Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 8 ). Powaga i zamożność nauczycielskiego stanu i piękny festyn z ukochaną Helusią.


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

 Pod koniec roku szkolnego otrzymałem pismo z inspektoratu szkolnego w Oszmianie, że  zostałem z urzędu przeniesiony z dnie pierwszego września 1932 roku do jednoklasowej szkoły w Rudni, znajdującej się o 3 km od miasteczka gminnego w Dziewieniszkach. Nie pytano mnie o zgodę na przeniesienie, bo korzystałem ze stypendium państwowego przez dwa lata w seminarium nauczycielskim w Wilnie.

Zanim się przeniosłem do nowej szkoły w Rudni, najpierw odwiedziłem ją. Podobała mi się ona. Znajdowała się o 300 metrów od stawu, na którym stał młyn z domem właściciela. Domek, w którym połowa jego była pod szkołą, wyglądał zachęcająco. Naokoło było pełno kwiatów: róż, georginii i innych. Tuż, o trzydzieści kroków od szkoły stał domek drugiego gospodarza. Właśnie z tym drugim gospodarzem umówiłem się, że będę u niego mieszkał i płacił miesięcznie 15 zł wraz z gotowaniem potraw z moich produktów.

Dwa tygodnie przed rozpoczęciem zajęć w szkole, na  gminnym koniu przewiozłem swój dobytek do nowego mieszkania- pokoju. Od kolegi- jeszcze ze szkolnej ławy w Wilnie kupiłem żelazne łóżko z siatką drewnianą i postawiłem je w swoim pokoiku. Do siedzenia gospodarz wstawił dwa taborety i zydelek z wiadrem do wody oraz stolik. Również gospodarz napełnił siana do materaca- siennika. To na razie było całe moje umeblowanie w moim mieszkaniu. Po paru tygodniach dopiero zrobiłem sobie sam etażerkę z desek młynarza i wstawiłem w kątek mieszkania. Do pokoju wchodziło się przez sień. Pokój miał trzy nieduże okienka, dwa wychodzące na ulicę- drogę prowadzącą do młyna i do miasteczka Dziewieniszek, a jedno na podwórko

      Całe wakacje szkolne spędzałem rodzinnej wsi u rodziców. Było mi u nich przyjemnie i miło. Mieszkańcy wsi nie nazywali mnie już Jaśkiem , ale „ Panem Janem”. A więc odzywali się do mnie z szacunkiem i powagą. Nie szczędzili mi wyrazów uznania i podziwu , że się pierwszy wybiłem wśród młodzieży w tutejszej gminie.

I rzeczywiście byłem pionierem nauki  w tych okolicach. Zazdrościli mi wszyscy: jak rówieśnicy, tak i starsi. Rodzice moi i całe rodzeństwo także byli dumni ze mnie i z moich sukcesów.

 W domu panowała radość i szczęście. Brat młodszy, Piotr poszedł się uczyć na krawca, a brat najmłodszy- Mateusz zaczął uczęszczać do szkoły handlowej w Smorgoniach. Siostra Anka też zgłosiła chęć pójścia na naukę na krawcową. Za naukę wyżej wymienionych obiecałem opłacać ja, który poczułem się do wdzięczności za pomoc mi w czasie moich studiów trwających sześć lat.

Czas wakacji upłynął mi na odwiedzaniu kolegów i koleżanek . Wspólnie z kolegą wizytowaliśmy koleżanki w ich domach u rodziców. Urządzaliśmy tam potańcówki. W każdą niedzielę jeździłem do swej niebogiej, kochanej Helusi ( późniejszej żony- przyp.Z.K.), która mieszkała u rodziców o 8 km od mojej miejscowości.

             Będąc u niej, ułożyliśmy plan następnego spotkania  w Wejstomie , gdzie odbywał się wielki” fest”- uroczystość kościelna. Ona przyjechała swoim wozem, najpierw do swoich krewnych  do Konstanpola, a stamtąd do kościoła znajdującego się o 7 km w Wojstomie. Ja też miałem w tej miejscowości swoich krewnych , ale od razu na uroczystość przyjechałem rowerem.

Spotkaliśmy się , oboje wniebowzięci. Pełni szczęścia , wśród tłumu ludzi spacerowaliśmy po ulicy niebrukowanej pełnie zadowolenia i dumy z siebie, że jesteśmy razem. Zauważyli nas moi koledzy też spacerujący i przyłączyli się do nas. Przedstawiłem im swoją bogdankę, jako siostrzyczkę w Chrystusie. Żartów i śmiechu było pełno. Każdy stara się czymś zaimponować mojej siostrzyczce. Po dwugodzinnym spacerze żegnamy się.

My wracamy do swojego- jej wozu. Ja proponuję – żeby pojechała ze mną na rowerze moim do swoich krewnych. Zgadza się.

