Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei,
zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku
Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….
Jan Konopielko
Nauczyciel w Sukniewiczach,
pow.
Oszmiański
Mój życiorys. Pierwsza Wojna Światowa ( spisane przed
II wojną).
W jesieni , gdy
już toczy się walka na zachodzie i południu, dowiaduję się i ja o tej wojnie z
ust starszych gospodarzy. Mam 8 lat.
Myśląc, że wojna nazajutrz będzie u nas, rozdaję kolegom
jabłka uzbierane w nocy w ogrodzie sąsiada.
W kilka dni po tym fakcie zobaczyłam na własne oczy
żołnierzy niemieckich konnych. Był to wywiad. Wieczorem tego dnia najechało
konnicy niemieckiej moc! Leżąc pod kożuchem trząsłem się jak osika i ukradkiem
spoglądałem jednym okiem, jak chodzili po naszej chacie, w czapkach stalowych.
Nazajutrz, gdy wojsko
opuściło wieś, udałem się z rodzicami na wozie, pełnym różnych,
najpotrzebniejszych gratów, do pobliskiego lasu, gdzie wykopał ojciec jamę ,
przykrył ją chrustem i ulokował nas w niej. Ponieważ zabranego jedzenia prędko
nam zabrakło , gdyż było nas tylko samych dzieci pięcioro, a do tego rodzice i
babka, więc ja z matką, babką poszedłem do wsi, aby coś wziąć do jedzenia. Pozwolono
nam wyjść z lasu ale, gdyśmy wracali, żołnierz niemiecki na koniu dopędził nas
i kazał pod karą śmierci wracać do swojej chaty we wsi. Zły na Niemca wracałem
z babka do niedawno opuszczonej chaty, bo matka, gdy Niemiec trochę odjechał umknęła do lasu.
Wróciłem do swojego okopu z babką wieczorem. Siedzieliśmy w
tym lesie przez miesiąc. Po oswojeniu
się z hukiem i gwizdami strzałów, często wychodziłem z lasu na pole po kartofle
nie zważając, że na tym polu była pierwsza linia okopów niemieckich. W lesie
widywałem żołnierzy rosyjskich – kozaków, którzy wypytywali mnie , gdzie się
znajdują wojska niemieckie.
Po miesięcznym
pobycie w jamie wykopanej w lesie
udaliśmy się do krewnych, mieszkających o 10 km od nas. Zabrał nas czworo ojciec na wóz,
pozostawiając tylko do pilnowania dobytku babkę i starszego brata. Jadąc
gościńcem nie widziałem żadnego Niemca. Gdy dotarliśmy do celu, byliśmy
szczęśliwi.
Ale trwało to niedługo bo oto po paru godzinach najechało
dużo wojska do tej małej wioseczki. Nie było i tu schronu. Nie czekając długo,
wracamy do swojej kryjówki leśnej. Lecz jazda była już trudniejsza bo oto, co
kilka kilometrów przebytych, żołnierze- strażnicy niemieccy robili rewizję w
naszym wozie, poszukując szpiegów. Z trudem dotarliśmy do lasu, przed którym
stała wioseczka, będąca pierwszą linią okopów niemieckich.
Do lasu straż niemiecka nie wpuściła nas. Próbował ojciec
jeszcze przedrzeć się krzakami na koniu, ale gdy tylko zawrócił z gościńca i
zatrzaskały gałęzie, zatrajkotał karabin maszynowy, zmuszając do odwrotu.
Wracamy z gościńca do wioski, by przenocować u znajomych. Po
chwili przekonujemy się , że we wsi nie ma żywej duszy. Ojciec szuka dalej, a
ja pilnuję konia. Wreszcie znajdujemy znajomych i nocujemy tam, śpią jedno na
drugim, gdyż zwykła jama, nakryta deskami. Była bardzo mała.
Nazajutrz byłem świadkiem ataku wojsk rosyjskich na
niemieckie. Armaty rosyjskie bez ustanku od rana do ciemna grzmiały. Pociski na
szczęście przelatywały nad nami i spadały na chaty , zapalając wieś. Przez
otwór założony poduszkami staczały się tylko kule ołowiane , któremi bawiłem
małe siostrzyczki, by zapomniały o wodzie, której się domagały, a o którą było
tak trudno. Koń nasz, który był mocno przywiązany do wozu, dłuższy czas rzucał
się jak szalony, aż wreszcie Niemiec
porżnął powróz i uwolnił go od tej
straszliwej męki.
Ogniem armatnim zmusili Rosjanie Niemców do cofnięcia się.
Niemcy odstępując sami, zmuszali i ludność cywilną do cofania się. Dużo jej-
ludności- popędzili do przodu , ale my , pomimo, że nas także zmuszali nie
ruszyliśmy się z miejsca, bo za małe były dzieci.
