List od Jacka. ” Dwie godziny”

 

I oto ostatnia historyjka z planu filmowego etiudy paryskiej Jacka. 
Zbyszek- bezdomny Polak został aktorem, mężem i paryżaninem. A film????


IMG_0322.jpg

Kadr z filmu Jacka....


„ Dwie godziny”
Wychodzimy ze Zbyszkiem.
- no, to co? Panie Jacku, śniadanie…
- za pół godziny…
Weszliśmy do Nyski- Waldek się ucieszył.
Dojechaliśmy na lokację- jakaś rzeczka w pobliskim lasku.
Zbyszek i Waldek wypili śniadanie.
Ustawiliśmy złom, akcję i tło.
Kręcimy.
- jak było?
- może być, Jacek, ale tamten gościu patrzył się w inną stronę…
- Zbyszek! Gdzie się patrzyłeś?...
- tak jak miałem…
- to jeszcze raz…
Kręcimy.
- jak było?...
- znów się patrzył w inną stronę i machał ręką…
- Zbyszek, co jest?...
- co ma być?..
- patrzysz na drugą stronę rzeki…tu jest kamera…
I ryby się skończyły.
 
 

List od Jacka. ” Słowo honoru”

IMG_0344.jpg

Kadry z innego filmu Jacka..

 

Oto cd. historii opisanej przez bratanka o paryskiej etiudzie filmowej i Polakach ……

 

“ Słowo Honoru

 

To był ostatni dzień na zdjęcia z wędkarzami. Poprosiłem Władka, aby zaczekał w Nysce pod kościołem.

Poszedłem do prefektury blue police. Zamęt jak u rzeźnika pod skarpą. Podchodzę do jakiegoś urzędasa w mundurze i kaleczę francuski.

– dzień dobry…

– słucham…..

Wyciągnąłem francuski dowód osobisty, paszport australijski oraz karty studenta szkoły filmowej jednej i drugiej. ( paryskiej i australijskiej- przyp. z.k.)

– jestem studentem…robię krótki film i otrzymałem informację, że zatrzymaliście przez przypadek jednego z moich aktorów, który jest niewinny….

– nazwisko?…

– no właśnie znam tylko imię – to statysta….Zbyszek….polski aktor….

– tak…przywieźli dziś rano….ponoć pobił kolegę, bo mu włosy obciął….

– no właśnie, ale to pomyłka….

– zgadza się, pomyłka, bo ten z połamanymi żebrami powiedział, że się przewrócił na schodach kościoła….

– no widzi, pan…..

– tak, ale ten Zbyszek nie ma żadnych papierów….więc musimy deportować do Polski….czekamy na tożsamość z polskiego konsulatu….to zajmie kilka dni….

– ja rozumiem, ale za kilka godzin mam zdjęcia, ekipa, itd….bez niego nic nie mogę zrobić….

– a kto to może potwierdzić?….

– czy mogę skorzystać z telefonu?….

– miejscowa?…

– oczywiście….

Dzwonię do Szkoły i proszę dyrektora.

– panie dyrektorze, tu Jacek….tak ten z Australii….tak, wiem, że ostatnio zaniedbałem zajęcia, ale mam problem, policja zatrzymała  mojego statystę, a bez niego ani rusz….nie, nie Francuza, tego Polaka…..rozumiem…., ale już jest za późno…poza tym ręczę za niego….dwie godziny….tak, za dwie godziny nasz goniec odwiezie go z powrotem…. rozumiem….już daję…. 

Przekazałem słuchawkę mundurowemu.

– rozumiem, panie dyrektorze….tak jest, czekamy na fax.

Przybiegł zdyszany fax. Mundurowy wyrwał go z rolki papieru.

– proszę bardzo, tu imię i nazwisko, adres, podpis….dyrektor potwierdził…pan Zbyszek jest oddany do potrzeb kinematografii francuskiej pod pana opiekę na dwie godziny zdjęć…..po czym pan Zbyszek zostanie przywieziony do nas…..tutaj pana podpis, a poniżej podpis pana Zbyszka, że się zgadza….przyprowadźcie tego pana Zbyszka….

Wszedł Zbyszek z obojętnym spojrzeniem, spojrzał na mnie i mrugnął lezka.

– słuchaj, Zbyszek….jesteś idiota….

– panie Jacku, czemu zaraz idiota…zjebał panu nasz film tym fryzem, to wszystko….

– mam dwie godziny, jak chcesz, ale musisz podpisać cyrograf, że wrócisz, a ja za ciebie poręczę wtedy…

– czyli robimy film dalej?, panie Jacku, tak się cieszę, już mojej córce w zeszłym tygodniu mówiłem przez telefon, że będę w filmie we Francji….nawet mamie swojej powiedziała….gdzie podpisać?….mogę zatelefonować?

– ja może jestem idiota, ale musisz dać mi słowo honoru….

– słowo honoru….

– że dobrowolnie wrócisz….

– oczywiście….

Spojrzałem na jego lezke prawdomówną. Zadzwonił do kogoś. Podpisaliśmy. Wsiedliśmy do Nyski, Władek się ucieszył. 

Dwie godziny później.

Władek i Zbyszek skończyli łowić ryby. Podchodzi Zbyszek.

– dzięki, panie Jacku, córka się ucieszy….no to do widzenia….

– jak to do widzenia?…didie odwiezie cię na policję, a Władka do kościoła….

– przykro mi, ale zmiana planów….

– a córka?…

– Sophie….Zosia….mieszka z mamą w Vichy – taki Ciechocinek…..

– mówiłeś, że w Polsce….

