List do Jacka ( 4 )

 

List do Jacka ( 4 )

Jacku!

W ostatnim liście zaczęłam opowieść nt naszego pierwszego spotkania. A oto dalszy ciąg tej historii….

 

Gdy tak jechaliśmy z Zenonem do Zielonej Góry służbowym redakcyjnym samochodem, nie pamiętam swojego lęku, czy choćby niepokoju, zresztą w przypadkach podbramkowych zawsze zachowywałam zimną krew. Więc sympatycznie gawędziliśmy z Bratem i coraz bardziej się radowałam w sercu z tego spotkania i czekających mnie kolejnych.

Wasze mieszkanie przy ul. Staszica  było położone pięknie. Chyba czteropiętrowe domy wybudowano na szczycie i zboczach wzgórza, wśród wielkich starych drzewa. Uwielbiałam takie miejsca.

Drzwi otworzyła nowa Żona mojego Brata, a Twoja Mama. Ciepła była ta kobieta, serdecznie mnie przytuliła i od razu wszystko było proste. Miała krótkie brązowe włosy, duże brązowe oczy, dłonie kształtne, duże ale budzące zaufanie. Zawsze zwracałam uwagę na dłonie ludzi, których poznawałam. One tak dużo dla mnie mówiły o właścicielach. Miała barwną , szeroką,  miękką wirującą spódnicę, spiętą w pasie szerokim paskiem. Okna mieszkania były duże i jasne, za nimi ta wielka zieleń. Od razu poczułam się tutaj dobrze.

Wkrótce pojawił się maleńki blondynek. Właśnie wstał po dziennej drzemce. Początkowo tulił się do swojego Ojca i nieśmiało na mnie zerkał. Widziałam te wielkie błękitne piękne oczęta i delikatne włoski. Zasieliśmy do jakiegoś smakowitego dania. Było pyszne, choć nie pamiętam co jadłam. Gerta gotowała chyba bardzo dobrze.

Potem zabawiałam się z tym moim maleńkim Bratankiem- Jackiem. Chyba miał niewiele ponad rok.  Pamiętam jak gnał  przed siebie szaleńczo, hamując na przeciwległej ścianie dużego korytarza. Jakimś cudem nie był poobijany, pewnie jak mały kociak miał właściwość miękkiego lądowania.

Siedziałam na kanapie w przeciwległym pokoju, gdy podszedł do mnie i oglądał mój pierścionek. Pierścionek był srebrny i bardzo ładny. Duży, owalny miał kształt i podłużne oczko w kolorze ametystowym. Właśnie niedawno otrzymałam go od przyjaciółki mojej Mamy- Heleny Konopielko. Szpanowałam tym pierścionkiem wśród koleżanek i byłam z niego dumna. Przecież to były czasy przaśnego polskiego nibykomunizmu. Ładne przedmioty były jak okazjonalne perełki.

Dopiero długo potem się wydało, że był to prezent, który moja przyszła Teściowa otrzymała od pierwszej żony jej syna Mirka.

I oto nastąpiło coś, co postrzegane z perspektywy czasu mogło mieć znaczenie symboliczne. Otóż zdjęłam ten pierścionek z palca i dałam go Jackowi dla zabawy. On go złapał i bez zastanowienia pognał z nim przez ten duży korytarz do łazienki, wrzucił do wc i spuścił wodę. Pobiegłam zatrwożona, oczywiście po pierścionku już śladu nawet nie było. Jacek patrzył na mnie figlarnie, uśmiechał się czarująco. Jakże mogłam się gniewać. Przecież mój Bratanek był taki słodki…po kilku latach, gdy spotkałam Mirka na swojej drodze i wzięliśmy ślub, zawsze wspominałam ten dar od teściowej, a właściwie od pierwszej żony Mirka i  Twój, mały blondasie czyn- finalne ostateczne pożegnanie z tym pierścionkiem i jakby symboliczne z przeszłością. Jacku, chyba byłeś wykonawcą jakiegoś odgórnego zlecenia. Pewnie los Ciebie wyznaczył, byś wpisał się w symbolikę tego czasu….Czyż nie fajna to historia?

Ależ się rozpisałam. Pewnie przynudzam. Ale wybacz ciotce gadulstwo, tyle wrażeń się ciśnie do klawiatury…

Na razie to tyle wspomnień z tamtych czasów, tych bardzo wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Są stale świeże, o dziwo w ogóle się nie zestarzały, jak zresztą i my…..pozdrawiam Ciebie bardzo, bardzo serdecznie , kłaniaj się australijskim kangurom, Twoja ciocia Zosia

 

 

List do bratanka,Jacka Łukaszewicza.( 3 )

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 3 )

Jacku!