Więc kupuję cukierków dla niej i dla dzieci krewnych .

Siadamy na rower i mkniemy osiem km do celu- Konstanpola. To przestrzeń niedługa, ale jechać trzeba powoli i uważnie, bo dużo ludzi maszeruje tą ścieżką do kościoła.

Mkniemy i dzwonimy.

Piesi ustępują z drogi- ścieżki- szybko z małym podskokiem i wesołym krzykiem.

Za pół godziny byliśmy już na podwórku jej stryjostwa. Obdarowaliśmy wszystkich słodyczami. Z kolej gosposia zaprosiła nas na podwieczorek. Najedliśmy się do syta smacznej babki z masłem, kiełbasą, zapiliśmy mlekiem. Resztę czasu wieczornego spędziliśmy na spacerze po sadzie pełnym gruszek, jabłek i kwiatów.

Gdy już zaczęło ciemnieć przyszliśmy na podwórko, gdzie czekał nas stryjek z pościelą do spania w stodole.

W tej ogromnej stodole na dole kopy pachnącego siana położyła się moja „ siostrzyczka” , a je ze stryjem popełzliśmy wyżej na kopę siana i tam urządziliśmy sobie spanie.

Obudziłem się i spostrzegłem, że stryja obok mnie nie ma. Głośno spytałem, czy wszyscy już wstali?

Dał się słyszeć głos ukochanej Helusi.

Popełzłem, żeby ją wyciągnąć z siana, a ona w tej chwili uciekła ze swojego gniazda i szła już do studni, by się umyć.

Ja też skierowałem swe kroki do wody, gdzie już stryjenka jej stała z ręcznikiem i zapraszała na śniadanie. Po smacznym posiłku składającym się z blinów kartoflanych- ślicznie myśmy podziękowali za wszystko i ruszyliśmy w drogę do domu.

Ona koniem, a ja rowerem obok wozu.

Za wsią Mickiewiczami na rozstajnej drodze pożegnaliśmy się , bo jej droga do domu szła w lewo, moja prowadziła w prawo.

Z wielkim żalem ucałowałem jej rączki i gorące usteczka.

Słowami: Bądź zdrowa , pomknąłem na swym błyszczącym” rumaku” – rowerze.

     W domu, w swoim pokoju nikogo nie było. Jakoś smutno mi się zrobiło i na płacz się zbierało. Czułem się tak , jak czuje się naprawdę zakochany. A byłem, byłem w takim stanie. Żeby rozwiać te uczucia rzewności, wyszedłem z mieszkania, a spostrzegłszy stojący rower pod ścianą domu , zarzuciłem nogę na siodełko i pomknąłem do leśniczówki, znajdującej się o dwa kilometry. Tam spotkałem stojącą na balkoniku dawną znajomą, córkę ( obecnie mężatkę za leśniczym) mojej pani profesor w seminarium nauczycielskim w Borunach, gdzie uczyłem się przez cztery lata. Po przywitaniu i krótkiej wymianie paru słów, pożegnałem ją, bo powiedziała, że czeka na męża z gośćmi na obiad, nie raczyła nawet zaprosić mię do mieszkania na herbatę.

To oziębłe, nieuprzejme zachowanie tej znajomej pani, było dla mnie poniżeniem, które rozżaliło mnie tak, że po powrocie do domu, do swojego pokoju , rozpłakałem się.

Brat starszy, który wszedł do mieszkania w czasie mego beczenia, podszedł do mnie i powiedział, że nie warto ronić łez.

To prędko minie, on także płakał po swojej dziewczynie, która wyszła za mąż  ….

c.d.n.       

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 2 ). Czas Pierwszej Wojny Światowej.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Pierwsza Wojna Światowa ( spisane przed II wojną).

    W jesieni , gdy już toczy się walka na zachodzie i południu, dowiaduję się i ja o tej wojnie z ust starszych gospodarzy. Mam 8 lat.

Myśląc, że wojna nazajutrz będzie u nas, rozdaję kolegom jabłka uzbierane w nocy w ogrodzie sąsiada.

W kilka dni po tym fakcie zobaczyłam na własne oczy żołnierzy niemieckich konnych. Był to wywiad. Wieczorem tego dnia najechało konnicy niemieckiej moc! Leżąc pod kożuchem trząsłem się jak osika i ukradkiem spoglądałem jednym okiem, jak chodzili po naszej chacie, w czapkach stalowych.

