Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 3 ). Samotny bój o dostęp do edukacji .

Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                               pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

    Wiosna roku 1919 była dla mnie najprzykrzejszym okresem czasu, jaki w swoim życiu miałem. Był to okres głodu i panowania w naszej wsi choroby- krwawki ( czerwonki  ). Maluczko było zasiane u nas zboża ubiegłego roku, bo nie mieliśmy czym siać, to też i zebraliśmy niewiele. Jadłem chleb w osiemdziesięciu procentach z plewami, bo, nawet jego nam zabrakło w miesiącu czerwcu.

A więc odżywiałem się wraz – już ośmiu rodzeństwem tj. czterema braćmi i tyloma siostrami, zacieraczką na pół z plewami i trawami.

Wczesną wiosną, gdy mieszkańcy naszej wsi odkopywali jamy, do których żołnierze rosyjscy zlewali nie zjedzoną zupę- biwakując w lesie, towarzyszyłem im w tej pracy, biorąc czynny udział. 

Nie do uwierzenia – ci ludzie , po odkryciu takiej jamy pomyjnej, w której było do połowy- na metr lub więcej kaszy –  jedli ją z apetytem. Ja także , od odkryciu takiej jamy, spróbowałem ( skosztowałem) jeden raz chleba leżącego przez przeszło półtora roku w ziemi. Połknąć jednak nie zdołałem tego smakołyku dla innych . A więc wydobywałem tę tak zwaną przez nas” kaszę” nie dla siebie, ale dla świń.

Ta kasza, którą nosiłem najczęściej na plecach do domu, stała się dla mnie nieszczęściem, aż do czwartego kursu seminarium. Dźwiganie ciężarów w okresie, kiedy byłem odżywiany prawie trawą zabielaną bez chleba, spowodowało rozruszenie kanału  pachwinowego. A więc miałem przepuklinę, którą u nas na wsi nazywają „ kiłą”. Pomimo, że kryłem się z tą wadą , jednak wszyscy na wsi o tym wiedzieli i przy każdej nadarzającej się okazji nazywali mię „ kiłem” co było dla mnie największą obrazą. Za takie nazwanie mnie biłem każdego czym mogłem. Było to dla mnie prawdziwą męczarnią duchową – obcując z kolegami, rówieśnikami, którzy ironicznymi uśmiechami dawali mi do zrozumienia, że wiedzą jakim ja jestem.

Ażeby dalszemu rozruszaniu się kanału zapobiec, kupił mi ojciec w Wilnie pas, który nosiłem od 13 do 22 roku życia. Noszenie pasa krępowało mię wobec kolegów, z którymi się bawiłem i kąpałem. Będąc bez pasa, mogłem niejednego przekonać, że nie jestem takim, jakim mnie nazywają, gdyż przepuklina była niewielka i dla nie znających się na tym nie spostrzegalna. Trudno natomiast było przekonać któregoś, gdy spostrzegł , że noszę jakąś sprężynę. Ponadto ten pas po pewnym czasie stał się bardzo dokuczliwy , bo wrzynał się w mięśnie aż do krwi swoim żelazem, pozbawionym obszycia, chroniącego przed zadawaniem bólu. Nieraz z płaczem siedząc w kryjówce owijałem tę sprężynę szmatami, by się tak nie wrzynała w ciało. A ileż zabiegów musiałem przedsiębrać przy rozbieraniu się do naga, by nie dać poznać, że jestem z tą wadą.

       Będąc w takim stanie, nawiedziła mnie krwawa ( czerwonka), na którą nawiasem mówiąc chorowała cała wieś. Ta choroba, która trzymała mnie w swoich kleszczach przez przeszło dwa tygodnie, przyczyniła się jeszcze więcej do rozszerzenia kanału pachwinowego.

      Po powrocie do zdrowia nie miałem szczęścia do odpoczynku i wzmocnienia się na siłach. Musiałem zająć się pracą, którą wykonywała matka, gdyż ona- matka zapadła obłożnie na zdrowiu. Rolę gospodyni domu pełniłem od maja do późnej jesieni. Rola ta przypadła mi dlatego, że najwięcej wśród rodzeństwa wykazywałem zdolności do tej pracy. Ojciec mój nie potrafił sobie nawet słoniny rozkraszyć, a brat starszy odziedziczył właśnie cechy ojca w tej dziedzinie.

Praca moja przy kuchni ograniczała się do pieczenia blinów i gotowania prymitywnych potraw, jak kapuśniaka, kartoflanki i samych kartofli. Pomocnikami w tej pracy były małe siostry. Pełnienia obowiązków gospodyni, gdy nosiłem pas od przepukliny, było dla mnie męczarnią.

Ponadto byłem przez cały czas choroby matki pod wrażeniem, że ona może lada dzień umrzeć. Nie było w ciągu całego miesiąca prawie jednego dnia w któryby nie pogrzebano kogoś z niedawno zapadłych na zdrowiu.

Po skończonej pracy w kuchni siadałem na framudze okiennej i przyglądałem się zaledwie poruszającym się osobom o spuchniętych nogach, rękach i twarzy od głodu. Widziałem niejednego nieboszczyka, wiezionego na pobliski cmentarz i postępujących za nim paru osób, podobnych raczej do bałwanów ( z powodu opuchlizny)  , niż do ludzi. Te kondukty żałobne posuwające się co pewien krótki czas napawały mnie strachem, że moja matka też za niedługo odejdzie w zaświaty.

    Życie więc było istną męczarnią duchową i cielesną. Pociecha znikąd nie nadchodziła. Karmiłem młodsze rodzeństwo kartoflami oblanymi rzewnymi łzami z powodu wielkiego nieszczęścia. W takim stanie zdrowia i niepewności przeżyłem trzy miesiące.

    Skoro matka wracała do zdrowia, u mnie wracała energia do życia. Gdy wreszcie matka objęła swoje obowiązki przy kuchni, zdawało się, że wróciłem z piekła do nieba.

Czułem się naprawdę szczęśliwym dzieckiem. Wszystko się teraz do mnie uśmiechało.

I gdyby nie ten pas krępujący moje ciało i ruchy, byłbym dzieckiem szczęśliwym nadal przy boku matki. Ale wrzynanie się pasa w ciało, odbierało mi chęć do życia. Po roku życia w takim stanie przyzwyczaiłem  do takiego trybu życia. Przy cięższych pracach starałem się wyręczyć bratem lub ojcem. Zajęciem moim w 13, 14, piętnastym roku życia było odpasywanie kolejki za krowy, jeżdżenie na „ nocleg”( pasanie krów w nocy) i pomoc rodzicom przy uprawie roli.

       Tak upływają mi dni wiosną, latem i jesienią. Zimą pomagam ojcu młócić, karmić trzodę i krowy, rżnąć sieczkę , a wieczorami chodzę na wieś do rówieśników lub starszych chłopców, z którymi gram w karty na pieniądze albo bez pieniędzy.

       W 15 roku życia zacząłem myśleć o nauczeniu się jakiegokolwiek rzemiosła, bo pracy na roli i przy gospodarce nienawidziłem. Może i dlatego, ze byłem z pasem na biodrach, który mi mocno dokuczał przy każdej pracy wymagającej ruchu nóg i bioder.

Faktem było, że starszy brat cieszył się z dużej ilości zboża w stodole, ja wzdychałem patrząc na nie, bo wiedziałem, że trzeba będzie młócić cepami przez kilka tygodni.

       Jak mogłem, tak się wykręcałem od pracy potrzebującej dużego wysiłku z mojej strony. Ale pokazać ojcu, który pędził mnie do pracy, bez względu na mój stan zdrowia, że nie próżnuję , robiłem buty drewniane, wiązałem pantofle z powrozików, obszywałem różne sukmany i chodaki. Ta praca dawała mi zadowolenie, bo po jej dobrym wykonaniu zawsze dostawałem pochwałę od kogoś. Z największym umiłowaniem  wyplatałem koszyki pasąc czy to krowy , czy też konie. Wszystkie te prace wykonywałem co prawda z chęcią, ale nie dawały one mi nic na przyszłość. Zdawałem sobie sprawę, że rolnikiem nie zostanę. Po pierwsze dlatego, że ziemi miał ojciec mało- 4 ha, a po drugie jak już wspomniałem, nie lubiłem tej pracy.

     Rozpocząłem więc w 15 roku życia uczyć się u szewca, u jednego z szewców będących w mojej wsi. Chwalił mię majster za moją pilność i pojętność. Za parę miesięcy nauczyłem się zelować buty i nakładać łaty na nie. Po okresie zimowym nauka została przerwana na czas prac wiosennych i letnich.

     W tymże roku w jesieni została założona szkoła polska w naszej wsi. Otóż na prośbę moją oddał mnie ojciec do szkoły, która mieściła się w naszym domu. Przyjął mnie nauczyciel- były sierżant wojsk polskich – do drugiej klasy. Uczyłem się bardzo pilnie i wykazywałem bardzo dobre postępy w nauce. Jakimś prawem przesadził mnie nauczyciel z  klasy drugiej do trzeciej po czterech miesiącach nauki. I w tej klasie dawałem sobie radę. A więc w ciągu jednego roku szkolnego ukończyłem dwie klasy. W następnym roku uczęszczałem do klasy czwartej , mając już szesnaście lat. Byłem w tej klasie jednym z najlepszych uczniów, jeśli chodzi o opanowanie materiału.

Ojciec, który początkowo zaganiał mnie do pracy, odrywając od książki, w czwartej klasie już zachęcał do nauki. Ba, nawet prosił nauczyciela, by ten uczył mnie jeszcze po lekcjach. A więc przez prawie miesiąc pobierałem naukę dodatkowo, by być lepiej przygotowanym do wstąpienia do gimnazjum lub innej jakiejś szkoły. Nauczyciel mój miał się zająć doprowadzeniem mnie do egzaminu i ulokowaniem w jakiejś szkole. Po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej z wynikiem bardzo dobrym czekałem przez całe wakacje na swego pana, który, odjeżdżając na wakacje, obiecał przyjechać po mnie i zawieść do średniej szkoły.      Wakacje minęły i rozpoczął się rok szkolny 1923/24, a ja pozostałem w domu ze swymi marzeniami, bo” pan „zapomniał o obietnicy.

Gdy nadchodził początek roku szkolnego, prosiłem ojca, by się dowiedział, do jakiej szkoły można wstąpić, ale ten zajęty pracą i nie znający się na tych sprawach , zbywał mnie powiedzeniem :„  jak chcesz się uczyć, to idź, szukaj szkoły”- mówił po białorusku. Z bólem w sercu i łzami w oczach pasłem to krowy to konie i myślałem, czymże ja jestem gorszy od tych, którzy się uczą. Mocno zazdrościłem uczniom, którzy w różne święta wracali skądś w mundurkach do domu koło naszej wsi, a ja musiałem paść trzodę.

