Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 19 ) . List do dr Jerzego Fischbacha.

*

Po długich wahaniach i  rozmyślaniu – czy zamieścić tu mój obszerny wstęp –  zdecydowałam, że List Leszka do dr Jerzego Fischabacha – twórcy Chóru Poznańskich Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł  i stale bardzo aktywnego Dyrygenta – zasługuje na odrębny wpis. Jest tak obszerny, wielowątkowy, ciepły i mądry jak zresztą cała Leszkowa humanistyczna , nie tylko lekarska dusza –  że równoczesna obecność mojego tekstu  jest wysoce niewłaściwa.. Zapraszam – a za parę dni zamieszczę swoją opowieść o naszym spotkaniu i Niezapomnianym Koncercie w Klasztorze Franciszkanów w Woźnikach k/ Grodziska Wielopolskiego który przeżyliśmy niedzielnym wieczorem 27.01.2019 roku ……

Oto list Leszka :

Wielce Szanowny Panie Doktorze,

 

Jest to trzecia wersja listu pisanego do Pana po koncercie w Woźnikach i po Pana e-mailu z 29 stycznia. Żadna poprzednia nie wydała mi się wystarczająco oddawać moje odczucia po spotkaniu z Panem. Przepraszam, że tak późno odpowiadam na Pana list z 29 stycznia. Po prostu praca. Dopiero w niedziele mogę usiąść nad odpowiedzią.

 

Bardzo, bardzo żałuje, że z powodu niesprzyjających przypadkowych okoliczności nie zdążyliśmy z Zosią na spotkanie przed koncertem. Może i dobrze, bo miałem szczerą ochotę stanąć obok Andrzeja Polimirskiego, ale poza moja ulubioną staropolską siedemnastowieczną  kolędą „Lulajże Jezuniu” , która jest motywem w Scherzo h-mol op. 20 Fryderyka Chopina nic nie potrafiłbym zaśpiewać. Solowy glos Pani Małgorzaty Maciołek przyprawiał mnie o drżenie. Nie nadawałbym się.  Nie miałbym sumienia kaleczyć wspaniałego wykonania Chóru swym dawno nie ćwiczonym głosem. Kolęda „Lulajże Jezuniu” ma tak głębokie bernardyńskie i poznańskie korzenie. Była przechowywana w Klasztorze Bernardynek w Staniątkach a oryginalny tekst z 1705 roku jest w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu.  Jest tak głęboko wrośnięta w polską tradycję. Jacek Kaczmarski w swej „Wigilii na Syberii” I Lucjan Rydel w Chórze Aniołów w swym „Betlejem”  świadczą o głębokich polskich korzeniach tej kolędy. Przecież wykonanie każdej chóralnej pieśni, zwłaszcza na głosy, wymaga uczestnictwa w próbach. Co ważniejsze jeszcze więcej jeśli Pan ma ambicje przedstawiania tak wspaniałych starodawnych kolęd jak pierwsze dwie i nie tylko w doskonałym profesjonalnym wykonaniu pod swoja dyrekcja.

 

Odkryciem była dla mnie siedemnastowieczna  pierwsza kolęda” Magnum Nomen Domini” Bartłomieja Pekiela. Tak trudna a tak subtelnie poprowadzona przez Pana. No i dwa razy nasz poznański Feliks Nowowiejski. „Witaj Jezu Ukochany i „Jezusek Czuwa”. Widać jak głęboko w nas tkwi kolędowa tradycja.  Byłem przy ostatnich chwilach Jego Syna w czasie mojej pracy w Pogotowiu w Poznaniu. Nic nie dało się zrobić. A nazwisko robiło na mnie wrażenie. 

 

Widać że dobór repertuaru przez Pana to pokazanie  Pana polskiego patriotyzmu. Nie wiedziałem, że takie kolędy w ogóle istnieją. To nie był zwykły koncert kolęd. To był niezwykły koncert niezwykłych kolęd. A słowa wiążące  Pana Witalisa Nowickiego powodowały że było to jak ciekawe, niemal mistyczne a żywe przedstawienie.

 

Przy dwóch ostatnich słyszanych kolędach musiałem już z niecierpliwością spoglądać na zegarek, by nie spóźnić się na samolot do Londynu.. Przeżywałem te kolędy z ogromnym napięciem. Z wielkim zaangażowaniem wsłuchiwałem się w słowa  „Chrystus Pan się narodził” Kazimierza Wiłkomirskiego do słów Juliusza Słowackiego. Siedziałem obok sławnej skrzypaczki Wandy Wiłkomirskiej z Kajtkiem Petrykowskim w roku 1967 na Konkursie Wieniawskiego w Poznaniu w czasie studiów. Dobrze znaliśmy zakamarki Collegium Iuridicum, garderoby, przejścia służbowe z czasów wcześniejszych bez biletowych  wtargnięć na Koncerty Poznańskie.  Oczywiście nie stać nas było na drogie bilety na Koncert Laureatów.  Zresztą bilety dawno wyprzedane. Po pokonaniu znanych sobie labiryntów i ominięciu wszelkich kontroli z jaskółki zauważyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie na parterze na których nikt nie odważał się siadać. Jako stali bywalcy Filharmonii Poznańskiej uważaliśmy się za uprawnionych i z pierwszego rzędu oklaskiwaliśmy najpierw Michaila Bezwierchnyj’ego a potem Piotra Janowicza. Niestety przed występem Kaii Danczowskiej jeszcze nie mieliśmy dobrego rozeznania. I nikt nie śmiał wyrzucić z pierwszego rzędu tak zacnych i i ważnych jak my gości. J

 

Doktor Jerzy Fischbach, Dyrygent Chóru Poznańskich Madrygalistów imieniem Wacława z Szamotuł odkrył przede mną „Jasną Kolędę” Juliusza Słowackiego i Niewiadomskiego „O Gwiazdo Betlejemska” ze słowami księdza Zygmunta Odelgiewicza i mojego ulubionego i i szanowanego Alojzego Orszulika.. Nie znana mi była osiemnastowieczna „My tez pastuszkowie” w opracowaniu Mieczysława Makowskiego. Niesamowity i niecodzienny dobór repertuaru.

 

Już w drzwiach dopadła mnie angielska kolęda „Słuchaj brzmi Aniołów Śpiew” Charlesa Wesleya w opracowaniu Feliksa Mendelsohna. Chyba Pan doktor umieścił ją w repertuarze specjalnie dla mnie. Sam śpiewam ją w oryginalnej angielskiej wersji w czasie Świąt Bożego Narodzenia w naszym kościele Świętego Józefa w Londynie. Gdy akurat mam dyżury w tym okresie zawsze włączam się do śpiewania kolęd  do przypadkowych wykonań amatorskich chórów, które odwiedzają szpitale i chorych w tym okresie. A ta akurat jest tak popularna, że niezmiennie zawsze jest w repertuarze. Rosło mi serce.