– nie…mówiłem tylko, że rozmawiałem z nią przez telefon….widzisz Jacuś, ty gówniarz jesteś, bo nie widzisz, co się wokół ciebie dzieje….robisz jakieś tam filmy, których nikt nie ogląda poza jakimś tam towarzystwem wzajemnej adoracji….kiedyś chciałem być aktorem, ale dałem w mordę reżyserowi, bo nie rozumiał przesłania mojej roli i chciał ze mnie zrobić idiotę….no i zostałem aktorem w puszce….jak skończyłem karierę w puszce, urodziła się Zosia – matka jej mówi na nią Sophie…..Rene, czyli moja Renia, matka Sophie, czyli Zosi, znaczy się, powiedziała, że wyjdzie za mnie jak jej pokażę, że jestem prawdziwym aktorem na planie filmowym…odwróć się Jacuś….tam jest dopiero film…

Odwróciłem się. Po drugiej stronie rzeczki stoi przepiękna dziewczyna z maciupcim dzieckiem. Dziewczyna robi kilka zdjęć i macha przyjaźnie z uśmiechem.

– widzisz Jacuś, przynajmniej one ciebie lubią….przyjechały specjalnie z Vichy już tydzień temu, bo im obiecałem, ale wtedy wyszła afera z fryzem, ale poprosiłem, aby dały mi jeszcze tydzień….wiec dzięki panie Jacku….

Przeszedł przez kładkę, uściskał Rene, czyli Renię, oraz Sophie, czyli Zosię i odwrócił się do mnie machając. 

– bon chance, Jacuś….

– dałeś słowo honoru….

– honor zostawiłem w Polsce….

Podchodzi Władek.

– no, to już możemy jechać do kościoła.”

 

List od Jacka. ” Coca cola”

oto kolejny list z Australii, od bratanka, Jacka Łukaszewicza. Przyfrunął na skrzydłach internetu, niezwykłe……

 

R0011329.jpeg

Zdjęcie Jacka…..

 

 

Coca Cola.

 

Samoloty to martwa forma przewozu bydła mięsnego pozbawiona wszystkiego, czego potrzebuje Homo sapiens.

Dlatego ktoś po samolotach wymyślił tramwaje i pociągi. Zawsze jest jakiś film za oknem, tudzież teatr na scenie przedziału.

Poza tym w latach siedemdziesiątych zbierałem systemy kolejkowe TT z moim przyjacielem, Tomkiem, a zakochałem się w miniaturkach tramwajowych widząc je z perspektywy balkonu u Dziadków i Wujków na warszawskim Żoliborzu.

Moje wspomnienia z Broniewskiego?! są trochę mgliste. Lubiłem te ich dwa mieszkania na jednym piętrze.

Podobał mi się nieustanny ruch młodych oraz zadowolenie starszych. Patrzyłem na Ciocię pracującą w rytm ambicji, shumaherskie wręcz działania Wujka Mirka, przenikliwe Oczy Babci, pod którym to spojrzeniem nic nie można było ukryć, a jednocześnie Ona nie potrafiła ukryć zadowolenia z życia, którym jest otoczona –  w wielkiej mierze dzięki zaradności Wujka Mirka i opiekuńczości Cioci Zosi – no i oczywiście przyszłości narodu jeszcze co niektórzy w pieluchach wokół.

Myślę, że trochę wszyscy mieliśmy jakieś tam Coś, bo chyba fajnie byłoby żeby do tego wszystkiego przyklejony był Ojciec, oczywiście razem z Iwoną ( przyrodnia siostra Jacka- przyp. zk) , a właściwie dlaczego nie z Iwony Mamą?, z którą nota bene od kilka lat gawędzę regularnie podczas moich prób rozmowy z Iwoną –  i już wiem czym Ojca zauroczyła…..

Ale z drugiej strony On był zawsze tylko i wyłącznie zauroczony wygodną sytuacją. Po prostu nie był stworzony do jakichś tam upierdliwych obowiązków rodzinnych…mam to chyba po Nim. I to mnie przeraża, bo kto nie potrafi utrzymać rodziny, nie potrafi zająć się samym sobą – tak sądzę.

Uwielbiałem rozmowy z Babcią.

Ale moim idolem był Dziadek. Jeszcze z obozu miał taki nawyk obracania głowy wokół szyi, ponieważ to ćwiczenie masowało Mu kręgi, a przy okazji widział świat w ruchu – tak mówił. On też lubił tramwaje i po przeprowadzce z Gorzowa był bardziej Warszawski niż jakikolwiek Warszawiak z Dziada-Pradziada.

Z dumą pokazywał mi filmy o Warszawie z ekranu okien tramwajowych. Z jego komentarzem to były wykwintne filmy dokumentalno -edukacyjne.

Któregoś dnia odbieraliśmy Marcinka ze Szkoły. Słońce podkreślało złoto jesieni. Mówię że fajne kolory. Dziadek dał mi aparat. Zrobiłem Marcinkowi jedno zdjęcie. Wiem, że gdzieś jest, bo Mama wszystko trzymała. Pamiętam tylko Jego spojrzenie w obiektyw z pół uśmiechem.

I raptem zdałem sobie sprawę, że jest to uśmiech spojrzeniowy mojej Babci, która zawsze wiedziała co myślę, niezależnie od tego co mówię. Moja mama to potwierdziła.

Po południu wrócił z pracy Wujek Mirek ze skrzynką Coca Coli. W życiu nie widziałem takiej ilości Coli na raz. Wkładając butelki do lodówki powiedział, że tej swojej prawej ręki nie będzie mył przez miesiąc. Ktoś Go spytał, dlaczego?. Dzisiaj poznałem Gierka, który mi pogratulował, powiedział Wujek otwierając butelkę Coli. ”

 

 

 

– Czas który wspomina Jacek to  lata 70 ubiegłego wieku. Mieszkaliśmy przy

ul. Broniewskiego na warszawskim Żoliborzu. Moi Rodzice a dziadkowie Jacka na tym samym piętrze. Było to piętro 8 i mieliśmy piękny widok z okien na ruchliwą ul. Broniewskiego widzianą z dość odległej perspektywy, gdyż oddzielał ją od bloku parking. Jacek dość często nas  odwiedzał….miło, że tak wspomina tamte czasy ,….

 

–  ta historia z colą zdarzyła się po oddaniu do użytku jakiejś ważnej budowy , którą prowadził wtedy Mirek- przyp.zk.