    Prosiłem Boga cichutko, by mi przyszedł z pomocą w urzeczywistnieniu marzeń- wstąpienia do szkoły średniej. Ani prośba do Boga ani też płacz, którym chciałem zmusić ojca do poszukania dla mnie szkoły, nic mi nie dały. Musiałem szukać sam czegoś. Było mi bardzo trudno, bo nie miałem nikogo znajomego, kto by mnie poinformował o bliskich szkołach średnich- o warunkach przyjęcia.

Sam byłem jeszcze za mało rozwinięty. Oprócz wsi własnej i pobliskiego miasteczka nie widziałem większych osiedli. Prawda, pociągiem jeździłem parę razy, gdy miałem jeszcze osiem lat. Mimo to, rozpocząłem sam poszukiwania.

      Któregoś dnia jesiennego- pewnie w niedzielę , gdyż w powszednim dniu nie miałem czasu, wybrałem się do pobliskiego miasteczka- Smorgoń- do księdza, z prośbą o poradę, gdzie znajdują się jakie szkoły, i jak się  dostać do którejś z nich. Dobra dusza ksiądz wskazał mi seminarium w Święcianach, które miało powstać dopiero. Mało tego. Poprosił w moim imieniu organistę , by ten się zwrócił z zapytaniem piśmiennie o warunkach przyjęcia. Poszedł więc list do dyrekcji nowo- powstającego seminarium nauczycielskiego. Ja z radością wprost nie do opisania wróciłem do domu i z biciem serca czekałem odpowiedzi. A gdy ta szybko nie nadchodziła, niecierpliwiłem się mocno i każdej niedzieli przez miesiąc chodziłem do organisty z zapytaniem, czy już nie nadeszła odpowiedź. W czwartą niedzielę powiedział mi organista, że  odpowiedź nadeszła na mój list i że nie jest ona wesoła, gdyż  seminarium w tym roku nie założono jeszcze, a ma ono powstać prawdopodobnie w następnym roku szkolnym. Było to dla mnie strasznym ciosem, ale nie traciłem nadziei, że mi się uda kiedyś osiągnąć mój cel.

    Na razie, gdy nadeszła zima, wybłagałem ojca, by mnie oddał do szewca do Smorgoń. Nie z tą myślą szedłem do szewca, by się nauczyć szyć buty, ale, żeby być blisko gminy. Zapoznać się z urzędnikami w gminie i później poprosić ich przyjęcie mnie na jakiegoś pracownika w biurze. Miałem o sobie zdanie, że potrafię ładnie pisać i załatwiać niektóre sprawy.

      Marzenie moje o wstąpieniu do gminy na pracownika spełzły na niczym.

       Praca u szewca nie zadawalała mnie, jednak przetrwałem przy tym warsztacie całą zimę. Z chwilą wiosny porzuciłem swego majstra i rozpocząłem szukać szkoły.

       Pewnej niedzieli pojechałem po raz pierwszy do Wilna ze znajomą przekupką z myślą, że mi się uda zapisać do jakiejś szkoły. ( Muszę wspomnieć, że jechałem bez zezwolenia rodziców. Pieniędzy na podróż nakradłem od krewniaka, który mieszkając u nas handlował krowami) . Gdy moja towarzyszka podróży sprzedawała swój towar, ja udałem się na poszukiwanie szkoły. Spotkałem jakiegoś chłopaka na wąskiej ulicy i zapytałem go szkołę średnią. Wyjaśniłem mu moją wielką chęć wstąpienia do szkoły i uczenia się. Chłopiec- do posług- zrozumiał mnie i zaprowadził do jakiegoś dużego gmachu, gdzie uczyli się klerycy. Długo tam czekałem i nie doczekałem się na przybycie przełożonego tego seminarium duchownego. Cudem jakimś wróciłem do swojej towarzyszki, bo wychodząc z kamienicy na ulicę naprawdę nie wiedziałem, którędy mam iść.

       Nie wskórawszy nic musiałem wracać do domu. Za posiadane pieniądze , a noszone w czapce pod podszewką, kupiłem pięć butelek półlitrowych wódki na sprzedaż. Z wódką zawiniętą  w chustki, w których miałem chleb na drogę, wróciłem do domu w nocy.

    Na pytanie rodziców, gdzie byłem tak długo, powiedziałem prawdę. Rodzice byliby nie uwierzyli, gdyby nie dowód- wódka.

     Przywiezioną wódkę prędko sprzedałem, zarabiając sto procent. Taki wielki zysk zachęcił mnie do powtórnego wyjazdu do Wilna po wspomniany napój. Tym razem zakupiłem już 10 półlitrówek i po przywiezieniu szczęśliwym udało mi się również prędko rozprzedać i zarobić nie mniej niż poprzednio. Ale ku mojemu utrapieniu nastąpiła dewaluacja marki polskiej. Za skarb swój mogłem kupić już tylko pięć butelek półlitrowych wódki. Jeszcze przywoziłem kilka razy wódkę z Wilna. Ale, gdy przekonałem się, że nie mam z tego handlu żadnego zysku , a przeciwnie ponoszę straty, zarzuciłem to zajęci, pozostając z bardzo małą ilością gotówki.

   Znowu wróciłem myślami do wstąpienia do szkoły. Ale, gdy przyszedłem do przekonania, że nie uda mi się to, postanowiłem zapisać się do wojska na ochotnika.

    Pewnej niedzieli letniej, a może powszedniego dnia, wybrałem się do Urzędu Gminnego znajdującego się o 12 km od mojej wsi z myślą zapisania się na ochotnika do wojska. Tam dowiedziałem się , że jeszcze nie czas na zapisywanie się na ochotnika.

Żona sekretarza- nauczycielka tamtejszej szkoły powszechnej , zaczęła mnie wypytywać skąd jestem i co mię skłania do tak wczesnego pójścia do wojska. Wytłumaczyłem jej swoje powody. Ona mi poradziła bym lepiej wstąpił do seminarium nauczycielskiego, które powstaje dopiero w Święcanach. Ta kochana pani obiecała pomóc mi do wstąpienia do tego seminarium.

   Po powrocie do domu opowiedziałem to ojcu i następnego dnia z dwuzłotówką w chusteczce od nosa poszedłem na bosaka po metrykę do księdza w Smorgoniach. Ponieważ metryki mojej nie było w tej parafii, więc bez odpoczynku udałem się do księdza w Doniuszewie, położonego o piętnaście kilometrów od Smorgoń, a od mojej wsi o 10 km. Głodny i zmęczony do ostatka, z bólem nogi od przebicia kolczastym drutem, bo szedłem na bosaka, wróciłem z metryką do domu.  Nazajutrz, skoro świt, poniosłem dokumenty potrzebne do podania dla p. nauczycielki, mieszkającej o 12 km od mojej wsi, która to pani zawiozła moje podania do dyrekcji państwowego seminarium nauczycielskiego.

      Działo się to wszystko tuż przed wakacjami. Powróciwszy do siebie od wspomnianej pani nauczycielki zapadłem na zdrowiu i musiałem leżeć w łóżku niemal przez cały tydzień. Przyczyną choroby było nadwerężenie przebitej przez drut nogi.

      Z chwilą, gdy ból w pachwinie się zmniejszył i guzy zaczęły maleć, udałem się do swojej pani nauczycielki , by się dowiedzieć, jak stoją sprawy mego przyjęcia do seminarium nauczycielskiego. Gdy moja opiekunka zobaczyła mnie u siebie, mocno się zdziwiła , że nie jestem w tej chwili na egzaminach wstępnych, które właśnie w tych dniach się odbywały.

Wiadomość ta , że jestem dopuszczony do egzaminu na kurs wstępny z jednej strony ucieszyła mnie, a z drugiej zmartwiła, że może być już za późno. Podziękowałem swej opiekunce jak umiałem, złożyłem jej podarunek pod postacią kawałka- jakie 1/3 kg słoniny, wziętej bez wiedzy rodziców i spiesznie wróciłem do domu z radością w sercu.

Tu spotkała mnie kara za oderżnięty kawał słoniny. Ojciec uderzył mnie tak mocno kawałkiem słoniny, że zaprzysiągłem zemstę.

Kiedy rozgniewany ojciec uspokoił się, opowiedziałem mu, że jutro muszę jechać do Święcian na egzaminy i nie mam na drogę pieniędzy. Początkowo nie chciał temu wszystkiemu wierzyć, ale, gdy wytłumaczyłem mu i przekonałem go, poskrobał się po głowie i zaczął medytować. Umyślił sprzedać niedużego i ostatniego wieprzka na moje potrzeby. Dopiero na drugi dzień po sprzedaniu prosiaka dał mi ojciec tyle gotówki, ile było trzeba na bilet, z czym wyruszyłem sam jeden do Święcian.

     Z kawałkiem chleba razowego i odrobiną słoniny w torbie ruszyłem do wspomnianego seminarium. Pomimo, że nie byłem w tym miasteczku nigdy i nie wiedziałem nawet dobrze, gdzie robić przesiadkę, wyruszyłem we wspomnianą drogę, licząc na to, że się dowiem wszystkiego od pasażerów. Tak się też i stało.

Kupując bilet na pierwszej stacji podsłuchałem rozmowę pewnej pary młodych, którzy wspominali miasteczko Święciany – cel mojej drogi. W wagonie dowiedziałem się od tych państwa, że jadą do Święcian. Więc pilnowałem się tej pary przy przesiadkach i dzięki jej przyjechałem do miejsca przeznaczenia.

Miałem tu też niemały kłopot z noclegiem- nie wiedziałem, gdzie można przenocować. Na szczęście trafił mi się jakiś Żydek, który też poszukiwał noclegu. Z tym Żydkiem zaszedłem do jakiejś piwiarni i na jednym tapczanie po jedną kołdrą- kocem- przespałem noc.

Nazajutrz bez  posiłku udałem się do seminarium nauczycielskiego. Długo szukałem samego lokalu, a jeszcze dłużej kancelarii. Nareszcie znalazłem się w kancelarii i wyjaśniłem swój cel przybycia.

Krótko mi oświadczyli, że już są egzamina skończone i będę mógł składać je dopiero w jesieni. Było to dla mnie gorsze, niż uderzenie obuchem w głowę. Wiedziałem, że gdy teraz nie zostanę przyjęty, ojciec nie puści mnie- nie da pieniędzy, na wyjazd w jesieni. Z drugiej strony bałem się szyderstw mieszkańców mojej wsi, którzy nie wierzyli, że syna chłopa mogą przyjąć do szkoły średniej.

      Postanowiłem po krótkim namyśle pójść do samego dyrektora i błagać- by mnie przyjął. Odnajduję dyrektora we własnym mieszkaniu, i z płaczem tłumaczę mu, że nie przyjęcie mnie teraz do szkoły, zmusi do dalszej męczarni w domu.

