Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 19 ). Doktor Jerzy Fischbach i Jego Poznański Chór Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł . Koncert w Żaganiu.


Pragę przeprosić Czytelników Pamiętnika mojego Teścia za ten wpis. Do Jana wrócę za 2 – 3 dni. Zapewniam. Działam z potrzeby chwili, bo dzisiejszy  powrót do tematu Dr Fischbacha i Jego Chóru Poznańskich Madrygalistów stał się koniecznością z racji Ich kolejnego Koncertu który zabrzmi jutro  w Śródce …..


Może zacznę zbyt trywialnie, ale chodzi mi po głowie powiedzenie –  Lepiej późno niż wcale. A to dlatego, iż myślimy, jakie dotknęło nas szczęście spotkać  po pół wieku  siebie nawzajem i poznać osobiście  dr Fischbacha i Jego fenomenalnych Chórzystów.

Tak zda się niedawno – staliśmy na dziedzińcu Anatomicum – radośni i przejęci – nowo mianowani studenci AM w Poznaniu. Był to pamiętny dla nas 1965 rok. Potem słyszeliśmy , że zajęcia z anatomii w któryś grupach ( niestety nie naszych ) prowadzi fantastyczny Człowiek – dr Fischbach. Trochę zazdrościliśmy kolegom , ale czas płynął i było jak było. Ktoś też mówił, że ten Pan Doktor wykłada również na Akademii Muzycznej oraz prowadzi Akademicki Chór przy naszej Alma Mater. Może kiedyś z daleka widywaliśmy chór i Maestro – bo zawsze uświęcał różne uroczystości akademickie.

Gdy już się spotkaliśmy Leszek, Jurek i ja  , choć  rozłąka trwała pół wieku –  rozpoczęliśmy długie serdeczne rozmowy i wrócił do nas tamten czas pierwszy w naszym życiu – niezapomniany początek naszej medycznej drogi  . Któregoś dnia Jurek nam oznajmił, że został zaproszony przez dr Fischbacha na Koncert Poznańskiego Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł do Kościoła św. Wojciecha w Poznaniu Okazało się, że Jurek  spotykał dr Fischbacha na konferencjach neurologicznych , Leszek trochę pamiętał z przeszłości oraz to, że w pamiętnym 1968 roku, kiedy dr Fischbach odszedł z Chóru i Uczelni  – Leszek przejął kierownictwo Chóru- został jego Prezesem.

 I oto znaleźliśmy się w magicznym stareńkim wnętrzu tego Kościoła i wspomniany Chór zda się prowadził nas do Nieba. I wówczas powstał artykuł zamieszczony w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej , którego fragment chcę  zacytować, bo przypominać warto,  przypominania nigdy dosyć, ba – przypominanie kolejnym pokoleniom lekarzy tak ważnej postaci jakim jest dr Jerzy Fischbach jest naszym obowiązkiem. Oto fragment tamtej naszej opowieści tyczącej koncertu w Kościele św. Wojciecha w Poznaniu:

 ( … ) cała kościelna uroczystość i to piękne wnętrze zda się byłoby puste, gdyby nie iście anielskie brzmienia chóru. To oni, zapaleni chórzyści, na co dzień zwykli pracownicy najczęściej służy zdrowia, sprawiają, że Bóg nas widzi a przede wszystkim my widzimy niebo i Boga. Są łącznikiem szarego człowieka z Istotą Najwyższego. Ich łagodność, idealna harmonia głosów, piękne, bardzo wytworne ubrania, podkreślone dostojnością wielu siwych głów – a na ich czele dostojny dyrygent dr med. Jerzy Fischbach, Człowiek Ponadczasowy, Niezwykły. Znają go dobrze pacjenci, których jako specjalista neurolog traktuje holistycznie – zawsze wypyta o wszystkie choroby, umiejętnie dobierze leki i zawsze pomaga – także uśmiechem. Ilu kobietom pomógł gdy miały schorzenia neurologiczne i trudności z prokreacją. Tak dobierał leki, że wkrótce przychodziły do Niego z własnym, zdrowym dzieciątkiem w ramionach. Ilu studentom przekazał swą mądrość i wiedzę będąc przez długie lata pracownikiem naukowo- dydaktycznym Akademii Medycznej w Poznaniu. Ile prac naukowych opublikował, aby szkolić kolegów lekarzy i przekazywać im swą rozległą wiedzę (… ).

