Nowa nasza monografia …

Z wielką radością informuję, że docieramy do…. brzegu żmudnych prac redakcyjnych, gdyż z nami pracowało aż kilku Redaktorów z Wydawnictwa- za co jesteśmy bardzo wdzięczni. Też dziękujemy Recenzentom za wnikliwe i mądre uwagi….

Odpoczynek w panoramicznym spojrzeniu higieny psychicznej (Red) Marcinkowski JT,  Rosińska P, Konopielko Z, wyd. Uczelnia Łazarskiego, Warszawa, 2024 – taki to tytuł nosi nasza kolejna monografia- już 7 od czasu lockdownu pandemii Covid- 19, która okazała się dla nas darowanym okresem dla rozwijania tej właśnie działalności.

Oto fragment ze wstępu:

Temat odpoczynku stał się już modny. Omawia się go w mass mediach, proponowany jest w filmikach na YouTubie czy kontrolowany przez różne aplikacje smartfonowe, ale też obecny w licznych stale ukazujących się monografiach czy poradnikach. Człowiek od prawieków poszukiwał chwil wytchnienia, choćby po ciężkiej pracy. W miarę rozwoju cywilizacji pojęcie odpoczynku staje się jednak tak rozległe jak bezmiar oceanu i nieustannie na horyzoncie pojawiają się nowe zjawiska, często zaskakujące. Jeszcze niedawno nie było problemu nadmiaru informacji, często sprzecznych czy wręcz fake newsów docierających zewsząd.

Człowiek ze spokojem słuchał radia, czytał gazety, gawędził przy kawie z przyjaciółmi lub powtarzał ploteczki rozsiewane przez bacznie obserwujące świat sąsiadki. Obecnie zagubiony w szumie informacyjnym potrzebuje oddalenia, odpoczynku od całego świata, wyłączenia Internetu…

Kiedyś możliwa była ucieczka od nienawistnych spojrzeń czy komentarzy i plotek do swoich spokojnych, ustronnych miejsc, a teraz człowiek pozostaje samotnie i zwykle bezradnie w matni osaczających go hejterów.

Jak ważne są też relacje uczniów/ studentów z nauczycielami, podaje się w jednym z rozdziałów. Młody człowiek, wobec dynamicznego postępu nauki, w ramach edukacji zmuszany jest do przyswajania ogromu wiedzy – co bywa niedopasowane do możliwości każdego, jest przewlekle zmęczony, często też doświadcza złego traktowania, poniżania, o molestowaniu nie wspominając.

Te wszystkie czynniki, a nawet zwykłe nierozumienie potrzeb uczniów czy studentów, nakręcają spiralę przeżywanego przez nich stresu, prowadząc do zaburzeń zdrowia psychicznego czy wypalenia zawodowego w dorosłym życiu.

Problem, zwłaszcza dotyczący młodych medyków, wpływa na ich życie zawodowe, nie tylko na jakość pracy, ale przede wszystkim na relacje z pacjentem. A w tym przypadku zwykłym odpoczynkiem mogłaby być tylko poprawa systemu nauczania i przerwanie błędnego koła przemocy.

Odpoczynek współcześnie rozumie się jako ucieczkę od przewlekłego stresu, który przynosi pęd cywilizacyjny, ratunek przed wystąpieniem zaburzeń zdrowia psychicznego, ale też lek w sytuacjach, gdy człowiek, czując się jak maleńki trybik w złym otaczającym go świecie, staje się bezradny…

Odpoczynek to bardzo rozległy temat, różnorodność form, czasem wręcz wymuszany proponowanym stylem życia zunifikowanym dla wszystkich – modą (…)

My, dzieci z wczasów wagonowych ….

Wczasy wagonowe czasu PRL-u – wspomina Zofia Konopielko

W naszej najnowszej recenzowanej książce pt.:  ODPOCZYNEK W PANORAMICZNYM SPOJRZENIU HIGIENY PSYCHICZNEJ (red. Jerzy T. Marcinkowski, Paulina Rosińska, Zofia Konopielko), która w Wydawnictwie Uczelni Łazarskiego nabiera pod zaczarowaną ręką i umysłami redaktorów językowych i stylistycznych „dojrzałości”, zamieściłam poniższą opowieść. Jedna z recenzentek- Pani prof. Jadwiga Jośko- Ochojska zauważyła jej wartość nie tylko sentymentalną m.in. pisząc:

„Książka została napisała przez grono specjalistów zajmujących się higieną psychiczną, którzy z różnych punktów widzenia zaprezentowali ciekawe tematy dotyczące odpoczynku.
Sam pomysł takiego opracowania jest godny podziwu, gdyż na rynku wydawniczym niewiele jest książek na ten temat. Już historia odpoczynku wprowadza czytelnika w interesujące klimaty począwszy od starożytności po czasy współczesne.
Zaskakujący w tej części jest obszerny fragment tekstu opisujący wczasy wagonowe w okresie PRL-u. Autorka wspomina własne wczesne dzieciństwo na wymarzonych wtedy wczasach, rysując barwnie nie tylko emocje, ale również prezentując szczegóły wyposażenia wagonów i sposoby spędzania w nich czasu. Dla osób młodych będzie to ciekawa opowieść o życiu ich dziadków, a dla starszych – niezwykłe przeżycie  przypomnienie tamtych czasów”.Oto opowieści które snułam na przestrzeni ostatnich 10 lat i zamieszczałam w blogu http://zofiakonopielko.pl/?s=Wczasy+wagonowe. Są jak powracająca fala, nomen omen – morska 🙂 , bo wszak to tam wszystko się działo, ułożone raczej nie chronologicznie, czasem się powtarzają, ale tak je zachowuję, bo to zapiski emocji choć przy okazji obrazki tamtego czasu, którego już nie ma….

Jastarnio, gdzie się podziały nasze wczasy wagonowe?

To ja, Zosia, wtedy Łukaszewicz (ok. 1953 rok) – na stopniach wejścia do naszego wagonu…. pełnia lata … autor fotografii ojciec – Wacław Łukaszewicz

Gdzie parowozy z kłębami pary i sapaniem, z tamtych niezapomnianych lat połowy ubiegłego wieku ? Teraz eleganckie szynobusy przemierzają trasę Gdynia – Hel … czegoś żal…

I nadszedł rok 2014 – pobyt sylwestrowy w Jastarni. Odkrycie, że Wczasy Wagonowe jeszcze są – choć już została tylko znana mi jadalnia i recepcja – wagonów ani śladu …

Już kiedyś pisałam o moich wczasach wagonowych, ale nie mogę się powstrzymać od ponownego powrotu do tamtych czasów. Bo dzisiaj jestem na przystanku kolejowym na trasie wiodącej na Hel i gdy czytam jego nazwę – Jastarnia Wczasy – od razu pojawia się w sercu czułość pomieszana z radością i niewielką smutą, że jest inaczej niż drzewiej bywało…

Rozglądam się, wagonów nie ma, jednak za torami jest bardzo znajomy teren, jak kiedyś skromnie ogrodzony siatką z zamkniętą niestety bramą więc kontynuuję obserwacje z peronu kolejki. Z radością rozpoznaję przetrwałą z tamtych lat 50. ubiegłego wieku naszą jadalnię i przysadzistą recepcję. To właśnie z niej odbieraliśmy klucze, a potem gnaliśmy wzdłuż sznura wagonów by zidentyfikować ten nam przydzielony, jedyny… 

Bo lata 50. XX w. były przaśne, małowczasowe, bezcampingowe, co najwyżej brzydkonamiotowe.

A my, dzieci kolejarzy cieszyliśmy się tym, że cała rodzinka wybywała nad wakacyjne morze, piękne i szumne i w dodatku dostawała na te upojne wakacyjne dwa tygodnie cały wagon, tylko dla siebie. I wydawało się nam, że jesteśmy w dalekiej podróży… i niebawem nasz skład ruszy w siną dal…. Każdy wagon stał na własnych kołach i najprawdziwszych torach, był towarowy, taki do przewożenia koni czy krów, z metalowymi magicznymi kółkami przymocowanymi do wewnętrznych ścian. Uwielbiałam te kółka… Mieliśmy łóżka metalowe, zgrzebne koce i miskę oraz wiadro na sanitarne ablucje. Dopiero potem podłączono do każdego wagonu wodociąg i pojawiła się najprawdziwsza umywalka. Od tych lat wczesnodziecięcych, wagonowych pozostał mi miły charakterystyczny zapach, który niektórzy nazywali smrodkiem drewnianych wychodków obficie polewanych chlorowymi preparatami, z komponentą zapachu żywicy pobliskich sosen i morskiego słonego powietrzu. Ilekroć poczułam i nadal gdy poczuję podobny tamtemu zapach, teraz rzadko już spotykany, od razu wiem, że moje wczasy wagonowe tuż, tuż… oczywiście to tylko wyobraźnia ale uczucie to jest naprawdę bardzo, bardzo miłe… Nie ma już naszych wagonów ale zostają w pamięci tych, którym dawały radość tak niezwykłą w połowie ubiegłego wieku. I tak stojąc teraz na peronie w Jastarni Wczasy zadaję pytanie: Jastarnio, gdzie się podziały nasze wczasy wagonowe? Może wagony nie konserwowane rozsypały się w nicość, może komuś nie odpowiadał ich wygląd, bo wszak teraz jest to ośrodek wczasowy Instytutu Kolejnictwa. Nazwa brzmi dumnie, więc należało postawić domki drewniane dwuspadowe, brązem malowane a nasze wagony oddać na przemiał. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale się stało… Jeno dwa budynki o których wspomniałam na wstępie – jadalnia i recepcja – stoją jak kiedyś i pewnie śnią dawne czasy… I jeszcze się ostała stacja kolejowa z piękną nazwą Jastarnia Wczasy. Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy zmiana tej nazwy, ale kto wie… w końcu wszystko się zmienia i dobrze jest tak jak jest… Gdy teraz stoję na stacji Jastarnia Wczasy widzę tamten czas i już nie muszę wypatrywać moich wagonów, bo one są zapisane w moich oczach i głowie i wszystkich zmysłach… morze pachnie jak kiedyś i tak samo szumią wielkie sosny a gdzieś w dali miarowo uderzają fale o brzeg… niezmienne…

Takie były te wczasy wagonowe zachowane w mojej pamięci

To był czas niezwykły, magiczny. Gdy już poznałam smak wczasów wagonowych tęskniłam za nimi przez cały rok. Codziennie pytałam rodziców, kiedy wyjazd. I gdy wreszcie zbliżał się wraz z zapachami lata ten historyczny moment, wyłaziłam ze skóry ze szczęścia. Rodzice byli zapobiegliwi, więc wszystko przygotowywali przez kilka dni. Nie zapominali o ciepłej kołdrze dla swojej córeczki, gdyż lato w lipcu sprawiało niespodzianki. A to było przenikliwe zimno, a to lało przez całe urlopowe dwa tygodnie. Bywało, że przeciekały dachy wagonów, zalegała wilgoć i wszystko było w środku mokre. Tak więc poza ciuchami, a także garnuszkiem na zupę dla mojego Taty, który był na specjalnej poobozowej diecie, był jeszcze tobół z kołdrą. Bardzo go lubiłam, bo na twardej ławie pociągu, którym podróżowaliśmy Mama go rozwijała i smacznie spałam w mojej kołderce. Pierwsze wczasy wagonowe, które ujrzałam, były w Jastarni. Pociąg, który zmierzał na Hel, przemykał obok sznura wagonów, które stały na bocznicy. Zatrzymywał się nieopodal i do tej pory przystanek ten nosi nazwę – Jastarnia Wczasy – wagonowe. Właściwy Dworzec Kolejowy w Jastarni znajduje się kilka km dalej. Ktoś pisze w necie, że było tam spokojnie. Oczywiście było, za wyjątkiem tych chwil, kiedy obok przejeżdżał z impetem i gwizdem pociąg do i z Helu. Było to kilkanaście razy na dobę i wówczas drżały szyby w naszym mieszkalnym wagonie. Ale nam, kolejarzom to nie przeszkadzało, wszak to było wpisane w ten zawód…a nawet miłością było…