Z chwilą, gdy ściemniało posłyszałem krzyki : ura, ura!
Wojsko rosyjskie było do ataku. Niedługo byli przy naszych i w naszych okopach,
poszukiwali Niemców. Widziałem po wyjściu z okopu, jak zabierano rannych i
zabitych, słyszałem ich jęki.
Tego samego
wieczora wróciliśmy na piechotę do swoich okopów, czyli do jamy w lesie. Nie zastaliśmy tam nikogo, więc
udaliśmy się do swojej wsi, w której jak się później przekonaliśmy, stał już
obóz wojsk rosyjskich
Zaledwie
tydzień minął, i już znowu musiałem uciekać z rodzicami do lasu, bo wojska
niemieckie posunęły się w kierunku naszej wsi i mogły z łatwością pociskami armatnimi zasypać ją.
Byłem tu świadkiem, jak wojska rosyjskie ( tabor) uciekało
na łeb na szyję z naszej wioski do lasu.
Ja z ojcem, pędząc
świnie przed sobą szedłem do lasu dość spokojnie przyglądając się z furią
uciekającym żołnierzom.
Od tego czasu już nie wróciłem z rodzicami do swojego domu.
Byłem jeszcze raz sam jeden i widziałem dziury w ścianach od pocisków armatnich
i pocisk leżący na środku mieszkania. Jeszcze od czasu do czasu wychodziłem z
lasu na pole, by nakopać ziemniaków i popatrzeć na swą ukochaną wieś .
Przebywając w lesie przez kilka tygodni bez dostatecznej
ilości żywności , niemal codziennie chodziłem do żołnierzy rosyjskich po chleb,
którym karmiłem całą rodzinę.
Jednego razu o mało nie przekroczyłem pasa neutralnego i nie
przedostałem się na stronę niemiecką. Czujka, znajdująca się blisko okopów
niemieckich zatrzymała mię i pod groźbą kary śmierci kazała mi więcej się nie
pokazywać. Chociaż głód parł mię do żołnierzy, ale strach przed śmiercią
pohamował mnie.
Nie mając czego jeść i odczuwając dotkliwie dokuczliwe
zmiany jesiennej słoty, wyjechaliśmy do Konstanpola , siedziby stryja, który z
całą rodziną został wygnany do Niemiec. W Konstanpolu , znajdującym się o 10 km od naszej wsi i o sześć
km od pierwszej linii okopów niemieckich, przeżyłem z rodzicami cztery lata.
Z tego trzy lata spędziłem w otoczeniu żołnierzy rosyjskich,
którzy w naszej chacie mieli odpoczynek po 1 tygodniowym lub dwutygodniowym
pobycie w okopach na pierwszej linii. Oni to byli pierwszymi moimi
nauczycielami śpiewu i gry w karty. Pamiętam do dziś dnia niektóre piosenki
przez nich śpiewane. Umiejętności gry w oczko na pieniądze i innych bez
pieniędzy nauczyłem się od nich, stojąc u nich za plecami, gdy grali. Nieraz do
północy śledziłem ich ruchy z kartami i nikt mi tej przyjemności nie przerwał,
gdyż całe rodzeństwo spało. Tak upływały mi wieczory zimowe.
Dnie spędzałem na
grze w karty- w zapałki z kolegami i na zbieraniu chleba wśród żołnierzy dla
swojego rodzeństwa. Żołnierze , litując się nade mną, dawali mi nie tylko chleb, ale i cukier, pieniądze. Dlatego
też chętnie odwiedzałem swoich chlebodawców- żywicieli, ale każdego dnia
innych. Na takim zajęciu upłynęła pierwsza zima w domu stryja.
Huk armat,
trajkot karabinów maszynowy i gwizd bomb spadających z samolotów , początkowo
mię przerażały, ale po trzech miesiącach
oswoiłem się z tym wszystkim i traktowałem to jako zwykłą rzecz, która nie
robiła silniejszego wrażenia. Nieraz, to było wiosną, gdy spadnie pocisk
armatni na ziemie i jeszcze z miejsca jego zarycia się unosi się dym, ja już
oglądam jego ślady.
Wiosną roku 1915
po raz pierwszy poznałem zapach gazu duszącego, puszczonego przez Niemców. Nie
uległem jego szkodliwemu działaniu, bo był on już słaby zanim przepłynął przestrzeń
sześciokilometrową.
Wiosna wspomnianego roku upłynęła mi na pasaniu na powrozie
jedynej krowy i noszeniu chleba od żołnierzy.