Na pytanie dyrektora, czy będę chciał się uczyć przez sześć lat, z uniesieniem oświadczyłem, że choćby i przez 20 lat.

Gdy dyrektor przekonywał mnie, że przyjmie mnie w jesieni, jeśli zdam egzamina, rzuciłem mu się do całowania rąk z płaczem i błaganiem, by jednak rozstrzygnął tę sprawę. Uległ dyrektor mojej rozpaczliwej prośbie i wydał polecenie podwładnym mu nauczycielom , by przeegzaminowali mnie. Egzamin  na kurs wstępny złożyłem ze wszystkich przedmiotów z wynikiem pomyślnym, z wyjątkiem rachunków, które teoretycznie znałem bardzo dobrze, ale jak przyszło się wytłumaczyć , jak to działanie zrobiłem, nie potrafiłem tego wyjaśnić. Rezultat- przyjęty zostałem zastrzeżeniem z rachunków- z których miałem składać jeszcze egzamin w jesieni.

     Muszę zaznaczyć, że do egzaminu zupełnie się nie przygotowywałem i że składałem go po rocznej przerwie po ukończeniu czterech oddziałów.

        Wakacje po egzaminie upłynęły mi na marzeniach o szkole, jak będę się uczył, czy dam sobie radę, skąd wezmę pieniądze na utrzymanie, gdy ojciec ich nie ma. Nieraz całą noc spędziłem nad rozmyślaniem- będąc na noclegu. Były to myśli miłe i zarazem przykre, że po rozpoczęciu nauki, jeśli nie wykażę się dobrymi postępami, nie dadzą mi zapomogi i będę zmuszony przerwać swe studia. Z góry przysięgałem sobie w duchu , że muszę być jednym z najlepszych uczniów tak jak byłe w szkole powszechnej.

    Wakacje dobiegały końca.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 1 ) Dzieciństwo.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową – dzieciństwo.

     Urodziłem się 12 lutego 1906 r. we wsi Kołpiei Gm. Wojstomskiej pow. Oszmiańskiego woj. Wileńskiego. Dzieciństwo moje spędzam pod opieką rodziców i starszego brata. Rodzice moi byli i są rolnikami. Posiadali i do dziś posiadają około 4 hektarów ziemi, którą uważają za jedyną karmicielkę. Do ziemi są mocno przywiązani.

        Matka i ojciec są analfabetami. Rodzice ojca i matki byli ludźmi ciemnymi- umieli tylko jako –tako modlić się z książki po polsku. Matka była i jest po dziś dzień kobietą religijną i potulną. Ojciec natomiast był i jest człowiekiem areligijnym i cholerykiem.

Jak ojciec tak i matka nie dbają o moje wygody. Starają się tylko, bym miał co jeść. Pieszczot-ciepła matczynego mało  zaznałem.

Całe dzieciństwo spędzam na ulicy z rówieśnikami pod opieką starszego o 3 lata brata. Często z bratem pasę świnie na wygonie i spełniam rolę posłannika do domu po przysmaki- chleb z masłem lub ze słoniną. Nie mając własnego sadu , z wielką odwagą skradam się w biały dzień po owoce do sąsiedniego ogrodu. Biedne są też i ogrody warzywne sąsiadów . Wieczorami, czy też w dzień , kiedy gospodarze są  na polu przy pracy, wyciągam marchewki, rzodkiewki i inne warzywa nadające się do spożycia na surowo.

Postępuję tak dlatego, że we własnym ogrodzie podobnych smakołyków brak. Niedzielami  lub w dni świąteczne chodzę na grzyby do lasu rządowego, otaczającego moją wieś, łowię ryby w strumyczku przy pomocy kosza. Często podbieram jajka ptakom lub zabieram pisklęta na „pieczonkę”- do usmażenia. Przykład do wspomnianych postępowań dają mi starsi chłopcy, którzy zabierali mnie często ze sobą, gdy szli szukać zdobyczy.

       Zimy w okresie dzieciństwa upływają mi monotonnie, bo każą mi kołysać młodszą siostrę,  która przyszła na świat, gdy ja już miałem skończone cztery lata. To kołysanie było dla mnie istnym piekłem. By się pozbyć tego niemiłego zajęcia, szarpałem siostrę tak, żeby płakała. Gdy ta rozbeczała się na dobre, matka ją zabierała, a ja byłem wolny. Nie tracąc czasu pędziłem na ulicę na bosaka, by się poślizgać lub posaneczkować czy też pobawić się  w śnieżki. Mimo wielkiego zmarznięcia , bo aż do zasinienia, nigdy mnie się choroba nie imała.

        Warto jeszcze wspomnieć o tym, czym się odżywiałem. Pierwszym i najważniejszym pokarmem dla mnie w tym okresie był razowiec- chleb z solą, którą posypywałem po odłamaniu od bochenka chleba, kawałka chleba. Na śniadanie najczęściej jadłem bliny z twarogiem w dniu powszednim, a w święta- ze skwarkami. Na obiad dostawałem zupy buraczanej lub kapuśniaka z kartoflami. Wieczerza  składała się zwykle  z kartofel z mlekiem kwaśnym , jeśli to było w porze letniej, kiedy mleko było, albo z kapustą surową.          Mieszkanie, w którym hodowałem się, było ogromne, o oknach czterech, ale niedużych, bez podłogi i niskie. Brak w nim było jakiegokolwiek prymitywnego przepierzenia. Miejscem do spania był „połoczyk” za piecem( deski na kozłach) z smrekiem często pod głowę i pod boki. Nakrywałem się najczęściej kożuchem w zimie- albo sukmaną w lecie. Często też sypiałem na piecu z bratem starszym. Miało to miejsce w zimie , chociaż często się zdarzało i w lecie. I w takich warunkach przeżywałem okres dzieciństwa.

W końcu siódmego roku mego życia przyszła na świat druga siostra dla mego utrapienia. Brat starszy w tym czasie zaczął uczęszczać do szkoły rosyjskiej znajdującej się o 2 km w sąsiedniej wsi. Ja muszę dalej opiekować się starszą siostrą, no i kołysać tę drugą. Przeklinam ją, złoszczę się i zapędzam do bawienia tego niemowlęcia siostrę. W chwilach wolnych zaglądam do książek i zeszytów brata. Próbuję pisać na deseczce gryfem. Kiedy brat się uczy wierszy, ja powtarzam za nim, i udaje mi się nauczyć kilku takich wierszyków w języku rosyjskim.

           W okresie letnim spada na mnie obowiązek ciężki- pasanie świń, odpasywanie kolejki- ilości dni – za ilość posiadanych owiec lub krów. W dni świąteczne pasę konia, chodzę nadal na ryby, grzyby i jagody. Złapane ryby koszem, choćby ich było bardzo mało , sam czyszczę i smażę na słonince, której kawałeczek wyprosiłem płaczem od matki. Nieraz w niedzielę lub w inne święto idę do kościoła do Smorgoń. Odchodząc, zawsze mi się uda wyjęczeć od matki , bo tato za dokuczanie tego rodzaju, dawał pasa, parę kopiejek- jedną lub dwie. Za te pieniądze kupowałem sobie słodkiej wody lub obwarzanek.

          Praktykuję dalej łażenie do cudzych sadów i ogrodów. Często pomagam ojcu jeździć do lasu po drzewo na opał lub sprzedaż. Drzewo z lasu państwowego bierzemy bez pozwolenia- kradniemy za wiedzą gajowego albo i bez jego wiedzy. Podobnie, jak  wszyscy mieszkańcy, tak i ja uważałem, że branie bez zezwolenia drzewa z lasu państwowego , nie jest żadnym grzechem. Grzechem dla mnie w tym wieku było zabrać coś człowiekowi biednemu albo zabić kogoś.

        W roku 1914 mając już za sobą osiem lat życia, gdzieś koło Bożego Narodzenia rozpoczęła się nauka na elementarzu rosyjskim. Uczył mnie pierwszych liter starszy brat, a matka czuwała, bym się nauczył tego, co mi zadał mój nauczyciel- starszy brat, uczęszczający w tym czasie do klasy III-ciej szkoły powszechnej rosyjskiej. Nauka szła , jak z kamienia. Wolałem już kołysać małą siostrę, niż siedzieć nad czarnymi punktami, które zapamiętać tak mi było trudno. Mniemając, że ze zniknięciem elementarza ustanie moja męczarnia, wrzuciłem swoją pierwszą książkę do strumyka, o pełnych brzegach wody. Mniemanie moje dziecinne było zgubne, bo dostałem od ojca mocno w skórę i musiałem się przyznać, że sprawcą zaginięcia elementarza byłem ja. Zaledwie minął tydzień od tej rozprawy, a już przywiózł mi ojciec  drugi elementarz z Wilna, do którego co tydzień jeździł w zimie z obwarzankami do Smorgoń. Pod karą dwudziestu różek pilnowałem swojego  wroga- książki i uczyłem się liter na pamięć. Na takiej męce , przerywanej od czasu do czasu kołysaniem siostry , minęła mi zima przed wybuchem I wojny światowej. Wynikiem zimowej nauki było poznanie kilku liter i umiejętność złożenia kilku sylab.

    Lato roku 1914 upływa na pasaniu świń, owiec, krów i konia. W czasie wytężonych prac na polu, przebywam w domu z dwoma małymi, nie, z trzema małymi, bo w lecie przybyła jeszcze jedna, siostrzyczkami. Grzebię się z nimi w piasku, myśląc o niedzieli lub jakimś święcie, które ma przynieść swobodę- wolność od obowiązków pilnowania młodszego rodzeństwa.       Tak mija mi lato przed wybuchem wojny światowej.( I Wojny Światowej – przyp. Z.K. )

c.d.n.

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 23 ). Wspomnienia Ojca .

 

Wrzuciwszy kilka słów o „Klątwie” , odbiegłam nieco od głównego tematu – ale on stale jest we mnie –bo dzięki słowu pisanemu, które pozostawili – żyją – stają się Nieśmiertelni  Główni Bohaterowie poprzednich blogowych opowieści.

Na „ scenie „ tego swoistego blogowego teatrum  –  już są : dr Stanisław Michałek – Grodzki i dr Zofia Szamowska – Borowska . Właśnie „spotkali się” w Szpitalu Ujazdowskim gdy nastał tragiczny czas wojenny. Ona, młodziutka sanitariuszka, on ordynator chirurgii plastycznej – może jej nie widzi – a może widzi, bo pewnie wszystko wie i bacznie obserwuje, nawet sanitariuszki jak pracują  – nie wiem . Niebawem dotrze to tego Szpitala prof. Tadeusz Marcinkowski ….