Moje najpiękniejsze wakacje. Podróż na wczasy wagonowe

Byłam tak mała, że nie wiedziałam co to wakacje, urlopy i wczasy. Miałam niewiele ponad 3 lata kiedy po raz pierwszy wybraliśmy się w wielką podróż. Przygotowania trwały dość długo, rodzice spakowali wielkie walizy i któregoś dnia opuściliśmy nasz dom i powędrowaliśmy na gorzowski dworzec. Dobrze, że był niedaleko, należało tylko przejść przez park i potem w dół ulicą Dworcową. Dworzec był wielki i zapełniony ludźmi. Nigdy przedtem tam nie byłam. Jedynym wielkim zgromadzeniem ludzi, które widziałam, to kościół. Ale tam ludzie siedzieli cicho, co najwyżej śpiewali i tak w ogóle nic ciekawego się tam nie działo. Tutaj wszyscy taszczyli jakieś bardzo ciekawe tajemnicze walizki, byli czerwoni z upału, mieli zdenerwowane oczy, ciągnęli za ręce swoje dzieci. Moi rodzice zachowywali się spokojnie i ten spokój mi się udzielał. Mogłam więc swobodnie i bez szarpania patrzeć sobie na wszystkich. Poszliśmy dostojnie na peron i tam było podobnie jak na dworcu, tylko trzeba było uważać, aby nie spaść na tory. Należało bezpiecznie odsunąć się od wysokiego brzegu przepaści peronu i spokojnie siedzieć na walizce. Zachwyciłam się dworcem i peronami. Od tej pory lubiłam takie miejsca. Wkrótce usłyszałam głośne sapanie i gwizd świdrujący uszy. I nagle w wielkich kłębach dymu wtoczyło się wielkie czarne, spocone i tłuste cielsko parowozu. Znałam bajkę Brzechwy pt Lokomotywa, więc byłam już uświadomiona i przygotowana do tej podróży. Ten wielki parowóz ciągnął co sił straszliwie dużo jednakowych wagonów. Ależ on musiał być silny i dzielny. Wagony były pękate i miały rzędy drzwi z oknami, które prowadziły bezpośrednio do przedziału. Każdy przedział miał swoje drzwi. Niesłychane. Zajęliśmy miejsca na ławce i wkrótce to co za oknem zaczęło gwałtownie uciekać. Siedziałam zauroczona i jak zwykle od razu poczułam się diabelnie głodna. Więc mama wyjęła kanapki i okazałego działkowego pomidora. Gdy nacisnęłam zębami gładki miąższ, trysnęła fontanna soku. I moja sukienka, z której byłam tak bardzo dumna- różowa w białe wzorki, wiązana na ramionach zamieniła się w pomidorową katastrofę. Nawet mama nie krzyczała, ale widziałam, że się zasmuciła. Niestety na wydobywanie nowej sukienki z wielkiej walizy, która już była wtłoczona na górną półkę, czasu nie było. Bo zanim się obejrzeliśmy był Krzyż – czyli nasza stacja przesiadkowa. Rodzice ponownie wytaszczyli walizy i mnie przy okazji. Po jakimś tam czasie nadjechał inny pociąg, do którego z wielkim trudem udało się nam wepchnąć. Niektórzy pasażerowie podawali bagaże a nawet dzieci przez okna. Był potworny wakacyjny tłok. Ale myśmy mieli bilety tzw. klasy I, i tam było nieco luźniej. Tato biegał wzdłuż przedziałów i w końcu gdzieś wypatrzył miejsce dla mamy i dla mnie. Sam zwykle stał na korytarzu. Gdy nadchodziła noc, rozpoczęłam się układać do snu. Oczywiście rozłożyłam się na kolanach mojej mamy i smacznie spałam. Gdy tylko rodzice mnie budzili bo była kolejna przesiadka, półprzytomna, ale dziarska kroczyłam z nimi, po czym układałam się i pytałam mamę- czy mogę zasnąć. Mama się zgadzała, więc ja dalej chrapałam. To zostało mi do dziś. Potrafię zasnąć w pół sekundy, spać dowolnie długo lub krótko, wybudzam się kiedy trzeba całkiem przytomna po czym mogę spać dalej, jeśli tylko można. Dzięki temu przetrwałam te lata, kiedy dyżurowałam w szpitalach zwykle dwa razy w tygodniu

Dziecięce nadmorskie zachwyty

Idę nadbałtycką plażą, piasek poskrzypuje piszcząc pod stopami, śnieżny jak prawie nigdzie na świecie, muszelki bieleją i jestem znowu małą dziewczynką, która przeżywa swoje pierwsze zachwyty. Wczasy wagonowe w Jastarni, rozpuszczone przez letników mewy stukające o świcie w dach by chlebek dostać, las „komarzasty” i wreszcie wydma przecudna z narastającym szumem. Szumem, który odnajduję teraz w wiatrem kołysanych koronach wielkich sosen mojej nadbużańskiej Puszczy Białej, niezapomnianym, zapachowym jedynym takim. I przyspieszony wydmowy bieg by zobaczyć to, co wiecznie żywe, dyszące jak wielkie leżące zwierzę, z falującym ciałem zamykającym horyzont. Dookolny krajobraz zapierający dech i smak soli na wargach. I po wydmowym biegu długie stanie w wielkim zachwycie. Takie dzieciństwo to skarb przechowywany w pamięci i sercu długo, mieszkający we mnie na stałe. I potem tuptanie brzegiem morza, stopy podmywane przez fale, zabierające piasek spod stóp. Cudne zjawisko ….Potem oglądanie tego, co morze wyrzuciło. W tamtych przaśnych latach 50.-60. ubiegłego wieku zachwycało wszystko- oglądane po raz pierwszy w życiu plastikowe butelki z rysunkami pomarańczy leżące na plaży czy kartony z dziwnymi zagranicznymi napisami i malunkiem krowy, jakieś deski skrzynkowe na których też wypatrywało się egzotycznych dla nas wtedy napisów z krajów, które były dla nas za żelazną kurtyną, a to my raczej byliśmy nią zamknięci….Tak, morze było dla nas oknem na świat, inny, niedostępny, fascynujący a wymienione śmieci jawiły się jak listy z tych dalekich krajów. Gdy już naoglądaliśmy się tych zamorskich dziwów, przychodziła pora na drobiażdżki plażowe- śnieżne, delikatnie rzeźbione muszelki, maleńkie bezbarwne galaretki z centrycznym nikłym rysunkiem malowanym na błękitno lub różowo to były ciała meduz, a wreszcie wyrzucone na brzeg krzaczaste, dziwne rośliny. O nich to rodzice mówili, że jod dostarczają, a nawet magazynują go w pięknych kształtnych pęcherzykach, które też zadziwiały. Takich roślinek nigdy przedtem ani potem nie widywałam….I teraz, gdy tak po prawie 70 latach sobie idę plażą wypatruję podobnie jak kiedyś. Plastikowe butelki czy puszki z zagranicznymi napisami już się nie walają na plaży, zresztą nie byłyby już taką atrakcją jak kiedyś, bo pełno ich na półkach naszych sklepów. A dzisiejsze pokolenie często nawet nie wie, że mleko daje krowa. Myślą, że od razu jest w kartonie.

Zostały tu tylko piękne muszelki i maleńkie otoczaki. Ożywiam się gdy nagle widzę drobną wysuszoną krzewinkę ze znajomymi bursztynowymi pęcherzykami, którą Mama kiedyś nazywała morszczynem mówiąc, że daje zbawienny dla człowieka jod. Jod unoszący się w morskim aeorozolu- powietrzu które należało głęboko wdychać. A już myślałam, że nigdzie jej, tej roślinki nie ma, bo czytałam, że zanieczyszczony Bałtyk ją uśmiercił. Ale jednak jest….

I wszystko jest jak kiedyś i tylko dziwne, że podbiec jakoś trudno i nogi szurają z większym trudem po piasku . Ale co tam…było pięknie i jest pięknie…

Urok wczasów wagonowych…

Wagony, upragnione ukochane wagony. Wagony w Jastarni, w tym pamiętnym 1951 r., kiedy tam byliśmy pierwszy raz stały na torach i własnych kołach. Miało to swój niepowtarzalny urok. Wczasy wagonowe w Mielnie, kiedy tam bywaliśmy w latach późniejszych już zdjęto z kół i stały na betonowych legarach, biedne z tego powodu w moich oczach bo jakby ułomne. Obok sznurów wagonów, od strony lasu pokazywał się niski obszerny przeszklony pawilon, a którym mieściła się recepcja, świetlica i stołówka. Wszystko to odnalazłam tam niedawno, trochę zaniedbane, ale ze śladami dawnego uroku. Po przyjeździe i otrzymaniu kluczy w recepcji, gorączkowo szukałam naszego wagonu. Porównywałam numery napisane na każdym niby domku, z numerem przypiętym do klucza. To była super zabawa, z dreszczykiem emocji nawet. Z daleka usiłowałam zgadywać, który to może być i gdy pasowało to z przyznanym numerem, cieszyłam się a jeśli nie, też nie było problemu- akceptowałam każdy wagon położony w dowolnym miejscu. Wagony były pomalowane na kolor zielony i miały urocze małe okienka. Uwielbiałam takie okienka i małe domki. Do wagonu wchodziło się po dość stromych drewnianych schodkach. Cudnie pachniały świeżym drewnem i jak wspominali Rodzice już pierwszego dnia pobytu z nich spadłam, na szczęście nie doznając urazu. Tego nie pamiętam, ale nie miałam lęku przed tymi schodkami, a mój podziw i zachwyt trwał. Po otwarciu drzwi wchodziłam z zapałem do środka. W necie nie opisano, jak wyglądało wnętrze takiego wagonu. Otóż były to pierwotnie wagony do przewozu bydła a może także żołnierzy z końmi w czasie gdy trwała jakże nieodległa jeszcze wtedy wojna. Zachwycałam się surowymi pobielonymi ścianami z których wystawały tajemnicze metalowe kółka. Było to cudnie fascynujące. Tato powiedział, że do tych kółek przymocowywano zwierzęta, by nie przemieszczały się podczas jazdy. Od razu sobie wyobrażałam, że niedługo nasz pociąg sapnie i ruszy w siną dal. Stale miałam poczucie, że jesteśmy w długiej i fajnej podróży w nieznane. W rogach wagonu stały metalowe łóżka, przykryte sztywnym gryzącym zgrzebnym kraciastym kocem. Tato od razu zsuwał dwa i ja miałam super spanie pomiędzy rodzicami, czasami tylko wpadając w szparę pomiędzy łóżkami. Pod cudnym maleńkim okienkiem przez które widać było stołówkę i wielkie nadmorskie sosny, mieściła się umywalka ze zbiornikiem na wodę oraz wiadro umieszczone pod nią. W tych pierwszych latach nie było łazienki i kuchni jak pisze ktoś w necie. Wodę przynosiło się z kranu zlokalizowanego niedaleko stołówki a WC mieścił się poza obrębem wagonów, był drewniany, z dziurami do siedzenia w desce mocno cuchnący chlorem. Od tej pory, jeśli jeszcze gdzieś poczuję zapach chloru, od razu mam skojarzenia, całkiem miłe, nie jakieś obrzydliwe, z tymi WC-tami wczasowymi z mojego dzieciństwa. Tato nalewał wodę do zbiornika, który mieścił się nad umywalką a potem wynosił pełen wiadro gdzieś poza wagon, a może wylewał pod wagon- nie pomnę.

Przebudzenie w wagonie

Zasypiałam w moim wagonie zmęczona podróżą, wrażeniami i tą wielką radością, której doświadczyłam. Nad ranem budziło nas tupanie po dachu. Okazało się, że to przybywały w odwiedziny mewy i tupaniem oraz uderzaniem dziobów w blaszany dach dopominały się chleba. Już wiedziały, że mogą mieć tutaj dodatkową ucztę i do rybek konsumowanych nad morzem dostaną resztki suchego chleba. Czasami budziło nas w nocy uporczywe miarowe drobne dźwięki. To zaczynało padać. Krople deszczu odliczały czas i też było cudnie. Nie bardzo rozumiałam, dlaczego rodzice nagle tracili humor. Mieli już doświadczenie, że kiedy w lipcu, a szczególnie gdy oni przybędą nad morze, zaczyna padać, to taka pogoda może się utrzymywać przez całe dwa tygodnie. Ale ja lubiłam deszcz, taplanie w kałużach i inne zabawy w błocie.

My, dzieci z wczasów wagonowych

Dzisiaj, przeglądając treść tego blogu, napotkałam nie zauważone wcześniej komentarze. Zaistniały pod wpisem o wczasach wagonowych. I rozmarzyłam się. Jak widać nie jestem osamotniona we wspomnieniach. Bo: 30 marca 2014 r. marek52 napisał: „Witam, byłem w Jastarni na wczasach wagonowych z rodzicami. Miałem wtedy 16 lat. Poznałem na wczasach dziewczynę, która pracowała przez okres wakacji w kuchni. Cudowne lata młodości. Od kilku lat jeżdżę na wczasy do Juraty i wspominam tamte cudowne dni. Pozdrawiam”. Potem osoba o nicku nnn pisze: „Hej! Sama jeździłam na wakacje do wagonów jako dziecko – najpierw do Darłówka, potem też na Hel. Helu już nie ma, ale o dziwo – Darłówko dalej prężnie działa, nawet stronę internetową mają. Może pora odświeżyć wspomnienia? Warunki lepsze niż wtedy, ale czar chyba ten sam”. I wreszcie Wiesław:„ mam 64 lata mając 10 lat w 1960 pierwszy raz zobaczyłem morze, byłem na wczasach wagonowych w Jastarni. Wagony w których mieszkaliśmy, jak pamiętam, były jak na tamte czasy przyzwoite. Stołówka była w dużym pawilonie do której trzeba było przejść kawałek drogi. Pamiętam byłem z ojcem i siostrą, a pogoda była jak w Chorwacji. Były to wakacje dla nas wspaniałe. Do Krakowa gdzie mieszkam do dziś przyjechałem opalony i zadowolony. Tam poznałem koleżankę z GLIWIC JADZIĘ … Jadziu życzę zdrowia .Wiesław”.

A ja wspominam wakacje z Pawłem Konopielko, który zginął tragicznie w 1998 r. a był mi jak brat. Przyjeżdżał do nas na wczasy wagonowe z nieodłącznym plecakiem i na chudych, bocianich nogach pędził za mną nad morze, mówiąc „idę, bo jeszcze się utopi”….odszedł przedwcześnie. Zajęci swoim dorosłym życiem nie zdążyliśmy pogadać pod duszam, powspominać… a teraz już jest za późno….

I jeszcze jedna niezwykła historia czułej znajomości z Elą K. – teraz już wiemy, że nie tylko blogowej, ale też sięgającej czasu dzieciństwa. Również i Ona spędzała wakacje na wczasach wagonowych ale w Międzyzdrojach. Te same doznania, wspomnienia i wspólne fale – chyba nie Bałtyku ale może jednak ukształtowane jego szumem J Na zdjęciu czołowym tego wpisu dwaj bracia Eli- którzy obecnie są poważnymi profesorami medycyny …..

Spotkania z dziką przyrodą i wędrowcami- opowieści Julii

Kiedy po wydaniu już kilku monografii przyszedł do nas pomysł na napisanie książki o Odpoczynku, temacie tak obecnie modnym, omawianym w massmediach i licznych już książkach, chcieliśmy by była trochę inna. Jeszcze czekamy na dwóch Autorów, szlifujemy całość, potem recenzenci  i mamy nadzieję na wydanie może w połowie przyszłego roku, bo proces wydawniczy trwa dość długo….Jedną z zaproszonych Autorek jest Julia Jancelewicz- niedawna absolwentka szwedzkiej i kanadyjskiej uczelni (Swedish University of Agricultural Sciences/ University of British Columbia) i już pracująca w  G3 Consulting Ltd., Surrey/ Vancouver. Oto fragment Jej rozdziału – fascynująco i w pięknym stylu poprowadzonej opowieści  pod roboczym tytułem: Dzika przyroda i odpoczynek nad którym dyskutujemy, bo samo określenie  „odpoczynek” nie oddaje potężnego ładunku emocji, przeżyć i wrażeń w tym czasie wolnym od nauki, czyli jednak czasie odpoczynku  … Liczę Julio, że błyśniesz propozycją tematu J a też za Twoje książki w przyszłości- trzymamy mocno  kciuki….

(zauważyliśmy jak pięknie ta młoda Autorka opowiada, tym bardziej a może dlatego że jest mgr inż. leśnictwa-  a mawia się, że obecna młodzież pisać nie umie 🙂 )

„W 2021 r. brałam udział w trwającej osiem dni wyprawie studentów wydziału leśnego University of British Columbia. Trasa wiodła przez dzikie plaże, klify i lasy deszczowe zachodniego wybrzeża wyspy Vancouver. Miałam wtedy okazję osobiście  doświadczyć, jak zbawienny wpływ ma odosobnienie w naturze na zdrowie psychiczne i odpoczynek. Zdobyte tam doświadczenia i wynikające z nich wnioski stały się kanwą niniejszego opracowania. (…).

Siedzimy przy ognisku. Płomienie trzaskają, co jakiś czas rozlega się głośny syk, gdy woda uwięziona w drewnie wyrzuconym przez morze wydostaje się przez szpary na zewnątrz pod wysokim ciśnieniem, powodując fontanny iskier. Fale oceanu rozbijają się o skały. Zarówno w kierunku północnym, jak i południowym, dziesiątkami kilometrów ciągnie się dzicz. Szlak zachodniego wybrzeża wyspy Vancouver, jeden z najpiękniejszych i najdzikszych szlaków na świecie. Ogień otacza konstrukcja ze spiętrzonych żerdzi i gałęzi, obwieszona girlandami skarpet, spodni, getrów i koszulek. Ubrania już nigdy nie utracą zapachu dymu, ale dla ludzi, którzy je noszą, to żadna przeszkoda, a wręcz wartość dodana. Od czasu do czasu słychać ostrzegawczy okrzyk, gdy czyjaś skarpetka, powieszona zbyt blisko ognia, zaczyna dymić i brązowieć. Wtedy właściciel rzuca się na ratunek cennej odzieży, lub gdy akurat nie ma go przy ogniu, bo udał się umyć zęby przy rzece, inni uprzejmie przewieszają skarpetę na bezpieczniej usytuowany konar. Stracić skarpetę na trwającym nawet dziesięć dni szlaku zachodniego wybrzeża to problem, ponieważ większość osób ogranicza się do dwóch lub trzech par, aby zminimalizować wagę plecaka. Zamiast kiełbasek, na patykach, jak na rożnach, obracane są mokre buty. Widać bardzo dobrze, kto przyszedł z lasu, a kto szedł plażą- niektóre buty unurzane są w błocie, na innych w miarę wysychania pojawiają się białe zacieki z oceanicznej soli. Wszystkie buty są znoszone i noszą ślady przebytych wędrówek. Siedzący wokół ogniska patrzą w ogień i grzeją stopy, za wyjątkiem dwójki, która jest zwrócona plecami do ognia. Jedna osoba obserwuje niedźwiedzia który żeruje od północy, druga osoba – jego większego kolegę, który buszuje pośród skał kilkaset metrów na południe od nas. Kilka puszek sprayu odstraszającego niedźwiedzie jest stale pod ręką. Gdy wartownicy się zmęczą lub będą chcieli zrobić sobie coś do jedzenia, kolejne osoby zajmą ich miejsce i będą obserwować, czy aby żaden z niedźwiedzi nie wykazuje nami zbyt dużego zainteresowania i nie podchodzi zbyt blisko pragnąc spróbować naszych liofilizowanych porcji zalewanych wrzątkiem i jedzonych prosto z saszetek. Turystyczne kuchenki szumią cicho. Ci, którzy chcą oszczędzać cenne paliwo, stawiają garnki i metalowe kubki bezpośrednio na palących się gałęziach. Wiąże to się jednak z ryzykiem- konstrukcja ogniska od czasu do czasu osuwa się i z trudem zdobyta woda z sykiem znika w kontakcie z rozżarzonymi węglami. Wtedy trzeba znów iść nad strumień, napełnić butelkę, mozolnie przepuścić brunatno-czerwoną wodę przez filtr, pompując dłońmi gumowy uchwyt, wrzucić tabletki z chlorem, poczekać 15 minut, i dopiero można znów próbować zagrzać wodę na herbatę. Za każdym razem, gdy w domu odkręcam kran i podstawiam pod niego szklankę, dziwię się, jakie to niesamowite, że w taki prosty sposób możemy codziennie zdobyć wodę do picia. Skupianie się na właśnie takich małych rzeczach, za które możemy być wdzięczni, bardzo pozytywnie wpływa na zdrowie psychiczne i samopoczucie. Ogromna większość ludzi nie ma pojęcia jak wielkim darem są krany w naszych domach. Spędzenie tygodnia w dziczy, gdzie namiot dający schronienie, jedzenie i ubranie niesie się na plecach, ukazuje nową perspektywę i pozwala docenić małe rzeczy, które zwykle bierzemy za pewnik, jak właśnie czysta, zdatna do picia woda w kranie lub sucha poduszka, na której można złożyć zmęczoną głowę po dniu pracy”. Cdn.

Dziękuję Julio Jancelewicz za to zdjęcie. Taka potężna przyroda i Ty, taka malutka ale o wielkiej mocy !!!

Opowieść o Nadludzkim Człowieku

Gdy redaktorzy naukowi – uznani specjaliści swoich dziedzin (m.in. prof. Elżbieta Krajewska – Kułak)-  planując  pozycję dotyczącej medycznego, społecznego, prawnego i kulturowego aspektu kontekstu Dextera zwrócili się do nas z propozycją napisania rozdziału od razu przyszedł na myśl niezwykły Człowiek, którego w różnym stopniu poznaliśmy  i stale żyje w naszej pamięci – śp. Remigiusz Drzewiecki (ps. LUCA, Laudanozyna). I m.in. zamieściliśmy tam opowieść o Nim, Człowieku Niebanalnym, Lekarzu- Policjancie, walczącym o prawdę i sprawiedliwość ale z otwartą przyłbicą, podpisując się zawsze imieniem i nazwiskiem a skutki tych działań podajemy w cytowanym poniżej fragmencie. Książka właśnie się ukazała w wersji papierowej i elektronicznej:  https://wydawnictwo-silvarerum.eu/produkt/konteksty-dextera-medyczny-spoleczny-prawny-i-kulturowy/.  


Niepokorna i bezkompromisowa osobowość Remigiusza Drzewieckiego
Remigiusz Drzewiecki walczył od dawna z nieprawościami w służbach. I to z odkrytą przyłbicą – nie pisząc anonimów, co bywa powszechne, nie ferując wyroków. Swoje uwagi zgłaszał przełożonym i kierował mnóstwo pism z opisami sytuacji, które podpisywał imieniem i nazwiskiem. Efekt był taki, że media postrzegały go jako bohatera. Pisano o nim: „Lekarza z policyjnego laboratorium w Szczecinie przełożeni wysłali na ulicę, bo pisał raporty na nieprawidłowości w komendzie. To po jego doniesieniu policja wszczęła postępowanie przeciw komendantowi wojewódzkiemu. Teraz Remigiusz Drzewiecki, lekarz w stopniu posterunkowego, rano jeździ karetką, a wieczorem w mundurze patroluje ulice. Na przykład we wtorek od godz. 15 do 23 chodzi w patrolu, w środę o godz. 7 bierze dyżur w pogotowiu, a już o godz. 18 wchodzi na kolejny patrol do drugiej w nocy. Drzewiecki osiem lat temu skończył studia lekarskie na Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi. Pracował jako lekarz wojskowy, jeździł w pogotowiu. Przez ostatnie dwa lata w laboratorium Komendy Wojewódzkiej Policji (KWP) robił oględziny zwłok, badał zatrzymanych, zabezpieczał w karetce akcje oddziałów prewencji oraz ćwiczenia na strzelnicy. – Chciałbym być koronerem, mówił…”*.
Inny cytat: „Jest niepokorny i bezkompromisowy. […] Drzewiecki próbował też poprawić warunki pracy – wywalczył np. jednorazowe kombinezony do badania zwłok, ale już nie udało mu się wyprosić montażu zlewu w gabinecie, defibrylatora do policyjnej karetki oraz pieczątki, dzięki której mógłby dla potrzeb policji sporządzać karty zgonu – teraz robią to za dodatkowe pieniądze lekarze z zewnątrz. Wreszcie, kilka dni temu, założył Komitet Obrony Policjantów. W zamian przełożeni wysłali go na ulicę […]. Stara się. W ciągu dwóch miesięcy wypisał ok. 60 mandatów. Obstawiał też ostatni weekendowy mecz Pogoni […]. Rzecznik prasowy zachodniopomorskiej policji mówi: «Po prostu nie potrzebujemy lekarza w laboratorium kryminalistycznym». Przełożeni zaproponowali Drzewieckiemu pracę genetyka, ale odmówił: – Nie chcę być laborantem, jestem lekarzem – tłumaczy. – Ale odmówił też wyjazdów w karetce, bo nie było w niej defibrylatora, na który nas nie stać. – Jest arogancki i niezrównoważony psychicznie: napisał ok. 30 raportów i pół inspektoratu ma przy tym zajęcie! – mówi ów rzecznik. Inaczej uważa zwierzchnik Drzewieckiego w pogotowiu ratunkowym. – To dobry pracownik, nie mam zastrzeżeń ani do niego, ani do jego fachowości”.
Dalej autor przytacza przykłady innych pracowników, którzy ujawniali np. kontakty komendantów z miejscowym półświatkiem. Remigiusz Drzewiecki i tak miał szczęście, że trafił tylko na ulicę, bo innych niewygodnych oskarżano o pomówienia i osadzano w więzieniu. W tej sprawie zabrał głos prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka – „To absurd. Obywatel nie może odpowiadać za to, co napisał w skardze do organów władzy”. Remigiusz Drzewiecki często zmieniał pracę. Uzyskał tytuł specjalisty z medycyny ratunkowej. Stale zabierał głos w mediach. Na przykład w 2016 r. na portalu miasta Płońsk  opublikowano: „List Remigiusza Drzewieckiego nadesłany do redakcji (publikacja bez ingerencji redakcji w treść, zgodnie z zastrzeżeniem autora listu)”.
Oto jego fragmenty: „Czytałem artykuł dotyczący agonii Szpitala Powiatowego w Płońsku… Płacze moje serce, byłem z Wami przez 4 lata swojego posługiwania w Płońsku i Raciążu, widziałem wszystko, agresywnych lekarzy, lekarzy niebadających pacjentów i odsyłających ich samopas na pewną śmierć, pracowałem z lekarzem bijącym po twarzy syna chorej na oddziale chirurgicznym, w zimie chodzącym w futrze z lisów i mającym czapkę jak ruski kniaź. Pracowałem ze zdemenciałym starcem 81-letnim chirurgiem, który w czasie dyżuru w pogotowiu ratunkowym w Płońsku dostał obrzęku płuc i umierający został zniesiony na krześle wprost na OIOM, po czym po 3 dniach wrócił i udaje, że dalej was leczy… Pracowałem w pomieszczeniach pozbawionych podłogi, w karetkach bez klamek z uszkodzonymi wahaczami przednimi kół, mając świadomość, że za każdym razem wsiadam do ambulansu jak pilot kamikaze, bez szans na powrót… Pracowałem z lekarzem, który w trzecią dobę po zawale serca chytry na pieniądze wrócił na cztery doby dyżuru do pogotowia w Płońsku, pracowałem z ordynatorem, który tracił kontakt ze świadomością, pracowałem z jego podwładną, która dyżurowała na SOR w Płońsku po cztery doby pod rząd, pracowałem z kardiologiem, który chwalił się, że dziś nie jest wyjątkowo pijany […] Nic nie trwa wiecznie. Wieczna jest tylko Prawda, która nas wszystkich wyzwoli i potępienie dla tych, którzy zniszczyli ludzi, ten cudowny Szpital i tych, co pozostali bezczynni. Dla nich nie znajdę wybaczenia. Dla nich tylko wygnanie. FIAT. Podpisał: Remigiusz Drzewiecki, lekarz, od marca 2016 specjalista medycyny ratunkowej, weteran Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej, osoba niekarana o nieposzlakowanej opinii, świadek wierny i prawdomówny… Szczecin, w dniu 03 sierpnia 2016 r.”.
Wyrok bez sądu na Remigiuszu Drzewieckim
W grudniu 2020 r. na portalach internetowych i w prasie regionalnej pojawiły się tytuły stopniujące napięcie wśród czytelników: „Wrocław. Kontrowersje wokół zmarłego lekarza. Kim był Remigiusz D.?; Makabryczne odkrycie. Martwy lekarz w hotelu, znaleziono materiały pedofilskie; Czy zmarły lekarz wykorzystywał pacjentów? Szpital w szoku; Wrocław. Lekarz zmarł z przedawkowania narkotyków; Lekarz wampir z Wrocławia. Kim był Remigiusz D.?17; Wrocław. Zmarły lekarz był pedofilem? Szpital wydał oświadczenie18 ; LEKARZ – WAMPIR z Wrocławia: W dzień słuchał Mozarta, w nocy smarował się krwią? Kim był Remigiusz D.?”.
Do wydarzenia, które miało miejsce 4 grudnia 2020 r., powrócono na opiniotwórczym portalu Medonet w maju 2021. Podano tam przebieg historii oparty jedynie na zeznaniach osób podających się za świadków i podobno dokonanej analizy materiałów zawartych w telefonie zmarłego. „Plotkowano, że pracuje tak dużo, bo potrzebuje pieniędzy na narkotyki. W ostatnim miesiącu miał 22 dyżury!
W pracy jednak nigdy nie pojawiał się pod ich wpływem – mówił jeden ze współpracowników denata”.
Jak donosiła „Gazeta Wyborcza”, był uważany za człowieka konfliktowego i czepialskiego. Słuchał muzyki klasycznej i marzył o karierze lekarza. Z kolei na portalu naszemiasto.pl można było przeczytać: „Lekarz pochodził z Wągrowca (woj. wielkopolskie). W jednym z wywiadów zdradził, że od dziecka marzył, by zostać lekarzem. Remigiusz D. ukończył studia na Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi. «Ciągnęło mnie do tego, odkąd tylko skończyłem cztery latka. Ja nie badałem misiów w przedszkolu, ja robiłem im operacje. Na swoim rowerku goniłem pędzące do pacjentów karetki pogotowia»”.
Remigiusz Drzewiecki po sześciu latach edukacji został lekarzem z wojskowym stopniem oficera. „Po akademii medycznej, w 1998 roku, odbyłem staż podyplomowy w Elblągu. Po roku zostałem dowódcą Kompanii Medycznej oraz kierownikiem Ambulatorium, a także szefem Poligonowej Służby Zdrowia w 55. Pułku Obrony Przeciwlotniczej w Szczecinie. W międzyczasie zostałem mianowany porucznikiem Wojska Polskiego przez MON” . Właśnie w tym okresie na stałe związał się ze Szczecinem. Kupił tam mieszkanie i zaczął pracę jako kierownik zespołu „na karetkach”. Został także policjantem: „W 2003 roku zwróciłem się do Komendanta Wojewódzkiego Policji w Szczecinie o służbę w Laboratorium Kryminalistycznym przy Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Dokonałem tam dokładnie 66 oględzin procesowych zabójstw w bardzo głośnych dla tego terenu sprawach kryminalnych. Do moich obowiązków należało także m.in. pobieranie DNA od osób wytypowanych jako sprawcy mordu. Przemiany w Policji owocowały likwidacją Pracowni Medycyny Kryminalnej, ja zostałem przeniesiony do Oddziału Prewencji Policji KWP Szczecin do patrolowania ulic. Rano jeździłem w karetce, a wieczorem byłem policjantem. Jestem jednak przede wszystkim lekarzem. Bycie ‘krawężnikiem’ to nie moja bajka. Odszedłem z Policji. Mogę się jednak pochwalić, że jako jedyny lekarz ukończyłem Szkołę Policji w Pile, profil dochodzeniowo-śledczy o specjalności operacyjno-rozpoznawczej”.
Drzewiecki pracował w kilkunastu szpitalach w Polsce, m.in. w Warszawie, Wałczu, Pile, Brzegu, Gorzowie Wielkopolskim, Poznaniu, Szczecinie czy Ełku. W 2017 r. pracował jako lekarz w zespole ratownictwa medycznego w miejscowym szpitalu rodzinnego Wągrowca. Ostatnim jego miejscem pracy był Szpital Wojskowy we Wrocławiu”. Według ustaleń „Gazety Wyborczej” w ostatnim miesiącu pracy miał podjąć 22 dyżury lekarskie! Ta sama gazeta oraz „Super Express” podały, że lekarz mógł usypiać swoich pacjentów, by wykorzystywać ich seksualnie. Prokuratura nie potwierdziła tych doniesień.

Remigiusz Drzewiecki miał dwa marzenia. Jedno: by został powołany w Polsce urząd koronera i wówczas pełniłby tę funkcję. W 2019 r.: mówił: „Jeśli wszystko potoczy się po mojej myśli, na wiosnę będę miał egzamin i zostanę specjalistą medycyny paliatywnej. Stworzę w przyszłości własne Hospicjum dla chorych wykluczonych. To pewne”. Przez dwa lata pełnił posługę w hospicjum Palium w Poznaniu. To właśnie z tą medyczną specjalizacją wiązał zawodową przyszłość. W czerwcu 2020 r. zdał egzamin specjalizacyjny z medycyny paliatywnej.
Epilog?
Od wydania wyroku przez media (bez sądu!!!) zapanowała w nich cisza. Czyżby tak długo prowadzono dochodzenie w sprawie? Wobec opieszałości sądów wszystko jest możliwe.
Wieloletni przyjaciele Drzewieckiego, jego współpracownicy i osoby, z którymi utrzymywał sporadyczne kontakty, jak Jerzy T. Marcinkowski, twierdzą, że Luca zachwycał erudycją, pasją i stałym pragnieniem, by szukać prawdy, docierać do źródeł. Może aż za bardzo… Widząc nieprawidłowości, mógł milczeć, jak większość społeczeństwa, co najwyżej pisać anonimy, lub jak Dexter samemu wymierzać sprawiedliwość. Szedł zbyt prostą drogą… Wieloletnia przyjaciółka i przez długi czas współpracownica Remigiusza Drzewieckiego, już po jego tragicznej, przedwczesnej śmierci, w styczniu 2021 r. napisała  list.  Jest on swoistą rozmową ze zmarłym będącym już „poza granicą cienia”: „[…] Kontakt z naszym Guru – Śp. Profesorem Tadeuszem Marcinkowskim uświadamiał dążenie do realizacji ambitnych planów. Część z nich udało się zrealizować, a resztę przyćmiło oddalenie i Twoje odejście. Choć mówiłeś o rychłej śmierci, tłumaczyłam, że to niedorzeczne. Myliłam się, niestety. Postawiłeś na życie treściwe i szybkie, bo w biegu łapałeś uciekające chwile. Spełniałeś się inaczej, dawałeś się ponieść uniesieniom, egzaltacji i zwątpieniom […]”.Gdy po tragicznej śmierci Remigiusza Drzewieckiego przytaczano jego życiorys oraz domniemane okoliczności śmierci, jeden z internautów napisał następujący komentarz: „Po prostu za słaba psychika do takiego zawodu. Zbyt wiele zobaczył. Nie wytrzymał”**. Pozostajemy w niepewności, czy faktycznie słaba psychika, czy nadludzka siła ?

*Pozycje z których pochodzą wszystkie cytowania posiadają autorzy rozdziału.

**Marcinkowski JT, Konopielko Z, Rosińska P, Klimberg A,  Inni niż Dexter. Opowieść w kilku odsłonach, podrozdział 1. HISTORIA REMIGIUSZA DRZEWIECKIEGO, str. 193-211 w:  KONTEKSTY DEXTERA…Medyczny, społeczny, prawny i kulturowy (red. Krajewska-Kułak E, Guzowski A, Surendra A, Wiśniewska PM), Wydawnictwo Naukowe SILVA RERUM, Poznań – Białystok 2023

O fenomenie odbioru społecznego Dextera, postaci powieściowo – filmowej pisze we Wprowadzeniu jedna z Redaktorek – Paulina Wiśniewska :  

 ***„Dexter Morgan to bohater powieści, na podstawie której nakręcono serial telewizyjny produkcji Showtime. Pierwszy odcinek został wyemitowany w USA 1 października 2006 r., ostatni – 22 września 2013 r. (…) . Powstało łącznie 96 odcinków w ramach ośmiu sezonów. Dexter Morgan stał się bohaterem niemal kultowym, a sam serial cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem widzów. Każdy kolejny sezon bił rekordy oglądalności.. (..). Fani długo czekali na powrót swego ulubionego seryjnego mordercy, co stało się po ośmiu latach. Pobito kolejny rekord oglądalności. 7 listopada 2021 r. wyemitowano pierwszy odcinek Dexter. New Blood. (…). W powieści bohater przedstawiony został jako psychopata o rozdwojonej osobowości, w serialu problem ten ujęto mniej dosadnie, z większą dozą subtelności, dystansu i humoru. Wizje Dextera, będące wytworem jego chorej wyobraźni, uszkodzonej psychiki, jawią się jako dość naturalne, niebędące skazą na wizerunku bohatera. Może właśnie dlatego serial zdobył serca widzów zdecydowanie bardziej, niż powieść przyciągnęła czytelników. Znakomicie też został dobrany do roli Dextera Michael C. Hall, co przysporzyło mu tyleż korzyści, ile problemów związanych z rozpoznawalnością. Aktor opowiadał w jednym z wywiadów telewizyjnych, jak to mała dziewczynka na targu w Indiach krzyknęła na jego widok: „Tonight is the night!” – powiedzenie Dextera z pierwszych sezonów serialu, kiedy to wybierał się unicestwić zbrodniarza, który umknął wymiarowi sprawiedliwości. Bo tym właśnie jest Dexter z pierwszych ośmiu sezonów filmu – mścicielem działającym w imieniu pokrzywdzonych, w imieniu ofiar zabójstw, kiedy to mordercom udało się uniknąć sprawiedliwości.
System nie zawsze bowiem działa tak, jak powinien, i dobrze wiedział o tym Dexter, adoptowany syn policjanta z Miami. Genialna prostota kanwy opowieści o Morganie opiera się na tym, że w ciągu dnia morderca innych zabójców pracuje w Miami Metro Police Department jako analityk śladów krwi, a nocami uprawia swój mroczny proceder, wybawiając społeczeństwo z przestępców, którzy uniknęli zasłużonej kary. Widzowie, a wcześniej czytelnicy, mogli podchodzić z wielką wyrozumiałością do postaci Morgana, znając jego tragiczną przeszłość(…) ”. 

Śladami mojego Taty….gdzieś tam w Powstaniu Styczniowym …

Właśnie wczoraj minęła 160 rocznica wybuchu Powstania Styczniowego. Wróciły opowieści rodzinne o prapradziadku Rodziewiczu, którego imienia już nikt nie zapamiętał, a księgi kościelne, podobnie jak kościoły  zlikwidowano- jedynie część dokumentów przewieziono do Archiwum w Mińsku Białoruskim. Ale tam już ich już nie znaleziono….. jedynie w Rakowie (obecnie Białoruś) przed laty kuzynka Jadzia Lisowa z d. Majewska odnalazła grób Bolesława Rodziewicza, syna naszego prapradziadka – bezimiennego powstańca styczniowego, który zginął, majątek skonfiskowały władze carskie a żonę prawdopodobnie wywieziono na Sybir lub zmarła z tęsknoty. Został 11 letni Bolek, którego wychował przyjaciel rodziny- miejscowy ksiądz Eustachy Karpowicz. Bolek przez długie lata był organistą….zakochał się w pięknej Michalinie i urodziła się moja babcia- Stanisława….ot takie losy, polskie losy…..

Zajrzałam do swojego blogu, gdzie od 11 lat (o Boże, jak ten czas płynie a właściwie to pędzi), i teraz kopiuję tamte wpisy….

Śladami mojego Taty. Dlaczego Powstanie wybuchło w mroźnym styczniu ?

Rodzina Rodziewiczów wszystko wiedziała. Tajne gazetki przynosił im ksiądz Eustachy Karpowicz. Wieści przekazywano sobie z ust do ust. Sen o wolnej Polsce śnili i powoli zaczynali wierzyć, że tym razem się uda.

Wiadomość, że Rosja, po nieudanej wojnie krymskiej słabnie, napawała otuchą. Właśnie car Aleksander II zaczął przeprowadzać niewielkie reformy ustrojowe.

Polacy od razu wyczuli nastrój i ożyła myśl o wielkim narodowym powstaniu.

Z dalekiego Kijowa  dotarła informacja, że na tamtejszym Uniwersytecie powstała pierwsza organizacja zwana „Ogół”,  z której wyłonił się zakonspirowany Związek Trojnicki. Ludzie z tego związku szukali kontaktów z młodzieżą wszystkich trzech zaborów. Któregoś dnia dotarli do maleńkiej mieściny, jaką był nasz rodzinny Raków (obecnie to Białoruś). Ileż  spotkań i rozmów zapamiętał salon domu małego Bolka Rodziewicza, mojego pradziadka.

Inna informacja docierała z Petersburga. Tam, w Akademii Sztabu Generalnego  studiowało wielu oficerów, którzy mieli polskie serca.  Jeden z nich, Zygmunt Sierakowski założył tajne Koło Oficerów Polskich w Petersburgu. Po jego odejściu, kierownictwo przejął Jarosław Dąbrowski.

W Warszawie, w 1857 roku powstała Akademia Medyko- Chirurgiczna. I od razu zaczęły tam powstawać konspiracyjne kółka młodzieży, podobnie jak w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych.

Przygotowania do powstania były konkretne, poza obradowaniem młodzież otrzymywała  regularne szkolenia wojskowe.

W 1858 r., zebrała się kapituła Czerwonych i opracowała plany wybuchu powstania.

W 1861 r. dzięki staraniom Ludwika Mierosławskiego, założono tajną Polską Szkołę Wojskową. Miała on ponad 200 słuchaczy, którzy byli przygotowywani jako kadry powstania.

   W tym czasie cała polska ludność  podejmowała spontaniczne manifestacje.

11 czerwca 1860 r. odbyła się pierwsza po 30 latach manifestacja patriotyczna w czasie pogrzebu wdowy po bohaterze Powstania Listopadowego, generale Józefie Sowińskim.

W październiku 1860 r. w czasie hucznego zjazdu monarchów, przeszkadzano uroczystościom i balom  towarzyszącym tej konferencji. I tak np. na przedstawieniu galowym w Teatrze Wielkim oblano fotele cuchnącym płynem.  Akcją kierował Franciszek Godlewski.   29 listopada 1860 r. , w rocznicę Powstania Listopadowego zorganizowano kolejną wielką manifestację, na której odśpiewano pieśń, kiedyś skomponowaną na cześć cara, zmieniając słowa refrenu na: „ Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.

   Wobec  tych coraz śmielszych wystąpień ludności Warszawy, car, Aleksander II zalecał coraz surowsze represje. Podjął decyzję, że w razie większych demonstracji ulicznych, miasto zostanie zbombardowane z siedziby wojsk rosyjskich – Cytadeli. W tym czasie na terenie królestwa Polskiego stacjonowała 100 tysięczna armia rosyjska.

   Jednak było kilka grup przyszłych powstańców. Różnili się pochodzeniem i planami. Naturalnie władze carskie doskonale się orientowały  w tej sytuacji i postanawiały wykorzystać tę niejednorodność przyszłych  przywódców powstania. Jednych nazywano białymi, innych czerwonymi. Czerwoni planowali początek powstania w czerwcu ale Rosjanie celowo zaplanowali  wielką styczniową  brankę Polskich chłopaków do carskiego wojska i tym samym spowodowali przyspieszenie terminu .

I oto mroźnego styczniowego dnia rozpoczęło się powstanie.  Obejmowało tereny zaboru rosyjskiego . Początkowo tylko w  Królestwie Polskim, ale jak fala rozlewało się dalej na wschód, na obszary zabranych Polsce ziem Litwy, Białorusi i częściowo Ukrainy. Do terenów Księstwa Litewskiego  dotarło 1 lutego 1863 .

   W wojskach powstańczych służyło łącznie ok. 200 000 ludzi, z czego  jednocześnie w walkach brało udział ok. 30 000  żołnierzy. Mimo początkowych sukcesów, nadeszła wiosna 1864 r.  a z nią  dzień ostatni. Ten  największy polski zryw niepodległościowy,  Powstanie Styczniowe,  zakończył się klęską ….   

  Do upadku powstanie przyczynili się też Francuzi, gdyż  w 1862 r. zawarli porozumienie z Rosjanami, aresztowali powracających z Londynu Polskich emisariuszy, przekazali dokładny spis osób objętych siecią konspiracyjną i tajnych polskich pułkowników znad Wisły oraz opisali drogi przerzutów broni zza granicy.

   W walkach powstańczych zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Młodych, mądrych, kwiat polskiej inteligencji,  większość pochodziła z rodzin szlacheckich. W tej  suchej liczbie ukrywa się żarliwe kochające i młode umarłe serce mojego prapradziada, ojca Bolesława. Złapano i stracono  blisko 1000  osób .

Około  38 000  skazano na katorgę lub zesłano na Syberię.

10 000  powstańców ratowało się ucieczką i   wyemigrowało.

Po upadku powstania Kraj i Litwa pogrążyły się w żałobie narodowej.  A dookoła szalał terror zaborcy.

Wilno zostało spacyfikowane przez oddziały  Murawjowa Wieszatiela.

5.08. 1863 r. na stokach Cytadeli Warszawskiej zostali powieszeni członkowie władz Rządu Narodowego, m. in Romuald Traugutt.

   Zamykam Wikipedię, i widzę tysiące powstańców, gdy padają pod kulami Rosjan. Wśród nich jest mój prapradziadek. Może umierał z nadzieją wolnej Polski. Może już wiedział , że walka jest rozpaczliwa a  ten największy polski zryw wolnościowy umiera razem z nim. …

Jego grób pozostał bezimienny.

Serce żony pękło z bólu, a syn Bolek żył  pielęgnując dobre rodzinne wspomnienia i swoje prywatne cierpienie…..

Ot, taki wstęp do książki……..

„Wszyscy mamy takie nasycone przeznaczeniem obiekty – dla jednego będzie to krajobraz powracający jak echo, dla innego liczba – jedno i drugie starannie wybrane przez bogów, żeby przyciągało zdarzenia szczególnie dla nas znamienne (…)”[1]

W podtytule użyliśmy celowo określenia pejzaż. To obraz, czyli coś statycznego, w czym umieszczony może być też człowiek. Nieruchomy, bez możliwości ruchu, zatopiony w pejzażu na wieki… Jednak ten obraz może stanowić przestrzeń dla nieograniczonych skrzydeł wyobraźni osoby oglądającej. I oto nagle ten nieruchomy człowiek z obrazu wzlatuje ponad poziomy, obserwuje z perspektywy swoje środowisko – swoje krajobrazy, widzi i czuje, co trzeba zmienić, by życie stało się doskonalsze i bezpieczne. Człowiek uwolniony z martwego zdaje się obrazu potrafi walczyć o czyste powietrze, nie wyrzuca żywności, dba o otoczenie… Tak właśnie kształtuje swoje miasta, projektuje piękne domy, a tam, gdzie nie jest to możliwe, bo np. obowiązują ograniczenia przestrzeni związane z prostymi zasadami ekonomii, wprowadza małą architekturę, przyjazne placyki miejskie zanurzone w zieleni. Człowiek z obrazu może stać się nam przewodnikiem i inspirować do lotu, do działania… A może opowie swoją historię albo przekaże informację o budowniczych miasta, o słynnych architektach, o ich myśli, która tak bardzo się zmieniała na przestrzeni wieków. Tak, nasze kamienne miasta noszą w sobie cząstki ich duszy, którą można znaleźć, wpatrując się np. w smętne blokowiska. Ileż nadziei i pasji miał w sobie np. Le Corbusier, walcząc o słoneczne, jasne mieszkania i jak idea, nawet najpiękniejsza, może zostać zdeformowana, ale też i przez ludzi przywracana do dawnych marzeń… Wreszcie temat przestrzeni publicznych dla zabaw dzieci, żywy dopiero od końca XIX w. Może opowieści o Ogródkach Jordanowskich dla dzieci – od nazwiska lekarza Henryka Jordana, pomysłodawcy i założyciela pierwszego takiego ogrodu w Krakowie – czy Ogrodach dziecięcych im. Wilhelma Ellisa Raua w Warszawie przywrócą wiarę w człowieka, powołanie i bezinteresowność. A może opowieści o nich wzbudzą chęć posiadania własnych dzieci, tak bardzo potrzebną w obecnym czasie dramatycznego wręcz spadku liczby urodzeń. Bo chyba nie ma piękniejszego widoku niż szczęśliwe dzieci. Młodość może przekazać nam, starzejącym się, odrobinę swojej radości, wiary w świat. „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat” – mawiał często Janusz Korczak, a te słowa są stale zawieszone w sieci i powielane. Jakże często teraz trafiają na ścianę milczenia…

Bywa, że oglądającemu obraz miasta z zatopionym w nim człowiekiem nie udaje się zauważyć, że domy „mówią”, że w każdym mieszka czyjaś dusza – nie tylko architekta, urbanisty, ale też człowieka, który tam zamieszkał. Nie czuje tego oglądający, który jest zbyt zajęty codziennością, bywa, że za maluczki, zbyt przyziemny, wyobraźnię ma uśpioną, nie jest przepełniony modną teraz mindfulness, czyli uważnością, która oznacza nie tylko wrażliwość, widzenie tego, co wydaje się niewidoczne, cieszenie się tym, co teraz, ale też akceptację po pierwsze – siebie a co za tym idzie – innych. Zwykle więc mieszkający w mieście wędruje swoimi ulicami, ale najczęściej pędzi do szkoły czy pracy albo do supermarketu czy centrum handlowego, zajęty swoimi myślami, np. o tym, co ugotować albo jak spłacić kredyt. A może ratując swoją higienę psychiczną, jednak się zatrzyma i nagle zauważy choćby jeden, maleńki, piękny fragment – jeśli nie jakiegoś budynku, to może drzewo, przy którym stanął, albo kwiatek, a nawet chwast, który z wielką siłą niespodziewanie wyrasta przytulony do muru. Jeśli nasz uważny wędrowiec miejski tego nie znajduje, to zagapia się na niebo, gdzie zwykle odbywa się istny różnorodny spektakl. Wtedy nagle przychodzi do niego chwila, a właściwie minichwila ulotnego szczęścia zwanego też hygge… Człowiek ów wraca do swojej niezbyt urodziwej kamienicy z zapamiętanymi obrazami, nasycony optymizmem, że życie jest piękne i żyć warto. Jeśli może, to czasem opuszcza nieprzyjazne miasto i choć na chwilę „dotyka” przyrodę naturalną bujną, sycącą nie tylko płuca świeżym powietrzem, ale też wszystkie zmysły.