Doktor Jerzy Fischbach już w roku 1959 stworzył chór składający się głównie ze studentów Akademii Medycznej w Poznaniu, ale też innych poznańskich uczelni – którego był dyrygentem. Jego wielka wiedza muzyczna, umiejętność czytania partytury oraz dobierania odpowiednich głosów, harmonizowania ich by układały się w różnorodne utwory zachwycała. Chór występował w czasie większości uroczystości w Alma Mater i w innych miejscach. Pasję dr Fischbacha od 1982 roku kontynuuje prof. Przemysław Pałka, który przejął pałeczkę dyrygenta i funkcję dyrektora artystycznego. Ziarno zasiane przez Jerzego Fischbacha pięknie zakwitało licznymi nagrodami, jak: „Srebrna Lira” na 4. Międzynarodowym Festiwalu Chórów w Warszawie „Varsovia Cantus” (2008) czy na Międzynarodowym Festiwalu Chórów w Krakowie (2010) a artyści byli zapraszani do różnych krajów, jak Wielka Brytania, Austria, Czechy, Włochy, Szwecja, Hiszpania, Niemcy, czy Holandia; nagrywali wiele audycji radiowych i telewizyjnych w Polsce, a dokonania chóru zostały ujęte w 4 albumach; ostatni wydano w 2011 r. Doktor Jerzy Fischbach już dawno, z pozycji emeryta, obserwował jak się rozrasta i pięknieje jego dzieło – bo było wszak jak Jego dziecko, które jeszcze niedawno uczył chodzić a teraz poszło w daleki świat…

Jednak dr Jerzy Fischbach nie byłby sobą, tylko siedząc i obserwując. Wkrótce poderwał się do lotu – i tak oto jesienią 1994 r. zrealizował pewnie swoje dawno już opracowane zamiary i utworzył chór „Poznańscy Madrygaliści im. Wacława z Szamotuł”. Jak zwykle wykorzystał swoje muzyczne wykształcenie i wielkie doświadczenie, gdyż z grupy 22 osób – całkowicie amatorów – stworzył istną perełkę. Jak potrafi, jednocześnie pracując jako lekarz-neurolog, pomimo zaawansowanego wieku, znajdować czas na próby chóru, koncerty w różnych miejscach – ważnych dla pacjentów – jak szpitale, przychodnie, domy opieki – to słodka tajemnica tego Niezwykle Aktywnego Człowieka – jakich niewielu na świecie… (…)

         Kiedy dowiedzieliśmy się z plakatów oraz bezpośrednio od Pana dr Jerzego Fischbacha o planowanym Koncercie Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł w Żaganiu, od razu przyszło do nas wspomnienie wspólnego z Chórzystami i Twórcą tego Chóru niezapomnianego Bożonarodzeniowego wieczoru w Klasztorze w Woźnikach – zapragnęliśmy się spotkać  ponownie i doznać wrażeń które pozwalają nam dotykać Nieba. Gdzież jest ten dość odległy Żagań, patrzyliśmy na mapę i rozkłady jazdy PKP. Jednak z różnych przyczyn rodzinnych plan okazał się nierealny. Jedynie Leszek Milanowski – chłopak o niewyczerpalnej energii i konsekwencji, pokonał trasę Londyn (gdzie mieszka i pracuje) – Poznań a potem wypożyczonym samochodem przebył ponad 200 km i godnie nas reprezentował. On jeden spośród naszej gromadki tak bardzo zna utwory muzyczne – zresztą kiedyś sam śpiewał w Chórze Akademii Medycznej w Poznaniu już po odejściu dr Fischbacha i został Prezesem tego Chóru. Byliśmy spokojni, że relacja Leszka będzie najpełniejsza i tak obrazowa iż jedynie w niewielkim zakresie, ale zrekompensuje naszą nieobecność a także zostawi ślad w naszych umysłach sercach i wyobraźni.

I tak też się stało. Leszek zdał nam dokładną relację z tłem historycznym wykonywanych utworów. Ma wszak to we krwi, bo choć Jego Tata był chirurgiem i może też miał zainteresowania humanistyczne  ale Mama – uczyła historii w Liceum w Kutnie . Rodziców Leszka nadal wspominają  liczni mieszkańcy tego miasta (  przekonałam się niedawno robiąc mały wypad do pięknego Kutna) .