Tymczasem odwracam głowę w stronę drzwi, bo skrzypnęły –  bo właśnie wszedł na scenę blogowego teatrum  bardzo skromny, nieco utykający Człowiek – już czuję Jego siłę spokoju – tak jak kiedyś w poznańskim tramwaju i patrzę w jego duże wyraziste przenikliwie patrzące dobre oczy – prawdziwe oczy Ojca . Milczymy,  a nasze Milczenie ma treść – między nami jest Dobroć i Łagodność Ojca Jurka, ciepło Ojcowskie które czuję do tej pory. To jak „ Pieśń bez słów „, którą oddać może tylko muzyka …..

…. To Pan prof. Tadeusz Marcinkowski. Wręcza mi – oczywiście w wyobraźni – niewielką w poręcznym formacie książkę liczącą 193 strony, w miękkiej bladoszarej aczkolwiek świetlistej okładce . Jak dobrze Jurek, że mi ją wypożyczyłeś – mówię do Jego Syna . Otwieram książkę – strony zapisane na papierze beżowo szarym –  szacunek – jak do starodruków czuję. Wracam do okładki – Kopernik – zdjęcie – nie Autor – dlaczego – potem wyjaśnienie – czytam  :  Tadeusz Marcinkowski „ W stronę medycyny – moja droga dość wyboista „ Oficyna Wydawnicza „ BIOS”, Goleniów, 1992 .

Czytam całość łapczywie, potem wracam do szczegółów, na mapie wyszukuję wspomniane miasteczka i wsie, postanawiam je odwiedzić – pewnie skończy się na wędrówce wirtualnej – choć Bzura pociąga mnie jak magnes. Bo tam się tyle działo  …… tyle stron pamiętnika zajęło. Bitwa nad Bzurą.

Ale spokojnie mówię do siebie – przepisuj co się da, bo na razie skanu nikt nie zrobił – więc tylko Twoje przepisywanie w internecie będzie . I pomimo tego, że oczy odmawiają posłuszeństwa no i kręgosłup nie lubi siedzenia –  przepisuję , ale niewielkie fragmenty …. Profesor, który w 1936 roku rozpoczął studia medyczne tak opowiada o czasie przed i po wybuchu drugiej wojny światowej :

( … ) OBÓZ LEGII AKADEMICKIEJ

Zajęcia wojskowe dla studentów odbywały  się wtedy w ramach Legii Akademickiej. Otrzymaliśmy nowe sukienne mundury i płaszcze z biało – czerwonymi obszywkami na naramiennikach ( „strzelec z cenzusem „) ( … ) . Przed wielkimi wakacjami zachęcano nas do wyjazdu na obozy wojskowe, ale nie było to obowiązkowe. ( … )

 ( … ) w ciągu wakacji letnich 1939 roku  miałem mniej roboty w Poznaniu , chętnie przyjąłem ofertę wyjazdu na taki obóz , zwłaszcza że było to moim zdaniem celowe z uwagi na sytuację polityczną na świecie.  ( … )

( … ) Korzystając z rozkazu wyjazdu postanowiłem pojechać do Lwowa drogą okrężną , aby jak najwięcej zwiedzić po drodze muzeów i zabytków ( … )

WRZESIEŃ 1939 ROKU

Spadły już pierwsze bomby. Pierwszą śmiertelną ich ofiarę zobaczyłem na ulicy Strumykowej, w pobliżu przejścia pod mostem kolejowym – w kierunku Łazarza. Był to kolejarz. Przyklęknąłem przy nim, by zobaczyć, czy jeszcze żyje. Był martwy.

      Kręciłem się po mieście, starając się być użyteczny. Z ramienia Legii Akademickiej odbieraliśmy z domów mundury wojskowe naszych kolegów i zanosiliśmy na ulicę Bukowską do koszar, gdzie kwitowano odbiór , pakowano je prowizorycznie, zrzucano z okien i w pośpiechu pakowano na wozy.

      Zgłosiłem się do ładowania wagonów – towarów z magazynów wojskowych . Ileż się nachodziłem z pakami gwoździ, śrub i różnego rodzaju żelastwa –  ( … )

( … ) byłem bez obiadu, wygłodniały i spragniony, lecz starałem się o tym nie myśleć. Aby tylko Niemcy nie zagarnęli tego żelastwa ( … )

( …. ) Innego dnia kopałem rowy przeciwpancerne na Ławicy. W czasie tej pracy byłem świadkiem zestrzeliwania niemieckiego bombowca : triumfował nasz myśliwiec. Działo się to niemal nad naszymi głowami. Ludzie bili brawa.

       W tym miejscu należy  dodać, że tuż przed wojną werbowano ochotników do obsługi

( jednoosobowej ) torped śmierci. Torpeda taka po trafieniu w okręt nieprzyjacielski wybuchała, a obsługujący ją ochotnik ginął. Otóż ja również byłem kandydatem do takiej obsługi … ( …. )

( … ) Wreszcie 4 września pojawiło się na murach dworca kolejowego obwieszczenie, że mężczyźni zdolni do służby wojskowej winni na własną rękę podążać do Warszawy . Pobiegłem szybko do domu, aby się pożegnać  i właściwie tak jak stałem, czym prędzej pognałem z powrotem na dworzec . ( ….)

( … ) Różnymi pociągami i pieszo podążałem w stronę Warszawy . Miałem ze sobą pistolet FN i prawie 50 naboi, gdyż postanowiłem, że nie dam się Niemcom wziąć do niewoli żywy. ( … )

W międzyczasie następują wstrząsające opisy tego co się działo po drodze – bombardowanie Gniezna i innych miast, tragedie ludzkie i trupy, trupy, trupy ….

( … ) Wiele razy znajdowałem się pod obstrzałem sztukasów . Szedłem nocą i dniem, rzadko tylko trochę odpoczywając. Doszedłem do  Iłowa. W miasteczku tym udało mi się kupić trochę chleba i sweterek . Ten ostatni sprzedała mi sympatyczna Żydówka za 2 złote, mówiąc, że sprzedaje mi sweter tak tanio, bo idę do wojska walczyć .

          Po kilkudniowej wędrówce dostałem się do Giżyc  i zgłosiłem w jednostce wojskowej , mając nadzieję, że zaraz otrzymam karabin i pójdę na front. Okazało się, że nie jest to takie proste. Kiedy jeszcze powiedziałem oficerowi, że jestem studentem i skończyłem trzy lata medycyny, z miejsca skierował mnie do majora Bielińskiego, lekarza szpitala polowego .  Ten przyjął mnie do pracy w charakterze sanitariusza. Moim pierwszym obowiązkiem było prowadzenie listy rannych , umieszczonych w dwóch stodołach i opiekowanie się nimi . Zabrałem się ochoczo do wypełnienia tego polecenia, widząc, że w końcu mogę się do czegoś przydać . Jedna ze stodół stała w końcu podwórza , równolegle do szosy, prowadzącej z Sannik do Sochaczewa – druga – po prawej stronie od wejścia na podwórze – prostopadle do tejże drogi. Ta ostatnia miała jakiś oryginalny dach ( z drewnianych gontów ) w kształcie stożka. W niej było moje właściwe miejsce pracy; leżało tam między innymi paru ciężko rannych.

      Giżyce to miejscowość położona mniej więcej w połowie drogi z Sochaczewa  do Sannik. W toku ciężki walk wieś ta znalazła się prawie w centrum rejonu objętego bitwą nad Bzurą – największą bitwą września 1939 roku. ( … )

( …. ) Sala operacyjna znajdowała się w pałacyku – po lewej stronie drogi – patrząc w kierunku Sannik . Po przeciwnej stronie od tej drogi znajdowały się – na dość dużym terenie stodoły , w których leżeli ranni. ( …. )

( …. ) Stosy trupów ułożonych jeden na drugim , a między nimi  – odcięte ręce i nogi. Były tam i zwłoki osób cywilnych. Jakaś ciężko ranna staruszka, bodaj że z przestrzeloną krtanią, jeszcze nie skonała ; słychać było charczenie . Robiło to wstrząsające wrażenie.

      Prawdziwe piekło powstało dopiero w czasie nalotu i po nim ( ….. )

Okropny był nalot bodajże 17 września , w niedzielę  ( … )

( … ) Wiele koszul i kalesonów z rozbitych wozów podarłem na bandaże. ( … )

( …. ) Wiedzieliśmy, że zbliża się najgorsze . Pomagałem przy zakopywaniu karabinów . Wiele broni i amunicji powrzucaliśmy wprost do stawu. Już zaczęło świtać, gdy poczułem ogromne zmęczenie . Z pobliskiego pola walki dochodziły głuche okrzyki : „ Hurra! … „  Przypuszczalnie była to walka na bagnety. Zobojętniały na wszystko i zmęczony zakopałem się w stertę plew i zasnąłem nad ranem na jakąś krótką chwilę .

    Rano 18 września zaczęło się ostrzeliwanie przez artylerię niemiecką ( … )

( …. ) Właśnie  klęczałem przy rannym i poprawiałem mu opatrunek na głowie. Nagle – okropny trzask i …. Pełno kurzu, to plewy uniosły się w powietrze. Dachu już nie było. Jęki. Poruszam się i dotykam pleców, bo coś mnie uderzyło, ale nic, tylko noga trochę jakby odrętwiała. Ktoś został zabity, kilku powtórnie rannych . Prowizorycznie  ich opatruję . Widzę, że z nogi cieknie mi krew.( … )  cdn.

 

Dalej jest przejmująca opowieść , z której też postaram się przepisać fragmenty – o wielokrotnych operacjach stopy w czasie których bezskutecznie próbowano usunąć odłamki , o zakażeniu rany,  braku zgody na amputację nogi i cudowne wyleczenie jodyną . Jak opowiadał Jurek – ponoć Jego Tata do końca swoich dni uwielbiał stosować jodynę  ,

Też jest opowieść o Szpitalu Ujazdowskim , ale to w kolejnych   odcinkach Pamiętnika ….. bo na dziś dość wrażeń…..

PS.

* pogrubioną czcionką zaznaczam oryginalne fragmenty  tekstów Tadeusza Marcinkowskiego

*przyroda – zdjęcia jak wszystkie w blogu – własne

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 14 ) . Czas poza studiowaniem….

 

Kochani ! Po  trzydniowej przerwie, aż trzydniowej J  spowodowanej brakiem dostępu do swojego laptopa, szybciutko wracam do Pamiętników Kolegów .

Wybaczcie, że  się powtarzam aż  do znudzenia – ale może Ktoś tu zajrzy po raz pierwszy – więc krótkie wyjaśnienie  . Otóż z Autorami zamieszczonych tu Pamiętników razem studiowaliśmy na   Akademii Medycznej w Poznaniu od pamiętnego 1965 roku ( ja do 1968 – bo potem zmieniłam uczelnię na warszawską ) .  