 

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. Pozdrowienia z Fiji (Fidżi)

WyspyWidzzKosmosu.jpg

Fidżi widziane z kosmosu

 

Fidżi, gdzieś w środku.png

W uwypukleniu linii  biegnącej centralnie przez mapę z północy na południe leży państwo Fidżi

 

Fiji_and_oceania.jpg

Położenie Fiji

 

FidĹźiScubaTravel,com,pl.jpg

 

 

Kochany Jacku!

Udało się! Wydobyłam się z lepkiej wsysającej umysł i serce magmy naszej rzeczywistości politycznej i wylądowałam na Melanezji. Pozdrawiam słonecznie.  Zapraszam Ciebie i  Wszystkich Przyjaciół. Z Sydney masz tylko ponad 3 tys km a polscy przyjaciele tylko ponad 15 tys km. W dzisiejszych czasach cóż to jest za odległość. Spotkajmy się na tych Rajskich wyspach wrzuconych przez niespokojną wulkanami ziejącą ziemię na bezmiar Pacyfiku.

 Jest cudnie, rozluźniająco, odmładzająco , pogadamy, pomilczymy, oczy nasycimy, siły odzyskamy  by ich starczyło na bezbolesny  powrót do mrocznego kraju….

Tu jeszcze jest lato, bo tak jak w Twoim Sydney trwa ono do kwietnia, by potem przejść w łagodną mokrą zimę trwającą do października.

Siedzę na plaży i moczę obolałe stopy w bardzo słonej wodzie,  Pacyfiku, bardziej słonej niż nasz Bałtyk. Szumią cicho te ciepłe , z rzadka dobijające do brzegu fale , bo Ocean o tej porze roku jest prawdziwie Spokojny i jego fale są  długie.  Coś w tym jest . Jedność lenistwa fal  i mojego lenistwa. Woda i powietrze mają 27 stopni, więc komfort. Zimą ocean jedynie o 3 stopnie chłodniejszy. Żyć nie umierać!

A wszystko przez Twój list, w którym opisujesz Twoją przygodę reporterską na Fiji.

Jednak nie znalazłam w nim opisów jak tam jest, co jak wiesz uwielbiam.  Zaintrygowana , zaciekawiona jak zwykle bywa, gdy czegoś nie wiem, nikt nie namawia,  postanowiłam sama sprawdzić.

Takam Zosiasamosia….

Początkowo chciałam tak jak ludzie pierwotni dobić tam statkiem , by patrzeć jak powoli wyłaniają się z morza wyspy. A jest ich tu 320 dużych z czego 100 niezamieszkałych i setki małych. Nie zapomnę rejsu po Morzu Śródziemnym, kiedy przed laty  w nocy wracaliśmy z Kos na Rodos. Oglądane w dzień liczne wyspy były urocze, ale zwykłe, bez nocnej deformacji. Gdy nastała zupełna ciemność stały się groźne, czarne i otaczały nas budząc grozę i zdziwienie, że jest tak inaczej. Wydawały się tak blisko, że czuliśmy się osaczeni. Marzyłam więc o rejsie morskim, o wietrze, o ustach słonych od bryzy, o bezmiarze i pięknym uczuciu, że gdzieś  na horyzoncie rysuje się zarys lądu. Jednak taka podróż na Fiji czyli po naszemu Fidżi trwałaby nie krócej niż 6 miesięcy.

Więc wzięłam samolot. Jest też oswojony, bo latania w życiu miałam sporo, wpatrywania się w okienko i co za nim, maleńkie makiety map świata w dole. Też romantycznie i pięknie, szczególnie, że w Michałowicach mam lądujące samoloty na Okęciu niemal na wyciągnięcie dłoni. No, trochę przesadziłam, widzę je w pewnej odległości, ale już mają wysunięte podwozia, widać koła i sapiąc obniżają lot…też cudnie.

 Wprawdzie Almatur już wyprzedał na ten okres wycieczkę w te strony, ale od czego Internet i własna inwencja. Lecieliśmy nad Syberią, , by skrócić trajektorię lotu, potem „spadaliśmy” nad Japonię i dalej już tylko szmaragdowy przezroczysty Pacyfik i zielone wyspy na nim. Widoki były przepiękne. Po licznych przesiadkach  wylądowałam .

I oto jestem. Myślę o Azjatach , którzy przybyli tu  w XVII wieku. To niesamowite jak sprawnymi byli żeglarzami, by pokonać takie odległości. O Angolach myślę, którzy potem zajęli wyspy i o Hindusach zatrudnianych przez tamtych wyspiarzy na plantacjach trzciny cukrowej. Zabytków tu nie ma, więc jest okazja by wpatrywać się w twarze ludzi spotkanych. A to jasne łagodne szerokie i promienne rdzennych Polinezyjczyków a to szczupłe i szarośniade Hindusów i angoli wielkozębne białe. Tak, obserwowanie ludzi , ich zachowań, obrządków to może być pasja. Ciekawe, czy też tak masz, Jacku. Pewnie też, bo widzisz podwójnie przez swoje oczy i oko kamery.

I zieleń. Wielka nieustanna zieleń tropikalnych lasów deszczowych, spływająca ze zboczy wygasłych wulkanów, rzednąca czasem w dole z łagodnym przejściem w wielkie trawy sawanny. Tam wśród drzewiastych paproci, bambusów ponoć można zobaczyć rajskie ptaki i inne zwierzęta. Po prawdzie widziałam tylko kozę mieszkającą na drzewie i ciekawą świnkę nieopodal jednego z domków a właściwie altan. Zapomniałabym o wszędobylskich jaszczurkach, iguanach, które nieruchomo siedzą na ścianie mojego okrągłego bungalowu zwanego falą  i hipnotyzują owady, by jednym skokiem dopaść zdobycz. Początkowo bałam się, że wpadną do mojego łóżka, ale najwyraźniej nie były mną zainteresowane. Ale co mam ci pisać, tyle widziałeś, że już się niczemu nie dziwisz. Jedno mnie tylko ciekawi, jak te” żywota „ znalazły się na wyspach, przypłynęły czy co?