 

Ta kolęda pokazywała mi jakim Pan jest człowiekiem jednoczącym, a nie dzielącym. Mimo wszystkich przeciwieństw,  jakie Pana spotkały w życiu a zwłaszcza w pamiętnym 1968 roku gdy usuwano Pana z kierownictwa Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu, którego w 1959 roku był Pan założycielem a ja tego świadkiem. Do dziś mam poczucie winy, że nie stać mnie było na stanięcie w Pana obronie. W każdym z nas chyba tylko poza Panem tkwi jakieś poczucie konieczności konformizmu. Ja porównuję Pana do Profesora Władysława Bartoszewskiego z Jego dewizą „Warto być człowiekiem porządnym”.

 

Mimo przeciwieństw, stwarzanych Panu trudności i upokorzeń  jest Pan w tym miejscu, gdzie nadal daje Pan innym dowody swej wielkiej sztuki i umiejętności organizacyjnych. Potrafi Pan wokół siebie gromadzić ludzi. Do dziś żałuję, że nie bylem członkiem Pańskiego Chóru jak Andrzej Polimirski, który zawsze dla mnie będzie nosił ksywę „General” jak kazał się na studiach nazywać. Z wielką satysfakcją czułem, że jako Prezes Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu za swego powiedzmy – podwładnego, mam „generała”.

 

Na parkingu dopadła mnie międzynarodowa, też przez mnie śpiewana po angielsku a kiedyś w oryginale po niemiecku „Cicha Noc” Friedricha Reichardta.  To było niesamowite, gdy ta kolęda biegła za mną. Nie mogłem ruszyć z miejsca dopóki się nie skończyła.

 

W pracy się dziwili, że chce mi się wstawać o czwartej rano w sobotę, by w południe po 7 godzinach być w Polsce, a po zaledwie 30 godzinach wracać by o 2-giej w nocy w poniedziałek być w pracy na ósmą. Zapowiadała się dłuższa wizyta, bo miałem bilet na piątek i powrót w poniedziałek z planowanym uczestnictwem w spotkaniu w Klasztorze Franciszkanów w Woźnikach. Przyznam. nieskromnie, że za swoją zasługę poczytuję sobie ściągnięcie na koncert Andrzeja Polimirskiego oraz przyjazd Zosi i Jurka. Jestem pewien, że Ich obecność sprawiła Panu również bardzo wiele radości. Cieszę się szczerze..

Jako dobrzy przyjaciele nie mogli być gorsi, skoro mieli do pokonania mniejsze odległości. Dzięki Panu miałem okazję spotkać moją 16-miesięczną Wnuczkę w Poznaniu, która zrobiła Jurkowi i mnie wykład , jak to Zosia udokumentowała na swoim zdjęciu. Jestem bardzo zadowolony, że Zosia mogła zawieźć  swemu Mężowi prawdziwe poznańskie rogale świętomarcińskie z certyfikatem z restauracji „Pod Niebieniem” na Starym Rynku w Poznaniu. Jurek imponuje mi jak zawsze swoją aktywnością naukową w czterech uczelniach w Polsce. Zazdroszczę  Mu i podziwiam, że jeszcze znalazł  czas na spotkanie ze mną w Poznaniu i przyjazd do Woźnik.

 

Przyznam się, że Andrzeja Polimirskiego już pochowałem 3 lata temu, gdy po trzech dniach po swej operacji na wózku przyjechał  na spotkanie naszego roku do Baranowa. Widać, że jest to człowiek niezniszczalny jak Pan.

 

Żaden wyjęty z życia czas ( bo to nie poświęcenie a nagroda) i żadne nawet podwójnie wydane pieniądze nie były przeszkodą w wysłuchaniu Pana Choru i zamienieniu z Panem tych kilku słów.

Rozumiem, co czuje artysta przed koncertem. Jak musi być całkowicie skupiony, nie może się rozpraszać, a jednak znalazł  Pan chwilę, bym zdążył Panu złożyć moje wyrazy szacunku.

 

Dla mnie jest Pan wzorem człowieka niezłomnego, którego trudno jest naśladować. Ja czuję swoje ograniczenia byle i teraźniejsze, ale Pana historia życia, Pana dzieła, Pana praca świadczą że można pokonać wszelkie trudności. Dziękuję Panu Bogu, że zachował Pana w zdrowiu i aktywności do teraz, bym miał okazję Pana spotkać. Nie wiem, czy jest jeszcze na świecie aktywny dyrygent w dziewięćdziesiątych latach swego życia. Nie wiem za ile miesięcy znów pojawię się w Polsce, ale na pewno przyjadę  na kolejny koncert w wykonani Pańskiego Chóru Madrygalistów. Oby jak najszybciej. Proszę powiadomić Panią Sumelkę o moich zamiarach.

 

Zdaje sobie sprawę, że pierwsza część mojego listu brzmi jak recenzja z koncertu w Woźnikach. Chciałbym by została gdzieś udokumentowana, bo nigdzie podobnych recenzji Pana koncertów nie spotkałem. Słowo napisane zostaje w pamięci. Nie roszczę  sobie praw autorskich.

 

Kopie niniejszego listu przesyłam również Zosi Łukaszewicz – Konopielko i Irenie Dąbrowskiej – Masłoń , które zbierają nasze studenckie wspomnienia do ich wykorzystania. Znając poczucie prywatności Pana Doktora za to przepraszam, ale Pańskie życie i Pana dokonania nie mogą być tylko Pana własnością.

 

Z wyrazami najgłębszego szacunku i podziwu,

 

Leszek Milanowski

 

* Woźniki / Grodziska Wielkopolskiego – Poznański Chór Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł z Twórcą i Dyrygentem dr Jerzym Fischbachem . zdj własne

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 19 ). List od Szymona Kaczmarka, syna Tadeusza.

Tadeusz Kaczmarek. Zdjęcie otrzymałam od Jurka.

A teraz bardzo piękny, mądry, wzruszający, pełen czułości i wielkiego szacunku do Ojca ale i do Jurka – adresata – list od syna Tadeusza Kaczmarka , Szymona …  na pewno  nasz nieżyjący Kolega jest dumny z takiego Syna …

Szanowny Panie Profesorze

Przesyłam Panu Profesorowi życiorys mojego kochanego ojca i kilka moich refleksjio nim. Na wstępie pozwolę sobie na prozaiczne stwierdzenie – proszę wybaczyć za śmiałość mojego zdania – ale jestem w pełni przekonany, że przesyłam te informacje chyba jedynemu jego prawdziwemu przyjacielowi, pomijając najbliższą rodzinę. Ojciec za takiego Pana Profesora uważał, darzył Pana olbrzymią sympatią, poważaniem i szacunkiem. Dużo mi o Panu Profesorze i o waszej koleżeńskiej współpracy opowiadał, zawsze z wielkim humorem i atencją.

Pozwolę sobie jeszcze nadmienić, że osobiście nie mogę się z samymi, niedawno zaistniałymi faktami pogodzić, i że jest mi chwilami bardzo trudno zaakceptować zaistniały stan rzeczy i bieg na jego skutek dalszych życiowych wydarzeń, ale wzorując się na przykładzie sposobu funkcjonowania w życiu i traktowania czy też radzenia sobie w tzw. trudnych życiowych sytuacjach mojego ojca wiem, że muszę przetrwać i z determinacją żyć dalej i wałczyć ze wszystkimi zawirowaniami życiowymi, jakie ironiczny los może zawsze człowiekowi zaoferować.

