnie do końca jednoznacznie i niezaprzeczalnie Matkę Przyrodę. To Ona programuje rośliny, zwierzęta, człowieka takoż, tak że wszystko w tych ciałach ma swój cel i zaklina w jedno nasionko powtarzające wzór genetyczny.  

Nasze zadziwienie i zachwyt nieustanny to ponoć wieczna MŁODOŚĆ .

I tego się trzymajmy Kochani…..a gdy ciężko na sercu, odrzućmy lęki docierające z dookolnego świata i swoje własne smuty.

Pobiegnijmy na spotkanie z ognikiem.

Da siłę !!!!!!

Ognik naprawdę leczy duszę …..

Na Nowy 2021 r. Życzenia ……

Józef Chełmoński, Sójka , 1892, Olej na płótnie. 173 x 138 cm. Muzeum Narodowe w Warszawie.
http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Chelmonski/Chelmonski_6.htm

Sójka
Jan Brzechwa

Wybiera się sójka za morze,
Ale wybrać się nie może.

„Trudno jest się rozstać z krajem,
A ja właśnie się rozstaję”.

Poleciała więc na kresy
Pozałatwiać interesy.

Odwiedziła potem Szczecin,
Bo tam miała dwoje dzieci,
W Kielcach była dwa tygodnie,
Żeby wyspać się wygodnie,
Jedną noc spędziła w Gdyni
U znajomej gospodyni,
Wpadła także do Pułtuska,
Żeby w Narwi się popluskać,
A z Pułtuska do Torunia,
Gdzie mieszkała jej ciotunia.
Po ciotuni jeszcze sójka
Odwiedziła w Gnieźnie wujka,
Potem matkę, ojca, syna
I kuzyna z Krotoszyna.
Pożegnała się z rodziną,
A tymczasem rok upłynął.

Znów wybiera się za morze,
Ale wybrać się nie może.

Myśli sobie: „Nie zaszkodzi
Po zakupy wpaść do Łodzi”.
Kupowała w Łodzi jaja,
Targowała się do maja,
Poleciała do Pabianic,
Dała dziesięć groszy za nic,
A że już nie miała więcej,
Więc siedziała pięć miesięcy.

„Teraz – rzekła – czas za morze!”
Ale wybrać się nie może.

Posiedziała w Częstochowie,
W Jędrzejowie i w Miechowie,
Odwiedziła Katowice,
Cieszyn, Trzyniec, Wadowice,
Potem jeszcze z lotu ptaka
Obejrzała miasto Kraka:
Wawel, Kopiec, Sukiennice,
Piękne place i ulice.
„Jeszcze wpadnę do Rogowa,
Wtedy będę już gotowa”.
Przesiedziała tam do września,
Bo ją prosił o to chrześniak.
Odwiedziła w Gdańsku stryja,
A tu trzeci rok już mija.

Znów wybiera się za morze,
Ale wybrać się nie może.

„Trzeba lecieć do Warszawy,
Pozałatwiać wszystkie sprawy,
Paszport, wizy i dewizy,
Kupić kufry i walizy”.
Poleciała, lecz pod Grójcem
Znów się żal zrobiło sójce.
„Nic nie stracę, gdy w Warszawie
Dłużej dzień czy dwa zabawię”.
Zabawiła tydzień cały,
Miesiąc, kwartał, trzy kwartały,
Gdy już rok przebyła w mieście,
Pomyślała sobie wreszcie:
„Kto chce zwiedzać obce kraje,
Niechaj zwiedza. Ja – zostaję”.

1939 r.,  Jan Brzechwa, właściwie Jan Wiktor Lesman, ps. Szer-Szeń, Inspicjent Brzeszczot (ur. 15 sierpnia1898 w Żmerynce, zm. 2 lipca1966 w Warszawie) – polski adwokat i poeta pochodzenia żydowskiego, autor bajek i wierszy dla dzieci, satyrycznych tekstów dla dorosłych, a także tłumacz literatury rosyjskiej.

Kochani

W przedostatnim dniu 2020 r. życzę Wam by zrealizować choć kilka podróży sójki, po co nam zamorskie wojaże, Polska jest cudna, tylko wolność i skrzydła 🙂

Ptak to niezwykły, ponoć potrafi nauczyć się nawet miauczenia kota 🙂

Jest znanym strażnikiem lasu- głośnym skrzekiem ostrzega inne ptaki gdy ktoś obcy tam zawita….