Już jest tu  Pamiętnik Jurka Marcinkowskiego – przy okazji –  Jurek – mam nadzieję, że jeszcze coś napiszesz  🙂 . Przecież znaliśmy się z Tobą dość dobrze, gdyż na drugim roku studiów uprawialiśmy wspólne marszobiegi po okolicach Poznania. – nie wiem czy pomnisz ?  Jurek mieszkał  w swoim rodzinnym domu przy ul. Dziewińskiej –  którego nigdy nie widziałam – ale sobie wyobrażam jak  musiał być piękny – skoro budowali go dla siebie i swojej trójki potomstwa , Jego Rodzice – ja na stancji – naprzeciwko Cmentarza  – z gorzowską podwórkową ( ul. Kosynierów Gdyńskich 106 ) – przyjaciółką – Bajką. Napisałam, że Jurka znałam dość dobrze- oczywiście to iluzja tylko – bo kto zna dobrze Jurka ? – nie wiem – trudno się przebić poza jego wieloznaczny, zresztą uroczy  wirtualny  Uśmiech, którym obdarowuje zamiast odpowiedzi na pytanie ….

Co innego Leszek Milanowski – podaje nam siebie „ na tacy” – swoje  serce i myśli na dłoni nam podaje .  A może to też iluzja ? Nie wiem.

Jest też z nami na Messengerze, choć jak na razie ( mam nadzieję, że na razie ) nie chce tu gościć ze swoimi opowieściami z życia –  Irenka z domu Dąbrowska – Dziewczyna –„  solistka Arii ze śmiechem „ – taką Ją pamiętam z Anatomicum –  teraz czasem   trochę złośliwości wrzuci – by nas „ ustawić do pionu „ – ale serce potrafi wielkie okazać – wiem – doświadczyłam – a życie miała nielekkie …..

I oczywiście Mariolka, czyli Maria J. Nowakowska, którą poznałam dopiero teraz i z tego powodu unosi mnie radość …

                      A na marginesie tego co napisałam,  jeszcze podsumowująca  myśl, która teraz  do mnie przyszła i zmusiła bym ją też zamieściła –  poznać Kogoś dogłębnie jest niemożliwością  – bo nawet siebie zdefiniować  jest trudem – tyle kompleksów , uczuć niespokojnych czy lęków, postaw wobec życia , sposobów  dźwigania trudów , cieszenia się dniem – a nawet widzenia świata –  prawdopodobnie każdy ( ja na pewno )  w sobie nosi – więc może lepiej nie „ rozdrapywać” i żyć pełnią danego nam kolejnego dnia, cieszyć się, że Ludzie dookoła są, żyją , można pogadać i jest fajnie.

Fajny jest każdy darowany wschód i zachód słońca i zieleń odradzająca się co roku i złoto rozsypująca jesienią ….  

Z albumu Rodzinnego Marii J. Nowakowskiej – oto nasza Mariolka w całej okazałości – ta Dziewczynka stojąca na kamieniu z uniesionymi łapkami –

” zobaczcie jaka jestem duża ”  i poniżej ,  już studentka z czasów, które opisuje  ( wykadrowałam ) – w lewym dolnym rogu – choć nie sposób Jej nie rozpoznać – ta burzą jasnych włosów i Uśmiech !!!  i w grupie kolegów na jakiejś wyprawie – chyba w górach – też z łatwością można Cię rozpoznać,  Autorko Pamiętnika 🙂

 

Mam nadzieję – że po raz kolejny – Mariolko mi wybaczysz, że zajęłam tyle miejsca w Twoim  Pamiętniku – a teraz ad rem – 🙂

Któregoś, pewnie następnego  dnia – bo nasze listy wędrowały z szybkością światła –  gdy zapytałam Mariolę, gdzie mieszkała w Poznaniu ( bo ja na stancjach ) –  wpadła jej odpowiedź i cała świetna historia :

na studiach zazdrościłam wszystkim mieszkającym w akademiku
dlaczego ? mogli wracać kiedy chcieli, mieli swoje pieniądze

a mieszkając w domu (rodzice pracowali) słyszałam :  dzisiaj ugotuj na…..
kup…..  

…..   dzisiaj nic nie planuj bo mamy pralnię na godz….

kieszonkowe dostawałam w ograniczonej ilości  –   przecież jedzenie masz w domu a bilety na koncerty w Filharmonii, do opery – tata ci załatwi

no to należało brać się do roboty
w naszej grupie była Jadzia Szpaderska – felczer która  mieszkała na Rycerskiej blisko mnie (Grochowska) a pracowała też na Grochowskiej w gabinecie leków silnie działających
praca, ćwiczenia trochę kolidowały z zajęciami więc podszkoliła mnie i czasami wyręczałam ją w tej pracy albo w gabinecie albo też jeździłam do domów  ….

…. z grupą studentów starszych lat jeździliśmy też do Lechii ( zakłady kosmetyczne – jak pomnę  )  na Starołęce ok. 20 każdego miesiąca i zapisywaliśmy się do pracy na zmiany jakie nam pasowały  ranne lub popołudniowe
praca polegała na „przeginaniu ” kartoników
kartony do proszku przychodziły mocno sprasowane w paczkach po 1000 należało z nich zrobić odpowiednie pudełka które maszyna  stojąca za nami brała, podawała do tej która sypała proszek
po przyjściu do domu mydła nie potrzebowałam – pieniłam się cała a spłukanie tego z włosów było nie lada wyzwaniem
DAŁAM RADĘ
za pierwszą pensję kupiłam sobie płaszcz na Wrocławskiej
a w sezonie wiosna – jesień, kiedy tylko mogłam sędziowałam mecze LA ( oznaka sędziego leży w mojej szufladzie nadal )
wtedy startowała Szewińska, Kłobukowska, Sidło

czyli czas miałam bardzo wypełniony …

 

Mariolko kochana !

1. Ciekawe to o czym piszesz , bo ja np. w tym okresie nic nie robiłam poza studiowaniem – byłam zwyczajnym „pasożytem „ – wprawdzie potem to obijanie się nadrobiłam w trójnasób ( na 5 i 6 roku studiów rodziłam córeczki – więc mąż, dom, gotowanie , etc.  )  , ale po raz pierwszy podjęłam pracę zawodową dopiero po studiach …

Brawo Mariolko Tobie ale też Twoim Rodzicom –  za sposób wychowania – przecież pewnie byłoby Ich stać na tzw. kieszonkowe – ….. ciekawe, czy Twoi Bracia też pracowali ? ….i czy Twoje Dzieci wychowywałaś podobnie ?

2. Ależ mi zaimponowałaś tę odznaką Sędziego !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

 

 

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 2 ) . Leszek, Jurek i nasza reszta .

 A to specjalnie dla Leszka –  panorama Kutna – może się wzruszy i coś nam opowie o mieście swojego urodzenia ,  gdzie nadal trwa pamięć  o Jego Rodzicach – Tata lekarz, Mama  uczyła historii w LO ….

zdjęcie własne, może to my dawni jako te łany kwiatów ? 🙂

Jurek Marcinkowski przysłał mi to wielomówne zdjęcie 🙂  . Jednym słowem , cała prawda o naszych chłopakach 🙂

Leszek Milanowski teraz, zdjęcie z Facebooka . Fajnie wyglądasz,  włos zachowany, okulary a za nimi Twój dawny uśmiech trochę przekorny i dobre oczy ….

 

a to Wasza koleżanka, Zosia , wtedy Łukaszewicz, może 16 letnia ,  a teraz nieposkromiona gaduła i gospodyni tego blogu 🙂

                                  Jakoś dzisiaj mi śpiewa Sława Przybylska . „ Gdzie dziewczyny z tamtych lat…” i parafraza tytułu :  „ Gdzie chłopaki z tamtych lat „ ….  wprawdzie piosenka o czasach wojennych i o innych dziewczynach i chłopakach ,  ale cóż mogę na to poradzić. Ta piosenka weszła mi w głowę, i już … I jest rok 1965 i widzę nas przy stole w Anatomicum, i na korytarzu czy  siedzących na schodach szerokich zawijających się pięknie . Nie mam zdjęcia tych schodów, kiedy będę w Poznaniu , nie wiem, może już nigdy. Ale ktoś mądrze powiedział Nigdy nie mów nigdy. Więc nie mówię i wierzę , że jednak kiedyś … a może tymczasem Jurek popełni  fotografię i ją do mnie przyśle –  bo bywa w Zakładzie Medycyny Sądowej – ale tak zajęty, że nie śmiem Go prosić o zdjęcie, tylko jedno zdjęcie schodów z drewnianą poręczą  –  na której kiedyś jakiś nasz kolega zjeżdżał ( może pamiętacie który ?, bo ja nie ) . 

Właśnie nadchodzi Jurek  Chłopak o sylwetce aktywnego sportowca, ważący słowa, chyba trochę nieśmiały, a może rozważający czy warto i do kogo warto coś powiedzieć . I wpada niewysoka energetyczna Irenka o migdałowych oczach  wnosząc do Sali przygasającą wobec powagi miejsca falę swojego  pięknego zaraźliwego śmiechu , którym na przerwach częstuje wszystkich ,  aż oni się chichrają, bo śmiech tam bardzo potrzebny jako przeciwwaga wszystkiego co się dzieje w Anatomicum . I oto chyba najbardziej spóźniony  Leszek teraz wyciszony, ale nieustanny Wiercipięta – jasny chłopak z promiennymi rozjarzającymi się nagle oczami . I pewnie w innej grupie, w innej Sali Mariolka ze świetlistą burzą blond włosków – której nie zapamiętałam, ale poznałam teraz i jestem szczęśliwa.

Jesteśmy, żyjemy, żyją nasze słowa tu zapisane  –  w Pamiętnikach Jurka, Mariolki i Leszka oraz dawno temu wrzucone tu przeze mnie .  

I nasze myśli wymieniamy  i poznajemy się nawzajem. Chyba. Chyba się poznajemy. I dotarła do Grupy na Messengerze Ewa z Opola, która pokazuje nam urodę swojego miasta i z nami gawędzi jak z równymi, choć wiekiem jeszcze niedojrzała do emerytury nawet.

Wszystko między nami  się dzieje w  wirtualnej rzeczywistości. Czy tylko wirtualnej ? Nie, wszystko o czym sobie piszemy dzieje się w naszych sercach i umysłach. Bo znamy się od 18 roku życia – tylko Los nas porozdzielał – ja wyszłam za mąż i zmieniłam uczelnię po  3 roku studiów , czyli w 1968  ( już o tym wielokrotnie pisałam, więc nie chcę za dużo wyjaśniać ). Inni też pewnie na chwilę odeszli od siebie, bo już inne grupy, inne plany zajęć, czy wreszcie nowe sympatie, zauroczenia, problemy  bo życie dynamiczne i stale podniecająco ciekawe ….