 Nazajutrz, gdy wojsko opuściło wieś, udałem się z rodzicami na wozie, pełnym różnych, najpotrzebniejszych gratów, do pobliskiego lasu, gdzie wykopał ojciec jamę , przykrył ją chrustem i ulokował nas w niej. Ponieważ zabranego jedzenia prędko nam zabrakło , gdyż było nas tylko samych dzieci pięcioro, a do tego rodzice i babka, więc ja z matką, babką poszedłem do wsi, aby coś wziąć do jedzenia. Pozwolono nam wyjść z lasu ale, gdyśmy wracali, żołnierz niemiecki na koniu dopędził nas i kazał pod karą śmierci wracać do swojej chaty we wsi. Zły na Niemca wracałem z babka do niedawno opuszczonej chaty, bo matka, gdy Niemiec trochę odjechał  umknęła do lasu.

Wróciłem do swojego okopu z babką wieczorem. Siedzieliśmy w tym lesie  przez miesiąc. Po oswojeniu się z hukiem i gwizdami strzałów, często wychodziłem z lasu na pole po kartofle nie zważając, że na tym polu była pierwsza linia okopów niemieckich. W lesie widywałem żołnierzy rosyjskich – kozaków, którzy wypytywali mnie , gdzie się znajdują wojska niemieckie.

    Po miesięcznym pobycie w jamie wykopanej w  lesie udaliśmy się do krewnych, mieszkających o 10 km od nas. Zabrał nas czworo ojciec na wóz, pozostawiając tylko do pilnowania dobytku babkę i starszego brata. Jadąc gościńcem nie widziałem żadnego Niemca. Gdy dotarliśmy do celu, byliśmy szczęśliwi.

Ale trwało to niedługo bo oto po paru godzinach najechało dużo wojska do tej małej wioseczki. Nie było i tu schronu. Nie czekając długo, wracamy do swojej kryjówki leśnej. Lecz jazda była już trudniejsza bo oto, co kilka kilometrów przebytych, żołnierze- strażnicy niemieccy robili rewizję w naszym wozie, poszukując szpiegów. Z trudem dotarliśmy do lasu, przed którym stała wioseczka, będąca pierwszą linią okopów niemieckich.

Do lasu straż niemiecka nie wpuściła nas. Próbował ojciec jeszcze przedrzeć się krzakami na koniu, ale gdy tylko zawrócił z gościńca i zatrzaskały gałęzie, zatrajkotał karabin maszynowy, zmuszając do odwrotu.

Wracamy z gościńca do wioski, by przenocować u znajomych. Po chwili przekonujemy się , że we wsi nie ma żywej duszy. Ojciec szuka dalej, a ja pilnuję konia. Wreszcie znajdujemy znajomych i nocujemy tam, śpią jedno na drugim, gdyż zwykła jama, nakryta deskami. Była bardzo mała.

Nazajutrz byłem świadkiem ataku wojsk rosyjskich na niemieckie. Armaty rosyjskie bez ustanku od rana do ciemna grzmiały. Pociski na szczęście przelatywały nad nami i spadały na chaty , zapalając wieś. Przez otwór założony poduszkami staczały się tylko kule ołowiane , któremi bawiłem małe siostrzyczki, by zapomniały o wodzie, której się domagały, a o którą było tak trudno. Koń nasz, który był mocno przywiązany do wozu, dłuższy czas rzucał się jak szalony, aż wreszcie  Niemiec porżnął  powróz i uwolnił go od tej straszliwej męki.

Ogniem armatnim zmusili Rosjanie Niemców do cofnięcia się. Niemcy odstępując sami, zmuszali i ludność cywilną do cofania się. Dużo jej- ludności- popędzili do przodu , ale my , pomimo, że nas także zmuszali nie ruszyliśmy się z miejsca, bo za małe były dzieci.

Z chwilą, gdy ściemniało posłyszałem krzyki : ura, ura! Wojsko rosyjskie było do ataku. Niedługo byli przy naszych i w naszych okopach, poszukiwali Niemców. Widziałem po wyjściu z okopu, jak zabierano rannych i zabitych, słyszałem ich jęki.

       Tego samego wieczora wróciliśmy na piechotę do swoich okopów, czyli do jamy  w lesie. Nie zastaliśmy tam nikogo, więc udaliśmy się do swojej wsi, w której jak się później przekonaliśmy, stał już obóz wojsk rosyjskich

       Zaledwie tydzień minął, i już znowu musiałem uciekać z rodzicami do lasu, bo wojska niemieckie posunęły się w kierunku naszej wsi i mogły z łatwością  pociskami armatnimi zasypać ją.

Byłem tu świadkiem, jak wojska rosyjskie ( tabor) uciekało na łeb na szyję z naszej wioski do lasu.

 Ja z ojcem, pędząc świnie przed sobą szedłem do lasu dość spokojnie przyglądając się z furią uciekającym żołnierzom.