Każda wyspa tego archipelagu jest ponoć  otoczona przecudną rafą koralową. Mam zamiar skorzystać z propozycji nurkowania, by obejrzeć z bliska. Pewnie na zamiarze się skończy, bo ….za to widzę wielkie wyfruwające z oceanu ptakoryby. To Manty ale ładniej – diabły morskie, jak ktoś powiedział. Lubią przebywać w grupach., wyskakiwać bardzo wysoko nad powierzchnię wody, by,  jak piszą, oczyścić ciało z pasożytów. Ale to mało romantyczne wytłumaczenie. Po prostu są ciekawe świata i lubią akrobacje. Są cudne, elastyczne, choć ponoć niejadalne,  a, że  żywią się tylko  roślinami i drobnymi rybkami, więc dla nas bezpieczne..

Zbudziłam się o świcie i od razu poczułam się wybrana szczególnie , bo byłam jedną z pierwszych osób na świecie, do których zawitał nowy dzień. Już w samolocie tubylec wracający na swoją wyspę oznajmił mi z wielką radością, że ich wyspy mieszkańcy nazywają  Viti, co oznacza Wschód Słońca. Bo tu rodzi się słońce, gdy  mieszkańcy kuli ziemskiej toną w ciemnościach nocy…Piękne, prawda?

Tak więc na razie siedzę na plaży, z wielkimi okularami przeciwsłonecznymi na nosie, wysmarowana kremem z filtrem, moczę nogi w bardzo słonej wodzie leniwych fal i popijam nieco narkotyczny wszędobylski tu napój zwany kava. Nie ma nic wspólnego ze znaną u nas kawą, chociaż miejscowi lubią szczególnie celebrować jej picie. Chętnie częstują przybyszów, czego sama doświadczyłam. Polinezyjska kava jest wywarem sproszkowanego korzenia pieprzu metystynowego i w odróżnieniu od uwielbianego przez nas napoju o nazwie kawa nie pobudza a daje relaks , ułatwia zasypianie, wprowadza w lekką euforię, a czasami nawet jak opisują „powoduje lekkie mrowienie w okolicy genitaliów co zwiększa przyjemność czerpaną z uprawiania seksu”. Ta ostatnia pozycja już na szczęście mnie nie dotyczy, ale wiedzieć warto. Na pewno w tym miejscu Jacku się obruszysz, bo kiedyś ładnie napisałeś, że lubisz swoje ciotki, które są wiecznymi dziewczynami . List ten od Ciebie zamieściłam w blogu i nosi nazwę „ Kobiety”.

Tak więc kołysana oceanem, pieszczona słońcem, wprowadzana w łagodność i lekką euforię ( w Polsce napój ten jest zabroniony, jako narkotyk)- niemożliwie- wspaniały jest ten błogostan- wdycham zieloną wilgoć lasów deszczowych czuję, że jestem w Raju…Tym bardziej, że daleka muzyka mnie przenika . Prawdziwa, najbardziej  popularna bo rdzenna,  polinezyjska. Więc płyną do mnie śpiewy ich  mandolin, strzępiaste gitary akcentowane gdy trzeba bębnami . Potem tylko same bębny , pewnie ogłaszają urodziny dziecka….

Zasłuchana, zapatrzona, zauroczona, odmieniona, uwznioślona, wypoczęta , świeża i radosna budzę się po godzinie pod moim michałowickim niebem.

Tak więc Jacku, dzięki Tobie odbyłam piękną podróż, niezapomnianą, uzyskałam  iście niebiański spokój ducha, zasypiam popijając dyskretnie kavę co u nas zabronione,  izoluję się od wiadomości Złego , trwam w tym błogostanie mniemam , że na wieczne czasy. I to wszystko uzyskałam ratując zawartość portfela. Życie jest piękne, nucę….

Czego i Tobie życzę i przyjaciołom naszym , pozdrawiam Twoja ciociaklocia .

Aha, zapomniałam dodać, że u nas jest godzina 12 w południe a w Twoim regionie- 1 w nocy. Więc zanurzam się Twoją noc, oceaniczną , w Twoje sny….nie bój się , przecież wiadomo, że nawet najczęściej pita kava nie otworzy cudzych snów….po prostu tak mnie poniosła wena…

Jeszcze raz dzięki za piękne dni podróży na Fji czyli Fidżi …zosia

 

640px-WayaWayasewa.jpg

Czasami można przejść z wyspy na wyspę…

 

wioskaNavalaCentralna częśćWyspyVitiLevu.jpg

 

plaza.jpg

 

Manta_birostris-Thailand.jpg

Diabeł morski

UihaPig_C_M.jpg

 

Iguana.jpg

 

GoatUpATree2_C_M.jpg

 

 Wszystkie zdjęcia z Wikipedii i polecanych przez nią publikacji

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 10 )

Jacku!

Wczoraj jeszcze napisałam , że zupełnie nie wiem co robisz ( oczywiście w życiu zawodowym, bo o prywatne pytać nie będę). I tego samego dnia zaprzyjaźniona ze mną osoba przysłała mi link, który otwierał ten tekst. Pozwoliłam sobie skopiować …dziękuję Ci, moja gorzowianko…To na razie tyle, Jacku, podumam nad Twoim losem i zajmę się swoimi sprawami, a jak wiesz czwórka dzieci i ósemka wnucząt , to wyzwanie dla babci nie lada. Tym bardziej, że jutro i w niedzielę przybędą na obiad ( na szczęście nie wszyscy na raz) bo w piątek córka organizuje u siebie w domu świąteczne pieczenie ciasteczek i zaprasza wszystkie dzieci naszych dzieci…pozdrawiam Ciebie, Jacku ciocia zosia

 

 

 

Pałac Kultury I Sportu w Żaganiu

 

Z A P R A S Z A
NA
Wystawę fotografii – autorstwa Jacka Łukaszewicza
„ A TASTE OF AUSTRALIA” /Smak Australii/

Pochodzący z Zielonej Góry artysta w  1981 wyjechał do Sydney w Australii. Przez pierwszych  kilka lat kręcił krótkie metraże oraz filmy dokumentalne. Po ukończeniu Australijskiej Szkoły Filmowej zaczął pracować jako operator i producent. Ma na swoim koncie niezliczoną ilość seriali telewizyjnych, reklam, klipów muzycznych, filmów dokumentalnych i przygodowych.