Ale ad niedawne  nasze spotkanie –  jedno muszę oznajmić – wprawdzie nikt z kolegów mnie nie poszukiwał, ba, pewnie nawet nie pomyślał ale  to ja znalazłam Leszka na Facebooku bo nagle zatęskniłam za kolegami 🙂  i jakiś wewnętrzny imperatyw nie dawał mi spokoju  i stało się. I znowu jesteśmy razem, jeszcze bardziej może niż kiedyś, bo każdy z plecakiem które życie napełniło. A co najważniejsze z wiedzą jak może być – bo doświadczenia życiowe nas nie ominęły, licznych ludzi spotykaliśmy na drodze – złych i dobrych, kochanych i obojętnych, i chyba już  umiemy rozpoznać z kim nam jest dobrze. Zwyczajnie, dobrze.   

I gdy widzę te przebłyski młodości w Waszych wypowiedziach – bo przecież wciąż jesteśmy młodzi choć trochę inaczej… raduje się moje serce ….

Hamuj, Klara, czyli Zosia muszę się skarcić, bo znowu się rozgadałaś, a miało być o tym, co napisał mi Leszek.

Po tej reprymendzie, której sama sobie udzieliłam, wracamy na ” tory” z Leszkiem w roli głównej .

                Przed paroma tygodniami było tak. Jurek  na naszej wspólnej „ platformie” messengerowej rzucił tajemnicze zdanie  do Leszka oznajmiając, że czegoś się od Niego  mógłby nauczyć. Oczywiście nastawiłam uszy zaciekawiona . Nie z powodu bym spodziewała się jakiś plotek, które mnie nie interesują – ale nauczyć się ? oj, ja też bardzo chętnie 🙂  I wtedy zapytałam Leszka , bo Jurek i tak by nie miał czasu wyjaśniać, czego się Jurek od Ciebie  mógłby się nauczyć ? No i Leszek pofrunął z opowieścią :

  Co do Jurka. Nie widzieliśmy się od studiów. Do 4-go roku byliśmy bardzo serdecznym przyjaciółmi. Jako prezes Chóru AM poprosiłem Go, aby został kierownikiem naszego obozu w Łagowie z ramienia ZSP. Oczywiście pieniędzy na wyżywienie było za mało, więc znalazły się „martwe dusze” które się zapisały, lecz na obóz nie pojechały. Jedliśmy za Nich. JUREK bardzo serio i odpowiedzialnie przejął się swoją rola i zabronił mi to rozliczać. Ja uważałem że skoro komuna nas oszukuje to ja mogę też dla dobra członków Chóru (40 osób). JUREK był legalistą, zresztą Jego Ojciec był kierownikiem Katedry Medycyny Sądowej. Z prawem za Pan brat. Nasze drogi się rozeszły. Spotkaliśmy się po pół wieku na pogrzebie mojej Cioci, prof. Kazimiery Milanowskiej, byłego Krajowego Konsultanta Rehabilitacji. Akurat szedłem z moimi obydwiema ( z obydwiema się rozwiodłem – pediatra i anestezjolog) byłymi Żonami pod ręką. Nie mógł zrozumieć jak to możliwe. Potem na stypie siedział w Ich towarzystwie i zobaczył, że można się wzajemnie szanować. Chyba dlatego teraz napisał, że czegoś się  mógłby się ode mnie nauczyć.

Leszku Kochany !!!

1. Ponieważ w Twoim liście pojawiły się dwa wątki , najpierw ad pierwszy …

 kopiuję fragment Twojej zamieszczonej tu opowieści :

 Ja uważałem że skoro komuna nas oszukuje to ja mogę też dla dobra członków Chóru (40 osób).

Fajna filozofia życiowa, bezkompromisowość , logiczne uzasadnienie i działanie na rzecz innych – ciekawe, ile tamtego Leszka w Tobie zostało ? oj, sądząc po Twoich wypowiedziach jesteś taki sam jak wtedy….. to Piękne i Radosne…..

 2. A na temat zadziwiającej nawet Jurka harmonii Rodzinnej i aktualnie już pozarodzinnej Leszka . Coś w tym jest – rozmyślam, czy to wielka praca Leszku, by byłe Żony mogły się zaprzyjaźnić – czy tak było kiedyś , gdy byłeś z tą Drugą ? –  znałam taki przykład – ale – to chyba „ najwyższa szkoła jazdy” – nie chować urazy,  ocalać prawdziwą Przyjaźń  i oddzielać  od „ złamanego serca” , nie wiem czy wybaczać – bo to najtrudniejsze, ale żyć i cieszyć dniem wspólnym który jest i tym który przychodzi, nie oglądając się wstecz ….

To nauka, którą nam przekazałeś Leszku, za którą dziękuję . Nauka Twoja  Pierwsza, bo będą jeszcze inne. Ale też poparłeś to niezbitymi dowodami obserwowanymi przez Jurka na wspomnianym pogrzebie a także zamieszczonym w pierwszym rozdziale  Twojego Pamiętnika przejmująco Pięknym i Czułym listem od córki …. Jesteś Wyjątkowy , Leszku – rozdajesz ludziom swoją energię i umiłowanie życia ….

3.  A na koniec, po raz któryś tam przepraszam za gadulstwo. Ale tyle tematów mi się pootwierało za sprawą Kolegów i wszystkie chciały tu się znaleźć ….

Jeśli Komuś się nie podobało, albo zasnął w czasie czytania tego co „ wydziergałam „- niech napisze  i Klarce czyli Zosi „ zmyje głowę „ 🙂

zdjęcie własne i własne podziękowania za to, że jesteście……

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 13 ). Czasy studenckie.

Maria J. Nowakowska z Teresą Tulecką …. zdjęcie z Jej albumu rodzinnego. Ukochane przeze mnie z powodu filuternej  ale też refleksyjnej minki Marioli  no i oczywiście …. butów … 🙂

Kochani, jeśli Ktoś już tu zajrzał przed dzisiejszym świtem, może się zdziwić, bo poprawiłam swoje komentarze i wreszcie udało mi się wprowadzić zdjęcie Mariolki z kolegami …proszę więc o wybaczenie i zapraszam ponownie …..

Zapytałam  Mariolkę o to, jak wyglądała wspomniana w poprzedniej opowieści  Jej przyjaciółka – Teresa Tulecka, bo nijak nie kojarzyłam.  W dodatku zaciekawiłam się jeszcze bardziej czytając  króciutki liścik  od Leszka Milanowskiego   ( zamieściłam w pierwszej części Jego pamiętnika ) , gdzie jakby czując o czym pisze Mariolka, bo nie czyta tego blogu ( chyba ) , pisze,  że był żywo zainteresowany wspomnianą  Tereską i dodaje  ( cytuję słowa Jego listu do mnie, już zamieszczone w pierwszym odcinku pamiętnika Leszka ) – „Przyznam się, że byłaś moją pierwsza fascynacją  ( to tylko kurtuazyjny skłon w moją stronę, bo bardzo się lubiliśmy, fakt, ale nie sądzę, bym Leszka fascynowała – ale niech będzie – oboje byliśmy sobą wtedy zafascynowani  🙂  . Potem przyszła Tereska, która nigdy się że mną nie umówiła a zawsze spotykaliśmy się w towarzystwie Marioli, która wcale dla mnie nie była przeszkodą. Wręcz przeciwnie. Wnosiła śmiech, świeżość, normalność i potem już sam nie wiedziałem, która mi bardziej zawróciła w głowie  🙂 ..  ” – ot, cały nasz Leszek, zresztą w tym 18 roku życia pewnie wszyscy chłopcy myślą tak samo –  zdobywać świat złożony z samych pięknych dziewczyn  🙂

W odpowiedzi na moje pytanie Mariola napisała najpierw krótko , ale zaraz wysnuła się z Jej pamięci świetna opowieść  z puentą ale też wraca do niej  przypomnienie o zdjęciu. Zamieszczam ten list w całości, bez zmian” redakcyjnych” , bo  jest pisany ” na gorąco” , nie cyzelowany, nie przetwarzany , tylko naturalny – dla mnie jest bardzo fajne  podążanie za  myśleniem   Marioli – to taka  ciekawa ” wycieczka ” , prawda moi Mili ?  …

 

zdjęcie z albumu Rodzinnego Marii J. Nowakowskiej.  Mariolę każdy rozpozna, choćby po wielkiej jasnej” burzy”  na głowie 🙂 a Teresa Tulecka – w toczku na głowie, jak oznajmiła właścicielka zdjęcia …

Mariola pisze  ( jak wiadomo już z poprzednich moich wyjaśnień, Jej oryginalną opowieść podaję pogrubioną czcionką )

Teresa jest niską czarnulką – wysłałam Jurkowi moje i jej wspólne zdjęcie z wojska – powinien mieć … ( zdjęcie nie dotarło jeszcze , ale jest za to inne, fajne , pewnie z opisanego  poniżej obozu, które właśnie udało mi się ” wkleić” – bo miałam trudności techniczne- nagle pojawiało się tu w pozycji”  leżącej ” na boku 🙂

z nią też taka historia

byliśmy na obozie medyczno – sportowym organizowanym przez Preisnera na Śnieżniku

wybrałam się z nią i Staszkiem Parchimowiczem w dół do miasta

w drodze powrotnej złapała nas potężna burza, więc Staszek chwycił nas za ręce by pomagać nam wejść

z naszej trójki ja byłam najwyższa

i co zajmowało mnie ???

pytanie co powiem ich rodzinom gdy piorun W NICH trafi!!

dostało mi się po wejściu co niemiara – za głupie myśli i za brak wiadomości z praw fizyki: piorun strzela w najwyższy punkt i w takim przypadku giną wszyscy

oj nadokuczało mi towarzystwo do końca obozu

ale prawa fizyki pamiętam do dziś 🙂

i tu  wraca myśl o zdjęciach  🙂

chyba Jurek  ma te zdjęcia

jeśli nie to zrobi mi ktoś zdjęcia z tego obozu też – mam w wklejone w albumie więc nie wiem jak zrobić odbitki a wyrywać nie chcę

pomyślę a może ktoś mi pomoże

no i znowu Jacek ( syn) jest mi potrzebny

wracają w niedzielę wieczorem to muszę czekać

 

Mariolko !!!

1. Wzruszyłam się, czytając, że w czasie burzy w górach  martwiłaś się tylko o kolegów – to nie nieznajomość praw fizyki, lecz troska o innych – tak czuję ….