Jeśli jest zmuszony pozostawać w obrębie swojego mieszkanka, cieszy się jego przyjaznym wnętrzem, które kiedyś, gdy miał jeszcze więcej sił tak starannie ozdabiał. Teraz to widzi lub czuje – ciepło własnego domu, które daje siłę.

 Czasami, co warto też zauważyć, pomocą w oderwaniu od brutalnej nieraz i nieciekawej rzeczywistości bywa żywy kontakt ze swoją wiarą, a także z ludźmi, którzy odeszli. A zatopiona w kamieniu cmentarnym pamięć jest stale żywa. Wystarczy odwiedzić jakikolwiek cmentarz, nawet opuszczony, i pomyśleć o życiu, przemijaniu, odradzaniu w pokoleniach. Pomyśleć o tym, że ludzie od wieków cierpieli i kochali tak samo jak my, współcześni. I przeżyli swoje życie lepiej czy gorzej – odwiedzanie cmentarzy – dla wielu osób to złapanie oddechu i dystansu do codzienności. Bo „wieczność czeka”, co nieraz można przeczytać na starych nagrobkach – może to przekaz dla żywych, by nie tracili wiary i umieranie postrzegali jako część życia, po prostu jego kontynuację. Daje to spokój, a na pewno może być to iskierka optymizmu, dana człowiekowi współczesnemu zmagającemu się codziennie ze stresem cywilizacyjnym.

O tym wszystkim i o wielu jeszcze tu niewymienionych problemach traktuje ta książka. Wiemy z własnego, bogatego i zbieranego przez dziesiątki lat lekarskiego i życiowego doświadczenia, że higiena psychiczna determinująca zdrowie psychiczne i somatyczne jest najważniejsza. Człowiek, który ma wiedzę o sobie, kochający siebie i świat potrafi przenosić góry. Żadne wytyczne dotyczące dbałości o zdrowie fizyczne, jak np. podawanie norm odpowiedniego stylu życia – bez interakcji z odbiorcą to tylko puste słowa. Ważne jest bowiem zrozumienie siebie, swoich potrzeb, ba, nawet pokochanie siebie, by dopiero potem owe wytyczne zaakceptować i z wielkim przekonaniem oraz siłą woli realizować w praktyce. Jeśli tak się nie dzieje, zalecenia higienistów, lekarzy pozostają bez reakcji, są tylko hasłami, odbijającymi się jak od ściany niezrozumienia siebie i znaczenia zaleceń.

Zadbana własna higiena psychiczna, pięknie dojrzała, dorodna – jak przedstawiana na obrazach czy pomnikach jej bogini Hygea – podnosząca wartość własnego zdrowia psychicznego, umożliwia oddalenie od siebie wielu chorób, a w przypadku gdy te się pojawiają – ułatwia pracę lekarzom, pomagając w terapii i poprawiając jej efekty… Bogini ta podaje pomocną dłoń człowiekowi, który zgodnie z zegarem biologicznym i kalendarzem ulega procesowi starzenia się. Jednak otoczony opieką Higieny, którą niejako symbolicznie wyhodował w sobie, starzeje się pogodnie, żyje dlużej, „nie dodając lat do życia, ale życia do lat” zgodnie z słowami chirurga, filozofa, twórcy nowoczesnej transplantologii, noblisty Alexisa Carrela[2]. Bo każdy etap życia może być ciekawy, a świat zawsze może zachwycać.

Horacy w swoich Pieśniach proponował (1, 11, 8)[3]: „Łapmy dzień” (łac. Carpe diem). Johann Wolfgang von Goethe w dramacie Faust wydanym w 1833 r. pisał: „trwaj chwilo, jakże jesteś piękna!”[4].

Autorzy tej książki starali się pokazać, jak bardzo subiektywne, jak i szerokie są znaczenia triady Witruwiusza – użyteczność pojmowana nie tylko jako wygoda ale też możliwość pozytywnego odczuwania dzięki dobremu zdrowiu – bo jakże inaczej postrzega świat człowiek z chorym ciałem albo z chorą duszą. Trwałość witruwiańska to nie tylko mocna, niegrożąca zawaleniem się budowla, ale i pozostawanie obiektów na jednym miejscu przez długie lata, co daje człowiekowi poczucie bezpieczeństwa. A Piękno… o, ten temat jest rozległy i odwiecznie niezdefiniowany. Piękno jest w nas… Zauważał  ten problem także czołowy przedstawiciel polskiej fantastyki naukowej, filozof, futurolog Stanisław Lem (1921-2006)[5]: „Tylko odbijając się w naszych oczach, które patrzą, kształty materii nabierają piękna i znaczenia”[6].

A dlaczego o tym wszystkim piszemy? Chcemy zarazić młodych adeptów sztuki nie tylko medycznej myślami i działaniami otwierającymi się na szerokie przestrzenie higieny dotykające każdej specjalności medycznej, a nawet technicznej czy społecznej. Działaniami otwierającymi na dobre życie. Jakże skromnie brzmią słowa słynnego nie tylko z działań na polu medycyny, ale też filozofa, psychologa, etyka i wyśmienitego pisarza profesora Andrzeja Szczeklika (1938-2012)[7]: „W gruncie rzeczy medycyna to bardzo humanistyczna nauka”[8]. I to jest też nasze, starych lekarzy, oraz tej książki przesłanie.

Recenzowana książka pt. Higiena psychiczna w krajobrazach miejskich. Poszukiwanie triady Witruwiusza: użyteczności, trwałości i piękna, wydana przez Uniwersytet Zielonogórski ukazała się w tym roku….


[1] V. Nabokov, Lolita, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1991.

[2] A. Carrel (1873-1944), pracujący w USA, francuski fizjolog, twórca nowoczesnej transplantologii, Noblista i zwolennik kary śmierci, autor filozoficznej książki: Człowiek istota nieznana (1935). Wyd. pol., Wydawnictwo: Trzaska, Evert, Michalski, Warszawa, 1938.

[3] W. Tatarkiewicz: Historia Filozofii, t 1. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1981.

[4] J.W. von Goethe, Faust (pierwsze wydanie 1883), Wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław, 2017.

[5] https://culture.pl/pl/tworca/stanislaw-lem

[dostęp 14.01.2022]

.

[6] S. Lem, Astronauci, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa, 1951.

[7] https://culture.pl/pl/wydarzenie/profesor-andrzej-szczeklik-nie-zyje

[dostęp 14.01.2022]

.

[8] A. Szczeklik, Medycyna to sztuka rozmowy, https://wyborcza.pl/7,75402,11083642,prof-andrzej-szczeklik-medycyna-to-sztuka-rozmowy.html

[dostęp 14.01.2022]

.

I tak życie się plecie…..

I tak życie się plecie

Przed dwoma dniami otrzymałam przemiły mail, który poruszył moje serce.

Dawno nie zamieszczałam w blogu żadnych tekstów, może z zadumy nad przemijaniem – bo wszak ostatnie wpisy były pożegnaniem Zupełnie Niezwykłej Koleżanki ze studiów, której pasje i radość życia a też odwaga siła zawsze zachwycała….. ale widać, że przyszła pora na zamieszczenie tej korespondencji. A może Małgosia Happach zagląda zza chmur i znudzona blogiem wysłała imperatyw, by wreszcie o czymś innym było…..

tak więc zaczynamy: Przed dwoma dniami otrzymałam przemiły mail, który poruszył moje serce………….

Pani Redaktor Silva Rerum z wydawnictwa, które pięknie wydało na świat nasze dzieło pt. Tatuaże. Gdy ciało staje się tłem, przysłała mi taki oto mail (adresowany do mnie). Jednak istnienie w przestrzeni wirtualnej to możliwość otwierania różnych, zda się pozamykanych drzwi. Pisze dawna Pacjentka- Agnieszka- znalazła mnie w „chmurze”,  a nie mając adresu mailowego poszukiwała dalej i trafiła do wspomnianej Redakcji. Ależ to życie się plecie i podąża niezbadanymi niespodziewanymi szlakami. Oto cała nasza korespondencja dosłownie skopiowana:  

Witam

 Niedawno trafiłam na blog Pani Zofii Konopielko Na medycznej ścieżce, który przeczytałam z wielkim zapałem . Szczególnie fragmenty które dotyczyły szpitala na Siennej, w którym była lekarzem i współpracowała z Panią Czachorowski i Panią Madejczyk. Ja w roku 1979 może 1980 byłam pacjentka Pani Czachorowskiej i Madejczyk. Właśnie tu powstaje moje pytanie czy jako redakcja mają Państwo kontakt do Pani Zofii i mogli by poprosić aby podała mi swój adres email. Chętnie podpytała bym się o w/w doktórki.

Proszę o informację w powyższej sprawie, jeżeli Pani Konopielko nie będzie miała ochoty podawać adresu nie będę żywić żadnej urazy i zrozumiem podjętą decyzje.

Pozdrawiam

Z wyrazami szacunku

Agnieszka N.

Odpowiedziałam od razu:

Witam.

Pani Redaktor Silva Rerum przysłała mi mail od Pani. To niesamowite że Pani dotarła po przysłowiowej „nitce do kłębka”.

Miło że jakieś wspomnienia. A to już tyle lat…

Dr Zofia Madejczyk dawno nie żyje, też dr Hanna Peńsko natomiast dr Monika Czachorowska pomimo wieku w bdb formie. Czasem dzwonię. 

A czy może Pani przypomnieć swój problem ? Bo nazwisko jakbym pamiętała- 1 maja 1981 roku przeszłam do Centrum Zdrowia Dziecka I tam pracowałam do emerytury. Pozdrawiam najserdeczniej 

Dobrego Dnia 

Zofia Konopielko 

Witam.

Niezmiernie się cieszę że Pani się odezwała . Parę dni temu tak mnie tknęło żeby poczytać historię szpitala na Siennej i tak trafiłam na Pani blog. Byłam w szpitalu mając około roku tak więc w 1979 roku przyjęta z zachwianiami równowagi, nie chodząca. Mama wspominała że to w tym szpitalu właśnie zaczęto mnie badać chcąc ustalić diagnozę. Jak mnie przyjęto obłożono mi łóżko poduszkami ponieważ miałam poobijaną główkę od szczebelek łóżeczka w poprzednim szpitalu. Zdiagnozowano u mnie zapalenie móżdżku. Do dziś pamiętam jak jeździłam na kontrolę do szpitala a Pani dr Czachorowska zwoływała wszystkich studentów lekarzy i mówiła:

”Patrzcie to nasz mały kidsborneg”. (nie wiem czy brzmi to prawidłowo ale takie słowa pamiętam). Miałam już wtedy może 7 lat i byłam już zdrowa , a i jeszcze ten młoteczek którym stukała mnie w kolano a noga sama odskakiwała (było to dla mnie wtedy takie dziwne ) 🙂

Czytając bloga widziałam że wstawiała tam Pani zdjęcia dr Matejczyk niestety ale ja nie mogę ich odczytać na żadnym z komputerów czy jest możliwość aby przesłać mi te zdjęcia. 