W chwilach wolnych od tych zajęć grałem ze starszymi i
rówieśnikami w karty na pieniądze, które zdobywałem- kradłem od ojca z pudełka,
do którego ten składał po otrzymaniu od żołnierzy za biały chleb lub papierosy
rozsprzedane. Drugim źródłem dochodu
były jałmużny od oficerów i podoficerów w gotówce- w kopiejkach. W grze byłem
zawsze oszukiwany pomimo, że umiałem grać.
Dzięki grze w
oczko nauczyłem się liczyć do 25- i
wykonywania działań dodawania i odejmowania w pamięci.
Tegoż roku w lecie ojciec powierzył mi funkcję sprzedawania
chleba białego żołnierzom w ich koszarach. Co drugi dzień z bratem starszym
nosiłem chleb- piróg- do okopów i tam rozprzedawałem i odważając na ręcznej
wadze żądane porcje. Po rozprzedaniu białego chleba szedłem z bratem do innego
oddziału żołnierzy i prosiłem o pieniądze i cukier. Bardzo rzadko wracałem z
pustymi kieszeniami i brakiem supełka w chusteczce do nosa , który to supełek
oznaczał, że pieniądze są. Chleba razowego, którym żołnierze obdzielali mnie,
często nie brałem, za co łajali ( rugali) mię żołnierze. Na takich zajęciach
mija mi rok 1915. Mam 9 lat.
W roku 1916
wiosną wyjechałem z ojcem do Krasnego- na linii Mołodeczno- Mińsk, gdzie
zamierzał ojciec zostawić mię w ochronce polskiej dla dzieci wygnańców.
Byłem w tej ochronce przez dwa dni, a na trzeci, rozbeczałem się tak
mocno, że ojciec zabrał mnie z powrotem do domu.
Po pewnym czasie
odjechałem wraz z kolegami z tej wsi pod opieką jednego z ich ojców do ochronki
także polskiej w Radoszkowicach. Tu przebyłem około trzech tygodni.
Po raz pierwszy posłyszałem mowę polską, która mi się bardzo
podobała. Starałem się łamać swój język białoruski, mówiąc po polsku. Nauczyłem
się tu kilku liter łacińskich pisać, poznałem parę gier w piłkę, i zapamiętałem
parę bajek. Gdyby nie dokuczał w tym zakładzie brak jedzenia, byłbym z
pewnością dłużej w tej szkole.
Muszę nadmienić,
że z powodu słabego odżywiania nas, ja byłem zmuszony do wynalezienia sposobu
zaspokojenia głodu. Otóż gdy wszystko bractwo posnęło w pokoju i kucharki już
chrapały w kuchni, szedłem po zdobycz- po razowy chleb na kuchnię. Każda nocna
wycieczka była udana, a żołądek na całą dobę zaspokojony. W tymże samym miasteczku
na współkę z kolegami kradłem od Żydów słodycze, że kraść od Żyda nie jest
grzechem.
Po powrocie z
ochronki uczęszczałem do niedawno założonej szkoły rosyjskiej , znajdującej się
o 3 km od
mojej wsi w miejscowości Macewicze- gmina Wojstom pow. Wilejski. W szkole tej
było prowadzone dożywianie dzieci wygnańców. Więc, jako wygnaniec także
otrzymywałem obiad, składający się z dobrej zupy i jeszcze lepszego drugiego dania.
Ponieważ przy tej szkole prowadzony był niewielki internat dla dzieci z
dalszych miejscowości, więc dawano tu i śniadanie, na które ja mocno starałem
się zdążyć, gdyż był na nim pieróg i słodka herbata.
Nauka w szkole
szła mi łatwo, gdyż dużo liter już znałem, a z rachunków więcej umiałem
niż trzeba było umieć w klasie pierwszej. Dlatego też po paru
tygodniach prowadziła mnie nauczycielka ( nauczycielek było trzy) do klasy
drugiej. A gdy nie dawałem rady z czytaniem w kl. II, postanowiła nauczycielka
tak, że czytać będę z klasą I-szą a rachować z II-gą. Tam nauczycielka
prowadziła dwie klasy. Do szkoły uczęszczałem przez dwa lata i skończyłem dwie
klasy.
Z chwilą wybuchu rewolucji w Rosji zamknięto tę szkołę.
W tym samym budynku po kilku tygodniach zorganizowano szkołę polską, do której
chodziłem większą chęcią niż do rosyjskiej, pomijając to, że w tamtej smaczniej
dawali jeść. W krótkim czasie pokochałem swoje panie i starałem się im nie
dokuczać tak, jak dokuczałem nauczycielkom rosyjskim.
Język polski , jakim one się posługiwały w rozmowach z nami – miał coś w sobie pięknego przyjemnego i rozbrajającego
. Delikatnością , której nigdy nie doświadczyłem od nauczycielek rosyjskich,
zdobyły mię nauczycielki polskie.