2.  Jak ładnie Leszek Ciebie scharakteryzował – Mariola w czasach studenckich  ” Wnosiła śmiech, świeżość, normalność i potem już sam nie wiedziałem, która mi bardziej zawróciła w głowie  🙂 ..  ”

Mariolko,  my  też tak  Ciebie postrzegamy – dajesz nam uśmiech,  świeżość i jednocześnie normalność …. jesteś Niezwykła … a mnie po prostu ” zawróciłaś w głowie ” 🙂

2. niestety fotografii Marioli i Teresy w mundurze wojskowym nie dostałam – ani od Jurka, ani od właścicielki zdjęcia  🙂 

3. czekam cierpliwie , bo też moja historia – niezapomniane mundury, prześmiewanie się z nas na ulicy „ o idzie dziurawe wojsko” …..a my człapałyśmy w przydługich szynelach z berecikiem – „naleśnikiem „ i śmiałyśmy się do ludzi….och, ta nasza młodość…..

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 10 ). „Poznań przywitał deszczem”.

Jak już kiedyś pisałam, Mariola zostawiła mi ” wolną rękę” w redagowaniu i  nadawaniu tytułów poszczególnym częściom Jej pamiętnika. Oczywiście wszystko mogę poprawić, jeśli nie będzie odpowiadało.

Dzisiejszy tytuł przyszedł sam, bo zapowiadało się łzawo, ale jak w życiu bywa, po deszczu słońce, więc potem będzie już tylko lepiej …

Kiedyś  Mariolka napisała do mnie, że zagląda do mojego pamiętnika w blogu, gdzie m.in. opisuję swój poznański czas – właściwie tylko wspomnienie z dzieciństwa i trzyletni, wobec długości całego życia –  epizod, ale jakże ważny jakościowo –  studiów na Akademii Medycznej  a latach 1965 – 1968.  

I niedługo potem przysłała ten list, który kopiuję jak zwykle bez ingerencji w tekst, tylko pogrubiam czcionkę i nie mogę się powstrzymać od wstawienia  odpowiedniej „ buźki”, tam, gdzie temat przygnębiający lub miły. Mam nadzieję, że to mi wybaczasz, Mariolko  …

Maria J. Nowakowska w maju 2018 roku. To zdjęcie dostałam od Jurka, który nie tylko uwiecznił naszą Koleżankę, ale tworząc w messengerze Grupę , pozwolił na nasze spotkanie i tak piękny rozwój opowieści Marioli – tu zamieszczanych …

Teraz oddaję Jej głos  :  

Piszesz jaki pierwsze wrażenia miałaś z Poznania

ja przeprowadziłam się do tego miasta do 3 klasy  ogólniaka

pierwsza lekcja  z panią dyrektor

Hołoga była 8 w  dzienniku – byłam jasną blondynką, miałam gęste kręcone włosy spięte w  koński  ogon

pani dotarła do mnie przy czytaniu obecności i zaczęło się

         skąd jesteś ” Gniezno – no to pamiętaj że tu nie jest tak jak na prowincji

 jakie miałaś oceny z,,,

nie myśl że tu się dobre oceny daje za nieuctwo – w  Poznaniu trzeba się uczyć

i pamiętaj – ostatni raz tleniłaś sobie włosy i robiłaś trwałą – więcej ma się to nie powtórzyć !!!

na moje próby usprawiedliwienia się : nie bądź  bezczelna, nie przerywaj !!!

trzymała mnie na stojąco tak pytając i komentując aż do dzwonka  🙁

       Nie dziwisz się że Poznania nie lubiłam i bardzo prosiłam bym mogła wrócić do dziadków  do Gniezna i tam chodzić do szkoły

nie ulegli a i mnie się ułożyło w  klasie

ta pani nawet mnie z czasem polubiła, widziałam że bardzo starała się zmienić moją nieufność do siebie ale niewiele to dało

tak dalece że na studniówkę nie poszłam a wygoniona przez mamę  jeździłam tramwajami do ostatniego kursu 🙂

 w  klasie był wtedy Hirek Głowacki który  potem był z nami na roku i jako jedyny głośno odezwał się : co pani się jej czepia!

polubiłam go zaraz

Hirek miał buzię mocną, często się odzywał w  obronie innych aż w końcu musiał zmienić szkołę

spotkaliśmy się na studiach , teraz mieszka w Niemczech , jest ginekologiem i regularnie przyjeżdża na nasze zjazdy …na motorze ! 🙂

sprawdź

I jeszcze raz ten  uwielbiany przeze mnie kadr ze zdjęć w albumie Rodzinnym Marii J. Nowakowskiej, które mi przysłała . Oto Ona w opisywanych lub nieco późniejszych czasach. Co się czai w tym spojrzeniu ???. Częściowo poznajemy TO z Pamiętnika , ze sposobu narracji , zauważenia w tamtym – dziecięcym i wczesno młodzieńczym czasie –  i zapamiętania  ważnych wydarzeń życiowych, które teraz ” wyławia ze swej  dziurawej po udarze pamięci” – wielokrotnie  o tym pisała, co świadczy o  fantastycznym, nie zawsze spotykanym poczuciu humoru i dystansie do siebie  … 🙂

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 7 ) . Rodzice Taty. Rzecz o przyszłym świętym.

Maria J. Nowakowska. Zdjęcie z FB . Tak sobie Ciebie wyobrażam Mariolko, gdyż nie pomnę z czasów studenckich, a teraz nie widziałam.  Właśnie sobie siedzisz i nagle jak mawiasz ” otwierają Ci się klapki po udarze i dziergasz”  swą nową opowieść ze swojego życia. 

 

I właśnie wpada tu , a właściwie na moją pocztę kolejny mail od Marioli , skopiowany w całości, bez ingerencji w tekst, wzmocnioną czcionką.

 Nie zapisałam sobie w adresach twoich danych a z przepisywaniem idzie mi nie najlepiej to spróbuję w inny sposób…

Antoni Hołoga w stroju Króla Kurkowego. Zdjęcie z rodzinnego albumu Marii J. Nowakowskiej ( wnuczki)

Opiszę drugich dziadków- o dziwo o dziadku Antonim Hołoga ( ojcu mojego Taty ) dowiedziałam się niedawno przez mojego bratanka
mieliśmy tylko 1 zdjęcie dziadka a teraz mamy sporo
dziadek miał fabrykę? zakład? Wódek

zmarł nagle młodo – została babcia – Zofia  z 3 dzieci. Postanowiła wrócić do swoich rodziców. Wszystko co się zmieściło –  spakowała do auta, a resztę zostawiła . Jakieś płyny wylane zostały w ogrodzie – zabrała tylko 1 butelkę, którą potem w Gnieźnie sprzedała i zdumiała się że mogła za to żyć przez miesiąc … 🙂
Była wykształconą osobą -skończyła studium nauczycielskie i zawsze mnie chciała nauczyć niemieckiego mówiąc że język wroga i przyjaciela należy znać –  ja pytałam który wróg a który przyjaciel

no a brat dziadka był lekarzem w Nowym Tomyślu – za ratowanie ludzi w czasie wojny  został beatyfikowany a w Nowym Tomyślu jest szkoła, ulica jego imienia i są zjazdy  rodzinne co parę lat na Kaziuki –  jego imieniny ….

 Od zawsze frapują mnie życiorysy ludzi, których kościół uważa za świętych – co w nich jest takiego, że mają nam pokazywać drogę do Pana …

Dlatego  słów parę o jednym z nich – o Kazimierzu. Hołodze, jakże bliższym , jakby trochę znajomym bo z rodziny naszej koleżanki ze studiów, Marioli, autorki tego pamiętnika i świadka doznań stanu głębokiej nieprzytomności z powodu udaru mózgu o których było w pierwszej części pamiętnika …

 Kazimierz Hołoga , urodzony w 1913 w Poznaniu, syn kupca Wincentego Hołogi i Marii Hołogi z Białkowskich. Był jednym z pięciorga rodzeństwa. Z przyczyn ekonomicznych rodzina przeniosła się z Poznania do Leszna, a potem Gniezna. W 1935 roku rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Podczas II wojny światowej służył w kolumnach sanitarnych. W czasie okupacji przebywał w Warszawie. W 1941 roku zatrzymany w ulicznej łapance, trafił na Pawiak. Został cudem uratowany krótko przed wywiezieniem do KL Auschwitz.  Po wojnie pracował w Krakowie i Poznaniu. W 1951 roku karnie przeniesiony przez komunistów do Nowego Tomyśla, gdzie objął stanowisko dyrektora szpitala.

Charakteryzował się społeczną postawą- świadcząc ponadobowiązkową pomoc, bezpłatnie leczył biednych i ofiarnie walczył o życie w przypadkach beznadziejnych, także niektórzy pacjenci nazywali do „ cudotwórcą”. Chorych traktował zawsze równo, nie czyniąc różnic i nie zwracając uwagi na pochodzenie, narodowość, przynależność i poglądy polityczne. W marcu 1955 roku przyjął do szpitala Jana Intka, funkcjonariusza milicji ( przedstawiciela władzy komunistycznej- przyp. Z.K. ) postrzelonego w brzuch (przestrzelone żołądek, wątroba i jelita). Działo się to w czasie, gdy miał właśnie wyjechać do Anglii na spotkanie z profesorem Juraszem w sprawie doktoratu, posiadał już nawet paszport. Ciężko ranny potrzebujący leczenia i pielęgnacji postawił doktora Hołogę przed życiowym dylematem: co wybrać – własną karierę czy też służbę potrzebującemu? Doktor pozostał przy łóżku chorego, chcąc go leczyć za wszelką cenę. Przez kilka dni właściwie nie odchodził od łóżka pacjenta. Osiągnął sukces. Beznadziejnie chory wrócił do sił i swej rodziny. Doktor już jednak nie mógł zrealizować swoich naukowych planów.

Nie zgadzał się na aborcję. Kobiety zdecydowane na aborcję swoich dzieci odwodził od tej decyzji wszelkimi środkami, proponując nawet pieniądze i pomoc
W czasach ateistycznej propagandy nie wstydził się swojej wiary: regularnie praktykował, uczestniczył w Eucharystii, modlił się także w pracy, szczególnie przed figurą Matki Bożej, przed poważniejszymi zabiegami odmawiał „Pod Twoją obronę”, nawiedzał szpitalną kaplicę. Gdy władze usiłowały zdjąć krzyże wiszące w szpitalu, sprzeciwił się stanowczo, grożąc nawet odejściem z pracy. Dziękującym mu za pomoc pacjentom odpowiadał, by dziękowali Bogu.

Postawa doktora budziła powszechny szacunek. Stał się on prędko w Nowym Tomyślu i okolicach autorytetem.