Proszę pozdrowić ode mnie dr Czachorowską i wspomnieć że moi rodzice również cały czas pamiętają i miło wspominają .

Jeszcze raz dziękuję za odzew i serdecznie pozdrawiam

Agnieszka N.

Moja odpowiedź

Zadzwonię do P. dr Czachorowskiej – przekażę pozdrowienia. Mam nadzieję, że jest jeszcze w formie- dawno nie dzwoniłam.

Odpiszę Pani…jeśli będzie ok

Mój blog uratowałam przy pomocy znajomego informatyka w ostatniej chwili, bo Wirtualna Polska likwidowała całą platformę blogową. Niestety zdjęcia się nie uratowały. Też przepadły w moim starym laptopie. Napisałam do córki dr Madejczyk, do USA – kiedyś miałyśmy luźny kontakt – poprosiłam o zdjęcia. Na razie cisza.

 Cieszę się, że wspomnienia z Siennej pozostały miłe – wszak warunki były spartańskie. Wspominam ten szpital i profesjonalizm lekarzy – oczywiście głównie dr Czachorowską z rozrzewnieniem. Nauczyła mnie tak wiele….zostało…. potem już zajmowałam się nefrologią w CZD. A teraz na emeryturze piszę z kolegami książki – właśnie już wydrukowana 5. Ponieważ oni zajmują się higieną – z przyjemnością zagłębiam się w te obszary, bo dotykają całej medycyny i nie tylko. A że lubię pisać (może ślad genów kuzynki babci- Marii Rodziewiczówny) to zajęcie cudowne. Tym bardziej, że dożyłam czasów gdzie internet jest oknem na świat. Np. bez trudu wchodzę do Waszyngtońskiej Biblioteki medycznej 🙂

Pozdrawiam najserdeczniej

ciekawam co u Pani- praca rodzina etc

Z.K.

Witam

Dziękuję bardzo za chęć odzyskania zdjęć . Z Siennej pamiętam te szyby które oddzielały sale od korytarzy i do których nikt nie mógł wejść. 

Ja jeździłam na kontrolę na Sienna do 14 roku życia. Skończyłam szkołę wyszłam za mąż mam dwoje dzieci, na szczęście zdrowych i bardzo rzadko chorujących. Po chorobie został mi chyba tylko uraz do zastrzyków do dnia dzisiejszego się ich boję J.

Raczej jestem osobą bardzo mało chorująca i jedyne co mi dokucza to zatoki więc nie ma na co narzekać.

Jeszcze raz dziękuję za zaangażowanie w kwestii zdjęć i mam nadzieję że dr Czachorowska ma się dobrze. A jeśli można się dowiedzieć to ile lat już ma Pani Czachorowska?

Spróbuję odnaleźć Pani książki i znaleźć czas aby chociaż jedną przeczytać. Co prawda pracuje w biurze i nie mam nic wspólnego z medycyną ale zawsze ciekawiły mnie medyczne sprawy J . Córka moja lat 18 uczy się w technikum weterynaryjnym więc to też prawie medycyna. 

Życzę kolejnych sukcesów i książek.

Pozdrawiam

Agnieszka  N. 

I to by było na tyle…. Aż na tyle

Oj życie się plecie…..

bo wszak wpisy o pracy w nieistniejącym szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul, Siennej (teraz tam jest Muzeum Getta) zamieściłam w 2013 r. I gdzieś tam krążąc wróciły….

Jest wzruszenie tkliwość ale też ślad dumy a może tylko….zadumy

Małgosia Happach nadal jest z nami….


Zdjęcie Małgorzaty Happach z d. Hałdyj i poniższy tekst Pożegnania otrzymałam od Jej siostry- Iwony Wilkońskiej

Kochana Małgosiu,

Wczoraj do późna w  nocy oglądaliśmy filmy na których nas rozbawiasz i taką chcemy Cię zapamiętać.

 Strasznie trudno jest się pogodzić z Twoim odejściem.

Byłaś ogromną indywidualnością. Osobą nieprzeciętną. Tak było od zawsze.

W szkole najlepsza uczennica, wspaniała recytatorka, dziewczyna uzdolniona artystycznie, gwiazda kółka teatralnego w Krasnymstawie.

Matura w wieku 17 lat.

Byłaś trochę za młoda i wstydziłaś się powiedzieć rodzicom, że chcesz zostać  aktorką.

Twoim marzeniem było granie na  scenie, a jednak wybrałaś studia medyczne.

Marzyłaś o wyjeździe do Afryki jako lekarz. Przygotowaniem do tej przygody były studia na wydziale afrykanistyki, gdzie zaraz w październiku spotkałaś cudownego chłopaka. Miał wszystkie cechy prawdziwego mężczyzny: rycerski, odpowiedzialny , ujmująco miły. A przy tym przystojny. Witek gdańszczanin miał podobne pasje : góry, sport, Afryka….

Wielka miłość z wzajemnością.  Ślub , a potem dzieci. Najpierw Blanusia, a półtora roku później Mareczek. 

Ten radosny czas trwał bardzo krótko. Dwa tygodnie po urodzinach synka Witek zginął w wypadku samochodowym.

Tragedia niewyobrażalna.

Od tej chwili musiałaś być herosem, bohaterką.

 I byłaś nią. Pracowałaś ponad siły,  robiłaś kolejne specjalizacje, starałaś się zapewnić Blance i Markowi normalne życie.  Mimo ciągłych trudności finansowych zabierałaś  dzieci  w góry, nad morze, na żagle.

 Chciałaś żeby były wysportowane i szczęśliwe.

Blanka i Marek wyrosły na mądrych, szlachetnych ludzi.

To Twoja zasługa Małgosiu.

 Mimo takich ciężkich życiowych doświadczeń byłaś osobą pogodną, otwartą na świat i ludzi.

Miałaś ogromne poczucie humoru, umiałaś się śmiać

 z samej siebie i wszędzie wychwycić zabawne sytuacje.

A poza tym byłaś ogromnie wrażliwa na piękno . Umiałaś tyle wierszy i prozy na pamięć.

 Miałaś swoje ulubione obrazy.

I  ciągle się kimś zachwycałaś.

Najwięcej mówiłaś chyba jednak o ostatniej pracy na Majdańskiej. Byłaś pełna podziwu dla rehabilitantów, którzy tak skutecznie przywracają ludziom sprawność. Jacy oni są mądrzy- słyszałam. Zachwycałaś się Iwonką i Mikołajem. Innymi też.

Byłaś bardzo wierna w przyjaźni.

 Jeśli ktoś potrzebował pomocy byłaś przy nim natychmiast.

Każdego  wyrywałaś  od śmierci. Nie godziłaś się z odchodzeniem ludzi.

Zawsze szukałaś jakiegoś sposobu ,żeby ulżyć w cierpieniu, przedłużyć życie.

  Byłaś też bardzo wrażliwa na losy Ojczyzny.

 Czytałaś nam często na głos wzruszające fragmenty z literatury poruszające tematy  związane z Polską.

A czytałaś pięknie!

Dla mnie Małgosiu byłaś cudowną ,kochającą siostrą, towarzyszką wszystkich wypraw, przygód narciarskich  i artystycznych.

 Grałaś nawet w „Weselu” wystawionym po francusku. Ja byłam Radczynią, a Ty Kliminą.

 Powtarzałyśmy sobie tę rolę na wyciągu w Białce.

Kochana Małgosiu, nie wypowiem swego żalu, ale wiem, że tak chciał  Bóg.

 Wiem też, że zawsze byłaś pod wrażeniem pożegnań odczytywanych w imieniu zmarłych na pogrzebach.

Dlatego chcę dzisiaj ja w Twoim imieniu pożegnać tych, których kochałaś.

 Żegnasz Blankę i Marka, dzieło Twego życia,  Jarka , Marlenę, swoje Wnuki: Stasia, Antosia i Karolka, brata Michała,  Joasię, Ewę z mężem  Krzysztofem i Marianką, Iwonkę-swoją siostrę, Jurka i Misię, ich córeczkę Rozalkę .

 Delfinę czyli Nulkę, z której byłaś zawsze dumna, Antka-chrzestnego  syna , Wojtka, Wiesia, Hanię i Jacka. Wojtkowi dziękujesz szczególnie za długie spacery po Piastowie, kiedy byłaś już ciężko chora.

 Wiesiowi za opiekę w domu.

Żegnasz przedstawicieli Bobrowa i całej rodziny Haładyjów od strony Tatusia.

Żegnasz Ulę i rodzinę Fideckich.

 Żegnasz też  z całego serca swoich Przyjaciół.

 Kiedy byłaś już chora najczęściej wołałaś „ Basiu, Basiu.

Chodziło Ci o Panią Basię Regulską, która pomagała Ci najdłużej i zawsze umiała się z Tobą porozumieć, nawet wtedy kiedy inni już nie mogli.

Żegnasz Basię i Darka Laskowskich, którzy byli 

 w twoich oczach przykładem na to, że małżeństwo jest wspaniałym sposobem na życie.

Zegnasz kochaną, zawsze pełną życia kuzynkę Marysię Haładyj.

Żegnasz swoje cudowne koleżanki : Lidkę  Stubińską z Baszkiem i Mieszkiem, którymi byłaś zachwycona, Pana Krzysztofa zawsze gotowego ,żeby poradzić w skomplikowanych sprawach, Ewę Dzierżawską, Zosię i Grażynkę Konopielkę, jej syna Jasia, Mirka Konopielkę, który zawsze służył radą, Marysię Garstecką, Alę Świetlicką i  najlepszą przyjaciółkę  z czasów  liceum- Malinę Matysiak.

Żegnasz dr Klimczaka, który w pewnym okresie  stał się  legendą i był cytowany bardzo często ”A Klimczak powiedział”….”A Klimaczak uważa,że…”

 Żegnasz dr Moskalewicz, której życzliwość zawsze odczuwałaś. Iwonkę z działu szkoleń w Instytucie Reumatologii.

Żegnasz dr Wasiaka  z przychodni reumatologicznej na Kena, gdzie tak dobrze Ci się pracowało. Bardzo lubiłaś Córki Pana Doktora, które pracowały w administracji

i też na pewno chcesz im podziękować za serdeczność, którą Ci okazywały.

Żegnasz na pewno  wspaniałą grupę młodych rehabilitantów z ulicy Majdańskiej Iwonkę, Mikołaja,

 Dr Tomasza, dr Muszyńską. Tę pracę kochałaś!

 Żegnasz Małgosiu żeglarzy, Basię, Darka, Państwa Żaglewskich.

 Żegnasz Pana Rajmunda  Sznabla z żoną i synami.

Żegnasz przyjaciół twojej siostry, którzy zawsze Cię bardzo lubili : Anię i Mirka z Piastowa, Dorotę Korkozowicz, Iwonkę i Artura Mączkę, Misię i Michala Heine.

Żegnasz  zawsze wiernych  teściów Jurka  ze Śląska:  śliczną Basię i Leona , żegnasz Halinkę Pawłowską  z  którą  spędziłaś wiele miłych chwil i która zawsze gościła Cię wraz z Iwonką w Krasnymstawie., kiedy nie było już domu rodzinnego na Czerwonego Krzyża.

Żegnasz sąsiadów z ulicy  Sonaty 2, Rodzinę Państwa Regulskich, Panią Grażynkę  , Księdza z tej samej klatki schodowej, żegnasz Księdza Maja, byłego Proboszcza Parafii św. Katarzyny , córki Pani Danusi z przeciwka.

Żegnasz wszystkich tych, którzy przyszli tu dzisiaj i stoją zasmuceni.

Prosisz o przebaczenie tych, których nie wymieniłam.

i  serce Ci pęka , bo chciałabyś jeszcze z nami być, rozbawiać nas,  rozśmieszać, ale  tam  na drugim brzegu  u  Pana Boga czeka kochający  Witek, Rodzice, Dziadkowie….

Chciałabyś powiedzieć kocham Was, bądźcie zdrowi, żyjcie długo,  dbajcie o Polskę, niech Was Bóg strzeże. brońcie Polski!

  Małgosia

Niezwykła koleżanka ze studiów- Małgosia Happach.

