Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 19 ) . List do dr Jerzego Fischbacha.

*

Po długich wahaniach i  rozmyślaniu – czy zamieścić tu mój obszerny wstęp –  zdecydowałam, że List Leszka do dr Jerzego Fischabacha – twórcy Chóru Poznańskich Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł  i stale bardzo aktywnego Dyrygenta – zasługuje na odrębny wpis. Jest tak obszerny, wielowątkowy, ciepły i mądry jak zresztą cała Leszkowa humanistyczna , nie tylko lekarska dusza –  że równoczesna obecność mojego tekstu  jest wysoce niewłaściwa.. Zapraszam – a za parę dni zamieszczę swoją opowieść o naszym spotkaniu i Niezapomnianym Koncercie w Klasztorze Franciszkanów w Woźnikach k/ Grodziska Wielopolskiego który przeżyliśmy niedzielnym wieczorem 27.01.2019 roku ……

Oto list Leszka :

Wielce Szanowny Panie Doktorze,

 

Jest to trzecia wersja listu pisanego do Pana po koncercie w Woźnikach i po Pana e-mailu z 29 stycznia. Żadna poprzednia nie wydała mi się wystarczająco oddawać moje odczucia po spotkaniu z Panem. Przepraszam, że tak późno odpowiadam na Pana list z 29 stycznia. Po prostu praca. Dopiero w niedziele mogę usiąść nad odpowiedzią.

 

Bardzo, bardzo żałuje, że z powodu niesprzyjających przypadkowych okoliczności nie zdążyliśmy z Zosią na spotkanie przed koncertem. Może i dobrze, bo miałem szczerą ochotę stanąć obok Andrzeja Polimirskiego, ale poza moja ulubioną staropolską siedemnastowieczną  kolędą „Lulajże Jezuniu” , która jest motywem w Scherzo h-mol op. 20 Fryderyka Chopina nic nie potrafiłbym zaśpiewać. Solowy glos Pani Małgorzaty Maciołek przyprawiał mnie o drżenie. Nie nadawałbym się.  Nie miałbym sumienia kaleczyć wspaniałego wykonania Chóru swym dawno nie ćwiczonym głosem. Kolęda „Lulajże Jezuniu” ma tak głębokie bernardyńskie i poznańskie korzenie. Była przechowywana w Klasztorze Bernardynek w Staniątkach a oryginalny tekst z 1705 roku jest w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu.  Jest tak głęboko wrośnięta w polską tradycję. Jacek Kaczmarski w swej „Wigilii na Syberii” I Lucjan Rydel w Chórze Aniołów w swym „Betlejem”  świadczą o głębokich polskich korzeniach tej kolędy. Przecież wykonanie każdej chóralnej pieśni, zwłaszcza na głosy, wymaga uczestnictwa w próbach. Co ważniejsze jeszcze więcej jeśli Pan ma ambicje przedstawiania tak wspaniałych starodawnych kolęd jak pierwsze dwie i nie tylko w doskonałym profesjonalnym wykonaniu pod swoja dyrekcja.

 

Odkryciem była dla mnie siedemnastowieczna  pierwsza kolęda” Magnum Nomen Domini” Bartłomieja Pekiela. Tak trudna a tak subtelnie poprowadzona przez Pana. No i dwa razy nasz poznański Feliks Nowowiejski. „Witaj Jezu Ukochany i „Jezusek Czuwa”. Widać jak głęboko w nas tkwi kolędowa tradycja.  Byłem przy ostatnich chwilach Jego Syna w czasie mojej pracy w Pogotowiu w Poznaniu. Nic nie dało się zrobić. A nazwisko robiło na mnie wrażenie. 

 

Widać że dobór repertuaru przez Pana to pokazanie  Pana polskiego patriotyzmu. Nie wiedziałem, że takie kolędy w ogóle istnieją. To nie był zwykły koncert kolęd. To był niezwykły koncert niezwykłych kolęd. A słowa wiążące  Pana Witalisa Nowickiego powodowały że było to jak ciekawe, niemal mistyczne a żywe przedstawienie.