Podróżując wokół Australii nakręcił serie filmów dokumentalno – przygodowych. Cześć materiałów sfilmował używając klasycznej, francuskiej filmowej kamery 35mm marki Eclair. Z tego powstały oryginalne i jedyne w swoim rodzaju fotografie. Autor wracając do tradycyjnej fotografii, w pewnym sensie zrewolucjonizował ją jako sztukę, która w dobie cyfrowej manipulacji obrazem zanika jako naturalny zapis fragmentów naszego życia.

Filmując życie Aborygenów z szybkością 32 klatki na sekundę, Jacek Łukaszewicz zarejestrował fragmenty ich życia niepowtarzalne i nie do uchwycenia w dzisiejszej konwencjonalnej sztuce fotografii.

Każda z prezentowanych na wystawie prac jest unikatowym, optycznym powiększeniem z oryginalnego negatywu ze świadectwem autentyczności.

Kamera filmowa pozwoliła na utrwalenie ulotnych chwil i wszystkiego co nas otacza, ale co w dzisiejszym w świecie jest mało zauważalne.

Wystawa otwarta od 8 listopada do 30  listopada 2008r;
od poniedziałku do piątku, w godzinach od 10:00 do 18:00
w soboty i niedziele od  12:00 do  18:00.

 

 

 

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 9 )

Jacek.JPG

 

 

 

 

 

Jacku!

Tak sobie piszę do Ciebie te listy, których pewnie nie czytasz ale  wrzucam do blogu w nadziei, że może kiedyś zajrzą tam Twoi Synowie. A może jakieś prawnuki dopiero, a może nikt….

Dzisiaj znowu wracam myślami do Ciebie. Tym razem zadaję sobie pytanie, jaki Ty jesteś?

Wiem, że to bez sensu, bo  człek nawet siebie nie poznał do końca, a cóż dopiero Ciebie, syna mojego brata ?

     Otrzymałeś wspaniałe wykształcenie, masz zawody, którego wielu może Ci zazdrościć. Jesteś operatorem filmowym, reżyserem , absolwentem  słynnej Szkoły Filmowej w Sydney, którą zresztą założył Polak- Toeplitz. Masz za sobą roczne stypendium zawodowe na  paryskiej uczelni. Teraz pomimo wielkiej konkurencji utrzymujesz się na powierzchni, działasz. Chociaż Twojego dorobku nie znam, ale pewnie jeszcze kiedyś usłyszę lub zobaczę film, gdzie Twoje a właściwie nasze  nazwisko.

Od Twojej mamy wiem tylko, że Twoja wyróżniona zresztą , etiuda dyplomowa, to produkcja z oceanem , łóżkiem na plaży i dziewczyną- czy dziewczynami. Występowały w niej córki mojego kuzyna- Witolda, o których już pisałam.

    W moich oczach jesteś obywatelem świata, sowizdrzałem , niepokornym, chyba nieuporządkowanym , unoszącym się na fali wyobraźni, nie poddający się zwykłym rygorom życia, uroczym stworzeniem , potrafiącym zaczarować rzeczywistość.   Tak Ciebie postrzegam na podstawie różnorakich opowieści i nielicznych spotkań z Tobą . Może moja ocena nie jest pełna, może niezbyt prawdziwa….

Ale jaki może być jedyny syn ludzi tak niebanalnych.

     Twój nieżyjący już Ojciec to literat, budujący swoje życie na książkach, słowie pisanym, surowej obiektywnej krytyce utworów napisanych przez innych. Człowiek prowadzący  życie „ swawolnego dyzia”, jak mawiała o nim pierwsza żona- Grażyna. 

    Twoja Matka- sam wiesz jaka była. Pracowita rzeszowianka, o ciętym piórze, znana kiedyś dziennikarka radiowa zielonogórskiej rozgłośni. Musiała się przebijać ze swojego środowiska, miała wielkie ambicje i siłę, by osiągnąć to, co osiągnęła. Jednocześnie bardzo Ciebie kochała i ulegała Twoim pomysłom. Nie zawahała się ( może jednak się wahała- nie wiem co czuła) przed decyzją porzucenia ciekawej pracy, zawodu i wreszcie kraju w którym się urodziła i wyemigrowała z Tobą za oceany, do dalekiej Australii, bo o to prosiłeś…..

   

   Skracam ten, list, bo nadmiar dalszych wywodów  może  Ciebie zanudzić. Pewnie wrócę do tego tematu, ale za jakiś czas …tak więc na razie tyle….pozdrawiam Ciebie,  całą Twoją rodzinkę, znajomych i ten daleki , teraz już Twój kraj- Australię….bądź zdrów!

Twoja ciocia Zosia

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 8 )

 

Jacku!

 

 

W moim ostatnim liście  pisałam  o Twojej Mamie, wspominając ją serdecznie. Ale właściwie niewiele o niej wiem,  o Gercie, o Jej życiu zawodowym i losach.

I dlatego  teraz  zajrzałam do Internetu, szukając  tam  jakiegoś Jej śladu.

Ku mojemu pewnemu zaskoczeniu znalazłam kilka informacji. Jakże miło, że o Niej nie zapomniano. Przecież minęło już tyle lat, kiedy wyjechała z Polski, z Zielonej Góry. Jestem wdzięczna ludziom, którzy prowadzą kalendarium wspominając tych, którzy odeszli. Jeśli  ludzi o których znajdujemy informacje, nie znaliśmy, to obojętnie przemykamy się wzrokiem po takich tekstach.