Od tego czasu już nie wróciłem z rodzicami do swojego domu. Byłem jeszcze raz sam jeden i widziałem dziury w ścianach od pocisków armatnich i pocisk leżący na środku mieszkania. Jeszcze od czasu do czasu wychodziłem z lasu na pole, by nakopać ziemniaków i popatrzeć na swą ukochaną wieś .

Przebywając w lesie przez kilka tygodni bez dostatecznej ilości żywności , niemal codziennie chodziłem do żołnierzy rosyjskich po chleb, którym karmiłem całą rodzinę. 

Jednego razu o mało nie przekroczyłem pasa neutralnego i nie przedostałem się na stronę niemiecką. Czujka, znajdująca się blisko okopów niemieckich zatrzymała mię i pod groźbą kary śmierci kazała mi więcej się nie pokazywać. Chociaż głód parł mię do żołnierzy, ale strach przed śmiercią pohamował mnie.

Nie mając czego jeść i odczuwając dotkliwie dokuczliwe zmiany jesiennej słoty, wyjechaliśmy do Konstanpola , siedziby stryja, który z całą rodziną został wygnany do Niemiec. W Konstanpolu , znajdującym się o 10 km od naszej wsi i o sześć km od pierwszej linii okopów niemieckich, przeżyłem z rodzicami cztery lata.

Z tego trzy lata spędziłem w otoczeniu żołnierzy rosyjskich, którzy w naszej chacie mieli odpoczynek po 1 tygodniowym lub dwutygodniowym pobycie w okopach na pierwszej linii. Oni to byli pierwszymi moimi nauczycielami śpiewu i gry w karty. Pamiętam do dziś dnia niektóre piosenki przez nich śpiewane. Umiejętności gry w oczko na pieniądze i innych bez pieniędzy nauczyłem się od nich, stojąc u nich za plecami, gdy grali. Nieraz do północy śledziłem ich ruchy z kartami i nikt mi tej przyjemności nie przerwał, gdyż całe rodzeństwo spało. Tak upływały mi wieczory zimowe.

 Dnie spędzałem na grze w karty- w zapałki z kolegami i na zbieraniu chleba wśród żołnierzy dla swojego rodzeństwa. Żołnierze , litując się nade mną, dawali mi nie  tylko chleb, ale i cukier, pieniądze. Dlatego też chętnie odwiedzałem swoich chlebodawców- żywicieli, ale każdego dnia innych. Na takim zajęciu upłynęła pierwsza zima w domu stryja.

     Huk armat, trajkot karabinów maszynowy i gwizd bomb spadających z samolotów , początkowo mię  przerażały, ale po trzech miesiącach oswoiłem się z tym wszystkim i traktowałem to jako zwykłą rzecz, która nie robiła silniejszego wrażenia. Nieraz, to było wiosną, gdy spadnie pocisk armatni na ziemie i jeszcze z miejsca jego zarycia się unosi się dym, ja już oglądam jego ślady.

     Wiosną roku 1915 po raz pierwszy poznałem zapach gazu duszącego, puszczonego przez Niemców. Nie uległem jego szkodliwemu działaniu, bo był on już słaby zanim przepłynął przestrzeń sześciokilometrową.

Wiosna wspomnianego roku upłynęła mi na pasaniu na powrozie jedynej krowy i noszeniu chleba od żołnierzy.

W chwilach wolnych od tych zajęć grałem ze starszymi i rówieśnikami w karty na pieniądze, które zdobywałem- kradłem od ojca z pudełka, do którego ten składał po otrzymaniu od żołnierzy za biały chleb lub papierosy rozsprzedane.  Drugim źródłem dochodu były jałmużny od oficerów i podoficerów w gotówce- w kopiejkach. W grze byłem zawsze oszukiwany pomimo, że umiałem grać.

      Dzięki grze w oczko nauczyłem się liczyć do 25- i  wykonywania działań dodawania i odejmowania w pamięci.

Tegoż roku w lecie ojciec powierzył mi funkcję sprzedawania chleba białego żołnierzom w ich koszarach. Co drugi dzień z bratem starszym nosiłem chleb- piróg- do okopów i tam rozprzedawałem i odważając na ręcznej wadze żądane porcje. Po rozprzedaniu białego chleba szedłem z bratem do innego oddziału żołnierzy i prosiłem o pieniądze i cukier. Bardzo rzadko wracałem z pustymi kieszeniami i brakiem supełka w chusteczce do nosa , który to supełek oznaczał, że pieniądze są. Chleba razowego, którym żołnierze obdzielali mnie, często nie brałem, za co łajali ( rugali) mię żołnierze. Na takich zajęciach mija mi rok 1915. Mam 9 lat.

     W roku 1916 wiosną wyjechałem z ojcem do Krasnego- na linii Mołodeczno- Mińsk, gdzie zamierzał ojciec zostawić mię w ochronce polskiej dla dzieci  wygnańców.  Byłem w tej ochronce przez dwa dni, a na trzeci, rozbeczałem się tak mocno, że ojciec zabrał mnie z powrotem do domu.