Mój ojciec – był przede wszystkim, jest i pozostanie na zawsze jednym z tych, którzy całe swoje życie poświęcili w imię jakiejś jednej nadrzędnej dla siebie idei – w jego przypadku było to służenie zawsze i wszędzie tzw. słusznej, ważnej, uczciwej i przyzwoitej jakiejś sprawie, zarówno w sferze życia prywatnego jak i stricte zawodowego. Jako człowiek był nadzwyczaj skromny, uczciwy i prawy – powiem patetycznie, dla mnie był szlachetny, – jako ojciec wspaniały i kochający, jako lekarz zawsze sumienny, zdyscyplinowany i w pełni poświęcający się każdej wykonywanej pracy w różnych dziedzinach i dyscyplinach zarówno klinicznych jak i administracyjnych, w których funkcjonował.

Życiowe losy mojego ojca Pan Profesor zapewne dobrze zna z jego opowiadań, tak mi się przynajmniej wydaje, dlatego też tylko pozwolę sobie przypomnieć jeszcze o jego osobistych pasjach i zainteresowaniach. Największą życiową pasją ojca była jak sądzę chirurgia, której dalszą karierę we wczesnych latach pracy, przerwał na progu dramatyczny wypadek – złamanie kręgosłupa na skutek spadnięcia ze schodów w drodze do szpitala na odział chirurgiczny. Po tym zdarzeniu ojciec musiał radykalnie zmienić obrany kurs w zakresie pracy lekarza w inne dziedziny medycyny.

Ojciec był typowym intelektualistą – bibliofilem, kochał książki, które zbierał całe życie i nigdy się z nimi nie rozstawał. Szczególnie zafascynowany był w prozie morskiej a zwłaszcza w twórczości Josepha Conrada. „Lorda Jima” Josepha Conrada – ojciec znał praktycznie na pamięć. Opublikował w 2004 r. książkę pt.: Joseph Conrad – Refleksje o Morzu i Statkach, Życiu i Ludziach – w której ujął całokształt poglądów i myśli Josepha Conrada o wszystkich aspektach ludzkiej egzystencji. Zawarte w książce 450 cytatów, zarówno bardzo znanych jak i dotychczas nieczęsto zauważanych, pochodzi ze wszystkich dzieł Conrada które ojciec osobiście przeczytał.

Ojciec całe życie był dla wszystkich bardzo wyrozumiały – zawsze postępował w imię zasad godności i przyzwoitości ludzkiej – pojęciom które w dzisiejszym brutalnym świecie wydają się archaiczne. W swojej chorobie traktujący siebie samego w sposób niezauważalny w sensie niezwracania niczyjej uwagi na swoje dolegliwości i cierpienia, wręcz przeciwnie zachowując się przez cały czas od momentu zachorowania na nią w sposób nadzwyczaj gorliwy i żywotny, wiedząc i zdając sobie sprawę z rzeczywistości jaką niosła ona za sobą, do samego końca aktywnie żyjąc i walcząc z nią. Ojciec jako lekarz doskonale sobie zdawał sprawę z kolei dalszych losów, jakie życie mu zafundowało na skutek jego choroby. Leżąc
w szpitalu po pierwszej operacji jaką przeszedł, powiedział: „wyrok zapadł – tylko egzekucja została oddalona”. Ojciec ofiarnie i z wielką determinacją walczył z okrutna chorobą kilka lat – na początku 2009 roku trafił do szpitala w Pile, potem rozpoczął się długotrwały i trudny proces leczenia, stanowiący jego heroiczne zmagania z nieuleczalnym i śmiertelnym schorzeniem nowotworowym.

Ojciec nigdy się nie poddawał w życiu i nie poddał się, także w tym najtrudniejszym dla niego okresie życia – w listopadzie zeszłego roku jeszcze chodził do pracy i przyjmował pacjentów w pilskim Oddziale Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy. Pod koniec listopada 2012 r. po raz ostatni, znowu trafił do szpitala w którym zakończył swe zmagania
z życiem. Jak na ironię przewrotnego losu, mój ojciec był inicjatorem i współtwórcą pierwszego wybudowanego w Pile hospicjum. (…)

Podsumowując tak ujęty życiorys mogę jeszcze dodać, że ojciec w całym swoim zawikłanym życiu, zawsze kierował się jedną z naczelnych zasad etycznych w medycynie – „Primum non nocere”.

Dołączam parę zdjęć ojca wykonanych w czerwcu i wrześniu 2012 r. – w tym czasie ojciec jeszcze był w tzw. kondycji….

Pozdrawiam Pana Profesora bardzo serdecznie –

Z poważaniem

Szymon Kaczmarek

Popiersie Hipokratesa  z Collegium Anatomicum. Zdjęcie wykonał i przysłał Jerzy T. Marcinkowski.

Kutno, ach to Kutno….

 

 

Kochani moi

Pewnie się zorientowaliście po towarzyszeniu mojemu blogowemu pisaniu i komentarzach , jak miłych mam Znajomych ba, nawet  czuję się uprawniona  do nazywania Ich Przyjaciółmi. Jednak nie wszyscy mają ochotę na komentowanie- a chociażby na zaznaczanie, że mnie odwiedzili, ale za to piszą do mnie e- listy. I jakże ciekawe  są to maile- ciepłe, pisane od serca a ten ostatni zupełnie mnie zaskoczył. Ten list otrzymałam od Oli. Ona  wie, że uwielbiam podróże- a właściwie dokładnie ujmując- odkrywanie nowych miejsc , zwiedzanie i wyszukiwanie „ smaków” czasem gdzieś ukrytych przed okiem  zwykłego podróżnika .

Ten mail, który przysłała mi Ola-  opisuje Jej bytność w mieście o niezbyt romantycznej, brzmiącej  do tej pory  dla mnie obco i ostro, pachnącej jedynie smaczniej szlakami kolejowymi ( które jak i pociągi – uwielbiam) – nazwie Kutno . Nigdy tam nie byłam i nawet nie miałam ochoty tam wpaść- do wczoraj. Ola bowiem otworzyła mi drzwi do tego miasta- i poczułam wiatr od Kutna, piękny, choć zimowy …..spytałam nieśmiało, czy się zgodzi, bym zamieściła Jej list w blogu- zgodziła się bez wahania,  ooo jeszcze rozbudowała opisowo treść, wrzucając w dodatku śliczne zdjęcia. A więc oto Jej list.- długi i soczysty…chyba będzie tu przybywał fragmentami, bo się rozrósł tak, że czytanie mogłoby znużyć Wasze Kochani, oczęta.

 

A oto wspomniany list od Oli :

Kochana Zośku!