Ale jeśli byli i są nam bliscy, zatrzymujemy się w biegu, wspominamy i cieszymy się, że w ten sposób wracają do nas, stale żywi. I tego właśnie doświadczyłam, gdy w zielonogórskim portalu znalazłam taką notkę . Z niej się też dowiedziałam, kiedy opuściliście Polskę. Był to rok 1981, tak więc jak obliczyłam , miałeś wtedy już 18 lat, a myślałam, że znacznie mniej. …Cytuję to, co napisano o Twojej Mamie:  

 

<<Zielona Góra

 

16 sierpnia 2003 roku

Zmarła redaktor Gertruda Fajger – Łukaszewicz. Od 1962 roku dziennikarka Zielonogórskiej Rozgłośni Radiowej ( wcześniej dziennikarka „ Nowin Rzeszowskich ”) . Specjalizowała się w reportażu radiowym o tematyce rolnej.. W sierpniu 1981 roku wraz z synem Jackiem wyjechała do Austrii a stamtąd do Sydney w Australii. Pisała do tamtejszej prasy polonijnej

. Wydała książkę „ Moja emigracja” .>>

 

Może ta notka jest lakoniczna, ale nie dla nas, bo byliście i jesteście nam bardzo bliscy ….

 

A oto inna informacja o Gercie, zamieszczona w portalu  „ radio Gubin”

 

<< …Początek ostatniego programu upłynął jednak w jubileuszowym klimacie a to w związku z obchodami 35-lecia Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Gubinie. Gościem Forum była dyrektorka placówki Alicja Gil, która przypomniała kilka ważkich faktów z historii szkoły, nazwiska znakomitych absolwentów i kilka ważnych wydarzeń z życia szkoły w jej długiej już przecież historii. Uzupełnieniem tych rocznicowych refleksji był archiwalny reportaż zrealizowany w latach 70-tych przez dziennikarkę Radia Zielona Góra Gertrudę Fajgier – Łukaszewicz pt. „Egzamin z Teraźniejszości” z lat 70-tych. Jego bohaterem był pierwszy dyrektor i inicjator powstania szkoły Leonard Kuryłowicz. ….>>

 

I jeszcze jedna wzmianka zamieszczona w Internecie opracowana przez pana Rusiaka z

 „  Życia Literackiego” :

<< …Zielonogórski oddział ZLP nadal utrzymywał intensywną współpracę z Wydawnictwem Poznańskim , które niemal każdego roku wychodziło na rynek Krakowy z utworami autorów lubuskich. ….wydano w 1980 w Poznaniu antologię „ Reportaż z Nadodrza”, którą…opracował redakcyjnie A.K. Waśkiewicz. W antologii znalazły się reportaże dziennikarzy zielonogórskich i gorzowskich: ( m.in. ) Gertrudy Fajger – Łukaszewicz….>>

 

    Szkoda, że nie mam tych materiałów, poczytałabym z chęcią. Pewnie, gdyby się bardzo postarać, można byłoby je otrzymać. Ale moje umiejętności w tym temacie są niewielkie, więc nawet się nie zabieram. Ale może Ty, Jacku albo Twoi synowie kiedyś się zainteresują i dotrą do tych publikacji….

Nie posiadam także książki Twojej mamy, którą napisała na emigracji, a o której wspominano w kalendarium. Wiedziałam, że pisywała w australijskiej prasie polonijnej i wydała książkę , ale tej publikacji nam nie przywiozła. Nie wiem dlaczego, może nie przywiązywała do niej dużej wagi…szkoda….

 

Kończę już ten list, pozdrawiam Ciebie bardzo bardzo ciepło. U Was już pewnie późna wiosna , bo wszak w czasie gdy u nas Boże Narodzenie, w Australii pełnia lata.

Swoją drogą to niezwykłe, że na jednej wspólnej naszej kuli ziemskiej taka różnorodność…a już nie wspomnę o fakcie, że Wy chodzicie do góry nogami, patrząc z naszej perspektywy…

jak to wszystko działa, trzyma się jakiejś całości stale mnie zadziwia …i wiesz co, Jacku, tak rozmyślam teraz nad tym, kto to wymyślił, stworzył. Może  On był , może naprawdę był…..

 

Jeszcze raz pozdrowienia i uściski dla Twoich , ciocia Zosia.

 

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza.( 7 )

List do Jacka ( 7 )

 

Jacku !!!

Piszę do Ciebie, bo taką mam wewnętrzną potrzebę. Bo kto do Ciebie może tak pisać.     Widziałam dużo, zapamiętałam i teraz utrwalam tamte czasy. Niech nie odejdą w cień zapomnianej przeszłości. Tak więc dopóki są we mnie, dopóki żyję jeszcze, to posłuchaj….

    Wiedzieliśmy o Tobie dużo, Twoja mama- Gerta pisywała regularnie listy do Rodziców. Zapamiętałam Jej rozwichrzony charakter pisma, te duże litery stawiane z rozmachem. Było tam o życiu australijskim, o Waszych losach i losach Twoich dalekich kuzynek, które już wcześniej wylądowały na tym dalekim kontynencie…Wiem, że te listy były dużym wydarzeniem w życiu moich Rodziców, a Twoich dziadków. Przecież na tym etapie życia, w tej późnej starości żyli jedynie światłem odbitym od swoich dzieci, ale przede wszystkim wnuków….

    Minęło kilka lat i gdy tylko stało się to możliwe,  Twoja Mama  zaczęła odwiedzać Polskę. Pozostawiła tutaj swoją rzeszowską rodzinę, jeszcze żyli Jej rodzice. Miała wielu przyjaciół no i nas…

Mieszkaliśmy już wtedy w Warszawie i gdy Twoja mama, Gerta przylatywała z Australii do Polski zatrzymywała się na kilka dni w domu moich Rodziców, a Twoich Dziadków.

Spotkania były serdeczne, chociaż już wtedy nie była żoną mojego Brata….