     Po pewnym czasie odjechałem wraz z kolegami z tej wsi pod opieką jednego z ich ojców do ochronki także polskiej w Radoszkowicach. Tu przebyłem około trzech tygodni.

Po raz pierwszy posłyszałem mowę polską, która mi się bardzo podobała. Starałem się łamać swój język białoruski, mówiąc po polsku. Nauczyłem się tu kilku liter łacińskich pisać, poznałem parę gier w piłkę, i zapamiętałem parę bajek. Gdyby nie dokuczał w tym zakładzie brak jedzenia, byłbym z pewnością dłużej w tej szkole.

    Muszę nadmienić, że z powodu słabego odżywiania nas, ja byłem zmuszony do wynalezienia sposobu zaspokojenia głodu. Otóż gdy wszystko bractwo posnęło w pokoju i kucharki już chrapały w kuchni, szedłem po zdobycz- po razowy chleb na kuchnię. Każda nocna wycieczka była udana, a żołądek na całą dobę zaspokojony. W tymże samym miasteczku na współkę z kolegami kradłem od Żydów słodycze, że kraść od Żyda nie jest grzechem.

    Po powrocie z ochronki uczęszczałem do niedawno założonej szkoły rosyjskiej , znajdującej się o 3 km od mojej wsi w miejscowości Macewicze- gmina Wojstom pow. Wilejski. W szkole tej było prowadzone dożywianie dzieci wygnańców. Więc, jako wygnaniec także otrzymywałem obiad, składający się z dobrej zupy i jeszcze lepszego drugiego dania. Ponieważ przy tej szkole prowadzony był niewielki internat dla dzieci z dalszych miejscowości, więc dawano tu i śniadanie, na które ja mocno starałem się zdążyć, gdyż był na nim pieróg i słodka herbata.

      Nauka w szkole szła mi łatwo, gdyż dużo liter już znałem, a z rachunków więcej umiałem niż  trzeba było umieć  w klasie pierwszej. Dlatego też po paru tygodniach prowadziła mnie nauczycielka ( nauczycielek było trzy) do klasy drugiej. A gdy nie dawałem rady z czytaniem w kl. II, postanowiła nauczycielka tak, że czytać będę z klasą I-szą a rachować z II-gą. Tam nauczycielka prowadziła dwie klasy. Do szkoły uczęszczałem przez dwa lata i skończyłem dwie klasy.

Z chwilą wybuchu rewolucji w Rosji zamknięto tę szkołę.

W tym samym budynku po kilku tygodniach  zorganizowano szkołę polską, do której chodziłem większą chęcią niż do rosyjskiej, pomijając to, że w tamtej smaczniej dawali jeść. W krótkim czasie pokochałem swoje panie i starałem się im nie dokuczać tak, jak dokuczałem nauczycielkom rosyjskim.  

Język polski , jakim one się posługiwały  w rozmowach z nami – miał coś  w sobie pięknego przyjemnego i rozbrajającego . Delikatnością , której nigdy nie doświadczyłem od nauczycielek rosyjskich, zdobyły mię nauczycielki polskie.

Szkoda wielka, że do tej szkoły ( polskiej) chodziłem tylko parę miesięcy, bo z chwilą wiosny, musiałem paść krowę, a jeszcze w miesiącu marcu jeździłem z ojcem, bratem i stryjem budować dom na zgliszczach swej siedziby w Kołpiei.

 Do szkoły już nie wróciłem- aż do roku 1922….

     Byłem zajęty przy budowie chaty. Jeździłem z ojcem do lasy po drzewo na budulec. Woziłem z nim i starszym bratem deski z okopów rosyjskich. Zbierałem po schronach ramy ze szkłem, łopaty, topory, słowem to, co było potrzebne do naszej gospodarki.

      Gdy jeszcze matki- gospodyni nie było przy stawianiu prowizorycznej chaty, ja ją zastępowałem, gotując kartoflaną z kawałkiem słoniny lub zakraszając ją słoninką dla pracowników. Po nakarmieniu ich pomagałem skrobać drzewo na dom. Przy takiej pracy spędziłem trzy miesiące.