A teraz oddaję głos Leszkowi :  

Żagań został założony podobno w VII wieku przez prasłowiańską księżniczkę Żagannę i ulica jej imienia biegnie w pobliżu klasztoru. Żaganna miała być według legendy córką Wandy i wnuczką księcia Kraka.  Po następcach Piastów miasto przeszło w ręce rodów niemieckich i kurlandzkich i związane jest z naszą a także europejską historią i kulturą. Żagań stał się jakby miejscem łączącym różne polskie  i europejskie drogi. Mieszkał tu słynny astronom Jan Kepler (1571-1630). Bywał tu Honoriusz Balzac (1799-1850) i dawał  koncerty  Franciszek Liszt (1811-1886),  Miasto jest słynne z ucieczki 73 alianckich lotników  w nocy z 24 na 25 marca 1944 roku ze Stalagu „Luft III” zakończonej egzekucją 50-ciu  z nich.  Tutaj powstawał  polski serial o czterech pancernych  z psem Szarikiem….

I właśnie to miasto, o tak złożonej świetnej historii zostało wybrane przez dr Jerzego Fischbacha  by tu właśnie uczcić dwieście ósmą rocznicę Konstytucji 3 Maja 1791 roku. I oto w maju  2019 roku Chór Poznańskich Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł pod dyrekcją dr Jerzego Fischbacha uczcił nasze najbardziej narodowe Święto – Święto Konstytucji – koncertem w Kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Żaganiu. Poklasztorny zespół augustiański jest uznany za polski pomnik historii. Kościół założony w 1183 roku przez księcia Bolesława I Wysokiego, syna księcia Władysława Wygnańca ze wspaniałym. monumentalnym gotycko-barokowym wnętrzem doskonale oddawał i wzmacniał akustyczne brzmienie Chóru stojącego w transepcie przed ołtarzem ….

Z okazji tego wielkiego, dla nas, Polaków ale też sławiącego Polskę w świecie  Święta –   repertuar obejmował pieśni polskie I polskich kompozytorów lub w ich opracowaniu.

         Koncert rozpoczęła recytacja najstarszego polskiego tekstu “Bogurodzicy Dziewicy” w wykonaniu Witalisa Nowickiego , po której Chór przypomniał  jej muzyczne brzmienie.  Napisana na pewno przed 1408 rokiem, śpiewana była na polach Grunwaldu, a jej czysto staropolski tekst  I pierwsza melodia zostały stworzone najprawdopodobniej przez córkę Mieszka II Lamberta – księżną  Gertrudę, na uroczystości koronacyjnej króla Bolesława Śmiałego w 1076 roku.

Z kolei symbolicznym dopełnieniem części inauguracyjnej była – zawsze mnie głęboko poruszająca  – napisana po łacinie, w 1253 roku –  “Gaude Mater Polonia” Wincentego z Kielc w opracowaniu Klonowica, polskiego XV-wiecznego kompozytora –  napisana na uroczystości beatyfikacyjne Świętego  Stanisława ze Szczepanowa.  Konflikt o uznawanie polskiego czy łacińskiego języka liturgicznego był podobno przyczyną tragicznej śmierci biskupa i wygnania króla.  Znamy bolesny i tragiczny dla Polski konflikt miedzy kościołem a władzą świecką. Obie wykonane pieśni symbolicznie jakby jednały Polaków  różnych poglądów.

           Ważną o ile nie najważniejszą częścią koncertu były pieśni napisane przez wybitnego polskiego kompozytora  GGG (orczyckiego) – bo tak się podpisywał, czyli  Grzegorza Gerwazego  Gorczyckiego (ok. 1665-  1734 ), kapelmistrza  katedry wawelskiej. Stanowisko to otrzymał w 1706 roku . Podobnym stanowiskiem kapelmistrza katedry w  Hanowerze, później Opery w Londynie cieszył się  Fryderyk Haendel (1685-1759) uważany  za największego narodowego  kompozytora angielskiego. Muzyka Gorczyckiego o 20 lat wyprzedza jego podobne wczesno-klasyczne utwory, niestety nie jest tak znana. Nasz polski Gorczycki może być śmiało uznawany za prekursora a Haendel za Jego naśladowcę.  Przypominają o tym Festiwale im. Grzegorza Gerwazego  Gorczyckiego w Bytomiu.

Chór śpiewał kolejno: “Ave Mundi Spes Maria”, “Omni Die Dic Mariae”, “Gaude Maria Virgo”, “In Manus Tuas Domine” I “Tota pulchra e Maria”. Przejmująco zwłaszcza zabrzmiało wysokie, wstrząsające czysto brzmiące,  solo sopranowe w wykonaniu  Małgorzaty  Maciołek. Godne i trafne uczczenie polskiego i europejskiego Święta –  polska muzyka.

             Trzecią część  rozpoczął Witalis Nowicki wierszem Juliusza Słowackiego  “Kiedy prawdziwie Polacy powstaną” z wymowną –  szczególnie dziś przejmującą   frazą : „…Polska, ale jaka?”