Wspominam Jej wizyty. Pojawiała się jak radosny huragan, miała w sobie tyle energii…Obładowana tobołami, stawała w drzwiach i swoim nieco zachrypłym głosem, który jej pozostał, pomimo tego że już  dawno przestała palić, komunikowała, oto jestem…

Po powitaniach, rozsiadała się na wersalce w dużym pokoju moich Rodziców, a Twoich dziadków i od razu otwierała którąś z dużych toreb, wydobywając prezenty. Myślałam o tym jak długo i starannie musiała się przygotowywać do tej wizyty. Każdy z nas otrzymywał jakiś australijski prezencik, o wszystkich pamiętała. Zapamiętałam  malutkie,  pluszowe misiaczki koala , i inne regionalne pamiątki, i zawsze jakieś ciuszki. W tych latach Polska była szara, przaśna i te kolorowe ciuszki zachwycały. W czasie ostatniej wizyty zdumiała się, że ten kraj się bardzo zmienił, stał się bardziej kolorowy i  owe ciuszki już nie budziły takiego entuzjazmu. Chociaż my cieszyliśmy się nieodmiennie bo docenialiśmy Jej pamięć o nas i wysiłek włożony w kompletowanie prezentów. Zachowałam niewielkie słynne australijskie opale, które przekażę kiedyś swoim dzieciom. Na opakowaniu napisałam od kogo i skąd są, może ktoś przeczyta…przypomniałam sobie też, że gdy Twoja Mama przybyła do nas z Australii po raz pierwszy przywiozła piękny wieniec z kwiatów chyba gardenii, który miejscowi w Bangkoku zakładali podróżnym na szyję  gdy ci przesiadali się tam z samolotu z Sydney do samolotu do Warszawy …a kiedyś , chyba gdy się u nas zjawiła po raz pierwszy poprosiła o wódkę z pieprzem. Miała jakieś dolegliwości gastryczne po tych samolotowych posiłkach. Okazało się jednak, że pieprz co prawda był, ale gorzej z wódką. Zadowoliła się więc naparem z dziurawca, który zaserwował Jej Twój dziadek i też pomogłoJ …..

    Opowiadaniom o Waszym życiu, oczywiście o Tobie ale też o specyfice waszej nowej ojczyzny, nie było końca. Wszystko nas interesowało bo Gerta opowiadała ciekawie. Nic dziwnego, przecież była dziennikarką z zawodu, więc potrafiła wyłapywać najbardziej interesujące historie…

Potem odwiedzała koleżankę która mieszkała gdzieś niedaleko nas, na Żoliborzu, wyjeżdżała do Rzeszowa, zwykle leciała tam samolotem z Warszawy, w planach miała jeszcze Zieloną Górę i wracając ponownie była u nas. Chyba jej pobyt w Polsce trwał  około dwóch miesięcy, ale nie jestem pewna….

To by było  na razie na tyle, Jacku. Pomimo tego, że tamte czasy dawno odeszły , i tamci bliscy mi Ludzie też przenieśli się do innego, ponoć lepszego świata i żyją już Wiecznie, wspomnienia moje  są stale żywe i chciałabym je zachować, utrwalić. Może się uda….

Pozdrawiam Ciebie Jacku i Twoich bliskich gdzieś tam daleko sobie żyjących , Twoja ciocia Zosia.

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 6 )

List do Jacka ( 6 )

Jacku!!!

I oto kolejny list do Ciebie, bo pogadać by się chciało, ale daleko jesteś. Zresztą nie zawsze bezpośrednia rozmowa jest tak przyjmowana jak nieruchome słowo na papierze ( w tym wypadku monitorze). Nie budzi takiego sprzeciwu, nie może  odparować ciosów, po prostu  jest….

    Nie pomnę dokładnie, ale chyba miałeś 13 czy 14 lat, kiedy razem z matką wyemigrowałeś do Australii. Nie spodziewaliśmy się takiego przebiegu wydarzeń, chociaż już wiedzieliśmy, że tam wybyła żona naszego kuzyna ( syna brata  Twojego dziadka Wacka- Witolda Łukaszewicza, tego, który się urodził na syberyjskim zesłaniu ). Już kiedyś o nim wspominałam w tym blogu …zabrała ze sobą dwie córki, pozostawiając ich ojca w głębokim szoku i żałobie…. Ta kobieta porzuciła ciekawą pracę w Zielonej Górze, tak ładnie układała się jej kariera zawodowa, ale wybrała inne życie. Pochodziła z tych samych stron, w których urodziła się Twoja matka. Mieszkając w Zielonej Górze, przyjaźniły się , w pewnym sensie też stanowiły elitę tego miasta. Tak więc ich decyzje były szeroko omawiane w ich środowiskach. Echa docierały aż do Gorzowa.      

Podobno Ty bardzo chciałeś wyjechać. Nie wiem co Tobą kierowało, może tylko chęć przygody, a może oddalenie się od tego miasta, gdzie nadal mieszkał Twój ojciec  ale już z nową żoną, a jej syn był Twoim klasowym kolegą. Chyba nie darzyłeś go sympatią, bo jego matka zabrała Ci ojca…Tak więc zamknęło się koło wzajemnych pretensji. Pewnie zapamiętałeś to,  co  kiedyś wykrzyczała do Ciebie Iwonka . I teraz przyszła kolej na Ciebie, a teraz   Ty stawiałeś ten sam zarzut innemu chłopcu….Brutalny świat dorosłych zadeptywał Wam, biednym, porzuconym dzieciom, ich piękny niewinny i naiwny świat…

    Tak więc Gerta, Twoja mama zostawiła swoją radiową redakcję , gdzie była ceniona i nagradzana i poszła za Tobą, za Twoim pomysłem a może marzeniem. Wiernie Ci towarzyszyła, roztaczając opiekuńcze skrzydła. My już przestawaliśmy się dziwić tym decyzjom, musieliśmy zaakceptować i  tę sytuację, bo przecież nie mieliśmy wpływu na życie Zenona , jego żon i dzieci. Piszę, my, bo uczestniczyłam w rozmowach Twoich Dziadków, i razem z nimi próbowałam to wszystko objąć rozumem….  