      Zwrot w moich zajęciach nastąpił z chwilą, gdy matka przeniosła się z pięciorgiem dzieci młodszych ode mnie do chałupy nowo-zbudowanej. Ona więc zajęła się kuchnią, a ja musiałem paść jedyną karmicielkę- Ryżulę. Pasłem ją po sąsiednich ogrodach, których gospodarze jeszcze nie wrócili, po sadach i łąkach. Smutno mi było z Ryżulą. Ona porykiwała tęskno, a ja, trzymając ją na powrozie, prosiłem ją , by jadła i rzewnie, cichutko popłakiwałem. Codzienne pasanie krowy przeze mnie , było dla mnie istną męczarnią. Toteż nie było chyba dnia, w którym bym nie oblał się łzami wyprowadzając ją na paszę. W niektórych dniach, by się uwolnić choć na jeden dzień od tego ciężkiego obowiązku, udawałem chorego i nie wstawałem z łóżka. Skoro ktoś popędził krowę na pastwisko, wstawałem ze swojego barłoga i prosiłem matkę by mi dała jeść. Gdy zaś nie było jej w chałupie , sam właziłem do pieca, wyciągałem kaszę z ziemniaków. Wstawanie moje zaraz po wyprowadzeniu krowy przez starszego brata, który był bardzo potrzebny do pomocy ojcu przy budowie, dało do zrozumienia że ja symulowałem chorobę.

Po kilku takich wypadkach nie wierzyli mi rodzice i rózgą podnosili z łóżka. Krowę pasłem tylko na ranku i pod wieczór. W czasie, gdy krowa stała w chlewie, ja pomagałem w pracy mamusi, albo szedłem z koszem na ryby, których po wojnie było moc w rzece. Pomoc moja w pracy matce polegała ba zbieraniu trawy dla świń, suszeniu tej zieleniny i karmieniu nią  czworonożnych zwierząt..

       W święta i niedziele w zajęciach moich była zmiana. Polegała ona na tym, że zamiast krowy, pasłem konia albo bawiłem się, pilnowałem domu z  pięciorga małymi., gdy matka szła do kościoła do Smorgoń. Natomiast, gdy matka była w domu, szedłem na ryby, grzyby, orzechy w zależności od pogody lub okresu czasu.

     Tak minęło mi : lato i jesień po powrocie do swojej wsi.

     O zimie roku 1918 nie mam wiele do pisania. Minęła ona mi na tarciu słomy dla krowy, skrobaniu ziemniaków na śniadanie i kolację. Wieczorami grałem z kolegami- towarzyszami starszymi od siebie w karty i zapałki , w tzw” kogucika” na pieniądze. W grze nic mi się nie powodziło- bo rzadko kiedy wygrałem a stale przegrywałem. Pomimo to, że przegrywałem nieomalże za każdym razem i byłem karany przez ojca, siła namiętności pchała mię zawsze do tego rodzaju rozrywki. Było to już nałogiem mocno zakorzenionym nie tylko we mnie, ale u wszystkich mężczyzn powojennych , którzy podczas wojny nie mając nic do roboty, grali tylko w kart. Nałóg do gry w karty towarzyszył mi aż do chwili nauki w seminarium nauczycielskim na pierwszym kursie. …..

c.d.n.

Gdy w 1914 roku rozpoczęła się I Wojna Światowa Jan miał 8 lat, gdy skończyła- 12. Jako dziecko już tyle przeżył….

W tym czasie zginęło 14 milionów  ludzi. Po raz pierwszy w historii użyto w niej broni chemicznej, samolotów, okrętów podwodnych, czołgów i ciężarówek. To tyle z Wikipedii.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 1 ) Dzieciństwo.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową – dzieciństwo.

     Urodziłem się 12 lutego 1906 r. we wsi Kołpiei Gm. Wojstomskiej pow. Oszmiańskiego woj. Wileńskiego. Dzieciństwo moje spędzam pod opieką rodziców i starszego brata. Rodzice moi byli i są rolnikami. Posiadali i do dziś posiadają około 4 hektarów ziemi, którą uważają za jedyną karmicielkę. Do ziemi są mocno przywiązani.

        Matka i ojciec są analfabetami. Rodzice ojca i matki byli ludźmi ciemnymi- umieli tylko jako –tako modlić się z książki po polsku. Matka była i jest po dziś dzień kobietą religijną i potulną. Ojciec natomiast był i jest człowiekiem areligijnym i cholerykiem.

Jak ojciec tak i matka nie dbają o moje wygody. Starają się tylko, bym miał co jeść. Pieszczot-ciepła matczynego mało  zaznałem.

Całe dzieciństwo spędzam na ulicy z rówieśnikami pod opieką starszego o 3 lata brata. Często z bratem pasę świnie na wygonie i spełniam rolę posłannika do domu po przysmaki- chleb z masłem lub ze słoniną. Nie mając własnego sadu , z wielką odwagą skradam się w biały dzień po owoce do sąsiedniego ogrodu. Biedne są też i ogrody warzywne sąsiadów . Wieczorami, czy też w dzień , kiedy gospodarze są  na polu przy pracy, wyciągam marchewki, rzodkiewki i inne warzywa nadające się do spożycia na surowo.