Jak wiesz , dzięki naszemu NFZ- dość długo, bo aż przez darowane pełne trzy tygodnie moczyliśmy nasze gnaty w solance Inowrocławskiej . Turnus objął Święta Bożego Narodzenia wraz z Sylwestrem. Od tej decyzji nie było odwołania, chyba, że skłonni bylibyśmy uiścić sporą opłatę kary za skrócenie pobytu. Wracając więc  po upojnej- choć emeryckiej  sylwestrowej nocy nagle postanowiliśmy zboczyć z trasy i odwiedzić Kutno. Nie byliśmy tam od półwiecza, tj. od czasu, gdy nasza ukochana ciocia- mieszkanka miasta,  przeniosła się na niebieskie pastwiska.  Przedtem tam wpadaliśmy i mieliśmy wrażenie, że miasto więdnie, a nawet obumiera- zaniedbane, szare, byle jakie. Niczym się nie interesowaliśmy wtedy i być może dlatego, żadnej urody nie zauważaliśmy. Ot wizyta u cioci, jej wspaniała zupa cebulowa, zapach starego domu, gdzie mieszkają duchy , myszy i kot Guciem zwany, gadanie o dawnych czasach i powrót.

Gdy Jacek rzekł – musimy do Kutna, ociągałam się, ale zerknęłam w smartfona- och cóż za czasy Zośku- prawda?-  mamy takie urządzenie które wszystko wie i nawet czasami udaje nam się otworzyć to co trzeba, by czerpać różne ciekawostki jak ze studni dobrego i złego. Tym razem było wszystko dobre- bo dowiedzieliśmy się, że zaledwie 20 km od Kutna znajduje się geograficzny środek Polski! OOoo- nie wiedzieliśmy do tej pory- złapaliśmy haczyk ! Magiczne miejsce, położone na Równinie Kutnowskiej – zabrzmiało inaczej niż Nizina, jednak to, co ujrzeliśmy przekraczając rogatki miasta przeszło wszelkie nasze oczekiwania.

 

To miasto po prostu pływa na swojej Równinie ,  bo to równina falista, jak kiedyś nasze spódnice- kiedyś- bo teraz lubimy spodnie- i daleko im do tej zamaszystej falistości spódnic ujętych w szerokim pasie na naszych smukłych wtedy kibiciach : ) . Znowu zanurzyłam się w dygresje  wspomnieniowe- ale kiedyś byłyśmy piękne i młode a teraz jesteśmy piękne i młode choć inaczej J.

Tak więc Kutno unosi się na falistych wzgórzach, łagodnie spływa ulicami w dół doliny Ochni- rzeki oddzielającej je prawie na pół ( która bieży ze swoimi rączymi wodami prosto do Bzury) by wznosić się ponownie na fali wzgórza aż do Rynku i wyżej do Parku Traugutta ze stawem będącym kiedyś zbiornikiem przemysłowym oraz różnopoziomowymi  tarasami i pomnikiem miejscowego namiętnego hodowcy róż- Pana ( muszę poszukać jego nazwiska, bo wywiało),   nieopodal nowoczesnego Domu Kultury, gdzie w kinie właśnie wyświetlano Gwiezdne Wojny . Zechciało nam się i seansu filmowego, lecz zabrakło czasu, bo zamówiliśmy tylko jeden nocleg i należało wracać do domu we własne pielesze, które jak wiadomo są najsłodsze J

Na tym kończę na razie, cd. Później.

Pozdrawiamy Was

Ola z Jackiem

Park Traugutta, Kutno, jeszcze zima. Zdjęcia własne.

List od nieistniejącego przyjaciela.

 

księżyc w dłoniach.JPG

 

List od nieistniejącego przyjaciela….

 Płacz Zośka, choć dopiero teraz widzę Twoje łzy. Od rana byłaś kamienna, powściągliwa opanowana . Powtarzałaś tylko,  niemożliwe- że już nigdy z gonią nie porozmawiam. Patrzyłem na Ciebie z zadziwieniem, że tak potrafisz ukrywać emocje. I że myślisz tylko o sobie- że straciłaś Przyjaciółkę. Widziałem jak patrzyłaś w niebo szukając Jej wśród chmur….potem przyszło do Ciebie myślenie, „ jak dobrze, że już nadszedł kres cierpień goni”….bo ostatnie miesiące były pasmem udręk- wszystko wiedziałaś i jako lekarz widziałaś, że gonia jest na równi pochyłej. Więc dlaczego wierzyłaś uparcie i na przekór medycznej wiedzy i intuicji, że to wątłe życie będzie trwało. To było myślenie irracjonalne…sama widzisz….Potem opowiedziałaś mi, że gonia jest z tobą, będzie do końca ziemskich dni w drzewkach, które wyhodowała i przywiozła z dalekiego Gorzowa i zamieszkały w twoim  ogródku. Będzie też gonia w „ Gorzowskim Muzeum” w domku michałowickim , które powstało dzięki kamieniom brukowym zebranym z wymienianej nawierzchni ulic gorzowskich, którymi kiedyś chodziłam, a także fragmentami spadłej elewacji domów które zapamiętałam…..wszystkie zbiory , każdy element gonia zbierała do plecaczka , dźwigała do domu- a postury była mikro potem opisała symbolami- a to OL- czyli ulica Orląt Lwowskich, przy której mieszkaliśmy ( wtedy nazywała się Nowotki) , a to M- czyli Matejki opasującej nasze wzgórze działkowe ….i przywiozła do naszej michałowickiej samotni….

Teraz wreszcie płaczesz….

Płacz przyjaciółko moja, płacz ….

Jestem z tobą, towarzyszę w żałobie

Tylko szkoda, że nie istnieję

Twój przyjaciel

Tydzień ze Stanisławem Srokowskim ( 6 ).

 Tydzień ze Stanisławem Srokowskim ( 6 )

SrokowskiNienawiśćOkladka.jpg

Autor i okładka książki o której pisałam. Zdj z netu

 

 

Po przeczytaniu „ Nienawiści” Stanisława Srokowskiego,  przeżyciu i ochłonięciu od zawartych tam potworności ,  tak  napisałam do autora.  Pewnie zbyt lirycznie, ale już mnie znacie, inaczej nie umiem.

 

Szanowny Panie Stanisławie.

Ośmielam się tak napisać, bo jest mi Pan szczególnie bliski.

Jestem siostrą Zenona Łukaszewicza, którego króciutką opinię o książce „Repatrianci” zamieścił Pan w przedmowie do „Nienawiści.”

I to mnie ośmieliło do napisania listu.

Urodziłam się w 1947 roku w Gorzowie Wlkp.

Brat odszedł do lepszego świata w 2011 roku i nie mam już szans rozmowy.

Jednak utkwiło w mej pamięci z jakim zachwytem mówił o „Repatriantach”, o Pana stylu, sposobie narracji, i tej ulotnej właściwie niezdefiniowanej  urodzie pióra. Przysłał mi tę książkę, z którą się nie rozstaję. 

Kuzynką naszej babci była Maria Rodziewiczówna, tata miał w sobie tę wschodnią wileńską rzewność i może dlatego jestem wrażliwa na takie jak Pana pisanie . Niezwykłe i magiczne.  Fakty straszliwe można byłoby przedstawić dosadnie, prosto, a u Pana równie ważna jak ciało jest wszechobecna dusza.