Sadzi też lasy, nawet na you tube są filmiki z opowiadającym o tej pomocy leśniczym-  skrzętnie zbiera jesienią m.in. żołędzie, chowa pod językiem a nawet połyka, przenosi  też w dziobie i zakopuje, zwykle zapominając. Ponoć potrafi w tym celu przelatywać, zwykle z koleżanką- nawet 600 km. W ten sposób nagle w okolicy całkiem bezdębowej ( spenetrowałam) w naszym ogródku wyrasta właśnie 10 młodych dębów 🙂

Najfajniejsza jest budowa jej błękitnego piórka na skrzydełku. Często je gubi, kiedyś znalazłam, sfotografowałam ale zdjęcie przepadło w starym laptopie, dlatego dziś obraz Chełmońskiego skopiowałam.

Najdziwniejsze jest to, że piórko wcale nie jest niebieskie- jest całkiem przezroczyste, tylko tak zbudowane, że łamie światło dając nam wrażenie tej cudnej barwy.

I tu dygresja- Kochani, czarujmy naszą bezbarwną codzienność by stawała się kolorowa i radosna jak piórko sójki !!!

I to kolejne życzenia na Nowy 2021 Rok, który właśnie bieży …..

Życzenia Pięknego Bożego Narodzenia….

Ze wzruszeniem trzymam kopertę, a w niej taka kartka od Wspaniałej Kobiety, Matki dwojga Synów. Pomimo chorób i problemów zda się nie do udźwignięcia gdy się o tym pomyśli, zachowuje spokój i pogodzenie z losem, walcząc o każdą chwilę wspólnego rodzinnego życia….zachowuje pamięć o starej doktor, i z okazji wszystkich świąt, przysyła list, nieodmiennie….od prawie 20 lat… by Boża Dziecina dała Wszystkim Siłę – takie życzenia dla Was, i dla tych którzy najbardziej potrzebują…..

Kochani

Dziś tylko refleksyjnie, ponownie opowieść mojego Teścia, Jana, którą zawarł w Pamiętniku. Od 1944 r. po fikcyjnym procesie przeprowadzonym przez sowietów, za wydumane winy, z zastraszonymi świadkami  potwierdzającymi nieprawdę, Jan dostaje wyrok katorgi. To tendencyjne działanie ówczesnych władz, by wyeliminować z życia polską inteligencję. Na dalekiej Syberii tak spędza wieczór Wigilijny:

„….  Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki czarnego chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór – czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?

Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę.

Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami…..”

Życzenia i…..zadziwienie :)

Kochani

Dość długo nic nie „wrzucałam” do blogu, ale widzę, że codziennie ktoś poczytuje. Aktualnie jestem mocno zajęta  pisaniem rozdziału  o  duszy zwierząt, do monografii pt. Eksperymenty na zwierzętach- egoizm, koszt postępu czy przejaw okrucieństwa.

A oto dziś  temat sam wpadł mi do głowy. Toż to Imieniny naszej Najmłodszej – dr psychologii, Mamusi dwóch Wspaniałych Synów Wiktora l.12 i Patryka l. 8, Żony równie Wspaniałego Chłopaka….

I otwieram Wielką Księgę Imion z niejakim zaciekawieniem, cóż takiego piszą o imieniu Paulina?

To zupełnie nieprawdopodobne, jak wiele pasuje do naszej Córeczki- zadziwienie wielkie skąd też ludzie wiedzieli jakim będzie Człowiekiem ? Pewnie po prostu przez tysiąclecia pilnie obserwowali ludzi o danym imieniu. I nieustanne pytanie bez odpowiedzi- czy dając dziecku imię w jakiś sposób stawiamy pieczęć na jego charakterze? Kto wie, może kiedyś zostanie to odkryte- tyle wokół się dzieje, to co nieogarnięte rozumem jest wyjaśniane…..A może to tylko Wielka Tajemna Magia i taką pozostanie?……

Ukochana nasza Córeczko w Dniu Imienin składamy Ci Życzenia byś była zawsze SZCZĘŚLIWA….Twoi dumni z Ciebie rodzice….

