List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 3 )
Jacku!
Byłeś drugim dzieckiem mojego ukochanego, choć niepokornego i nieodgadnionego Brata. Nie od razu przygarnęliśmy Ciebie i twoją Mamę do naszej rodziny. Sytuacja była specyficzna, dla nas trudna i dobrze, że tego nie pamiętasz. Ale czas uleczył rany, pozwolił zapomnieć o tym co złe było i dla nas trudne. I wreszcie stało się pojednanie, pełna akceptacja i pokochanie Was całym sercem. A droga ta zaczęła się tak.
Nasza znajomość zaczęła się bardzo dawno. Tak dawno, że może nie powinnam pamiętać. Był rok 1965 . Ale widzę w jasnym świetle ten czas, jakby to było zaledwie wczoraj. Pewnie to właściwość ludzi starzejących się, że przeszłość jest stale żywa. Ale tak było też wtedy, gdy jeszcze pracowałam intensywnie zawodowo i wychowywałam gromadkę dzieci. Zachowałam pamięć przeszłości, może z lukami, ale jak na razie nikt tego nie weryfikuje. Bo Bliscy odeszli….
Otóż zdarzyło się, że Twój Tato porzucił Gorzów i pierwszą rodzinę zostawiając nas w smutku , z raną w sercach, bo została osamotniona niespełna dwuletnia Iwonka, jego córeczka. Nie zapomnę sceny, gdy odchodził. Mieszkaliśmy wtedy w Gorzowie, przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i działo się to w korytarzu naszego dużego mieszkania. Gdy Zenon był już przy drzwiach wyjściowych, wzburzony jakąś awanturą, której właściwie nie słyszałam- pewnie Mama miała pretensje, wybiegła za nim Iwonka. Dzieciaczek z przeraźliwym szlochem rzucił się do nóg ojca, złapał go łapkami za podudzia i łkał rozpaczliwie. Zenon w szale odchodzenia, odtrącił dziecko i wybiegł. Scena ta okrutna przerażająca została wbudowana w moje oczy na wieki wieków…. Jak bardzo bolało serce, nie muszę pisać…. Więc trudno się dziwić, że wszyscy mieliśmy problemy z akceptacją kolejnego faktu. Otóż po pewnym czasie Zenon w którymś z listów do Matki napisał o małżeństwie z Gertrudą Fajger ( znaną wtedy dziennikarką Zielonogórskiego Radia) i urodzeniu się wspólnego Syna. Mama milczała, zapiekła w swoim bólu, nie chciała przyjąć do wiadomości i zaakceptować tej drugiej rodziny syna . Wszak dla niej ślub kościelny był wyznacznikiem jasnej drogi życiowej, wykluczała zdrady, rozwody i nowe związki. Trzeba pamiętać, że były to wczesne lata 60 XX wieku, więc nieomal wszyscy tkwiliśmy w tradycji. Od tego czasu minęła epoka w sensie czasowym i mentalnym. Ale chyba niezależnie od tego zawsze każda matka chce by jego dziecko nie miało w życiu żadnych zakrętów a tym bardziej niebezpiecznych wiraży, by było szczęśliwe i dawało to szczęście innym…
Ciężkie i smutne milczenie trwało dość długo.
I oto któregoś dnia roku 1965, gdy rozpoczęłam edukację w LO , startowałam, jak zwykle bywało, w jakimś konkursie recytatorskim. Odbywał się w Międzyrzeczu. I zupełnie niespodziewanie zjawił się tam Zenon. Nie pomnę, czy był w jury, czy tylko znalazł moje – nasze, nazwisko na liście uczestników i postanowił przyjechać. Pewnie dzięki jego protekcji zdobyłam tam nawet pierwsze miejsce, zresztą nie przywiązywałam należnej wagi do wszelakich podobnych wydarzeń w moim życiu. Byłam zaskoczona i szczęśliwa ze spotkania z Bratem, bo kochałam Go bardzo. Wszak był moim jedynym w dodatku starszym Bratem. Ale przeżyłam kolejne zaskoczenie, bo przedstawił mi swój plan. Otóż postanowił zabrać mnie do Zielonej Góry. Nie byłam pewna, czy Rodzice się zgodzą, więc grzecznie zadzwoniłam do nich z pytaniem . Mama obojętnym głosem odpowiedziała, bym robiła tak, jak chcę. Pewnie też Jej serce przyspieszyło, ale nie dała tego po sobie poznać. Prawdziwa z Niej góralka była, taka z krwi i kości, zapiekła i pamiętliwa.
Pojechaliśmy więc do Z.G. jakimś samochodem redakcyjnym …..
To na razie tyle, ciąg dalszy w następnym liście. Nie chciałabym Ciebie nużyć przewlekłym czytaniem…
pozdrawiam bardzo serdecznie Ciebie i Twoją Rodzinkę – ciocia Zosia- siostra Twojego Taty