 

Przy dwóch ostatnich słyszanych kolędach musiałem już z niecierpliwością spoglądać na zegarek, by nie spóźnić się na samolot do Londynu.. Przeżywałem te kolędy z ogromnym napięciem. Z wielkim zaangażowaniem wsłuchiwałem się w słowa  „Chrystus Pan się narodził” Kazimierza Wiłkomirskiego do słów Juliusza Słowackiego. Siedziałem obok sławnej skrzypaczki Wandy Wiłkomirskiej z Kajtkiem Petrykowskim w roku 1967 na Konkursie Wieniawskiego w Poznaniu w czasie studiów. Dobrze znaliśmy zakamarki Collegium Iuridicum, garderoby, przejścia służbowe z czasów wcześniejszych bez biletowych  wtargnięć na Koncerty Poznańskie.  Oczywiście nie stać nas było na drogie bilety na Koncert Laureatów.  Zresztą bilety dawno wyprzedane. Po pokonaniu znanych sobie labiryntów i ominięciu wszelkich kontroli z jaskółki zauważyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie na parterze na których nikt nie odważał się siadać. Jako stali bywalcy Filharmonii Poznańskiej uważaliśmy się za uprawnionych i z pierwszego rzędu oklaskiwaliśmy najpierw Michaila Bezwierchnyj’ego a potem Piotra Janowicza. Niestety przed występem Kaii Danczowskiej jeszcze nie mieliśmy dobrego rozeznania. I nikt nie śmiał wyrzucić z pierwszego rzędu tak zacnych i i ważnych jak my gości. J

 

Doktor Jerzy Fischbach, Dyrygent Chóru Poznańskich Madrygalistów imieniem Wacława z Szamotuł odkrył przede mną „Jasną Kolędę” Juliusza Słowackiego i Niewiadomskiego „O Gwiazdo Betlejemska” ze słowami księdza Zygmunta Odelgiewicza i mojego ulubionego i i szanowanego Alojzego Orszulika.. Nie znana mi była osiemnastowieczna „My tez pastuszkowie” w opracowaniu Mieczysława Makowskiego. Niesamowity i niecodzienny dobór repertuaru.

 

Już w drzwiach dopadła mnie angielska kolęda „Słuchaj brzmi Aniołów Śpiew” Charlesa Wesleya w opracowaniu Feliksa Mendelsohna. Chyba Pan doktor umieścił ją w repertuarze specjalnie dla mnie. Sam śpiewam ją w oryginalnej angielskiej wersji w czasie Świąt Bożego Narodzenia w naszym kościele Świętego Józefa w Londynie. Gdy akurat mam dyżury w tym okresie zawsze włączam się do śpiewania kolęd  do przypadkowych wykonań amatorskich chórów, które odwiedzają szpitale i chorych w tym okresie. A ta akurat jest tak popularna, że niezmiennie zawsze jest w repertuarze. Rosło mi serce.

 

Ta kolęda pokazywała mi jakim Pan jest człowiekiem jednoczącym, a nie dzielącym. Mimo wszystkich przeciwieństw,  jakie Pana spotkały w życiu a zwłaszcza w pamiętnym 1968 roku gdy usuwano Pana z kierownictwa Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu, którego w 1959 roku był Pan założycielem a ja tego świadkiem. Do dziś mam poczucie winy, że nie stać mnie było na stanięcie w Pana obronie. W każdym z nas chyba tylko poza Panem tkwi jakieś poczucie konieczności konformizmu. Ja porównuję Pana do Profesora Władysława Bartoszewskiego z Jego dewizą „Warto być człowiekiem porządnym”.

 

Mimo przeciwieństw, stwarzanych Panu trudności i upokorzeń  jest Pan w tym miejscu, gdzie nadal daje Pan innym dowody swej wielkiej sztuki i umiejętności organizacyjnych. Potrafi Pan wokół siebie gromadzić ludzi. Do dziś żałuję, że nie bylem członkiem Pańskiego Chóru jak Andrzej Polimirski, który zawsze dla mnie będzie nosił ksywę „General” jak kazał się na studiach nazywać. Z wielką satysfakcją czułem, że jako Prezes Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu za swego powiedzmy – podwładnego, mam „generała”.

 

Na parkingu dopadła mnie międzynarodowa, też przez mnie śpiewana po angielsku a kiedyś w oryginale po niemiecku „Cicha Noc” Friedricha Reichardta.  To było niesamowite, gdy ta kolęda biegła za mną. Nie mogłem ruszyć z miejsca dopóki się nie skończyła.