Pokazuje Pan wydarzenia postrzegane oczami 8 letniego dziecka unikając infantylności…

Pozdrawiam najserdeczniej

Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz

 

I następnego dnia, pewnie jak przystało na pisarza dbającego o czytelnika, a może dotknęłam jakiejś czułej struny, nie wiem,  dostałam taką odpowiedź.

 

Kłaniam się, Pani Zofio,

 

 Zenon Łukaszewicz odegrał w moim

życiu pisarskim poważną rolę, niezwykle

ceniłem Jego wrażliwość i dociekliwość

umysłową, a także takt i kulturę osobistą.

Nie wiedziałem o Jego śmierci,

to smutna wiadomość.

 

Miło mi, że Pani pamięta o mnie,

takie głosy dodają sił w tym trudnym

i pogmatwanym  świecie.

 

Serdecznie Panią pozdrawiam

i życzę dużo dobrego,

Stanisław Srokowski

 

Na ten list jeszcze nie odpisałam, bo może już wystarczy tej korespondencji. A może jednak napiszę, że myślę o Panu i życzę by Pana walka o ujawnienie prawdy tamtych lat była walką wygraną.

Prawda zawsze wypłynie , tylko kiedy? Itd. Itp. Jeszcze pomyślę nad treścią listu…..

A może poczekam na ” Wołyń” film wg tekstów autora. …nie wiem….pożyjemy, zobaczymy…

 

 

 ZenonPoetaObok1960.jpg

Mój brat, Zenon Łukaszewicz..zdj z późnej młodości

 

 

List od Jacka. ” Fryzjer”

IMG_0336.jpg

Kadry z filmu Jacka…przyleciało z Sydney…

 

Kolejna historyjka napisana przez bratanka, Jacka Łukaszewicza. Zapraszam…..”

 

  “Fryzjer”

 „Napisałem krótką etiudę pt.: “Filip’.

Przed wyjazdem z Paryża musiałem zrobić jakiś krótki film, aby zaliczyć rok.

Napisałem to na siłę, bo nie miałem pomysłu.

Krótka historyjka jakiegoś gościa zagubionego gdzieś w swojej piaskownicy. Potrzebowałem statystów do scenki nad rzeczką. Potrzebowałem dwóch wędkarzy, ale takich jakich pamiętałem z Łagowa. Przejrzałem katalogi statystów, tudzież aktorów charakterystycznych. I nic.

Nikogo w Paryżu nie ma z Łagowa.

No i poszedłem do Kościoła. Na Rue St Honoere w centrum kasowym znajduje się Kościół który należy do Polski. Lubiłem czasem przesiadywać w kafei po drugiej stronie ulicy i obserwować rodaków kloszardów. Kościół był zamknięty nocą, więc koledzy spali na schodach. Co jakiś czas przyjeżdżała jakaś Nyska z ofertę pracy za dwieście franków w kamieniołomach. Poszedłem do kościoła i wmieszałem się w tłum.

Po kilku minutach znalazłem gości z Łagowa. Lezki z więzienia, zęby przedwojenne, zarost sprzed wojny i włos wojenny. Podchodzę.

– cześć, macie może ognia?…

– a masz może fajkę?….

Wyciągam Guluasy.

– proszę bardzo…

– no, nareszcie dobre fajki…drogie, kurwa….

– a ile płacisz w sklepiku…15 franków….ja sprzedaję po pięć, ale mam tylko pięć paczek….możecie mieć….

– no to przynieś jutro….

Następnego dnia kupiłem pięć paczek Guluasów po 15 franków. Razem 75 franków – kilka dni mojego życia. Pojechałem do kościoła. Władek i Zbyszek już czekali.

– cześć, masz?, spytał Władek.

– mam….macie kasę?…

– mamy 20 franków, mówi Zbyszek.

– to macie tylko na cztery paczki….

– słuchaj, daj tą jedną paczkę na kredyt, my uczciwi jesteśmy…

Spojrzałem na nich i zobaczyłem  swój strach w ich oczach.

– no to mamy 20 franków, żeby się upić….

– tutaj jest taki sklepik….

I kupiliśmy wino, którego najnędzniejszy kucharz wstydziłby się dodać do czegokolwiek. Władek uciekł od żony z Krakowa i siedzi w Paryżu bez ważnej wizy i paszportu. Szuka jakiejś pracy aby zarobić na bilet do peerelu. Zbyszek to była recydywa, nie ma żadnego dokumentu i w ogóle chce wrócić do Polski. 

– robię krótki film, potrzebuję was jako statystów do sceny nad rzeczką….

– jak to, do filmu?….

– to taka etiuda studencka….

– ale film?….

-…no tak można powiedzieć….nie mam kasy, nie mogę wam zapłacić, ale gwarantuję dobrą zabawę i picie i żarcie całodzienne.

– co mamy robić?….

– za tydzień przyjadę po was vanem, pojedziemy nad rzeczkę, dostaniecie wędki i będziecie pili polskie piwo….

– czyli na ryby jedziemy?….a ubranie?…

– tak jak jesteście….no to jesteśmy umówieni…

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi do mnie dwóch gości w garniturach, lakierach, ostrzyżonych i ogolonych pachnących kradzioną wodą po goleniu. 

– dzień dobry panie Jacku…jesteśmy gotowi….

– panowie, co kurwa jest, przecież nie jedziemy na wesele….

– no ale do filmu….

– panowie, kto was tak kurwa ostrzygł?….

– tam na siódmym stopniu, na schodach mieszka fryzjer z Polski…mówił, że ładnie będzie….daliśmy mu paczkę fajek….

– panowie, nic nie możemy robić….macie tu 50 franków i doprowadźcie się do poprzedniego porządku na przyszły tydzień….

– przepraszamy….chcieliśmy dobrze, mówi Waldek.

– to ten kurwa fryzjer, mruknął Zbyszek.

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi Waldek.

– a gdzie Zbyszek?

– nie ma….

– co znaczy nie ma….byliśmy umówieni….

– policja go zabrała rano….blue police….

– to znaczy imigracyjna?….

– raczej tak, ale tak naprawdę, to Zbyszek połamał fryzjera….

– gdzie go zabrali?…

– fryzjera do szpitala….

– Waldka gdzie zabrali?….

– tu za rogiem jest prefektura….

No i poszedłem na policję.

 

List od Jacka. ” Coca cola”

oto kolejny list z Australii, od bratanka, Jacka Łukaszewicza. Przyfrunął na skrzydłach internetu, niezwykłe……

 

R0011329.jpeg

Zdjęcie Jacka…..

 

 

Coca Cola.

 

Samoloty to martwa forma przewozu bydła mięsnego pozbawiona wszystkiego, czego potrzebuje Homo sapiens.

Dlatego ktoś po samolotach wymyślił tramwaje i pociągi. Zawsze jest jakiś film za oknem, tudzież teatr na scenie przedziału.

Poza tym w latach siedemdziesiątych zbierałem systemy kolejkowe TT z moim przyjacielem, Tomkiem, a zakochałem się w miniaturkach tramwajowych widząc je z perspektywy balkonu u Dziadków i Wujków na warszawskim Żoliborzu.