I tak ten zły świat dorosłych osaczył mnie na początku mojego młodzieńczego życia. Pewnie dlatego budowałam potem tak swoją rodzinę , starając się by była silna i spoista, wielokrotnie rezygnując z własnych ambicji , potrzeb , jakby zatracając swoje ego. A wszystko dlatego, by zachować spokój i jakiś ład w mojej rodzinie . Teraz, po bardzo wielu latach patrzę na siebie z odpowiednim dystansem czasu, przyglądam się swojemu życiu jakby było to życie innej, obcej kobiety . I wiesz co , Jacku, pomimo jakiejś odrobiny  żalu, że czasami gubiłam swoje ego w swoim związku, czuję się z tym dobrze. Małżeńskie życie to wielokrotnie rezygnacja , akceptacja i tolerancja….i oceniając z tak bardzo odległej perspektywy jaką jest 45 lat w związku, takie postępowanie po prostu się najzwyczajniej opłaca ( wybacz, że używam tak brzydkiego, prawie merkantylnego  sformułowania) …

Mój Brat tego nie wiedział, może dopiero gdy się zestarzał, gdy był już schorowany, zrozumiał, że życie to nie wieczny bal. To ciężka harówa, czasem w pocie czoła i łzach, ale  warto . Wytrwał przy swojej trzeciej żonie do końca swoich dni. Był przy niej, gdy wielkie jego uczucie wygasło, bo przecież zawsze wygasa, był w chorobie, starości. A może to ona bardzo kochała i umiała tak kochać, że stanowiła niewidzialny magnes dla mojego niedojrzałego emocjonalnie brata. 

Ale  Jacku, zatrzymałam się w tym miejscu pisaniny mojej do Ciebie, bo się opamiętałam , że przybrała ona jakby formę kazania . Ale wybacz, mam prawo, bo właśnie skończyłam 66 lat. A wiek to słuszny…Nie muszę tego Tobie mówić, bo jesteś jeszcze barwnym motylem i pewnie zrozumiesz dopiero wtedy, gdy zamienisz się w nieciekawą ćmę. O ile jest to możliwe, bo przecież w przyrodzie niczego takiego nie widziano. Ale za to można zobaczyć motyle z uszkodzonym skrzydłem….może więc mój list stanie się dla Ciebie przyczyną do rozważań nad Twoim własnym  życiem, gdzie chyba sporo błędów, jak mi się wydaje…

 To już kończę, bo wyczerpałam siły na tych rozważaniach. A pewnie i Ty masz już dosyć czytania tego, co stara ciotka wypisuje….pozdrawiam Ciebie jak zwykle bardzo serdecznie, Twoich synów i w ogóle ten piękny daleki  kontynent- Twoja ciocia Zosia

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. ( 5 )

Jacku!

Od czasu tej mojej pierwszej wizyty w Waszym domu, nawiązaliśmy ciepłe relacje z Twoją Mamą, Rodzice przyjęli i ukochali Wnuka.

Pewnie  odczuwałeś, jak byli z Ciebie dumni….Wszyscy byliśmy dumni z Ciebie, Twojej  pasji zawodowej, sukcesów i wszystkiego – no prawie wszystkiego co robiłeś.

Gdy miałeś chyba z 6 lat, Twoi Dziadkowie- Stefania i Wacław Łukaszewiczowie zabierali Ciebie i Iwonkę- Twoją przyrodnią siostrę , starszą od Ciebie zaledwie o 3 lata,  do Gorzowa, potem na wczasy. Iwonka w tym czasie mieszkała już ze swoją mamą, Grażyną w Świnoujściu i dom dziadków, nasz gorzowski dom, przy ul Nowotki ( obecnie Orląt Lwowskich) był dla niej spokojnym portem, gdzie zawsze czekała miłość.

Moja Mama, a Twoja Babcia wspominała, że pierwsze Wasze spotkania i wspólne spędzanie czasu nie było słodkie. Iwonka była wrogo do Ciebie nastawiona, aż wreszcie kiedyś pękła i wykrzyczała, że zabrałeś jej tatusia. Od tego momentu chyba przełamały się jakieś lody. Rozpoczęły się rozmowy bez specjalnego owijania w bawełnę tego co się stało. Iwonka była jeszcze niewielką dziewczynką, ale już doświadczoną przez los, więc przedwcześnie dojrzałą. Ty trzpiotowaty, ale wrażliwy, bystry , rozumny, rozpieszczany przez matkę, odbierałeś lekcje tolerancji, akceptacji tego co się wokół Ciebie działo. Jednym słowem, też dojrzewałeś przedwcześnie. Tym bardziej, że niedługo potem i Ciebie opuścił ojciec.

 Pamiętam Was dobrze…Zachowały się zdjęcia, które wykonywał Wasz Dziadek Wacek.

To na razie tyle opowieści z tych czasów. Obejrzyjmy wspólnie te zdjęcia….pozdrawiam Ciebie i Twoich Synów bardzo ciepło…ciocia Zosia

 

 

ZenonJacekIwka1965.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Jacek z ojcem. Obok Iwonka wystrojona przez ciocię Zosię w kokardy i klipsy.

 

 

IwonaZenonJacek1957.jpg

 

Te same zdjęcia i sąsiednie też Twoje, ojca Twojego i Iwonki z jednej strony albumu. To Twój dziadek, Wacław Łukaszewicz je wykonywał i starannie wklejał przed nieomal pół wiekiem. Zauważ smutne oczy Iwonki….

 

IwonaJacek1968.jpg

 

A tutaj już nieomal jesteście zaprzyjaźnieni z Iwonką. Pierwsze zdjęcie wykonane w Gorzowie, przed Domem Dziecka, bo tak nazywał się sklep z dziecięcymi akcesoriami obok pięknej historycznej niezapomnianej Łaźni.

 

 JacekIwonaG,.JPG

 

Jacek i Iwonka, przyrodnie rodzeństwo przed szkołą w Gorzowie przy ul. Estkowskiego.

 

JacekIwona1.JPG

 

 

Moje ukochane Bratanki….na wyjeździe z dziadkami