W czasie II wojny światowej ożenił się  z Marią z Rochalskich , ma syna Jana.
Zmarł w 1958 roku, wpatrując się w trzymany w rękach krzyż.

 opracowano  na podstawie Wikipedii  i http://www.nspjnt.archpoznan.pl i skopiowano niektóre zdania z /index.php/czytelnia/49-sluga-bozy-dr-kazimierz-hologa/38-zyciorys-slugi-bozego-kazimierza-antoniego-hologi

  ” W wielkopolskim miasteczku Nowy Tomyśl 15 września 1958 r. odbył się pogrzeb śp. dra Kazimierza Hołogi, dyrektora miejscowego Szpitala Powiatowego.
Donosząc o tym tygodnik „Przekrój”, w nr 718 z 11 I 1959, w notatce pt. „Dziękczynny kondukt” napisał: „Zmarł w Nowym Tomyślu niezwykle uczynny i ofiarny w niesieniu często bezinteresownej pomocy chirurg dr Hołoga. Uznanie dla jego społecznej postawy i wysokiej kwalifikacji zawodowej zgromadziło u trumny liczne delegacje i parotysięczny tłum. W kondukcie obok biskupa kroczyli przedstawiciele straży pożarnej, obok delegacji komitetu powiatowego PZPR delegacje młodzieży, za przedstawicielami komendy MO, siostry.” —

Kazimierz Hołoga odcisnął się w historii naszego miasta z dużą mocą.  W Nowym Tomyślu istnieje ulica Hołogi, Szpital został nazwany jego imieniem ,  można również można zapoznać się z dwoma znakomitymi opracowaniami na temat życia Kazimierza Hołogi oraz historii samej szkoły. Natomiast w holu szkoły znajduje się stała wystawa pamiątek po doktorze Hołodze. Szkoła otrzymała to imię 13 marca 2006 .

 20 lipca 2016 Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wyraziła zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Hołogi … ”

Tekst ujęty w  cudzysłów skopiowano ze strony :

http://oledry.pl/lekarz-kazimierz-hologa-1913-1958/

 

Kazimierz Hołoga

Kazimierz Lisicki i Kazimierz Hołoga

Po lewej stronie zdjęcia – Kazimierz Hołoga

Kazimierz Hołoga z żoną Marią i synem Janem, 1951 rok

Wszystkie zdjęcia Kazimierza Hołogi czerpane z ww. stron internetowych.

Może Mariola podrzuci nam kiedyś zdjęcia rodzinne z tym Zwyczajnym i Niezwykłym Człowiekiem, bratem swojego Dziadka . Choć te przedstawione tak dużo mówią …

 

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 6 ). Dziadek, dramat Wielkopolan i lekcje historii.

Maria J. Nowakowska. Koniec lat 60 ubiegłego wieku.   Mój ulubiony , własnoręcznie sporządzony kadr  ze zdjęcia w Jej Rodzinnym albumie.  Cała Mariolka, Marialente jak ponoć nazywa Ją Jurek – choć na tym zdjęciu nie ” lente”    🙂

List od Marioli – wspomnienia , które się odsłoniły po ” powrocie ” do Gniezna w poprzednim rozdziale Pamiętnika : 

 I jeszcze  wiadomości z naszych okolic: słucham radia Poznań a w nim zawsze o północy grają Rotę – to wynik starych i stałych  poznańskich priorytetów – DZIECI WRZESIŃSKIE , ROTA , itp.

Dla nas zawsze w opowieściach dziadków i rodziców Niemiec był WRÓG – dużo pracy nad sobą wymagała zmiana u mnie tego myślenia ….

Kolejny mail :

jak wiadomo po 1 wojnie światowej  poznańskie nie zostało włączone do Polski za sprawą negocjacji Piłsudskiego
dlatego wybuchło Powstanie Wielkopolskie w którym duża część mojej rodziny m.in dziadek Jan brali udział a wielu w nim poległo …
Nic więc dziwnego że Piłsudzki w Wielkopolsce nie miał dobrych notowań ( ja też nic dobrego o nim od dziadków nie słyszałam). Nie zapomnieli tego Naczelnikowi  nigdy …


Potęgował to fakt, że po jego śmierci, w Buku rodzeństwo dziadka wyszło na ulice ( była to wielka demonstracja) nieśli trumnę i wołali : …  he he he … kurwiarz zdechł

( nawiązanie do jego znanych licznych romansów – podobno zmarł na kiłę)


za to skończyli w więzieniu …

Rodzice Mamy Mariolki – Jan  Szajek i Wiktoria Szajek de domo Karpińska. Zdjęcie z albumu Marii J. Nowakowskiej

dziadek, Ojciec Mamy – Jan Szajek z Buku był wielkim patriotą
miał 2 tomy Historii Polski – oprawione w czerwoną skórę z dużym białym orłem  i w wolnych chwilach czytał nam …
nie wiem czy to odniosło oczekiwany przez niego skutek czy była to wina nauczyciela ( zabierał nas na wykopki na swoje pole  i dawał ocenę w zależności od tego kto ile zebrał ) – ale historia była najmniej lubianym przedmiotem w szkole ….

teraz przypomniał mi się ten pan od historii – chyba były pracownik UB
znęcał się nad uczniami np. ostro zakończonym ołówkiem dźgał pod paznokcie, stawiał ucznia przed pierwszą ławką przykładał kij pod brodę i odginał dziecko w tył …

tato, który był przewodniczącym komitetu rodzicielskiego interweniował wielokrotnie a na te wykopki nie pozwolił mi jechać – powiedział : masz mieć ocenę za wiedzę a nie za roboty
gdy pan Bomba ( o dziwo pamiętam jego nazwisko ! ) zapytał mnie, dlaczego nie byłam – to mu powiedziałam …
byłam tak gnębiona że groziła mi 2 na koniec roku
tato zażądał egzaminu komisyjnego  i przed komisją zdałam na 5
potem sprawa nabrała tempa i pan został zwolniony ze szkoły  ( podobno ze szkolnictwa wyleciał)
ale historii nie polubiłam co dziadek miał mi za złe 
🙂

 

Obraz dworku w którym urodziła się Babcia Mariolki – Mamy jej Mamy – Wiktorii Szajek z d. Karpińskiej , żony wspomnianego Jana, namalowany przez Męża Marioli.

                           Jakże przejmująca jest ta krótko opowiedziana  przez Mariolę historia tak bardzo patriotycznej Wielkopolski w aspekcie decyzji Piłsudzkiego, by nie było tu Polski ….  Te  spisane dramatyczne dzieje Jej Rodziny ,  które usłyszała bezpośrednio z ust  uczestników wydarzeń tamtych czasów mają wartość bezcenną …

Dziękuję Ci,  Mariolu za tę relację.  Dzięki Tobie, ta część historii stała się dla mnie żywa ….

Poczytałam też to, co pod linkami. Trochę wiedziałam na temat, ale dopiero  Mariola spowodowała, że wszystko jest dla mnie jakby osobiste…

 http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/727655,jozef-pilsudski-w-wielkopolsce-bohater-czy-zlo-konieczne,id,t.html

http://wyborcza.pl/alehistoria/51,121681,18604408.html?i=0

 

 

Józef Piłsudzki w Poznaniu, 1919 rok. Zdjęcie ze strony https://regionwielkopolska.pl/dzieje-wielkopolski/wazniejsze-wydarzenia/jozef-pilsudski-a-wielkopolska.html

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 3 ) . Szpital w Kępnie – Serce wśród Serc.

Zanim zamieszczę opowieść Marioli, chciałam objaśnić jak to jest z podtytułami tego Pamiętnika . Na moje pytanie  Mariola odpowiedziała – redaguj jak chcesz. Więc podtytuły są moje – do dyskusji, ew. zmiany, jeśli Ktoś zaproponuje …

I jeszcze jedna informacja – Mariola   rozpoczynała swoje życie zawodowe w Szpitalu w Kępnie ( był to rok 1971 lub 1972) , nie wróciła do Poznania. Pozostała wierna temu Miastu, temu swojemu Miejscu w Życiu i Ludziom, którzy Ją pokochali i nadal dają temu wyraz ….

Wzruszam się, gdy czytam to,  co napisała w swoim do mnie  liście – Mariola, koleżanka ze studiów, którą poznałam dopiero teraz ( o czym było w pierwszym wpisie do Jej Pamiętnika),  po 53 latach od tego naszego pierwszego roku Akademii Medycznej w Poznaniu . Nasze Spotkanie jest albo ciekawym przypadkiem a może  jednak zrządzeniem Losu …..

Maria J. Nowakowska teraz, zdjęcie skopiowałam z Facebooka, gdzie sama je zamieściła. Komentarze pod zdjęciem – pewnie jakiś kolega – wyglądasz jak hippiska – tyle barw; i kilka wpisów od wiernych pacjentów – o, nasza Pani Doktor … ( muszę tam zajrzeć i ew. wszystkie skopiować)

A oto zapowiedziany list od  Marioli :

zachęcona Twoim ” pisz wszystko” piszę:

 wróciłam właśnie z kaplicy szpitalnej – msza

czasami tam chodzę – spotykam kolegów, pogadamy

dzisiaj też tak było – spotkałam pielęgniarki z oddziału, które mnie ze sobą zabrały

kawa, domowe ciasto i .. niech no pani siada- wyrosły włoski na brodzie- to usuniemy

czyli wróciłam do domu po strawie duchowej, cielesnej i jeszcze gładka na twarzy

        Takie były zawsze. Gdy po udarze trafiłam z OIOM- u na wewnętrzny codziennie rano przychodziły, brały mnie na wózek i wiozły pod prysznic i dopiero ja położona do czystego łóżka a one wracały do siebie….

Jak byłam lepsza a jeszcze nie pamiętałam liter przynosiły książki dla dzieci  i od nowa poznawałam ? uczyłam się ?

 Muszę przyznać że miałam wielkie szczęście do ludzi.

Kucharki wiedziały że lubię mleczną zupę ( dzieci nie chciały to ja zawsze piłam bo zostawała  w wiadrze) więc po udarze codziennie kucharka przynosiła mi kubek takiej zupy na wewnętrzny,  bo dla wewnętrznego  nie gotowały….

 inny dowód

z lasów przywozili nam do szpitala choinki. Panowie z ekipy oprawiali, a ja brałam kilka gałązek

i znowu  – po udarze  – telefon do mnie : gałązki zostawiliśmy w portierni, proszę niech ktoś odbierze

i tak jest do dziś…..

 miłe jest też to że do dzisiaj dostaję przepiękne kwiaty na imieniny od obecnego szefa i dziewczyn

 nie muszę przekonywać że smak tej zupy i zapach daglezji  jest nie do przecenienia

 tak samo miła jest dzisiejsza kawa

 może odbierzesz to jako chwalenie się ale nie – dla mnie to tylko przemiłe wspomnienia

 wnuk ( lat 4 ) przyszedł powiedzieć że zrobił ciasto na pizzę a tata TYLKO mu pomagał więc ruszam sprawdzić

miłej niedzieli