Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 19 ). Doktor Jerzy Fischbach i Jego Poznański Chór Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł . Koncert w Żaganiu.


Pragę przeprosić Czytelników Pamiętnika mojego Teścia za ten wpis. Do Jana wrócę za 2 – 3 dni. Zapewniam. Działam z potrzeby chwili, bo dzisiejszy  powrót do tematu Dr Fischbacha i Jego Chóru Poznańskich Madrygalistów stał się koniecznością z racji Ich kolejnego Koncertu który zabrzmi jutro  w Śródce …..


Może zacznę zbyt trywialnie, ale chodzi mi po głowie powiedzenie –  Lepiej późno niż wcale. A to dlatego, iż myślimy, jakie dotknęło nas szczęście spotkać  po pół wieku  siebie nawzajem i poznać osobiście  dr Fischbacha i Jego fenomenalnych Chórzystów.

Tak zda się niedawno – staliśmy na dziedzińcu Anatomicum – radośni i przejęci – nowo mianowani studenci AM w Poznaniu. Był to pamiętny dla nas 1965 rok. Potem słyszeliśmy , że zajęcia z anatomii w któryś grupach ( niestety nie naszych ) prowadzi fantastyczny Człowiek – dr Fischbach. Trochę zazdrościliśmy kolegom , ale czas płynął i było jak było. Ktoś też mówił, że ten Pan Doktor wykłada również na Akademii Muzycznej oraz prowadzi Akademicki Chór przy naszej Alma Mater. Może kiedyś z daleka widywaliśmy chór i Maestro – bo zawsze uświęcał różne uroczystości akademickie.

Gdy już się spotkaliśmy Leszek, Jurek i ja  , choć  rozłąka trwała pół wieku –  rozpoczęliśmy długie serdeczne rozmowy i wrócił do nas tamten czas pierwszy w naszym życiu – niezapomniany początek naszej medycznej drogi  . Któregoś dnia Jurek nam oznajmił, że został zaproszony przez dr Fischbacha na Koncert Poznańskiego Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł do Kościoła św. Wojciecha w Poznaniu Okazało się, że Jurek  spotykał dr Fischbacha na konferencjach neurologicznych , Leszek trochę pamiętał z przeszłości oraz to, że w pamiętnym 1968 roku, kiedy dr Fischbach odszedł z Chóru i Uczelni  – Leszek przejął kierownictwo Chóru- został jego Prezesem.

 I oto znaleźliśmy się w magicznym stareńkim wnętrzu tego Kościoła i wspomniany Chór zda się prowadził nas do Nieba. I wówczas powstał artykuł zamieszczony w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej , którego fragment chcę  zacytować, bo przypominać warto,  przypominania nigdy dosyć, ba – przypominanie kolejnym pokoleniom lekarzy tak ważnej postaci jakim jest dr Jerzy Fischbach jest naszym obowiązkiem. Oto fragment tamtej naszej opowieści tyczącej koncertu w Kościele św. Wojciecha w Poznaniu:

 ( … ) cała kościelna uroczystość i to piękne wnętrze zda się byłoby puste, gdyby nie iście anielskie brzmienia chóru. To oni, zapaleni chórzyści, na co dzień zwykli pracownicy najczęściej służy zdrowia, sprawiają, że Bóg nas widzi a przede wszystkim my widzimy niebo i Boga. Są łącznikiem szarego człowieka z Istotą Najwyższego. Ich łagodność, idealna harmonia głosów, piękne, bardzo wytworne ubrania, podkreślone dostojnością wielu siwych głów – a na ich czele dostojny dyrygent dr med. Jerzy Fischbach, Człowiek Ponadczasowy, Niezwykły. Znają go dobrze pacjenci, których jako specjalista neurolog traktuje holistycznie – zawsze wypyta o wszystkie choroby, umiejętnie dobierze leki i zawsze pomaga – także uśmiechem. Ilu kobietom pomógł gdy miały schorzenia neurologiczne i trudności z prokreacją. Tak dobierał leki, że wkrótce przychodziły do Niego z własnym, zdrowym dzieciątkiem w ramionach. Ilu studentom przekazał swą mądrość i wiedzę będąc przez długie lata pracownikiem naukowo- dydaktycznym Akademii Medycznej w Poznaniu. Ile prac naukowych opublikował, aby szkolić kolegów lekarzy i przekazywać im swą rozległą wiedzę (… ).