Moje wspomnienia z Broniewskiego?! są trochę mgliste. Lubiłem te ich dwa mieszkania na jednym piętrze.

Podobał mi się nieustanny ruch młodych oraz zadowolenie starszych. Patrzyłem na Ciocię pracującą w rytm ambicji, shumaherskie wręcz działania Wujka Mirka, przenikliwe Oczy Babci, pod którym to spojrzeniem nic nie można było ukryć, a jednocześnie Ona nie potrafiła ukryć zadowolenia z życia, którym jest otoczona –  w wielkiej mierze dzięki zaradności Wujka Mirka i opiekuńczości Cioci Zosi – no i oczywiście przyszłości narodu jeszcze co niektórzy w pieluchach wokół.

Myślę, że trochę wszyscy mieliśmy jakieś tam Coś, bo chyba fajnie byłoby żeby do tego wszystkiego przyklejony był Ojciec, oczywiście razem z Iwoną ( przyrodnia siostra Jacka- przyp. zk) , a właściwie dlaczego nie z Iwony Mamą?, z którą nota bene od kilka lat gawędzę regularnie podczas moich prób rozmowy z Iwoną –  i już wiem czym Ojca zauroczyła…..

Ale z drugiej strony On był zawsze tylko i wyłącznie zauroczony wygodną sytuacją. Po prostu nie był stworzony do jakichś tam upierdliwych obowiązków rodzinnych…mam to chyba po Nim. I to mnie przeraża, bo kto nie potrafi utrzymać rodziny, nie potrafi zająć się samym sobą – tak sądzę.

Uwielbiałem rozmowy z Babcią.

Ale moim idolem był Dziadek. Jeszcze z obozu miał taki nawyk obracania głowy wokół szyi, ponieważ to ćwiczenie masowało Mu kręgi, a przy okazji widział świat w ruchu – tak mówił. On też lubił tramwaje i po przeprowadzce z Gorzowa był bardziej Warszawski niż jakikolwiek Warszawiak z Dziada-Pradziada.

Z dumą pokazywał mi filmy o Warszawie z ekranu okien tramwajowych. Z jego komentarzem to były wykwintne filmy dokumentalno -edukacyjne.

Któregoś dnia odbieraliśmy Marcinka ze Szkoły. Słońce podkreślało złoto jesieni. Mówię że fajne kolory. Dziadek dał mi aparat. Zrobiłem Marcinkowi jedno zdjęcie. Wiem, że gdzieś jest, bo Mama wszystko trzymała. Pamiętam tylko Jego spojrzenie w obiektyw z pół uśmiechem.

I raptem zdałem sobie sprawę, że jest to uśmiech spojrzeniowy mojej Babci, która zawsze wiedziała co myślę, niezależnie od tego co mówię. Moja mama to potwierdziła.

Po południu wrócił z pracy Wujek Mirek ze skrzynką Coca Coli. W życiu nie widziałem takiej ilości Coli na raz. Wkładając butelki do lodówki powiedział, że tej swojej prawej ręki nie będzie mył przez miesiąc. Ktoś Go spytał, dlaczego?. Dzisiaj poznałem Gierka, który mi pogratulował, powiedział Wujek otwierając butelkę Coli. ”

 

 

 

– Czas który wspomina Jacek to  lata 70 ubiegłego wieku. Mieszkaliśmy przy

ul. Broniewskiego na warszawskim Żoliborzu. Moi Rodzice a dziadkowie Jacka na tym samym piętrze. Było to piętro 8 i mieliśmy piękny widok z okien na ruchliwą ul. Broniewskiego widzianą z dość odległej perspektywy, gdyż oddzielał ją od bloku parking. Jacek dość często nas  odwiedzał….miło, że tak wspomina tamte czasy ,….

 

–  ta historia z colą zdarzyła się po oddaniu do użytku jakiejś ważnej budowy , którą prowadził wtedy Mirek- przyp.zk.

 

 

 

List od Jacka. Historia jednego zdjęcia.

I Jacek list napisał „…. wiosna, cieplejszy wieje wiatr, wiosna, znów nam ubyło lat, wiosna, wiosna

wkoło itd….

Te miniaturki, jak Ciocia je nazywa, to rzeczywiście takie Paciorki Jednego

Różańca. Wobec tego coś będę bazgrolił dalej….”

 

IMGP1913.jpeg

Jacek po prawej….

 

 

Jacek Łukaszewicz

Historia jednego zdjęcia

 

” W 1995 roku przyleciał do Sydney nasz Papież na beatyfikację Mary McKillop.

Wielkie wydarzenie.

Kręciłem dokument z pobytu Jana Pawła II dla TVP. Mieliśmy operatora z telewizji,  Wojtka, więc nie martwiłem się o materiały medialne.

Wszyscy akredytowani reporterzy mogli przebywać tylko w miejscach dla dziennikarzy, ogrodzonych  i otoczonych przez panów w garniturach ale bez poczucia humoru.

Więc cały świat oglądał wszystko z jednego punktu widzenia.

A ja z reguły lubię coś innego.

W parku – Domain – była odprawiana Msza przed beatyfikacją. Cały park otoczony był rusztowaniami dla snajperów.

Zmieniłem garnitur na moro, wziąłem kamerę, akredytację bezużyteczną i poszedłem do parku. Jakoś nikt nie zwracał na mnie uwagi. W związku z czym wspiąłem się na wieżę snajperską i miałem ciekawą perspektywę. Po czym po krótkiej rozmowie ze snajperem zszedłem na dół i dalej kręciłem. 

Następnego dnia Beatyfikacja wspomnianej Mary McKillop.

Stoimy wszyscy jak baranki w obozie dla dziennikarzy.

Wychodzą. 

Czapki Kardynałów i na końcu Nasz Papież.

Wojtek stał przy mnie. Powiedziałem, że za chwilę będzie skakał przez barierkę z kamerą. Nie bardzo rozumiał.  Ale skoczył.

Na niego ochrona, wtedy spokojnie przeszedłem przez barierkę i mam zbliżenie Ojca Świętego dotykającego kamerę błogosławiąc Polaków.

I w tym momencie skoczyła na mnie ochrona i zostałem aresztowany.

I znów pomógł mi polski paszport, bo po jakimś tam przesłuchaniu i pouczeniu puścili mnie wolno. No itd.”

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. Pozdrowienia z Fiji (Fidżi)

WyspyWidzzKosmosu.jpg

Fidżi widziane z kosmosu

 

Fidżi, gdzieś w środku.png

W uwypukleniu linii  biegnącej centralnie przez mapę z północy na południe leży państwo Fidżi

 

Fiji_and_oceania.jpg

Położenie Fiji

 

FidĹźiScubaTravel,com,pl.jpg

 

 

Kochany Jacku!

Udało się! Wydobyłam się z lepkiej wsysającej umysł i serce magmy naszej rzeczywistości politycznej i wylądowałam na Melanezji. Pozdrawiam słonecznie.  Zapraszam Ciebie i  Wszystkich Przyjaciół. Z Sydney masz tylko ponad 3 tys km a polscy przyjaciele tylko ponad 15 tys km. W dzisiejszych czasach cóż to jest za odległość. Spotkajmy się na tych Rajskich wyspach wrzuconych przez niespokojną wulkanami ziejącą ziemię na bezmiar Pacyfiku.