 A teraz poczytajmy razem- cytuję wszystko to, co napisano w Wielkiej Księdze Imion :

Znaczenie imienia Paulina

Paulina to nerwowa choleryczka, bardzo pobudliwa. Brakuje jej konsekwencji w działaniu i łatwo traci zimną krew. Jest wyniosła, często sprawia wrażenie osoby w pretensjach. Winą za poniesione porażki obarcza innych, wobec siebie pozostaje wolna od podejrzeń, ponieważ zawyża własną wartość. Zazwyczaj jednak nie pozwala sobie na roztargnienie i popełnianie pomyłek. Często podkreśla wobec innym swoją wyższość i inteligencję. Wydaje się być dumną i pogardliwą, ale w rzeczywistości jest tylko niespokojna i niepewna przyszłości. Ma wyraźną skłonność do odnoszenia wszystkiego do siebie i jest subiektywna. Bardzo łatwo ją przez to zranić. Paulina ma dość trudny charakter, ale jest pełna życia.

Pochodzenie imienia Paulina

Imię Paulina jest żeńską formą łacińskiego imienia Paulus, inaczej osoby do Paulusa przynależnej.

Rodzina i miłość

Kobieta o tym imieniu to nieustanna gra pozorów. Raz bywa dumna i wyniosła, następnie niespokojna czy wręcz znerwicowana. Jest to typowa cicha woda. Nie jest łatwą z nią żyć, ponieważ ma skłonności do panowania nad otoczeniem. Od najmłodszych lat podporządkowuje sobie bliskich, tworząc z nich niemal niewolników swej woli. Często marzy o księciu z bajki, dlatego długo nie może znaleźć idealnego partnera. Jej mąż powinien być niezwykle wyrozumiały i czujny, aby na czas docenić działania Pauliny i chwalić jej inteligencję. Istnieją zasady, dzięki którym życie z nią nie jest aż tak trudne. Z natury jest to kobieta o silnie rozwiniętym instynkcie rodzinnym i opiekuńczym.

Życie towarzyskie

Paulina lubi otaczać się ludźmi – często łącząc życie towarzyskie z pracą. Jest energiczna i pełna radości życia, posiada jednak trudny charakter. Wielu zraża do siebie maską obojętności i pogardy – wyraźnie podkreśla swoją wyższość i inteligencję, innych uważając nieraz za kretynów. Jest egoistyczna, bardzo subiektywna i agresywna. Należy jednak pamiętać, iż to pozory. Posiada bowiem naturę refleksyjną i lubi zagłębiać się w swoich sprawach. Tak naprawdę to dobra z niej kumpela, ale bardzo łatwo ją zranić, ponieważ wszystko odnosi do siebie.

Praca i kariera zawodowa

Brakuje jej konsekwencji w działaniu, ale może osiągnąć wymarzony sukces. Aby go odnieść, powinna się przyłożyć do nauki, ponieważ predyspozycje umysłowe już posiada. Jest zdolna i inteligenta, ale mało wytrwała – zdarza jej się nie kończyć rozpoczętych spraw i często wycofywać się z miną obrażonej damy. Winą za odniesione porażki obarcza innych, wobec siebie jest wolna od podejrzeń, ponieważ zawyża swoją wartość. Mimo to jest dobrym pracownikiem. Do celu zmierza małymi, ale przemyślanymi krokami. Zazwyczaj nie pozwala sobie na roztargnienie i popełnianie pomyłek.

Predyspozycje zawodowe

Paulina łatwo zrobi karierę naukowca. Oprócz tego może sprawdzić się jako badacz, nauczycielka lub bibliotekarka.

Patroni Pauliny

Św. Paulina – z pochodzenia Greczynka, mieszkanka Rzymu. Zakatowana przez Rzymian wraz z całą rodziną.

https://www.ksiegaimion.com/paulina

[dostęp 02.12.2020]

A może Radość przybędzie do nas z Aksamitką ……


Na pewno  ta aksamitka z mojego ogródka dumna potomkini Azteckich zgodnie z ich pradawnymi wierzeniami przyprowadzi Dusze naszych Zmarłych do domów i zasiądziemy do wspólnej uczty jak wierzono w dawnych kulturach i weselono z tego powodu…..

Jakże wiele zabrało nam chrześcijaństwo- ludowe obrzędy, święte drzewa, naiwność i radość życia. A cóż w zamian? Pompatyczne ceremonie gdzie ponurzy księża w szatach żywcem z egipskich odwzorowanych, zakazy, nakazy a gdzieś daleko samotny dobry miłujący wszystkich Jezus…..

Dzisiaj towarzyszą mi słowa ks. Jana Twardowskiego (1915-2006), bo przynoszą OPTYMIZM :

„Odeszłaś cicho, bez słów pożegnania.

Tak jakbyś nie chciała, swym odejściem smucić…

tak jakbyś wierzyła w godzinę rozstania,

że masz niebawem z dobrą wieścią wrócić”

Te wieloznaczne słowa  ks. Jana, to nie tylko OTUCHA w te ostatnie dni podniosłe, radosne choć niepokojące które dzieją się  na naszych ulicach ale też NADZIEJA  i dziecięca wiara, że można stamtąd wrócić  z „dobrą wieścią”….

Może w tych prostych zrozumiałych słowach ks. Jan nawiązuje do dawnych wierzeń,  które są Mu bliższe niż codzienny ponury patos kościoła…. Nie wiem, ale przypominam to co było kiedyś w naszej tradycji i trwa w innych kulturach a wywodzi się z prekolumbijskich m.in. Azteckich wierzeń ….

Może jednak  ta aksamitka z mojego ogródka dumna potomkini Azteckich aksamitek, gdzie się narodziły i miały działanie magiczne  przyprowadzi Dusze naszych Zmarłych do domów i zasiądziemy do wspólnej uczty jak wierzono w dawnych kulturach i weselono z tego powodu…..

Ale najpierw będzie o tym jak było kiedyś u nas….

 Pogańskie święto zmarłych to Dziady od prasłowiańskiego słowa oznaczającego „ojca  ojca, ojca matki”, człowieka zajmującego honorową pozycję w rodzinie, przodka lub po prostu starca. Jednak drugim znaczeniem było „duch”, „demon”, „bożek domowy”, „cienie w kątach izby”, „zaduszki” ale też „duch opiekuńczy domu”  choć także  „czart” czy „nieczysta siła”

Dziady to też zbiór przedchrześcijańskich obrzędów a czasie który dochodzi do „ obcowania żywych z umarłymi” gdyż w tym dniu dusze przodków wracają do siedzib gdzie żyły na ziemi….

Święto obchodzono dwa razy do roku- Dziady wiosenne  w zależności od faz księżyca ok 1 i 2 maja i jesienne w noc 31 października/1 listopada. Był to czas nieomal fizycznego spotkania z duchami przodków by niejako przypomnieć im o tym, że są potrzebni jak kiedyś dla opieki nad rodziną a także  by dobrze się czuli w tym drugim nieznanym nam świecie.

To Święto fetowano w domach, na wzgórzach pod świętymi drzewami, w miejscach uznawanych za święte a nawet kaplicach często budowanych na dawnych miejscach kultu pogańskiego lub bezpośrednio na grobach konsumując specjalne dania zawierające miód, kaszę, jajka i popijając solidnie wódką wierząc, że z nimi ucztują  duchy przodków.  

Charakterystyczne było, że każdy z domowników dzielił się z  Duchami  posiłkiem – zrzucając lub wylewając nieco ze swojego kieliszka na lub pod stół albo na grób.

W niektórych kręgach kulturowych zapewniano także swoim duchom  kąpiel i rozgrzanie się przygotowując saunę.

Niekiedy rozpalano  ognisko które miało wskazać DUSZOM  miejsce  pobytu  żywych członków rodziny i oświetlać  im drogę  by trafiły do swoich i ogrzały się przy wspólnym ognisku.  Ponoć nasza tradycja zapalania zniczy na grobach wywodzi się właśnie z tego pradawnego zwyczaju.

Ogniska rozpalano także czasem na rozstajach dróg- i to one maiły zablokować  dostęp z zaświatów różnych złych demonów, które w tym dniu szczególnie chcą być z ludźmi.  