 

Byłeś drugim dzieckiem mojego ukochanego, choć niepokornego i nieodgadnionego  Brata.          Nie od razu przygarnęliśmy  Ciebie i twoją Mamę do naszej rodziny. Sytuacja była specyficzna, dla nas trudna i dobrze, że tego nie pamiętasz. Ale czas uleczył rany, pozwolił zapomnieć o tym co złe było i dla nas trudne. I wreszcie stało się pojednanie, pełna akceptacja i pokochanie Was całym sercem. A droga ta zaczęła się tak.

Nasza znajomość zaczęła się bardzo dawno. Tak dawno, że może nie powinnam pamiętać. Był rok  1965 . Ale widzę w jasnym świetle ten czas, jakby to było zaledwie wczoraj. Pewnie  to właściwość ludzi starzejących się, że przeszłość jest stale żywa. Ale tak było też wtedy, gdy jeszcze pracowałam intensywnie zawodowo i wychowywałam gromadkę dzieci. Zachowałam pamięć przeszłości, może z lukami, ale jak na razie nikt tego nie weryfikuje. Bo Bliscy odeszli….

Otóż zdarzyło się, że Twój Tato porzucił Gorzów i pierwszą rodzinę zostawiając nas w smutku , z raną w sercach, bo została osamotniona niespełna dwuletnia Iwonka, jego córeczka. Nie zapomnę sceny, gdy odchodził. Mieszkaliśmy wtedy w Gorzowie, przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i działo się to w korytarzu naszego dużego mieszkania. Gdy Zenon był już przy drzwiach wyjściowych, wzburzony jakąś awanturą, której właściwie nie słyszałam- pewnie Mama miała pretensje, wybiegła za nim Iwonka. Dzieciaczek z przeraźliwym szlochem rzucił się do nóg ojca, złapał go łapkami za podudzia i łkał rozpaczliwie.  Zenon w szale odchodzenia, odtrącił dziecko i wybiegł. Scena ta okrutna przerażająca została   wbudowana w moje oczy na wieki wieków…. Jak bardzo bolało serce, nie muszę pisać….  Więc trudno się dziwić, że  wszyscy mieliśmy problemy z akceptacją kolejnego faktu. Otóż po pewnym czasie Zenon w którymś z listów do Matki napisał o małżeństwie z Gertrudą Fajger ( znaną wtedy dziennikarką Zielonogórskiego Radia)  i urodzeniu się wspólnego Syna. Mama milczała, zapiekła w swoim bólu, nie chciała przyjąć do wiadomości i zaakceptować tej drugiej rodziny syna . Wszak dla niej ślub kościelny był wyznacznikiem jasnej drogi życiowej, wykluczała zdrady, rozwody i nowe związki. Trzeba pamiętać, że były to wczesne lata 60 XX wieku, więc nieomal wszyscy tkwiliśmy w tradycji. Od tego czasu minęła epoka w sensie czasowym i mentalnym. Ale chyba niezależnie od tego zawsze każda matka chce by jego dziecko nie miało w życiu żadnych zakrętów a tym bardziej niebezpiecznych wiraży, by było szczęśliwe i dawało to szczęście innym…

Ciężkie i smutne milczenie trwało dość długo.

 I oto któregoś dnia roku 1965, gdy rozpoczęłam edukację w LO , startowałam, jak zwykle bywało, w jakimś konkursie recytatorskim. Odbywał się w Międzyrzeczu. I zupełnie niespodziewanie zjawił się tam Zenon. Nie pomnę, czy był w jury, czy tylko znalazł moje – nasze, nazwisko na liście uczestników i postanowił przyjechać. Pewnie dzięki jego protekcji zdobyłam tam nawet pierwsze miejsce, zresztą nie przywiązywałam należnej wagi do wszelakich podobnych wydarzeń w moim życiu. Byłam zaskoczona i  szczęśliwa ze spotkania z Bratem, bo kochałam Go bardzo. Wszak był moim jedynym w dodatku starszym Bratem. Ale przeżyłam kolejne zaskoczenie, bo przedstawił mi swój plan. Otóż postanowił zabrać mnie do Zielonej Góry. Nie byłam pewna, czy Rodzice się zgodzą, więc grzecznie zadzwoniłam do nich z pytaniem . Mama obojętnym głosem odpowiedziała, bym robiła tak, jak chcę. Pewnie też Jej serce przyspieszyło, ale nie dała tego po sobie poznać. Prawdziwa z Niej góralka była, taka z krwi i kości, zapiekła i pamiętliwa. 