Postępuję tak dlatego, że we własnym ogrodzie podobnych smakołyków brak. Niedzielami  lub w dni świąteczne chodzę na grzyby do lasu rządowego, otaczającego moją wieś, łowię ryby w strumyczku przy pomocy kosza. Często podbieram jajka ptakom lub zabieram pisklęta na „pieczonkę”- do usmażenia. Przykład do wspomnianych postępowań dają mi starsi chłopcy, którzy zabierali mnie często ze sobą, gdy szli szukać zdobyczy.

       Zimy w okresie dzieciństwa upływają mi monotonnie, bo każą mi kołysać młodszą siostrę,  która przyszła na świat, gdy ja już miałem skończone cztery lata. To kołysanie było dla mnie istnym piekłem. By się pozbyć tego niemiłego zajęcia, szarpałem siostrę tak, żeby płakała. Gdy ta rozbeczała się na dobre, matka ją zabierała, a ja byłem wolny. Nie tracąc czasu pędziłem na ulicę na bosaka, by się poślizgać lub posaneczkować czy też pobawić się  w śnieżki. Mimo wielkiego zmarznięcia , bo aż do zasinienia, nigdy mnie się choroba nie imała.

        Warto jeszcze wspomnieć o tym, czym się odżywiałem. Pierwszym i najważniejszym pokarmem dla mnie w tym okresie był razowiec- chleb z solą, którą posypywałem po odłamaniu od bochenka chleba, kawałka chleba. Na śniadanie najczęściej jadłem bliny z twarogiem w dniu powszednim, a w święta- ze skwarkami. Na obiad dostawałem zupy buraczanej lub kapuśniaka z kartoflami. Wieczerza  składała się zwykle  z kartofel z mlekiem kwaśnym , jeśli to było w porze letniej, kiedy mleko było, albo z kapustą surową.          Mieszkanie, w którym hodowałem się, było ogromne, o oknach czterech, ale niedużych, bez podłogi i niskie. Brak w nim było jakiegokolwiek prymitywnego przepierzenia. Miejscem do spania był „połoczyk” za piecem( deski na kozłach) z smrekiem często pod głowę i pod boki. Nakrywałem się najczęściej kożuchem w zimie- albo sukmaną w lecie. Często też sypiałem na piecu z bratem starszym. Miało to miejsce w zimie , chociaż często się zdarzało i w lecie. I w takich warunkach przeżywałem okres dzieciństwa.

W końcu siódmego roku mego życia przyszła na świat druga siostra dla mego utrapienia. Brat starszy w tym czasie zaczął uczęszczać do szkoły rosyjskiej znajdującej się o 2 km w sąsiedniej wsi. Ja muszę dalej opiekować się starszą siostrą, no i kołysać tę drugą. Przeklinam ją, złoszczę się i zapędzam do bawienia tego niemowlęcia siostrę. W chwilach wolnych zaglądam do książek i zeszytów brata. Próbuję pisać na deseczce gryfem. Kiedy brat się uczy wierszy, ja powtarzam za nim, i udaje mi się nauczyć kilku takich wierszyków w języku rosyjskim.

           W okresie letnim spada na mnie obowiązek ciężki- pasanie świń, odpasywanie kolejki- ilości dni – za ilość posiadanych owiec lub krów. W dni świąteczne pasę konia, chodzę nadal na ryby, grzyby i jagody. Złapane ryby koszem, choćby ich było bardzo mało , sam czyszczę i smażę na słonince, której kawałeczek wyprosiłem płaczem od matki. Nieraz w niedzielę lub w inne święto idę do kościoła do Smorgoń. Odchodząc, zawsze mi się uda wyjęczeć od matki , bo tato za dokuczanie tego rodzaju, dawał pasa, parę kopiejek- jedną lub dwie. Za te pieniądze kupowałem sobie słodkiej wody lub obwarzanek.

          Praktykuję dalej łażenie do cudzych sadów i ogrodów. Często pomagam ojcu jeździć do lasu po drzewo na opał lub sprzedaż. Drzewo z lasu państwowego bierzemy bez pozwolenia- kradniemy za wiedzą gajowego albo i bez jego wiedzy. Podobnie, jak  wszyscy mieszkańcy, tak i ja uważałem, że branie bez zezwolenia drzewa z lasu państwowego , nie jest żadnym grzechem. Grzechem dla mnie w tym wieku było zabrać coś człowiekowi biednemu albo zabić kogoś.