Szkoda wielka, że do tej szkoły ( polskiej) chodziłem tylko
parę miesięcy, bo z chwilą wiosny, musiałem paść krowę, a jeszcze w miesiącu
marcu jeździłem z ojcem, bratem i stryjem budować dom na zgliszczach swej
siedziby w Kołpiei.
Do szkoły już nie wróciłem-
aż do roku 1922….
Byłem zajęty przy
budowie chaty. Jeździłem z ojcem do lasy po drzewo na budulec. Woziłem z nim i
starszym bratem deski z okopów rosyjskich. Zbierałem po schronach ramy ze
szkłem, łopaty, topory, słowem to, co było potrzebne do naszej gospodarki.
Gdy jeszcze
matki- gospodyni nie było przy stawianiu prowizorycznej chaty, ja ją
zastępowałem, gotując kartoflaną z kawałkiem słoniny lub zakraszając ją
słoninką dla pracowników. Po nakarmieniu ich pomagałem skrobać drzewo na dom.
Przy takiej pracy spędziłem trzy miesiące.
Zwrot w moich
zajęciach nastąpił z chwilą, gdy matka przeniosła się z pięciorgiem dzieci
młodszych ode mnie do chałupy nowo-zbudowanej. Ona więc zajęła się kuchnią, a
ja musiałem paść jedyną karmicielkę- Ryżulę. Pasłem ją po sąsiednich ogrodach,
których gospodarze jeszcze nie wrócili, po sadach i łąkach. Smutno mi było z
Ryżulą. Ona porykiwała tęskno, a ja, trzymając ją na powrozie, prosiłem ją , by
jadła i rzewnie, cichutko popłakiwałem. Codzienne pasanie krowy przeze mnie ,
było dla mnie istną męczarnią. Toteż nie było chyba dnia, w którym bym nie
oblał się łzami wyprowadzając ją na paszę. W niektórych dniach, by się uwolnić
choć na jeden dzień od tego ciężkiego obowiązku, udawałem chorego i nie
wstawałem z łóżka. Skoro ktoś popędził krowę na pastwisko, wstawałem ze swojego
barłoga i prosiłem matkę by mi dała jeść. Gdy zaś nie było jej w chałupie , sam
właziłem do pieca, wyciągałem kaszę z ziemniaków. Wstawanie moje zaraz po
wyprowadzeniu krowy przez starszego brata, który był bardzo potrzebny do pomocy
ojcu przy budowie, dało do zrozumienia że ja symulowałem chorobę.
Po kilku takich wypadkach nie wierzyli mi rodzice i rózgą
podnosili z łóżka. Krowę pasłem tylko na ranku i pod wieczór. W czasie, gdy
krowa stała w chlewie, ja pomagałem w pracy mamusi, albo szedłem z koszem na
ryby, których po wojnie było moc w rzece. Pomoc moja w pracy matce polegała ba
zbieraniu trawy dla świń, suszeniu tej zieleniny i karmieniu nią czworonożnych zwierząt..
W święta i
niedziele w zajęciach moich była zmiana. Polegała ona na tym, że zamiast krowy,
pasłem konia albo bawiłem się, pilnowałem domu z pięciorga małymi., gdy matka szła do kościoła
do Smorgoń. Natomiast, gdy matka była w domu, szedłem na ryby, grzyby, orzechy
w zależności od pogody lub okresu czasu.
Tak minęło mi :
lato i jesień po powrocie do swojej wsi.
O zimie roku 1918
nie mam wiele do pisania. Minęła ona mi na tarciu słomy dla krowy, skrobaniu
ziemniaków na śniadanie i kolację. Wieczorami grałem z kolegami- towarzyszami
starszymi od siebie w karty i zapałki , w tzw” kogucika” na pieniądze. W grze
nic mi się nie powodziło- bo rzadko kiedy wygrałem a stale przegrywałem. Pomimo
to, że przegrywałem nieomalże za każdym razem i byłem karany przez ojca, siła
namiętności pchała mię zawsze do tego rodzaju rozrywki. Było to już nałogiem
mocno zakorzenionym nie tylko we mnie, ale u wszystkich mężczyzn powojennych ,
którzy podczas wojny nie mając nic do roboty, grali tylko w kart. Nałóg do gry
w karty towarzyszył mi aż do chwili nauki w seminarium nauczycielskim na
pierwszym kursie. …..
c.d.n.
Gdy w 1914 roku
rozpoczęła się I Wojna Światowa Jan miał 8 lat, gdy skończyła- 12. Jako dziecko
już tyle przeżył….
W tym czasie zginęło
14 milionów ludzi. Po raz pierwszy w
historii użyto w niej broni chemicznej, samolotów, okrętów podwodnych, czołgów
i ciężarówek. To tyle z Wikipedii.