Ta część złożona  była z utworów późniejszych polskich kompozytorów.. Pięknie brzmiało Preludium c-moll op. 28 w  wykonaniu  godnego następcy Mieczysława Makowskiego.  Tu chyba wszyscy wspominali w duchu tego  Wielkiego Przyjaciela dr Fischbacha – kompozytora, pianistę, teoretyka muzyki i pedagoga –  który niestety odszedł do Pana w Święta  Bożego Narodzenia 2014 roku, zostawiając po sobie wiele kompozycji, aranżacji utworów które tu wymieniamy a przede wszystkim Zapamiętane Piękno Swojej Osoby. W dalszej kolejności tej części odśpiewano – przejmująco i wzniośle z niebywałą harmonią wszystkich głosów (  trzeba by tu wymienić chórzystów – ale przymusowa szczupłość tekstu jest przeszkodą ) – a więc zabrzmiało  „Largo” Fryderyka Chopina w aranżacji Makowskiego i dobrze znana „Pieśń Wieczorna” Stanisława Moniuszki z  iście anielskim solowym głosem   Małgorzaty Maciołek. Zakończeniem tej części była inna  – wesoła choć nostalgiczna-  pieśń  Moniuszki:  „Przylecieli sokołowie” z wymownym zakończeniem  dla emigrantów   –   „… rada bym polecieć  z Wami … …. lecz Ojczyzny żal” .

          Kolejną część koncertu rozpoczął Witalis Nowicki recytacją  wiersza Juliusza Słowackiego „Szli krzycząc Polska”.  Symboliczna była  w opracowaniu Makowskiego pieśń „Gdy ostatnia róża zwiędła” Ignacego Paderewskiego – przyjaciela amerykańskiego prezydenta – orędownika polskiej niepodległości-   Woodrowa Wilsona.  Następna  była jakże równie jak wszystkie inne wybrane utwory- symboliczna „Piosnka Dudziara” Adama  Mickiewicza z muzyką Ignacego Paderewskiego w opracowaniu naszego poznańskiego Feliksa Nowowiejskiego . ..

             Nawiązując do miejsca koncertu wyjątkowym akcentem na zakończenie była pieśń  „Santa Maria.” Wolfganga Amadeusza Mozarta.

.             Na prośbę publiczności – „Gaude Mater Polonia” uwieńczyła ten wspaniały koncert..

Zestawienie repertuaru, jego patriotyczna wymowa jakby  wpisały się w tym roku w apel o pojednanie Polaków, którzy niezależnie od poglądów powinni być dumni z naszej narodowej kultury i dziedzictwa historii. To tak jak w chórze, gdy jednostki o różnych poglądach i różnych głosach –  połączone i  zjednoczone muzyką – razem tworzą wspaniałą wartość , którą był ten koncert.

Cała uroczystość, piękne zabytkowe wnętrza  byłyby puste, gdyby nie chórzyści i publiczność wznosząca modły do Najwyższego z uszanowaniem każdej jednostki bez wzajemnej agresji, nienawiści, dzielenia na lepszych i gorszych  stała się niejako apelem o uszanowanie i przypominanie  Konstytucji.

 Jednocześnie myśli starych lekarzy biegły dużo dalej – by młodzi nie opuszczali tego kraju, by znajdowali tu prawdziwą europejską wolność, by mogli się szkolić zgodnie z zamiłowaniem , zdobywać specjalizacje o jakich marzą bo jak mówią – niestety brak takich możliwości często jest przyczyną wyjazdu z Polski.  Nasze wyobrażenia o prawdziwej wolności to właśnie taki kraj, nie tylko piękny przyrodą zabytkami i muzyką, ale też kraj  szczęśliwych ludzi. 

     Wszystkie wykonane w czasie tego Koncertu  utwory muzyczne oraz dobór recytowanych tekstów miały głęboką, właściwie ponadczasową  symbolikę  którą przeżywamy do tej pory . Jesteśmy ogromnie wdzięczni dr Jerzemu Fischbachowi za tę wielką lekcję patriotyzmu.  Życzymy Jemu i Chórzystom oraz Recytatorom wielu dobrych  aktywnych lat w niestrudzonym pokazywaniu prawdziwej pięknej  Polski Polakom….

Z powyższego opisu działalności artystycznej chóru i jego dyrygenta wyraźnie wynika, że muzyka – tym bardziej niosąca ze sobą ładunek patriotyzmu – jest sztuką, rozrywką, przyjemnością i lekarstwem poprawiającym funkcjonowanie ludzkiego ciała i duszy, a jej uniwersalizm przecież łączy całe narody i kultury.

A  na zupełnym marginesie warto dodać , iż opisana historia pokazuje że warto dbać o przyjaźnie – dążyć do spotkań – spełniać Marzenia nawet w snach nie wymarzone ( jak w przypadku autorów relacji) i zawsze czekać na coś Pięknego, Nowego  co na pewno nadejdzie –  a dowodem jest pojawienie się w naszym niezbyt młodym metrykalnie ale wiecznie poszukującym życiu –  dr Fischbacha i Chóru Madrygalistów –  zwykłych i jednocześnie Niezwykłych Ludzi przynoszących  Cud Muzyki.

              Leszek S. Milanowski,  Zofia Łukaszewicz – Konopielko ,  Jerzy T. Marcinkowski, 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 21 ). Doktorat.


    Profesorowi Wojnerowiczowi zawdzięczam zrobienie doktoratu z immunologii czerniaka – był promotorem. Założyliśmy grupę badającą odporność  w czerniaku i raku płuc, bo dr Krzysko z Szamarzewa ( popularna skrótowa nazwa szpitala w Poznaniu – przyp. Z. K. ) też był zainteresowany badaniem odporności.

     Zaczęło się żmudne gromadzenie danych.

Badaliśmy 123 pacjentów z czerniakiem – by ocenić ich naturalną odporność  sprawdzaliśmy reakcję na tuberkulinę i DNCB (neoantygen: Dwu-Nitro-Chloro-Benzen) – przed , 3 dni, 3 tygodnie i 3 miesiące po operacji oraz w stanach terminalnych i ustalaliśmy  kto z nich przeżył. Przez kolejne 7 lat było żmudne zbieranie danych , przez to  zaniedbywanie życia rodzinnego,  zdobywanie pieniędzy na obliczenia statystyczne ( które wówczas mnie kosztowały 50 tys. złotych) wykonywane na komputerze w Polfie na Grunwaldzkiej. Pierwsza Żona była bardzo dzielna i wytrzymała.  Potem  była już obrona pracy doktorskiej – w Warszawie gdy już mieszkałem w Kutnie i zacząłem pracę u Profesora Bernera w Łodzi..

Na stopce po podziękowaniach miało się znaleźć : „Poznań – Łódź- Kutno- Warszawa”.  Recenzentami byli- starszy brat naszej koleżanki KRYSI STEFFEN, Profesor Steffen, Profesor Dux obaj z Warszawy i profesor Szczygieł z Krakowa. Z samej obrony najlepiej pamiętam pomoc mojej Żony Elżuni (anestezjolog) i chętnie bym się z Daną i z Nią podzielił tym tytułem.

Ale największe przeżycie miałem rok wcześniej , gdy po zawale serca w Kilonii,  bylem na rehabilitacji w Polanicy Zdroju. Miałem już  wszystkie dane i trzeba było wyciągnąć wnioski. Eureka! zobaczyłem wówczas, że pacjenci z większą odpornością na DNCB i dobrą reakcją na tuberkulinę (ale nie nadmierną) żyli dwa razy dłużej w grupie z przerzutami do węzłów chłonnych , a bez przerzutów niewielu umarło. Potwierdzone to zostało statystycznie.

Uważam, że lekarze tylko pomagają człowiekowi w jego walce z rakiem, bo NAJWAŻNIEJSZA JEST ODPORNOŚĆ WŁASNA.

Potwierdzał to później profesor Mackiewicz w Poznaniu na Garbarach. Hodował  swoje autoszczepionki i badał populacje białych krwinek. Najnowsze metody leczenia czerniaka i  nowotworów opierają się właśnie na wzmacnianiu własnej odporności.

Ale zamiast do pracy naukowej ciągnęło mnie  do chirurgii – do osiągnięcia natychmiastowego efektu po udanej operacji.

Ech, gdybym tylko dalej publikował i kontynuował badania nad odpornością w nowotworach… A NOBEL BYŁ TAK BLISKO!…

     Zresztą  pobyt w Polanicy, kolebce polskiej chirurgii plastycznej zaowocował późniejszą specjalizacją. Zamiast na zabiegi rehabilitacyjne, w miesiąc po zawale chodziłem asystować słynnemu profesorowi Krausowi i  i wówczas docentowi Kobusowi. Rekonstrukcja po okaleczających operacjach onkologicznych!

Satysfakcja i spełnienie, choć pamięta się niepowodzenia.

Po latach zakrętów robię to co umiem i co jest pasjonujące. Szkoda że przez „tzw. kolegów-wilków z Lipna” nie pracuję w Polsce.  A już się tak dobrze zaczynało!  We wszak niewielkim Lipnie na początku lat 90-tych ubiegłego wieku…

Na Zjeździe Chirurgii Onkologicznej w 1991 roku w Ciechocinku, który organizowaliśmy, dostaliśmy pierwszą nagrodę  za operacje rekonstrukcyjne w chirurgii onkologicznej. Wszyscy trzej „wilcy” tez zostali uhonorowani  i byli dopisani do moich prac. Gdy jeden z nich zobaczył nagrodę : 500 złotych polskich – powiedział, że nie warto było się wysilać. Plakaty i przezrocza kosztowały drożej ( tu przypomnienie – w tamtych czasach raczej nie tworzono  plakatów przy użyciu drukarki komputerowej – z reguły  pisano i ilustrowano  ręcznie  a prezentacja prac odbywała się przy zastosowaniu tzw. przezroczy – czyli tekstów i rycin na foliach lub kliszach fotograficznych – przyp. Z. K. )  

 To był szczyt oddziału chirurgii onkologicznej w Lipnie, utworzonego przez naszego Kolegę,  śp. LESZKA HALICKIEGO. 

Założyłem wówczas, jako trzeci w Polsce w Lipnie po Poznaniu i Warszawie – Poradnię Stomijną . Moja pacjentka po przedniej resekcji odbytnicy została nawet prezeską Stowarzyszenia Chorych ze Stomią, a dzięki temu zaprzyjaźniłem się z JASIEM KOBUSZEWSKIM ( tak, to ten wyśmienity aktor, wszystkim znany, który przez lata funkcjonuje , stale na scenie, pomimo stomii – przyp. Z.K. ). Druga pacjentka po obustronnej mastektomii z powodu zaawansowanego wieloogniskowego raka została prezeską „Różowej Wstążki” w Bydgoszczy. Obie Panie świadczą o wyższości własnej odporności nad chirurgią w leczeniu nowotworów. Trzeba walczyć do końca.Po moim odejściu,  z onkologii w Lipnie zostało wspomnienie. Jednemu z tych „wilków” po pijanemu w drodze do Włocławka  nie „wyprostował” się zakręt i skasował  prokuratora. W końcu został badaczem mięsa w rzeźni, mimo, że otworzyłem mu i dzięki mnie skończył specjalizację. A profesor Krauss, twórca polskiej chirurgii plastycznej uczeń Dr Michałka-Grodzkiego – Wuja naszego Kolegi śp. WOJTKA  MICHAŁKA-GRODZKIEGO , kiedy spotkałem Go dużo wcześniej na Zjeździe  – już wtedy ostrzegał mnie przed nimi ….

Lata lecą i pewnie niedługo bo już  jest prawie po 70-ce nie będą  mnie chcieli na chirurgii piersi .

Na szczęście 3 lata temu w Poznaniu zacząłem specjalizację z medycyny rodzinnej w katedrze śp. Profesor Horst, młodszej siostry naszej Koleżanki – HANKI HORST. Jej Ojcem, PROFESOREM HORSTEM, zresztą  kolegi mojego Ojca, Jego Genetyką i Patofizjologią byłem kiedyś zafascynowany. To też prowadziło do onkologii.

A propos medycyny rodzinnej to znowu sprzed nosa odeszła wspaniała okazja zrobienia specjalizacji „krótka ścieżka” do której namawiał mnie prof. Berner w Lodzi. Ale co? Ja ? Doktor nauk medycznych trzech chirurgicznych specjalizacji miałem zostać  „tylko” lekarzem rodzinnym? Na pieczątce by się nie zmieściło! A na Wyspach GP taki lekarz może zarobić rocznie do Ł 200 000. Przeliczcie na złote. Kolejna stracona życiowa szansa, którą będę chciał odzyskać jak zdołam zrobić specjalizację. Pierwszy staż z interny zaliczyłem już  u sp. KRZYSIA LINKE. Moim zdaniem zmarł nagle przez „lekarz lekarzowi wilkiem”.

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 20 ) . WYMARZONA ONKOLOGIA…


Minęło trochę  czasu, zanim jakoś wewnętrznie dojrzałam by wrzucić opowieści pamiętnikowe Leszka. Inne tematy a może codzienność była powodem mojej opieszałości w tym temacie. Wybacz więc, Leszku ….wracam do Ciebie J

Oto słodko – gorzka ( jakie u Leszka bywają ) opowieść o życiu zawodowym i naszych realiach ….zapraszam :

Wiecie, jak trudno po studiach było zostać  w Poznaniu bez stałego zameldowania.

Pomógł mi dr Wąsiewicz, późniejszy kierownik Katedry Medycyny Społecznej na Dąbrowskiego w Poznaniu, który przyjął  mnie na etat w Pogotowiu Ratunkowym Powiatowym, a zaraz potem Profesor Wojnerowicz.  

1 września 1971 –  pierwszy dzień  na onkologii. Starsi o rok koledzy Paweł Murawa, Włodek Antkowski, Adam Madeja – robili mnie na szaro przy każdej okazji. Ale co miało według Nich mnie przestraszyć to tylko wzmacniało….

             PROFESOR WOJNEROWICZ (wówczas Docent) mój Szef pchał wszystkich do nauki. Pozwolił odrobić roczny staż  kiedy byłem u Niego na etacie .

Kusił mnie ginekolog, śp. dr Szlapka w Raszei. gdzie po stażu miałem tam przez pół roku dyżury.  Starał się zrobić ze mnie ginekologa, ale onkologia nie dawała spać. Nauczyłem się od Niego jak odbierać trudne porody i jak delikatnie trzeba się obchodzić  z macicą po porodzie.

 Przydało mi się to później,  na dyżurach w Środzie Wielkopolskiej, kiedy przed przyjazdem Ordynatora, Dr Dubiela z Poznania – kolegi Stryjka i Cioci ze studiów – musiałem łyżeczkować położnicę w trzecim dniu po porodzie. To takie miękkie ciasto, gdzie nie czuje się dna. Przebić łatwo. Leci krew jak z garnka, kobieta coraz bledsza a krew też dopiero jedzie z Poznania. A położne – patrzą – pomagają swoim doświadczeniem – Panie doktorze, tylko nie za głęboko. Zrobiłem. Bez pchania, na płaskiej dłoni, samym ciężarem łyżki, z nieco mocniejszym naciskiem przy wyciąganiu. Nie tylko pacjentka, ale i ja też przeżyłem przed przyjazdem krwi i Ordynatora. Zdziwiony nie chciał wierzyć że udało mi się nie przebić  macicy. Z nauk dr Szlapki i pozostałych którym asystowałem przy porodach przydało mi się również odebranie porodu pośladkowego w Środzie. Z palcem w jego buzi. Bez uszkodzenia dziecka.

Byli wspaniałymi Nauczycielami i życzliwymi kolegami dla takiego nieopierzonego doktorka. 

     Profesor Wojnerowicz pozwolił szybko odrobić wszystkie staże dzięki czemu już  po 2 latach miałem jedynkę  u prof. Drewsa. Po trzech latach po studiach. Była to szybka jedynka.  ( jedynka – tak popularnie mówiło się o pierwszym stopniu specjalizacji , który zwykle zdobywało się przez 3 lata . Dopiero potem przystępowało się do tzw. dwójki, która tez trwała co najmniej dwa lata. A bywało że znacznie dłużej , gdy były problemy z oddelegowaniem na staże. Na marginesie niedawno w Polsce zlikwidowano dwustopniową specjalizację , wracając do systemu powojennego  – przyp. Z.K. ) .

Od razu rozpocząłem staże do dwójki z chirurgii onkologicznej. Więcej mnie nie było niż byłem na Garbarach-  bo po kolejnych 2 latach już zdałem – i zostałem najmłodszym  specjalistą chirurgii onkologicznej  w Polsce.

I to dzięki Ojcu naszej Koleżanki ( dla niewtajemniczonych – Eli Wojnerowicz, naszej koleżanki z roku na poznańskiej Akademii Medycznej  – przyp. Z.K. )  która zawsze bardzo mi się podobała ale miała godniejszych i bardziej przystojnych absztyfikantów. Kręcił się koło Niej  najprzystojniejszy Andrzej Pawlak nasz kolega, późniejszy mąż Eli, więc szans nie miałem. J   

            Profesor Wojnerowicz na zawsze zostanie dla mnie ideałem Szefa, mimo swojego trudnego charakteru. Jemu również zawdzięczam zrobienie wszystkich staży do drugiego stopnia z chirurgii ogólnej.  Dzięki Niemu po latach mogłem prawie od razu po krótkim stażu u Profesora Fibaka zdawać dwójkę z chirurgii ogólnej bez której w Anglii nie mógłbym pracować. Chyba że na zmywaku, co zresztą podsumował  Maciek, Brat Moich Córek, Który Nie Jest Moim synem. Wspaniały, dowcipny facet . 