 Jest cudnie, rozluźniająco, odmładzająco , pogadamy, pomilczymy, oczy nasycimy, siły odzyskamy  by ich starczyło na bezbolesny  powrót do mrocznego kraju….

Tu jeszcze jest lato, bo tak jak w Twoim Sydney trwa ono do kwietnia, by potem przejść w łagodną mokrą zimę trwającą do października.

Siedzę na plaży i moczę obolałe stopy w bardzo słonej wodzie,  Pacyfiku, bardziej słonej niż nasz Bałtyk. Szumią cicho te ciepłe , z rzadka dobijające do brzegu fale , bo Ocean o tej porze roku jest prawdziwie Spokojny i jego fale są  długie.  Coś w tym jest . Jedność lenistwa fal  i mojego lenistwa. Woda i powietrze mają 27 stopni, więc komfort. Zimą ocean jedynie o 3 stopnie chłodniejszy. Żyć nie umierać!

A wszystko przez Twój list, w którym opisujesz Twoją przygodę reporterską na Fiji.

Jednak nie znalazłam w nim opisów jak tam jest, co jak wiesz uwielbiam.  Zaintrygowana , zaciekawiona jak zwykle bywa, gdy czegoś nie wiem, nikt nie namawia,  postanowiłam sama sprawdzić.

Takam Zosiasamosia….

Początkowo chciałam tak jak ludzie pierwotni dobić tam statkiem , by patrzeć jak powoli wyłaniają się z morza wyspy. A jest ich tu 320 dużych z czego 100 niezamieszkałych i setki małych. Nie zapomnę rejsu po Morzu Śródziemnym, kiedy przed laty  w nocy wracaliśmy z Kos na Rodos. Oglądane w dzień liczne wyspy były urocze, ale zwykłe, bez nocnej deformacji. Gdy nastała zupełna ciemność stały się groźne, czarne i otaczały nas budząc grozę i zdziwienie, że jest tak inaczej. Wydawały się tak blisko, że czuliśmy się osaczeni. Marzyłam więc o rejsie morskim, o wietrze, o ustach słonych od bryzy, o bezmiarze i pięknym uczuciu, że gdzieś  na horyzoncie rysuje się zarys lądu. Jednak taka podróż na Fiji czyli po naszemu Fidżi trwałaby nie krócej niż 6 miesięcy.

Więc wzięłam samolot. Jest też oswojony, bo latania w życiu miałam sporo, wpatrywania się w okienko i co za nim, maleńkie makiety map świata w dole. Też romantycznie i pięknie, szczególnie, że w Michałowicach mam lądujące samoloty na Okęciu niemal na wyciągnięcie dłoni. No, trochę przesadziłam, widzę je w pewnej odległości, ale już mają wysunięte podwozia, widać koła i sapiąc obniżają lot…też cudnie.

 Wprawdzie Almatur już wyprzedał na ten okres wycieczkę w te strony, ale od czego Internet i własna inwencja. Lecieliśmy nad Syberią, , by skrócić trajektorię lotu, potem „spadaliśmy” nad Japonię i dalej już tylko szmaragdowy przezroczysty Pacyfik i zielone wyspy na nim. Widoki były przepiękne. Po licznych przesiadkach  wylądowałam .

I oto jestem. Myślę o Azjatach , którzy przybyli tu  w XVII wieku. To niesamowite jak sprawnymi byli żeglarzami, by pokonać takie odległości. O Angolach myślę, którzy potem zajęli wyspy i o Hindusach zatrudnianych przez tamtych wyspiarzy na plantacjach trzciny cukrowej. Zabytków tu nie ma, więc jest okazja by wpatrywać się w twarze ludzi spotkanych. A to jasne łagodne szerokie i promienne rdzennych Polinezyjczyków a to szczupłe i szarośniade Hindusów i angoli wielkozębne białe. Tak, obserwowanie ludzi , ich zachowań, obrządków to może być pasja. Ciekawe, czy też tak masz, Jacku. Pewnie też, bo widzisz podwójnie przez swoje oczy i oko kamery.

I zieleń. Wielka nieustanna zieleń tropikalnych lasów deszczowych, spływająca ze zboczy wygasłych wulkanów, rzednąca czasem w dole z łagodnym przejściem w wielkie trawy sawanny. Tam wśród drzewiastych paproci, bambusów ponoć można zobaczyć rajskie ptaki i inne zwierzęta. Po prawdzie widziałam tylko kozę mieszkającą na drzewie i ciekawą świnkę nieopodal jednego z domków a właściwie altan. Zapomniałabym o wszędobylskich jaszczurkach, iguanach, które nieruchomo siedzą na ścianie mojego okrągłego bungalowu zwanego falą  i hipnotyzują owady, by jednym skokiem dopaść zdobycz. Początkowo bałam się, że wpadną do mojego łóżka, ale najwyraźniej nie były mną zainteresowane. Ale co mam ci pisać, tyle widziałeś, że już się niczemu nie dziwisz. Jedno mnie tylko ciekawi, jak te” żywota „ znalazły się na wyspach, przypłynęły czy co?

Każda wyspa tego archipelagu jest ponoć  otoczona przecudną rafą koralową. Mam zamiar skorzystać z propozycji nurkowania, by obejrzeć z bliska. Pewnie na zamiarze się skończy, bo ….za to widzę wielkie wyfruwające z oceanu ptakoryby. To Manty ale ładniej – diabły morskie, jak ktoś powiedział. Lubią przebywać w grupach., wyskakiwać bardzo wysoko nad powierzchnię wody, by,  jak piszą, oczyścić ciało z pasożytów. Ale to mało romantyczne wytłumaczenie. Po prostu są ciekawe świata i lubią akrobacje. Są cudne, elastyczne, choć ponoć niejadalne,  a, że  żywią się tylko  roślinami i drobnymi rybkami, więc dla nas bezpieczne..

Zbudziłam się o świcie i od razu poczułam się wybrana szczególnie , bo byłam jedną z pierwszych osób na świecie, do których zawitał nowy dzień. Już w samolocie tubylec wracający na swoją wyspę oznajmił mi z wielką radością, że ich wyspy mieszkańcy nazywają  Viti, co oznacza Wschód Słońca. Bo tu rodzi się słońce, gdy  mieszkańcy kuli ziemskiej toną w ciemnościach nocy…Piękne, prawda?