        W roku 1914 mając już za sobą osiem lat życia, gdzieś koło Bożego Narodzenia rozpoczęła się nauka na elementarzu rosyjskim. Uczył mnie pierwszych liter starszy brat, a matka czuwała, bym się nauczył tego, co mi zadał mój nauczyciel- starszy brat, uczęszczający w tym czasie do klasy III-ciej szkoły powszechnej rosyjskiej. Nauka szła , jak z kamienia. Wolałem już kołysać małą siostrę, niż siedzieć nad czarnymi punktami, które zapamiętać tak mi było trudno. Mniemając, że ze zniknięciem elementarza ustanie moja męczarnia, wrzuciłem swoją pierwszą książkę do strumyka, o pełnych brzegach wody. Mniemanie moje dziecinne było zgubne, bo dostałem od ojca mocno w skórę i musiałem się przyznać, że sprawcą zaginięcia elementarza byłem ja. Zaledwie minął tydzień od tej rozprawy, a już przywiózł mi ojciec  drugi elementarz z Wilna, do którego co tydzień jeździł w zimie z obwarzankami do Smorgoń. Pod karą dwudziestu różek pilnowałem swojego  wroga- książki i uczyłem się liter na pamięć. Na takiej męce , przerywanej od czasu do czasu kołysaniem siostry , minęła mi zima przed wybuchem I wojny światowej. Wynikiem zimowej nauki było poznanie kilku liter i umiejętność złożenia kilku sylab.

    Lato roku 1914 upływa na pasaniu świń, owiec, krów i konia. W czasie wytężonych prac na polu, przebywam w domu z dwoma małymi, nie, z trzema małymi, bo w lecie przybyła jeszcze jedna, siostrzyczkami. Grzebię się z nimi w piasku, myśląc o niedzieli lub jakimś święcie, które ma przynieść swobodę- wolność od obowiązków pilnowania młodszego rodzeństwa.       Tak mija mi lato przed wybuchem wojny światowej.( I Wojny Światowej – przyp. Z.K. )

c.d.n.

Zaproszenie…

Zaproszenie

IMG_2909.jpg Okienko kapliczki w Kołpiei, gdzie urodził się Jan. Zdjęcie od Lory…

 

 

Kochani.

Równolegle  z tym blogiem ( już pięciolatkiem 🙂  od 4 lat prowadzę drugi z pamiętnikiem Teścia i moimi zapiskami na marginesie. Pamiętnik już tam jest,  był wrzucany bardzo dawno,  krótkimi odcinkami, by nie znużyć czytających, ale schował się pod moje Listy do Jana. I w dodatku w wykazie rozdziałów jest rozkawałkowany tematycznie. Bardzo rzadko tam bywam, ale wracam….

Czytanie jest też utrudnione z powodu  formuły blogu. Ostatni wpis  pojawia się jako pierwszy, pod nim przedostatni itd.

Dowiadywałam się jak założyć stronę, ale domeny są płatne a w dodatku nie mam obok siebie kogoś, kto by mi pomógł. Więc jest jak jest…

Myślę, że treści pamiętnika zrekompensują tę wadę. …

      Pomimo tych trudności w płynnym czytaniu całości, jednak ktoś tam dotarł. Całkiem niedawno z przyjemnością i wzruszeniem przeczytałam to, co pod linkiem który mi podrzucił  Janek ( wnuk seniora)  , bo znalazłam tam  cytowane w innych portalach fragmenty Pamiętnika Jana , np. opowieść o obozowej syberyjskiej Wigilii ….

       I dlatego postanowiłam raz jeszcze przypomnieć , tym razem  w nieco obszerniejszych odcinkach.

 

Pamiętnik jest dla nas drogocenną pamiątką, bo Jan był nam najbliższy i bardzo Go kochaliśmy . Był człowiekiem niebanalnym, mądrym, nieustannie przyjaznym wszystkim

( nawet oprawcom)  i zawsze pogodnym pomimo życia, które Go nie oszczędzało.

 

Jan Konopielko żył w latach 1906 – 1985.

 był dzieckiem z wiejskiej ubogiej prostej podwileńskiej rodziny i dzięki niezwykłemu uporowi został nauczycielem.

Zesłany na katorgę w wyniku sfingowanego przez sowietów procesu ,  przetrwał i  wrócił do rodziny po 12 latach.

W Pamiętniku opisuje swoje dzieciństwo, I wojnę światową , nauczycielskie wydarzenia, mord na rodzinie żony  i potem te 12 lat sowieckich łagrów.

To wszystko jest wyrażone w  prostych słowach w  stylu  minimalistycznym , ale nosi takie treści, że kontrast ten poraża.

        Jan daje nam też siłę , bo po przeczytaniu przychodzi myśl, że  człowiek może wszystko przetrwać,  żyć normalnie dalej i zawsze kochać ludzi….

 

 

Zapraszam więc do tamtego świata….może zajrzycie raz jeszcze pod adres:

 

jankonopielkosenior. bloog.pl

 

 

JanTytuł- poprawić.jpg

 Jan , po powrocie z łagrów…