Doktor Jerzy Fischbach już w roku 1959 stworzył chór składający się głównie ze studentów Akademii Medycznej w Poznaniu, ale też innych poznańskich uczelni – którego był dyrygentem. Jego wielka wiedza muzyczna, umiejętność czytania partytury oraz dobierania odpowiednich głosów, harmonizowania ich by układały się w różnorodne utwory zachwycała. Chór występował w czasie większości uroczystości w Alma Mater i w innych miejscach. Pasję dr Fischbacha od 1982 roku kontynuuje prof. Przemysław Pałka, który przejął pałeczkę dyrygenta i funkcję dyrektora artystycznego. Ziarno zasiane przez Jerzego Fischbacha pięknie zakwitało licznymi nagrodami, jak: „Srebrna Lira” na 4. Międzynarodowym Festiwalu Chórów w Warszawie „Varsovia Cantus” (2008) czy na Międzynarodowym Festiwalu Chórów w Krakowie (2010) a artyści byli zapraszani do różnych krajów, jak Wielka Brytania, Austria, Czechy, Włochy, Szwecja, Hiszpania, Niemcy, czy Holandia; nagrywali wiele audycji radiowych i telewizyjnych w Polsce, a dokonania chóru zostały ujęte w 4 albumach; ostatni wydano w 2011 r. Doktor Jerzy Fischbach już dawno, z pozycji emeryta, obserwował jak się rozrasta i pięknieje jego dzieło – bo było wszak jak Jego dziecko, które jeszcze niedawno uczył chodzić a teraz poszło w daleki świat…

Jednak dr Jerzy Fischbach nie byłby sobą, tylko siedząc i obserwując. Wkrótce poderwał się do lotu – i tak oto jesienią 1994 r. zrealizował pewnie swoje dawno już opracowane zamiary i utworzył chór „Poznańscy Madrygaliści im. Wacława z Szamotuł”. Jak zwykle wykorzystał swoje muzyczne wykształcenie i wielkie doświadczenie, gdyż z grupy 22 osób – całkowicie amatorów – stworzył istną perełkę. Jak potrafi, jednocześnie pracując jako lekarz-neurolog, pomimo zaawansowanego wieku, znajdować czas na próby chóru, koncerty w różnych miejscach – ważnych dla pacjentów – jak szpitale, przychodnie, domy opieki – to słodka tajemnica tego Niezwykle Aktywnego Człowieka – jakich niewielu na świecie… (…)

         Kiedy dowiedzieliśmy się z plakatów oraz bezpośrednio od Pana dr Jerzego Fischbacha o planowanym Koncercie Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł w Żaganiu, od razu przyszło do nas wspomnienie wspólnego z Chórzystami i Twórcą tego Chóru niezapomnianego Bożonarodzeniowego wieczoru w Klasztorze w Woźnikach – zapragnęliśmy się spotkać  ponownie i doznać wrażeń które pozwalają nam dotykać Nieba. Gdzież jest ten dość odległy Żagań, patrzyliśmy na mapę i rozkłady jazdy PKP. Jednak z różnych przyczyn rodzinnych plan okazał się nierealny. Jedynie Leszek Milanowski – chłopak o niewyczerpalnej energii i konsekwencji, pokonał trasę Londyn (gdzie mieszka i pracuje) – Poznań a potem wypożyczonym samochodem przebył ponad 200 km i godnie nas reprezentował. On jeden spośród naszej gromadki tak bardzo zna utwory muzyczne – zresztą kiedyś sam śpiewał w Chórze Akademii Medycznej w Poznaniu już po odejściu dr Fischbacha i został Prezesem tego Chóru. Byliśmy spokojni, że relacja Leszka będzie najpełniejsza i tak obrazowa iż jedynie w niewielkim zakresie, ale zrekompensuje naszą nieobecność a także zostawi ślad w naszych umysłach sercach i wyobraźni.