 

W pracy się dziwili, że chce mi się wstawać o czwartej rano w sobotę, by w południe po 7 godzinach być w Polsce, a po zaledwie 30 godzinach wracać by o 2-giej w nocy w poniedziałek być w pracy na ósmą. Zapowiadała się dłuższa wizyta, bo miałem bilet na piątek i powrót w poniedziałek z planowanym uczestnictwem w spotkaniu w Klasztorze Franciszkanów w Woźnikach. Przyznam. nieskromnie, że za swoją zasługę poczytuję sobie ściągnięcie na koncert Andrzeja Polimirskiego oraz przyjazd Zosi i Jurka. Jestem pewien, że Ich obecność sprawiła Panu również bardzo wiele radości. Cieszę się szczerze..

Jako dobrzy przyjaciele nie mogli być gorsi, skoro mieli do pokonania mniejsze odległości. Dzięki Panu miałem okazję spotkać moją 16-miesięczną Wnuczkę w Poznaniu, która zrobiła Jurkowi i mnie wykład , jak to Zosia udokumentowała na swoim zdjęciu. Jestem bardzo zadowolony, że Zosia mogła zawieźć  swemu Mężowi prawdziwe poznańskie rogale świętomarcińskie z certyfikatem z restauracji „Pod Niebieniem” na Starym Rynku w Poznaniu. Jurek imponuje mi jak zawsze swoją aktywnością naukową w czterech uczelniach w Polsce. Zazdroszczę  Mu i podziwiam, że jeszcze znalazł  czas na spotkanie ze mną w Poznaniu i przyjazd do Woźnik.

 

Przyznam się, że Andrzeja Polimirskiego już pochowałem 3 lata temu, gdy po trzech dniach po swej operacji na wózku przyjechał  na spotkanie naszego roku do Baranowa. Widać, że jest to człowiek niezniszczalny jak Pan.

 

Żaden wyjęty z życia czas ( bo to nie poświęcenie a nagroda) i żadne nawet podwójnie wydane pieniądze nie były przeszkodą w wysłuchaniu Pana Choru i zamienieniu z Panem tych kilku słów.

Rozumiem, co czuje artysta przed koncertem. Jak musi być całkowicie skupiony, nie może się rozpraszać, a jednak znalazł  Pan chwilę, bym zdążył Panu złożyć moje wyrazy szacunku.

 

Dla mnie jest Pan wzorem człowieka niezłomnego, którego trudno jest naśladować. Ja czuję swoje ograniczenia byle i teraźniejsze, ale Pana historia życia, Pana dzieła, Pana praca świadczą że można pokonać wszelkie trudności. Dziękuję Panu Bogu, że zachował Pana w zdrowiu i aktywności do teraz, bym miał okazję Pana spotkać. Nie wiem, czy jest jeszcze na świecie aktywny dyrygent w dziewięćdziesiątych latach swego życia. Nie wiem za ile miesięcy znów pojawię się w Polsce, ale na pewno przyjadę  na kolejny koncert w wykonani Pańskiego Chóru Madrygalistów. Oby jak najszybciej. Proszę powiadomić Panią Sumelkę o moich zamiarach.

 

Zdaje sobie sprawę, że pierwsza część mojego listu brzmi jak recenzja z koncertu w Woźnikach. Chciałbym by została gdzieś udokumentowana, bo nigdzie podobnych recenzji Pana koncertów nie spotkałem. Słowo napisane zostaje w pamięci. Nie roszczę  sobie praw autorskich.

 

Kopie niniejszego listu przesyłam również Zosi Łukaszewicz – Konopielko i Irenie Dąbrowskiej – Masłoń , które zbierają nasze studenckie wspomnienia do ich wykorzystania. Znając poczucie prywatności Pana Doktora za to przepraszam, ale Pańskie życie i Pana dokonania nie mogą być tylko Pana własnością.

 

Z wyrazami najgłębszego szacunku i podziwu,

 

Leszek Milanowski

 

* Woźniki / Grodziska Wielkopolskiego – Poznański Chór Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł z Twórcą i Dyrygentem dr Jerzym Fischbachem . zdj własne

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *