Kochani moi
Pewnie się zorientowaliście po towarzyszeniu mojemu blogowemu pisaniu i komentarzach , jak miłych mam Znajomych ba, nawet czuję się uprawniona do nazywania Ich Przyjaciółmi. Jednak nie wszyscy mają ochotę na komentowanie- a chociażby na zaznaczanie, że mnie odwiedzili, ale za to piszą do mnie e- listy. I jakże ciekawe są to maile- ciepłe, pisane od serca a ten ostatni zupełnie mnie zaskoczył. Ten list otrzymałam od Oli. Ona wie, że uwielbiam podróże- a właściwie dokładnie ujmując- odkrywanie nowych miejsc , zwiedzanie i wyszukiwanie „ smaków” czasem gdzieś ukrytych przed okiem zwykłego podróżnika .
Ten mail, który przysłała mi Ola- opisuje Jej bytność w mieście o niezbyt romantycznej, brzmiącej do tej pory dla mnie obco i ostro, pachnącej jedynie smaczniej szlakami kolejowymi ( które jak i pociągi – uwielbiam) – nazwie Kutno . Nigdy tam nie byłam i nawet nie miałam ochoty tam wpaść- do wczoraj. Ola bowiem otworzyła mi drzwi do tego miasta- i poczułam wiatr od Kutna, piękny, choć zimowy …..spytałam nieśmiało, czy się zgodzi, bym zamieściła Jej list w blogu- zgodziła się bez wahania, ooo jeszcze rozbudowała opisowo treść, wrzucając w dodatku śliczne zdjęcia. A więc oto Jej list.- długi i soczysty…chyba będzie tu przybywał fragmentami, bo się rozrósł tak, że czytanie mogłoby znużyć Wasze Kochani, oczęta.
A oto wspomniany list od Oli :
Kochana Zośku!
Jak wiesz , dzięki naszemu NFZ- dość długo, bo aż przez darowane pełne trzy tygodnie moczyliśmy nasze gnaty w solance Inowrocławskiej . Turnus objął Święta Bożego Narodzenia wraz z Sylwestrem. Od tej decyzji nie było odwołania, chyba, że skłonni bylibyśmy uiścić sporą opłatę kary za skrócenie pobytu. Wracając więc po upojnej- choć emeryckiej sylwestrowej nocy nagle postanowiliśmy zboczyć z trasy i odwiedzić Kutno. Nie byliśmy tam od półwiecza, tj. od czasu, gdy nasza ukochana ciocia- mieszkanka miasta, przeniosła się na niebieskie pastwiska. Przedtem tam wpadaliśmy i mieliśmy wrażenie, że miasto więdnie, a nawet obumiera- zaniedbane, szare, byle jakie. Niczym się nie interesowaliśmy wtedy i być może dlatego, żadnej urody nie zauważaliśmy. Ot wizyta u cioci, jej wspaniała zupa cebulowa, zapach starego domu, gdzie mieszkają duchy , myszy i kot Guciem zwany, gadanie o dawnych czasach i powrót.
Gdy Jacek rzekł – musimy do Kutna, ociągałam się, ale zerknęłam w smartfona- och cóż za czasy Zośku- prawda?- mamy takie urządzenie które wszystko wie i nawet czasami udaje nam się otworzyć to co trzeba, by czerpać różne ciekawostki jak ze studni dobrego i złego. Tym razem było wszystko dobre- bo dowiedzieliśmy się, że zaledwie 20 km od Kutna znajduje się geograficzny środek Polski! OOoo- nie wiedzieliśmy do tej pory- złapaliśmy haczyk ! Magiczne miejsce, położone na Równinie Kutnowskiej – zabrzmiało inaczej niż Nizina, jednak to, co ujrzeliśmy przekraczając rogatki miasta przeszło wszelkie nasze oczekiwania.
To miasto po prostu pływa na swojej Równinie , bo to równina falista, jak kiedyś nasze spódnice- kiedyś- bo teraz lubimy spodnie- i daleko im do tej zamaszystej falistości spódnic ujętych w szerokim pasie na naszych smukłych wtedy kibiciach : ) . Znowu zanurzyłam się w dygresje wspomnieniowe- ale kiedyś byłyśmy piękne i młode a teraz jesteśmy piękne i młode choć inaczej J.
Tak więc Kutno unosi się na falistych wzgórzach, łagodnie spływa ulicami w dół doliny Ochni- rzeki oddzielającej je prawie na pół ( która bieży ze swoimi rączymi wodami prosto do Bzury) by wznosić się ponownie na fali wzgórza aż do Rynku i wyżej do Parku Traugutta ze stawem będącym kiedyś zbiornikiem przemysłowym oraz różnopoziomowymi tarasami i pomnikiem miejscowego namiętnego hodowcy róż- Pana ( muszę poszukać jego nazwiska, bo wywiało), nieopodal nowoczesnego Domu Kultury, gdzie w kinie właśnie wyświetlano Gwiezdne Wojny . Zechciało nam się i seansu filmowego, lecz zabrakło czasu, bo zamówiliśmy tylko jeden nocleg i należało wracać do domu we własne pielesze, które jak wiadomo są najsłodsze J
Na tym kończę na razie, cd. Później.
Pozdrawiamy Was
Ola z Jackiem
Park Traugutta, Kutno, jeszcze zima. Zdjęcia własne.



o nareszcie ktoś mi podpowiedział jak wpisywać komentarze. Byłem w Kutnie dawno temu w Muzeum Bitwy nad Bzurą, ale miasta nie pamiętam. Piszcie dziewczyny jak tam jest !
Z przyjemnością czytam o Kutnie. Dla mnie to też miasto przez które tylko przejeżdżają pociągi. Pozdrawiam Ania
Ola i Zosia opisały moje przedszkole Dworek Pani Szomanskiej. W dzisiejszej sali jadalnej po prawej jest kominek. W 1953 roku stała skrzynia do skoków przes skrzynię. Zaraz po śmierci Stalina z moim przyjacielem Bogdanem Wesołowskim (kapitan m.in.na statku rybackim „Niemen” – staranowany przez pijanych Rosjan w sztormie- lefwo odnaleziony – zyje do dzisiaj) rozrabialiśmy. Nasza Wychowawczyni, Pani Pawlakowa, za karę postawiła nas na baczność przy skrzyni i powiedziała, że „za karę bedziemy pełnili wartę przy trumnie Stalina”. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy jak doniosłą misję pełniłem, a do dzisiaj nie zostałem za to „zlustrowany”. A swoją drogą, to Wychowawczyni też musiała mieć odwagę, robić wtedy „jaja” z pogrzebu Stalina.
Z przedszkolem sasiaduje od 1907 roku moja jedenastolatka im. Henryka Dąbrowskiego
A jeszcze o żałobie po Stalinie. Mój Stryjek, śp. Dr Zbigniew Milanowski byl wówczas lekarzem wojskowym w jednostce w Kutnie. Kazali Mu zrobic pogadankę dla przeszkolaków o zasługach Stalina. Pamietam jak w tejże sali przy kominku rozdał nam cukierki. Ach, jak się cieszylismy…
PS. Kilkanascie metrów od przedszkola w kierunku kościoła urodził się wielki poeta żydowski Szalom Asz.