 Pojechaliśmy więc do Z.G. jakimś samochodem redakcyjnym …..

 

 To na razie tyle, ciąg dalszy w następnym liście. Nie chciałabym Ciebie nużyć przewlekłym czytaniem…

pozdrawiam bardzo serdecznie Ciebie i Twoją Rodzinkę – ciocia Zosia- siostra Twojego Taty

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 2 )

List do bratanka, Jacka ( 2)

Jacku!

W czasie naszego zielonogórskiego , jedynego takiego spotkania , kiedy to  żegnaliśmy Zenona,  z wielką przyjemnością słuchałam Twoich krótkich opowieści o Twoich Synach. Jaki dumny byłeś , że są dorośli, mądrzy i  świadomi swojego miejsca na tym łez padole. I ja słuchając , podwójnie dumna byłam, gdyż to Wnuki mojego Brata, ukochanego, chociaż jakże niepokornego. To moja krew, nasza krew…zachowałam ich zdjęcia , które zamieścił mój Tato, a Twój dziadek Wacek w naszym albumie. Jedno z chrztu Tomka, niemowlak to niewielki jeszcze, spod jakiegoś ozdobnego nakrycia wystają gołe stópki. Wzruszające….I nadaliście mu  imię – Tomasz. Toż to nasze, rodzinne. Twój pradziadek Łukaszewicz, ojciec Wacława, który z kolei był ojcem  Zenona nosił to piękne imię męskie. I drugi syn- Dominik- wszystko jak widzisz pamiętam….

A oto te zachowane u nas zdjęcie….Pozdrawiam Ciebie  , myślę o Tobie, o Was dalekich ale bliskich sercu…ciocia zosia

 

JacekTomekChrzest.JPG

 

Australia, Sydney. Chrzest Tomka.

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. ( 1 )

Jacku!

To ja, Twoja ciocia Zosia, siostra Twojego Ojca.

Minęły właśnie dwa lata, gdy się spotkaliśmy przypadkowo w Zielonej Górze. 

Jednak chyba nic nie jest dziełem przypadku.

A było tak: W sierpniu całkiem niespodziewanie dla nas mój Brat a Twój Ojciec wybrał wolność. Tak długo narzekał  na swój stan zdrowia ,  że się do tego powoli przyzwyczajałam , a w końcu przestałam Mu dowierzać. I wydawało się , że dożyje bardzo sędziwego wieku w tej chwiejnej równowadze pomiędzy pełnią sił witalnych a starczym zniedołężnieniem. Jak się okazało, nic bardziej mylnego pod tym naszym słońcem . Gdy się dowiedział o poważnej chorobie swojej ostatniej żony, zrobił zręczny unik. Po prostu wykonał nagły zwrot i odszedł sobie  w zaświaty. Nie mogliśmy być na pogrzebie, bo ja bawiłam na tureckim Wybrzeżu Egejskim , kontemplując „ Obłęd „ J. Krzysztonia, książkę, którą kiedyś mi polecał . Przed wyjazdem odwiedziłam bibliotekę , jak zwykle sama sobie wybierałam książki z regałów, co uwielbiam i nagle stanęłam przed jednym z nich , wyciągnęłam ręką i wyjąłem jedną z książek. Okazało się, że jest to ta, o której mówił kiedyś Brat. Wtedy  inne sprawy przysłoniły tę poradę i ożyła teraz. Tak jakby w tym momencie podał mi ją Zenon…czyż nie można przywiązywać wagi do tego wydarzenia. Dopiero potem się dowiedziałam, że właśnie o tej godzinie, w tym dniu opuszczał nasz ziemski ląd.

 I w tej Turcji, siedząc na plaży z twarzą zwróconą na zachód, gdzie pozostał mój gorzowski port rozmyślałam o tym, jak Odys, z którym w pewnym momencie identyfikował się autor tej książki, wędruje po świecie w poszukiwaniu swojej  Itaki. I widziałam tę swoją Itakę, opuszczony przed ponad 40 laty gorzowski brzeg Warty, ale wiedziałam, że już tego portu nie ma i nikt nie będzie witał…..

…Ty nie zdążyłeś na pogrzeb Ojca ze swojej drugiej ojczyzny – Australii.

    I oto nagle, gdy nastał wrzesień , razem zjawiliśmy się w Zielonej Górze.   Przecież nie mieliśmy ze sobą kontaktu, żadnej wiedzy o sobie. I  zupełnie przypadkowo nastąpiło tam nasze spotkanie, Jacku. …jedno z nielicznych naszych spotkań. Może zaaranżował je z zaświatów Zenon, może los albo tylko tak  same się ułożyły te wydarzenia…nie wiem, ale przeczuwam czyjąś ingerencję….

Tak więc były odwiedziny cmentarza z maleńkim grobkiem w którym złożono urnę z prochami Zenona, wielokrotne odczytywanie napisu na  tabliczce : Zenon Łukaszewicz 14.05.1934- 18.08.2011..Dziwnie się tam poczułam. W głowie mi się tliło niedowierzanie, czy  to aby prawda że sobie odszedł na stałe, przychodziły myśli niosące  podejrzenia, że to  fikcja jakaś. Że to odejście, to jakby żarcik  mojego Brata. Lubił lekkie, niefrasobliwe żarty , bywał wesoło przekorny a w przeszłości zdarzały się  już  Jego tajemne znikania…

A potem spotkaliśmy się  z Tobą, Jacku na  zielonogórskim rynku. Ujrzałam dojrzałego mężczyznę , ostatnio oglądałam Ciebie gdy jeszcze byłeś studencikiem Sydneyskiej Szkoły Filmowej i wybierałeś się na roczne studia do Paryża . Od tej pory minęło tyle lat….

Tak więc teraz ujrzałam dojrzałego  mężczyznę  , widziałam duże podobieństwo do  Gertudy Fajger- Łukaszewicz- Twojej matki , ale bez trudu znalazłam oczy mojego Brata, jego urok, ciepły uśmiech i miłe ba nawet słodkie , choć nieprawdziwe słowa :  „ jak młodo i pięknie ciocia wygląda” . Miło mi się  zrobiło, nie przeczę, bom takich słów dawno nie słyszała…

Opowiadałeś o starej flanelowej koszuli swojego Ojca, którą zabrałeś z Jego mieszkania, gdy ostatnia żona Zenona Ciebie tam zaprosiła byś zlikwidował jego ciuchy, zbiory książek i czasopism. Miałeś żal, że ta koszula została wyprana, że nie zachował się na niej zapach ciała Ojca. Miałeś ją na sobie w czasie tego spotkania. Potem jeszcze opowiadałeś o swojej matce, która odeszła 8 lat temu. Ona tak bardzo Ciebie kochała…byłeś jak umierała. Wiem coś o tym, wiem jak człowiek się czuje patrząc na śmierć ukochanej osoby…Potem uciekaliśmy w tzw. luźne tematy. Włodek Piwowarczyk, mąż mojej kuzynki , który uczestniczył w spotkaniu opowiadał o swoich przygodach z filmem. I zrobiło się w końcu takie wczesnojesienne pogodne spotkanie….

Oczywiście było  piwo, zdjęcia , rozstanie…

Potem jeszcze raz się spotkaliśmy, odwiedzaliśmy ostatnią żonę Zenona- Inkę w szpitalu. Poważnie chora była, ale sprawiliśmy jej wyraźną przyjemność…. smutna była i cierpiąca, ale gdzieś na dnie tego co mówiła wyczułam  jakby pewną ulgę, że będąc w szpitalu  nie zostawiła Zenona samego i bezradnego. To on pierwszy odszedł. A może ja to tak odbierałam, bo takie myśli i do mnie przychodzą. Jak to będzie ze mną i mężem moim….

Przy pożegnaniu wymieniliśmy  adresy mailowe, niestety Twój okazał się niestrawny  dla mojego komputera, czy portalu, gdyż mój list wrócił…Tak więc pozostała tylko ta droga. Może to droga tylko w jedną stronę, bo Ty nie zaglądasz, ale próbuję. Myśląc także o Tobie i Twoich Synach piszę tego bloga- jak to się w Polsce mówi i piszę też ten list do Ciebie.

Pozdrawiam Ciebie z dalekiej Polski , gdzie już nie ma Twojego portu, ale przetrwał w naszych sercach…ciocia Zosia

 

JacekWłodek2011ZG.JPG

 

 

 

 

 

z Jackiem i Włodkiem Piwowarczykiem.JPG

 

 

Jacek po lewej. 11.09.2011- Zielona Góra.