Tak więc na razie siedzę na plaży, z wielkimi okularami przeciwsłonecznymi na nosie, wysmarowana kremem z filtrem, moczę nogi w bardzo słonej wodzie leniwych fal i popijam nieco narkotyczny wszędobylski tu napój zwany kava. Nie ma nic wspólnego ze znaną u nas kawą, chociaż miejscowi lubią szczególnie celebrować jej picie. Chętnie częstują przybyszów, czego sama doświadczyłam. Polinezyjska kava jest wywarem sproszkowanego korzenia pieprzu metystynowego i w odróżnieniu od uwielbianego przez nas napoju o nazwie kawa nie pobudza a daje relaks , ułatwia zasypianie, wprowadza w lekką euforię, a czasami nawet jak opisują „powoduje lekkie mrowienie w okolicy genitaliów co zwiększa przyjemność czerpaną z uprawiania seksu”. Ta ostatnia pozycja już na szczęście mnie nie dotyczy, ale wiedzieć warto. Na pewno w tym miejscu Jacku się obruszysz, bo kiedyś ładnie napisałeś, że lubisz swoje ciotki, które są wiecznymi dziewczynami . List ten od Ciebie zamieściłam w blogu i nosi nazwę „ Kobiety”.

Tak więc kołysana oceanem, pieszczona słońcem, wprowadzana w łagodność i lekką euforię ( w Polsce napój ten jest zabroniony, jako narkotyk)- niemożliwie- wspaniały jest ten błogostan- wdycham zieloną wilgoć lasów deszczowych czuję, że jestem w Raju…Tym bardziej, że daleka muzyka mnie przenika . Prawdziwa, najbardziej  popularna bo rdzenna,  polinezyjska. Więc płyną do mnie śpiewy ich  mandolin, strzępiaste gitary akcentowane gdy trzeba bębnami . Potem tylko same bębny , pewnie ogłaszają urodziny dziecka….

Zasłuchana, zapatrzona, zauroczona, odmieniona, uwznioślona, wypoczęta , świeża i radosna budzę się po godzinie pod moim michałowickim niebem.

Tak więc Jacku, dzięki Tobie odbyłam piękną podróż, niezapomnianą, uzyskałam  iście niebiański spokój ducha, zasypiam popijając dyskretnie kavę co u nas zabronione,  izoluję się od wiadomości Złego , trwam w tym błogostanie mniemam , że na wieczne czasy. I to wszystko uzyskałam ratując zawartość portfela. Życie jest piękne, nucę….

Czego i Tobie życzę i przyjaciołom naszym , pozdrawiam Twoja ciociaklocia .

Aha, zapomniałam dodać, że u nas jest godzina 12 w południe a w Twoim regionie- 1 w nocy. Więc zanurzam się Twoją noc, oceaniczną , w Twoje sny….nie bój się , przecież wiadomo, że nawet najczęściej pita kava nie otworzy cudzych snów….po prostu tak mnie poniosła wena…

Jeszcze raz dzięki za piękne dni podróży na Fji czyli Fidżi …zosia

 

640px-WayaWayasewa.jpg

Czasami można przejść z wyspy na wyspę…

 

wioskaNavalaCentralna częśćWyspyVitiLevu.jpg

 

plaza.jpg

 

Manta_birostris-Thailand.jpg

Diabeł morski

UihaPig_C_M.jpg

 

Iguana.jpg

 

GoatUpATree2_C_M.jpg

 

 Wszystkie zdjęcia z Wikipedii i polecanych przez nią publikacji

 

List od Jacka. „Komunista”

Jacek_Lukaszewicz 1991.jpg

Lata 80 ubiegłego wieku, właśnie Jacek opuścił Polskę…. Zdjęcie dostałam od Jego Kolegi, też Jacka, za co Mu dziękuję

 

 

 

A to tekst, który mi przysłał Jacek Łukaszewicz:

 

„Komunista

 

Któregoś dnia podczas kwarantanny paliłem z kolegą papierosa na piątym piętrze. bo tam można było wszystko, bo tam byli sami tzw. singles. Poznaliśmy ich dobrze.

Stoimy za cienką ścianką i podsłuchujemy.

 

Wchodzi Janek z uśmiechem debila na twarzy. 

– co jest Jasiu, pyta Krzyś…

– kurwa, kurwa, Jaś wyjmuje z kieszeni dwie flaszki i wznosi ręce do nieba….kurwa syn mi się  urodził, wykrztusił Jaś i opadł na krzesło. 

– to trza go ochrzcić, mówi Grześ.

– polej małolat…

– dlaczego zawsze ja?

– bo jesteś kurwa małolat, lej

– chłopaki kocham was, kurwa syn…

– no to jak go chrzcimy?, pyta Grześ.

– mnie się podoba “Zbyszek”, mówi Krzyś.

– ładnie….”Zbysio”, przytakuje Grześ.

– a mnie się podoba…”Bolesław”, mówi Jaś wpatrzony gdzieś w dal.

– jaki Bolesław, kurwa jaki Bolo, co ty kurwa takie imiona masz i skąd, kurwa?, pyta Krzyś.

– tak jest, przytakuje Grześ.

– co ty kurwa chcesz, aby dzieci na niego wołały Bierut.

Po pierwszej flaszce.

– jaki Bierut, mama mówiła sama, że za Bolesława, to był dobrobyt, odetchnął Jaś.

– co ty pierdolisz, dziecko jesteś, że mamie wierzysz….mamy zawsze, kurwa kłamią, zastanowił się Krzyś.

– polej małolat.

– żaden kurwa Bolesław, ma być Zbyś i huj, gdzie twoja mała żonka?, pyta Krzyś

– tak jest kurwa, gdzie jest? dopytuje się Grześ.

– a mnie się podoba imię “Bonifacy”, szepnął małolat do Krzysia.

– co ty, chcesz żeby pedałem był na starość? gdzie ta twoja dupa jest? pyta Krzyś.

– tak jest, gdzie jest? dodaje Grześ.

– wracam do Polski, chłopcy, napijmy się, mówi Jaś.

Nad Jasiem nachyla się małolat.

– co ty kurwa bredzisz, stul pysk tutaj, wyszeptał małolat.

– jak to wracasz do Polski? pyta Krzyś.

-syna mam w Malborku, rozumiesz, tłumaczy Jaś.

– jak to wracasz? pyta Grześ.

– kocham ten kraj, muszę lecieć, kurwa, mówi Jaś.

– najpierw Bolesław, teraz wracasz, do komuny, kurwa, do komuny chcesz wracać po tym co tutaj widziałeś, i co pewnie im opowiesz jak to jest tutaj w niebie, co kurwa?, mówi Krzyś.

– chłopaki, syn, bełkocze Jaś.

– patrz jaki skurwysyn, mówi Grześ.

– komunista jebany, mówi Krzyś.

Jaś zasnął na krześle.

– wszystkim o nas powie, kapuś jebany, mówi Grzes.

– co wy chłopaki, najebany jak wiewiórka, położymy go do wyra, podniósł się małolat.

– tak jest, komunista i kapuś, niech kurwa leci do peerelu….Grześ bierz go pod rękę, ja mam drugą, małolat bierz kurwa nogi, rozkazuje Krzyś.

– co was pojebało, płacze  małolat.

– bierz, bo polecisz razem z nim, warknął Grześ.

Niosą śpiącego Jasia. 

– co się dzieje, chłopcy? otwiera oczy Jaś.

– lecisz do Polski, wyszeptał Krzyś.

Po czym otworzyli okno i wyrzucili komunistę z piątego piętra, a na piątym piętrze nie ma winnych, więc winny jest Bolesław, tudzież Zbyś.”