I tak też się stało. Leszek zdał nam dokładną relację z tłem historycznym wykonywanych utworów. Ma wszak to we krwi, bo choć Jego Tata był chirurgiem i może też miał zainteresowania humanistyczne  ale Mama – uczyła historii w Liceum w Kutnie . Rodziców Leszka nadal wspominają  liczni mieszkańcy tego miasta (  przekonałam się niedawno robiąc mały wypad do pięknego Kutna) .

A teraz oddaję głos Leszkowi :  

Żagań został założony podobno w VII wieku przez prasłowiańską księżniczkę Żagannę i ulica jej imienia biegnie w pobliżu klasztoru. Żaganna miała być według legendy córką Wandy i wnuczką księcia Kraka.  Po następcach Piastów miasto przeszło w ręce rodów niemieckich i kurlandzkich i związane jest z naszą a także europejską historią i kulturą. Żagań stał się jakby miejscem łączącym różne polskie  i europejskie drogi. Mieszkał tu słynny astronom Jan Kepler (1571-1630). Bywał tu Honoriusz Balzac (1799-1850) i dawał  koncerty  Franciszek Liszt (1811-1886),  Miasto jest słynne z ucieczki 73 alianckich lotników  w nocy z 24 na 25 marca 1944 roku ze Stalagu „Luft III” zakończonej egzekucją 50-ciu  z nich.  Tutaj powstawał  polski serial o czterech pancernych  z psem Szarikiem….

I właśnie to miasto, o tak złożonej świetnej historii zostało wybrane przez dr Jerzego Fischbacha  by tu właśnie uczcić dwieście ósmą rocznicę Konstytucji 3 Maja 1791 roku. I oto w maju  2019 roku Chór Poznańskich Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł pod dyrekcją dr Jerzego Fischbacha uczcił nasze najbardziej narodowe Święto – Święto Konstytucji – koncertem w Kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Żaganiu. Poklasztorny zespół augustiański jest uznany za polski pomnik historii. Kościół założony w 1183 roku przez księcia Bolesława I Wysokiego, syna księcia Władysława Wygnańca ze wspaniałym. monumentalnym gotycko-barokowym wnętrzem doskonale oddawał i wzmacniał akustyczne brzmienie Chóru stojącego w transepcie przed ołtarzem ….

Z okazji tego wielkiego, dla nas, Polaków ale też sławiącego Polskę w świecie  Święta –   repertuar obejmował pieśni polskie I polskich kompozytorów lub w ich opracowaniu.

         Koncert rozpoczęła recytacja najstarszego polskiego tekstu “Bogurodzicy Dziewicy” w wykonaniu Witalisa Nowickiego , po której Chór przypomniał  jej muzyczne brzmienie.  Napisana na pewno przed 1408 rokiem, śpiewana była na polach Grunwaldu, a jej czysto staropolski tekst  I pierwsza melodia zostały stworzone najprawdopodobniej przez córkę Mieszka II Lamberta – księżną  Gertrudę, na uroczystości koronacyjnej króla Bolesława Śmiałego w 1076 roku.

Z kolei symbolicznym dopełnieniem części inauguracyjnej była – zawsze mnie głęboko poruszająca  – napisana po łacinie, w 1253 roku –  “Gaude Mater Polonia” Wincentego z Kielc w opracowaniu Klonowica, polskiego XV-wiecznego kompozytora –  napisana na uroczystości beatyfikacyjne Świętego  Stanisława ze Szczepanowa.  Konflikt o uznawanie polskiego czy łacińskiego języka liturgicznego był podobno przyczyną tragicznej śmierci biskupa i wygnania króla.  Znamy bolesny i tragiczny dla Polski konflikt miedzy kościołem a władzą świecką. Obie wykonane pieśni symbolicznie jakby jednały Polaków  różnych poglądów.

           Ważną o ile nie najważniejszą częścią koncertu były pieśni napisane przez wybitnego polskiego kompozytora  GGG (orczyckiego) – bo tak się podpisywał, czyli  Grzegorza Gerwazego  Gorczyckiego (ok. 1665-  1734 ), kapelmistrza  katedry wawelskiej. Stanowisko to otrzymał w 1706 roku . Podobnym stanowiskiem kapelmistrza katedry w  Hanowerze, później Opery w Londynie cieszył się  Fryderyk Haendel (1685-1759) uważany  za największego narodowego  kompozytora angielskiego. Muzyka Gorczyckiego o 20 lat wyprzedza jego podobne wczesno-klasyczne utwory, niestety nie jest tak znana. Nasz polski Gorczycki może być śmiało uznawany za prekursora a Haendel za Jego naśladowcę.  Przypominają o tym Festiwale im. Grzegorza Gerwazego  Gorczyckiego w Bytomiu.

Chór śpiewał kolejno: “Ave Mundi Spes Maria”, “Omni Die Dic Mariae”, “Gaude Maria Virgo”, “In Manus Tuas Domine” I “Tota pulchra e Maria”. Przejmująco zwłaszcza zabrzmiało wysokie, wstrząsające czysto brzmiące,  solo sopranowe w wykonaniu  Małgorzaty  Maciołek. Godne i trafne uczczenie polskiego i europejskiego Święta –  polska muzyka.

             Trzecią część  rozpoczął Witalis Nowicki wierszem Juliusza Słowackiego  “Kiedy prawdziwie Polacy powstaną” z wymowną –  szczególnie dziś przejmującą   frazą : „…Polska, ale jaka?”

Ta część złożona  była z utworów późniejszych polskich kompozytorów.. Pięknie brzmiało Preludium c-moll op. 28 w  wykonaniu  godnego następcy Mieczysława Makowskiego.  Tu chyba wszyscy wspominali w duchu tego  Wielkiego Przyjaciela dr Fischbacha – kompozytora, pianistę, teoretyka muzyki i pedagoga –  który niestety odszedł do Pana w Święta  Bożego Narodzenia 2014 roku, zostawiając po sobie wiele kompozycji, aranżacji utworów które tu wymieniamy a przede wszystkim Zapamiętane Piękno Swojej Osoby. W dalszej kolejności tej części odśpiewano – przejmująco i wzniośle z niebywałą harmonią wszystkich głosów (  trzeba by tu wymienić chórzystów – ale przymusowa szczupłość tekstu jest przeszkodą ) – a więc zabrzmiało  „Largo” Fryderyka Chopina w aranżacji Makowskiego i dobrze znana „Pieśń Wieczorna” Stanisława Moniuszki z  iście anielskim solowym głosem   Małgorzaty Maciołek. Zakończeniem tej części była inna  – wesoła choć nostalgiczna-  pieśń  Moniuszki:  „Przylecieli sokołowie” z wymownym zakończeniem  dla emigrantów   –   „… rada bym polecieć  z Wami … …. lecz Ojczyzny żal” .

          Kolejną część koncertu rozpoczął Witalis Nowicki recytacją  wiersza Juliusza Słowackiego „Szli krzycząc Polska”.  Symboliczna była  w opracowaniu Makowskiego pieśń „Gdy ostatnia róża zwiędła” Ignacego Paderewskiego – przyjaciela amerykańskiego prezydenta – orędownika polskiej niepodległości-   Woodrowa Wilsona.  Następna  była jakże równie jak wszystkie inne wybrane utwory- symboliczna „Piosnka Dudziara” Adama  Mickiewicza z muzyką Ignacego Paderewskiego w opracowaniu naszego poznańskiego Feliksa Nowowiejskiego . ..

             Nawiązując do miejsca koncertu wyjątkowym akcentem na zakończenie była pieśń  „Santa Maria.” Wolfganga Amadeusza Mozarta.

.             Na prośbę publiczności – „Gaude Mater Polonia” uwieńczyła ten wspaniały koncert..

Zestawienie repertuaru, jego patriotyczna wymowa jakby  wpisały się w tym roku w apel o pojednanie Polaków, którzy niezależnie od poglądów powinni być dumni z naszej narodowej kultury i dziedzictwa historii. To tak jak w chórze, gdy jednostki o różnych poglądach i różnych głosach –  połączone i  zjednoczone muzyką – razem tworzą wspaniałą wartość , którą był ten koncert.

Cała uroczystość, piękne zabytkowe wnętrza  byłyby puste, gdyby nie chórzyści i publiczność wznosząca modły do Najwyższego z uszanowaniem każdej jednostki bez wzajemnej agresji, nienawiści, dzielenia na lepszych i gorszych  stała się niejako apelem o uszanowanie i przypominanie  Konstytucji.

 Jednocześnie myśli starych lekarzy biegły dużo dalej – by młodzi nie opuszczali tego kraju, by znajdowali tu prawdziwą europejską wolność, by mogli się szkolić zgodnie z zamiłowaniem , zdobywać specjalizacje o jakich marzą bo jak mówią – niestety brak takich możliwości często jest przyczyną wyjazdu z Polski.  Nasze wyobrażenia o prawdziwej wolności to właśnie taki kraj, nie tylko piękny przyrodą zabytkami i muzyką, ale też kraj  szczęśliwych ludzi. 

     Wszystkie wykonane w czasie tego Koncertu  utwory muzyczne oraz dobór recytowanych tekstów miały głęboką, właściwie ponadczasową  symbolikę  którą przeżywamy do tej pory . Jesteśmy ogromnie wdzięczni dr Jerzemu Fischbachowi za tę wielką lekcję patriotyzmu.  Życzymy Jemu i Chórzystom oraz Recytatorom wielu dobrych  aktywnych lat w niestrudzonym pokazywaniu prawdziwej pięknej  Polski Polakom….

Z powyższego opisu działalności artystycznej chóru i jego dyrygenta wyraźnie wynika, że muzyka – tym bardziej niosąca ze sobą ładunek patriotyzmu – jest sztuką, rozrywką, przyjemnością i lekarstwem poprawiającym funkcjonowanie ludzkiego ciała i duszy, a jej uniwersalizm przecież łączy całe narody i kultury.

A  na zupełnym marginesie warto dodać , iż opisana historia pokazuje że warto dbać o przyjaźnie – dążyć do spotkań – spełniać Marzenia nawet w snach nie wymarzone ( jak w przypadku autorów relacji) i zawsze czekać na coś Pięknego, Nowego  co na pewno nadejdzie –  a dowodem jest pojawienie się w naszym niezbyt młodym metrykalnie ale wiecznie poszukującym życiu –  dr Fischbacha i Chóru Madrygalistów –  zwykłych i jednocześnie Niezwykłych Ludzi przynoszących  Cud Muzyki.

              Leszek S. Milanowski,  Zofia Łukaszewicz – Konopielko ,  Jerzy T. Marcinkowski, 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 19 ) . List do dr Jerzego Fischbacha.

*

Po długich wahaniach i  rozmyślaniu – czy zamieścić tu mój obszerny wstęp –  zdecydowałam, że List Leszka do dr Jerzego Fischabacha – twórcy Chóru Poznańskich Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł  i stale bardzo aktywnego Dyrygenta – zasługuje na odrębny wpis. Jest tak obszerny, wielowątkowy, ciepły i mądry jak zresztą cała Leszkowa humanistyczna , nie tylko lekarska dusza –  że równoczesna obecność mojego tekstu  jest wysoce niewłaściwa.. Zapraszam – a za parę dni zamieszczę swoją opowieść o naszym spotkaniu i Niezapomnianym Koncercie w Klasztorze Franciszkanów w Woźnikach k/ Grodziska Wielopolskiego który przeżyliśmy niedzielnym wieczorem 27.01.2019 roku ……

Oto list Leszka :

Wielce Szanowny Panie Doktorze,

 

Jest to trzecia wersja listu pisanego do Pana po koncercie w Woźnikach i po Pana e-mailu z 29 stycznia. Żadna poprzednia nie wydała mi się wystarczająco oddawać moje odczucia po spotkaniu z Panem. Przepraszam, że tak późno odpowiadam na Pana list z 29 stycznia. Po prostu praca. Dopiero w niedziele mogę usiąść nad odpowiedzią.

 

Bardzo, bardzo żałuje, że z powodu niesprzyjających przypadkowych okoliczności nie zdążyliśmy z Zosią na spotkanie przed koncertem. Może i dobrze, bo miałem szczerą ochotę stanąć obok Andrzeja Polimirskiego, ale poza moja ulubioną staropolską siedemnastowieczną  kolędą „Lulajże Jezuniu” , która jest motywem w Scherzo h-mol op. 20 Fryderyka Chopina nic nie potrafiłbym zaśpiewać. Solowy glos Pani Małgorzaty Maciołek przyprawiał mnie o drżenie. Nie nadawałbym się.  Nie miałbym sumienia kaleczyć wspaniałego wykonania Chóru swym dawno nie ćwiczonym głosem. Kolęda „Lulajże Jezuniu” ma tak głębokie bernardyńskie i poznańskie korzenie. Była przechowywana w Klasztorze Bernardynek w Staniątkach a oryginalny tekst z 1705 roku jest w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu.  Jest tak głęboko wrośnięta w polską tradycję. Jacek Kaczmarski w swej „Wigilii na Syberii” I Lucjan Rydel w Chórze Aniołów w swym „Betlejem”  świadczą o głębokich polskich korzeniach tej kolędy. Przecież wykonanie każdej chóralnej pieśni, zwłaszcza na głosy, wymaga uczestnictwa w próbach. Co ważniejsze jeszcze więcej jeśli Pan ma ambicje przedstawiania tak wspaniałych starodawnych kolęd jak pierwsze dwie i nie tylko w doskonałym profesjonalnym wykonaniu pod swoja dyrekcja.

 

Odkryciem była dla mnie siedemnastowieczna  pierwsza kolęda” Magnum Nomen Domini” Bartłomieja Pekiela. Tak trudna a tak subtelnie poprowadzona przez Pana. No i dwa razy nasz poznański Feliks Nowowiejski. „Witaj Jezu Ukochany i „Jezusek Czuwa”. Widać jak głęboko w nas tkwi kolędowa tradycja.  Byłem przy ostatnich chwilach Jego Syna w czasie mojej pracy w Pogotowiu w Poznaniu. Nic nie dało się zrobić. A nazwisko robiło na mnie wrażenie. 

 

Widać że dobór repertuaru przez Pana to pokazanie  Pana polskiego patriotyzmu. Nie wiedziałem, że takie kolędy w ogóle istnieją. To nie był zwykły koncert kolęd. To był niezwykły koncert niezwykłych kolęd. A słowa wiążące  Pana Witalisa Nowickiego powodowały że było to jak ciekawe, niemal mistyczne a żywe przedstawienie.

 

Przy dwóch ostatnich słyszanych kolędach musiałem już z niecierpliwością spoglądać na zegarek, by nie spóźnić się na samolot do Londynu.. Przeżywałem te kolędy z ogromnym napięciem. Z wielkim zaangażowaniem wsłuchiwałem się w słowa  „Chrystus Pan się narodził” Kazimierza Wiłkomirskiego do słów Juliusza Słowackiego. Siedziałem obok sławnej skrzypaczki Wandy Wiłkomirskiej z Kajtkiem Petrykowskim w roku 1967 na Konkursie Wieniawskiego w Poznaniu w czasie studiów. Dobrze znaliśmy zakamarki Collegium Iuridicum, garderoby, przejścia służbowe z czasów wcześniejszych bez biletowych  wtargnięć na Koncerty Poznańskie.  Oczywiście nie stać nas było na drogie bilety na Koncert Laureatów.  Zresztą bilety dawno wyprzedane. Po pokonaniu znanych sobie labiryntów i ominięciu wszelkich kontroli z jaskółki zauważyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie na parterze na których nikt nie odważał się siadać. Jako stali bywalcy Filharmonii Poznańskiej uważaliśmy się za uprawnionych i z pierwszego rzędu oklaskiwaliśmy najpierw Michaila Bezwierchnyj’ego a potem Piotra Janowicza. Niestety przed występem Kaii Danczowskiej jeszcze nie mieliśmy dobrego rozeznania. I nikt nie śmiał wyrzucić z pierwszego rzędu tak zacnych i i ważnych jak my gości. J

 

Doktor Jerzy Fischbach, Dyrygent Chóru Poznańskich Madrygalistów imieniem Wacława z Szamotuł odkrył przede mną „Jasną Kolędę” Juliusza Słowackiego i Niewiadomskiego „O Gwiazdo Betlejemska” ze słowami księdza Zygmunta Odelgiewicza i mojego ulubionego i i szanowanego Alojzego Orszulika.. Nie znana mi była osiemnastowieczna „My tez pastuszkowie” w opracowaniu Mieczysława Makowskiego. Niesamowity i niecodzienny dobór repertuaru.

 

Już w drzwiach dopadła mnie angielska kolęda „Słuchaj brzmi Aniołów Śpiew” Charlesa Wesleya w opracowaniu Feliksa Mendelsohna. Chyba Pan doktor umieścił ją w repertuarze specjalnie dla mnie. Sam śpiewam ją w oryginalnej angielskiej wersji w czasie Świąt Bożego Narodzenia w naszym kościele Świętego Józefa w Londynie. Gdy akurat mam dyżury w tym okresie zawsze włączam się do śpiewania kolęd  do przypadkowych wykonań amatorskich chórów, które odwiedzają szpitale i chorych w tym okresie. A ta akurat jest tak popularna, że niezmiennie zawsze jest w repertuarze. Rosło mi serce.

 

Ta kolęda pokazywała mi jakim Pan jest człowiekiem jednoczącym, a nie dzielącym. Mimo wszystkich przeciwieństw,  jakie Pana spotkały w życiu a zwłaszcza w pamiętnym 1968 roku gdy usuwano Pana z kierownictwa Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu, którego w 1959 roku był Pan założycielem a ja tego świadkiem. Do dziś mam poczucie winy, że nie stać mnie było na stanięcie w Pana obronie. W każdym z nas chyba tylko poza Panem tkwi jakieś poczucie konieczności konformizmu. Ja porównuję Pana do Profesora Władysława Bartoszewskiego z Jego dewizą „Warto być człowiekiem porządnym”.

 

Mimo przeciwieństw, stwarzanych Panu trudności i upokorzeń  jest Pan w tym miejscu, gdzie nadal daje Pan innym dowody swej wielkiej sztuki i umiejętności organizacyjnych. Potrafi Pan wokół siebie gromadzić ludzi. Do dziś żałuję, że nie bylem członkiem Pańskiego Chóru jak Andrzej Polimirski, który zawsze dla mnie będzie nosił ksywę „General” jak kazał się na studiach nazywać. Z wielką satysfakcją czułem, że jako Prezes Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu za swego powiedzmy – podwładnego, mam „generała”.

 

Na parkingu dopadła mnie międzynarodowa, też przez mnie śpiewana po angielsku a kiedyś w oryginale po niemiecku „Cicha Noc” Friedricha Reichardta.  To było niesamowite, gdy ta kolęda biegła za mną. Nie mogłem ruszyć z miejsca dopóki się nie skończyła.

 

W pracy się dziwili, że chce mi się wstawać o czwartej rano w sobotę, by w południe po 7 godzinach być w Polsce, a po zaledwie 30 godzinach wracać by o 2-giej w nocy w poniedziałek być w pracy na ósmą. Zapowiadała się dłuższa wizyta, bo miałem bilet na piątek i powrót w poniedziałek z planowanym uczestnictwem w spotkaniu w Klasztorze Franciszkanów w Woźnikach. Przyznam. nieskromnie, że za swoją zasługę poczytuję sobie ściągnięcie na koncert Andrzeja Polimirskiego oraz przyjazd Zosi i Jurka. Jestem pewien, że Ich obecność sprawiła Panu również bardzo wiele radości. Cieszę się szczerze..

Jako dobrzy przyjaciele nie mogli być gorsi, skoro mieli do pokonania mniejsze odległości. Dzięki Panu miałem okazję spotkać moją 16-miesięczną Wnuczkę w Poznaniu, która zrobiła Jurkowi i mnie wykład , jak to Zosia udokumentowała na swoim zdjęciu. Jestem bardzo zadowolony, że Zosia mogła zawieźć  swemu Mężowi prawdziwe poznańskie rogale świętomarcińskie z certyfikatem z restauracji „Pod Niebieniem” na Starym Rynku w Poznaniu. Jurek imponuje mi jak zawsze swoją aktywnością naukową w czterech uczelniach w Polsce. Zazdroszczę  Mu i podziwiam, że jeszcze znalazł  czas na spotkanie ze mną w Poznaniu i przyjazd do Woźnik.

 

Przyznam się, że Andrzeja Polimirskiego już pochowałem 3 lata temu, gdy po trzech dniach po swej operacji na wózku przyjechał  na spotkanie naszego roku do Baranowa. Widać, że jest to człowiek niezniszczalny jak Pan.

 

Żaden wyjęty z życia czas ( bo to nie poświęcenie a nagroda) i żadne nawet podwójnie wydane pieniądze nie były przeszkodą w wysłuchaniu Pana Choru i zamienieniu z Panem tych kilku słów.

Rozumiem, co czuje artysta przed koncertem. Jak musi być całkowicie skupiony, nie może się rozpraszać, a jednak znalazł  Pan chwilę, bym zdążył Panu złożyć moje wyrazy szacunku.

 

Dla mnie jest Pan wzorem człowieka niezłomnego, którego trudno jest naśladować. Ja czuję swoje ograniczenia byle i teraźniejsze, ale Pana historia życia, Pana dzieła, Pana praca świadczą że można pokonać wszelkie trudności. Dziękuję Panu Bogu, że zachował Pana w zdrowiu i aktywności do teraz, bym miał okazję Pana spotkać. Nie wiem, czy jest jeszcze na świecie aktywny dyrygent w dziewięćdziesiątych latach swego życia. Nie wiem za ile miesięcy znów pojawię się w Polsce, ale na pewno przyjadę  na kolejny koncert w wykonani Pańskiego Chóru Madrygalistów. Oby jak najszybciej. Proszę powiadomić Panią Sumelkę o moich zamiarach.

 

Zdaje sobie sprawę, że pierwsza część mojego listu brzmi jak recenzja z koncertu w Woźnikach. Chciałbym by została gdzieś udokumentowana, bo nigdzie podobnych recenzji Pana koncertów nie spotkałem. Słowo napisane zostaje w pamięci. Nie roszczę  sobie praw autorskich.

 

Kopie niniejszego listu przesyłam również Zosi Łukaszewicz – Konopielko i Irenie Dąbrowskiej – Masłoń , które zbierają nasze studenckie wspomnienia do ich wykorzystania. Znając poczucie prywatności Pana Doktora za to przepraszam, ale Pańskie życie i Pana dokonania nie mogą być tylko Pana własnością.

 

Z wyrazami najgłębszego szacunku i podziwu,

 

Leszek Milanowski

 

* Woźniki / Grodziska Wielkopolskiego – Poznański Chór Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł z Twórcą i Dyrygentem dr Jerzym Fischbachem . zdj własne