Powyżej skopiowane w całości Pożegnanie dr Małgorzaty Happach,  zamieszczone na stronie Narodowego Instytutu Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji im. prof. dr hab. med. Eleonory Reicher w Warszawie przy ul. Spartańskiej.

https://spartanska.pl/pozegnanie-dr-malgorzaty-happach/

Był 1969 r. i właśnie rozpoczynaliśmy piąty rok studiów na ówczesnej Akademii Medycznej (obecnie Uniwersytet Medyczny) w Warszawie, kiedy  do naszej studenckiej grupy przybyła Dziewczyna o pięknych  ogromnych okrągłych jakby wiecznie zadziwionych światem oczach.  Od razu zaskoczyła swoim bezpośrednim sposobem bycia, śmiechem radosnym, iskrzącą się inteligencją, ciętymi jak brzytwa ripostami i celnymi przycinkami, które w ogóle nie bolały.

Małgosia wówczas jeszcze Haładyj, jakby nie pasowała do naszej gromadki medyków – czuło się, że fruwa gdzieś wyżej i szerzej… Ale okazało się, że to Ona dała nam skrzydła fantazji, radości i obszernej humanistycznej a wręcz holistycznej wiedzy.

Miała Serce na dłoni spiesząc z pomocą i tak było przez długie lata późniejszej znajomości.

I tak jest teraz gdy przeniosła się na drugi brzeg i pewnie zabawia samego Pana Boga opowieściami z humorystyczną pointą. Tak, w tym monotonnym bo  bezgrzesznym   Niebie była wszystkim bardzo potrzebna. I dlatego Anioły przekonały Stwórcę by Ją zaprosił. I poszła na Jego wołanie jak zawsze ciekawa Innego.

A teraz z jakiegoś obłoku macha do nas i zaprasza. Chodźcie tu- a zobaczycie jak jest ciekawie i pięknie. Cały ludzki świat mam teraz u stóp i wreszcie, tak jak zawsze chciałam, widzę Wszystko, nawet to co zakryte….

Małgosia jest z nami na zawsze- zespolona wspólnymi wspomnieniami, wiemy, że czuwa nad swoją Rodziną, Przyjaciółmi, Pacjentami bo taką po prostu ma naturę. Do zobaczenia Małgosiu…


Tekst 12 letniej wnuczki Mai

Czerwone zadanie

Po wielu latach oraz miesiącach Ender wreszcie znalazł planetę na

której może zostawić kokon. Planeta ta była 2000 tys. km od Ziemi.

Wyglądała jak ziemniak, to znaczy taki miała kształt. Była koloru

czerwonego, a wokół niej wirowały kamienie. Na planecie było zielono

i naturalnie. Wyglądała od środka podobnie do Ziemi.

Wreszcie gdy dotarli, to Ender zobaczył, że tam czas leci inaczej,

i wygląda i czuje się jak dwudziestolatek.

Na planecie zbudował mały kamienny domek. Hodował tam

długo wśród roślin i skał kokon. Aż wreszcie kokon przemienił się w

robala. Właściwie Ender nie widział tego, jak przemienia się w robala,

było akurat bardzo ciemno w tej chwili. Znalazł tylko pusty kokon. Jak

to zobaczył, to się bardzo przestraszył. Jednak po chwili już się nie bał,

bo wiedział, że na planecie są idealne warunki do życia.

Po kilku dniach Ender zobaczył, że coś porusza się pośród traw.

Poszedł zobaczyć co to jest. W trawie zobaczył coś dziwnego, ale

zarazem ślicznego, wyglądającego jak wróżka. A to wygląd miało taki:

duże zielone oczy, na których były długie rzęsy, średniej wielkości

malinowe usta, mały zgrabny nos, bladawy kolor skóry, małe uszy,

szczupłą sylwetkę oraz długie i falowane kasztanowo – białe włosy.

Lecz najdziwniejsze w jej wyglądzie było to, że na głowie miała dwa

średnie czułki jak u motyla oraz, że z pleców wystawały jej prześliczne

czarno-różowe skrzydła, co dawało jej totalny wygląd wróżki.

Po chwili patrzenia na te piękne stworzenie Ender spytał:

– Hej, jak się nazywasz?

– Nie wiem… prawdę mówiąc… chyba nie mam imienia –

odpowiedziała nieśmiało istota.

– Jak to? Każdy ma przecież imię – odpowiedział głupawym tonem

Ender.

– No, to ja nie jestem każdym. Tak na prawdę to normalne u nas…

odpowiedziała.

– U jakich nas? Że u wróżek ? – Zapytał.

– Nie głupi u ….. to mówiąc zawahała się na chwilę.

– Coś się stało ??? Spytał Ender

– Nie tylko ja… ja.. nic nie pamiętam i…. Nie wiem skąd jestem ani

dlaczego akurat tu jestem…. Jedyne co pamiętam to, że urodziłam

się z kokonu – mówiła nadal niepewnym tonem.

– Zaraz, zaraz…. to ty jesteś tym robalem z kokonu. Myślałem, że

będziesz wyglądać ohydnie i że będziesz raczej chłopakiem lub

czymś w tym stylu, a ty natomiast jesteś dziewczyną i w dodatku

ładną… powiedział.

– Dziękuję za komplement, ale nie wiem o co ci chodzi -odpowiedziała

istota.

– Chodzi o to, że kiedyś dawno tak chyba około pięćdziesięciu lat

temu, toczyliśmy wojnę z robalami, którą wygrałem itd. itp. I później

znalazłem kokon więc postanowiłem zabrać go ze sobą .

– Chyba kłamiesz. Ty masz przecież…. Wyglądasz na maksymalnie

dwadzieścia lat – powiedziała -Ale….chyba sobie przypominam –

powiedziała w zamyśleniu .

– Tak, na prawdę na Ziemi miałbym z osiemdziesiąt lat, ale tu czas

biegnie wolniej i mam dwadzieścia, więc dobrze zgadłaś. Ale

mniejsza o to. Co takiego ci się przypomniało ???- zapytał Ender.

– To, że ja to pamiętam. Znaczy pamiętam wszytko o wojnie, jak mam

na imię, ile mam lat i tak dalej …powiedziała dziewczyna.

– Ale jak to, przecież wy nie macie imion, tak mi powiedziałaś, a poza

tym co ty możesz pamiętać, jak się dopiero teraz urodziłaś i jak

możesz wyglądać tak jakbyś miała osiemnaście lat?? – spytał Ender.

– To powiem ci wszystko, bo przypomniała mi się moja historia –

odpowiedziała.

– No to proszę powiedz -powiedział z uśmiechem.

– Dobrze, a więc.. Kilkadziesiąt lat temu zaczęła się wojna, nawet

chyba nie wiem dlaczego, ale wracając do historii, moi rodzice w

czasie brutalnej wojny woleli zostawić mnie w domu i dla ochrony

zrobili mi kokon żebym mogła tam dorosnąć, później nie wiem co się

stało i to tyle co pamiętam, a i na imię mam Lara – wiem, dziwne imię

jak na robala. To prawda, że oni wyglądają ohydnie, ale dotyczy to

tylko chłopaków, bo dziewczyny wyglądają tak jak ja. Jeśli chodzi o

mój wiek – przeliczając na to, że tutaj czas leci wolniej- to mam tak

około osiemnastu lat. To w sumie tyle. A ty jak się nazywasz, bo ja

nie 44wiem i twojej historii też nie znam – powiedziała Lara.

– Ok, ja mam na imię Andrew, lecz mówią na mnie Ender. To historia

długa i skomplikowana, a ja mam jeszcze trzy pytania. Pierwsze to,

czy nie jesteś zła za to, że przegraliście i drugie – skąd znasz mój

język oraz trzecie, to czemu właściwie tutaj i teraz hm.. jak to

powiedzieć, no może wyklułaś się – nieśmiało pytał Ender.

– Odpowiedź na pierwsze pytanie – nie jestem zla, nie chciałam

należeć do rasy tych robali. Odpowiadając na na drugie – wasz język

jest bardzo prosty, a trzecie hm… sama nie wiem – tak po prostu ..

Odpowiedziała Lara z uśmiechem.

– Ok, to co chcesz robić teraz ? -zapytał Ender.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo nagle coś wylądowało obok domu

Endera. Coś co wyglądało jak statek kosmiczny. Ze statku wyszła

starsza kobieta, która od wejścia na planetę zmieniła się w młodą panią

i wtedy ..

– Valentine ??!!! Czy to ty?? !! krzyknął Ender ze łzami w oczach.

– Ender ???!! To ty… – powiedział ze łzami- co ty tu robisz ??? I kim

jest ta dziewczyna obok ciebie ?? Zapytała Valentine.

– No mieszkam… – odpowiedział Ender – ale co ty tu robisz???

I to jest moja koleżanka, ona jest … robalem – odpowiedział jakby

zawstydzony i spojrzał na nią, a ona się do niego uśmiechnęła, na co

poczuł ulgę, że jej nie uraził .

– A jak się nazywa ??? – Zapytała Valentine.

– Lara – odpowiedział Ender – Ona nazywa się Lara.

– Okej, miło mi. Ja jestem Valentine, siostra Endera. Powiedziała.

– Mi też miło … Powiedziała nieśmiało Lara.

– Jeszcze mi nie powiedziałaś co ty tu robisz Valentine?? Zapytał

Ender.

– Ja po prostu teraz podróżuję z moim mężem po planetach

i no w sumie tyle ……. Odpowiedziała zawstydzona Valentine.

– Jak to mężem ??!!! W tym wieku na ziemi miałabyś około

siedemdziesięciu lub osiemdziesięciu lat??? Spytał Ender.

– Tak, ale ja podróżuję po kosmosie, tu czas leci inaczej np. na tej

Planecie mam chyba dwadzieścia ileś czy coś… Odpowiedziała

Valentine.

– Okej, rozumiem, ale gdzie i kiedy się poznaliście oraz jak ma na imię

twój mąż???? Zapytał lekko zdziwiony tą sytuacją Ender.

– No, w sumie nie wiem kiedy, ale gdzieś już nie pamiętam na jakiej

planecie, on coś naprawiał i pomógł mi naprawić statek kosmiczny,

bo mój się zepsuł i tak dalej to się potoczyło … a na imię ma Chris.

– OK …powiedział Ender a zawołasz go ??? Zapytał.

– Tak. Odpowiedziała Valentine. – Chris choć tu.

– Cześć!! Powiedział Chris, który wyglądał na trzydzieści lat-

oczywiście tylko na tej planecie.

– Hej! odpowiedzieli Ender i Lara jednocześnie.

Po kilku minutach, czy godzinach rozmowy i wyjaśnień wszyscy

usiedli do posiłku . Na posiłek było mięso z ryby którą Ender z Chrisem

złowili wcześniej oraz takie dziwne warzywa wyglądające jak wiśnie ale

smakujące jak pomidory. Na deser, na ironie losu, były dziwne owoce

wyglądające jak pomidory, ale smakujące wiśnią. Po jedzeniu Ender

zapytał:

– C z y w y j u ż o d l a t u j e c i e ? ? s p y t a ł E n d e r

Valentine z Chrisem wymienili spojrzenia i powiedzieli, że już zwiedzili

wszystko to co chcieli w kosmosie. Że Ziemia już się im znudziła , a

poza tym tu jest tak samo wygodnie i że tu zostają. Wszyscy się

ucieszyli i powiedzieli że idą już spać.

– Gdzie będziecie spali ?? Spytał Ender

– Mamy w statku jak w domu, więc w nim. Dobranoc. Powiedzieli

z uśmiechem i poszli do statku.

– Ender….Gdzie ja będę spała? bo ja nie mam teraz gdzie.. Spytała

Lara.

– Możesz spać w moim łóżku, a jutro potem zbudujemy ci twoje. Ja

będę spał na hamaku.. Odpowiedział Ender.

– Okej, dziękuję. Powiedziała Lara i pocałowała go w policzek.

– Proszę bardzo. Odpowiedział zarumieniony Ender.

– Dobranoc- Powiedziała Lara.

– Dobranoc – Odpowiedział Ender.

Następnego dnia działo się bardzo wiele rzeczy. Ender powiedział

Larze, że się w niej zakochał. Ona wyznała mu to samo. Ale to nie był

koniec ekscytujących wydarzeń… Chrisa zjadła prawie dziwna ryba.

Mijały miesiące, aż w końcu Ender oświadczył się Larze. Był ślub i

wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

KONIEC

Maja Konopielko, lat 12

Warszawa – Śródborów, 04.2021