Interesujące było traktowanie wędrujących żebraków. W wyobrażeniach ludowych byli postrzegani jako „łącznicy z tamtym światem” i też nazywano ich Dziadami. Zapraszano do domów, ofiarowywano jedzenie- zwykle specjalnie przygotowywane lub kiedyś ulubione przez przodków  ale też jakieś kwoty pieniężne. W ten sposób proszono żebraków o modlitwy za dusze zmarłych ale też pośrednio poprzez tych ludzi „dzielono się ze zmarłymi jadłem”.

Po posiłku nie zrywano się nagle od stołu by nie wystraszyć DUCHÓW, nie sprzątano ze stołu bo może DUCHY jeszcze chciały się pożywiać, nie  wylewano wody po umyciu talerzy i garnków za okno gdyż można by było oblać przebywające tam DUSZE, nie palono w piecu, gdyż właśnie tamtędy dostawały się do domu.

W tym czasie nie wykonywano też żadnych prac by nie zakłócać spotkania, nie można było szyć by nie przyszyć DUSZY  która musi wrócić do swojego świata….


Zwyczaj przetrwał  w rejonach wschodniej Polski, na Białorusi, Ukrainie i części Rosji, gdzie nadal panuje zwyczaj przynoszenia na groby symbolicznego jedzenia  w podwójnych  glinianych dzbanach.

Z nadejściem chrześcijaństwa  rozpoczęto walkę z pogańskimi  obrzędami, ale jednocześnie niektóre były przyjmowane, m.in. w celu „przykrycia” ich pierwotnego znaczenia. Pogańskie święta zastąpiono  chrześcijańskimi  i w ten sposób mamy święto zmarłych czy zaduszki, a na cmentarzach odprawiane są msze, cmentarnymi alejkami kroczą procesje i święcone są groby.

MEKSYK

Meksykanie jak wszyscy ludzie boją się śmierci, ale próbują ją „oswoić” a dzień kiedy w wierzeniach DUCHY przodków przybywają do swoich rodzin, jest dniem szczególnie radosnym.

Dokładnie w czasie naszych Świąt od ponad 3000 lat, jeszcze z czasów epoki prekolumbijskiej   kultury Azteków czy Majów, wywodzi się radosne święto zabawy czczące pozagrobowe życie zmarłych i więzy rodzinne.

W 2003 roku obchody Dnia Zmarłych  w tym kraju zostały proklamowane Arcydziełem Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości, a w 2008 roku wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO..

Tradycja dawnych ludów Meksyku rozpowszechniła się tam, gdzie docierali tj. do Ameryki Centralnej ale też do wielu miejscowości w USA i zadziwiające, że nawet do Pragi i Nowej Zelandii przyjmując często charakter artystyczno- rozrywkowy. Stanowią tam alternatywę dla miejscowych smutnych chrześcijańskich obyczajów tego święta jak i mocno skomercjalizowanego Halloween wywodzącego się z tradycji celtyckiej.

Gdy w XVI w.  do Meksyku przybyli  konkwistadorzy z Hiszpanii, tradycyjny festiwal przenieśli na okres obecnego święta zmarłych , połączono tradycyjne obrzędy  z chrześcijańskimi. Podczas gdy Halloween jest dniem czarownic, to meksykańska tradycja to czas hucznych zabaw i biesiad całych rodzin żyjących i zmarłych.  W skład posiłków wchodzą m.in. chleb zmarłych – specjalne różnokształtne  słodkie ciasto z jajkiem w środku, zrobione z cukru doprawione czekoladą-  „ludzkie czaszki”, figurki zajączków z lukrem oraz  tequilla….

Groby są dekorowane kwiatami, z obowiązkową meksykańską aksamitką hodowaną jeszcze przez Azteków zwanego w Meksyku Kwiatem Zmarłych. Aksamitce przypisuje się szczególną rolę- ma moc wzywania i prowadzenia dusz zmarłych do ołtarzy ku ich czci. 

Gdy nie można z jakiś powodów odwiedzać  grobów zmarłych, wznosi się w domu ołtarzyk z ofiarami takimi jak wymienione, ale też butelki z alkoholem, cygara, a dla dzieci zabawki. Dary umieszcza się przy portretach zmarłych a obok zapala woskowe świeczki.

Ogólnie panuje radosny a nawet wesoły nastrój, gdyż wszyscy czują, że ich zmarli przyprowadzeni przez pąki  aksamitek są obok i wspólnie ucztując także się cieszą….