W UK nie ma chirurgii onkologicznej, choć jest specjalizacja chirurgii piersi. Zajmuję się nią po zostaniu  członkiem Królewskiego Towarzystwa Chirurgów.

Właśnie Profesor Wojnerowicz był od lat 50 ubiegłego wieku –  prekursorem chirurgii piersi w Polsce, co po pół wieku zostało utworzone w Zjednoczonym Królestwie.

 Gdyby nie On, nie miałbym  na Wyspach czego szukać,  kiedy tzw. , „koledzy”- typu „lekarz lekarzowi wilkiem” , chcieli mnie w Lipnie wsadzić do ciupy. Ich wszystkich życie pokarało a ja dzięki ich „wysiłkom” wylądowałem na Wyspach i mogę realizować swoje umiejętności z chirurgii rekonstrukcyjnej i ogólnej. Tu nie przyjmuje się nikogo z kryminalną przeszłością. Straciłem 10 lat na walkę z korupcją moich  podwładnych i korupcją sądu w Lipnie. Nie chciałem się zgodzić na zmianę sędziny, która była siostrzenicą dyrektora szpitala ( też pokarany przez obżarstwo i wódkę  cukrzycą). Uważałem, że każdy sędzia jest powołany do sprawiedliwego sądzenia. O, głupi! Okazało się, że nie każdy, więc  ostatecznie sprawa oparła się o Sąd  w Strasburgu  i skończyła sromotną klęską oszczerców.  I tak to dopiero  Strasburg to „wynaDgrodził” kosztem wszystkich Polaków –  także Waszym. ( chyba chodzi o znaczne finansowe odszkodowanie przyznane Leszkowi , które zostało wypłacone ostatecznie z pieniędzy polskich podatników – przyp. Z.K. )

We wszystkich zawodach są skorumpowani  karierowicze ale patrzcie co się teraz dzieje z polskim sądownictwem!  Przestałem wierzyć w niezawisłość  sędziów. …. Dziś,  gdy nie ma trójpodziału władz nie miałbym szans.

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 19 ) . List do dr Jerzego Fischbacha.

*

Po długich wahaniach i  rozmyślaniu – czy zamieścić tu mój obszerny wstęp –  zdecydowałam, że List Leszka do dr Jerzego Fischabacha – twórcy Chóru Poznańskich Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł  i stale bardzo aktywnego Dyrygenta – zasługuje na odrębny wpis. Jest tak obszerny, wielowątkowy, ciepły i mądry jak zresztą cała Leszkowa humanistyczna , nie tylko lekarska dusza –  że równoczesna obecność mojego tekstu  jest wysoce niewłaściwa.. Zapraszam – a za parę dni zamieszczę swoją opowieść o naszym spotkaniu i Niezapomnianym Koncercie w Klasztorze Franciszkanów w Woźnikach k/ Grodziska Wielopolskiego który przeżyliśmy niedzielnym wieczorem 27.01.2019 roku ……

Oto list Leszka :

Wielce Szanowny Panie Doktorze,

 

Jest to trzecia wersja listu pisanego do Pana po koncercie w Woźnikach i po Pana e-mailu z 29 stycznia. Żadna poprzednia nie wydała mi się wystarczająco oddawać moje odczucia po spotkaniu z Panem. Przepraszam, że tak późno odpowiadam na Pana list z 29 stycznia. Po prostu praca. Dopiero w niedziele mogę usiąść nad odpowiedzią.

 

Bardzo, bardzo żałuje, że z powodu niesprzyjających przypadkowych okoliczności nie zdążyliśmy z Zosią na spotkanie przed koncertem. Może i dobrze, bo miałem szczerą ochotę stanąć obok Andrzeja Polimirskiego, ale poza moja ulubioną staropolską siedemnastowieczną  kolędą „Lulajże Jezuniu” , która jest motywem w Scherzo h-mol op. 20 Fryderyka Chopina nic nie potrafiłbym zaśpiewać. Solowy glos Pani Małgorzaty Maciołek przyprawiał mnie o drżenie. Nie nadawałbym się.  Nie miałbym sumienia kaleczyć wspaniałego wykonania Chóru swym dawno nie ćwiczonym głosem. Kolęda „Lulajże Jezuniu” ma tak głębokie bernardyńskie i poznańskie korzenie. Była przechowywana w Klasztorze Bernardynek w Staniątkach a oryginalny tekst z 1705 roku jest w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu.  Jest tak głęboko wrośnięta w polską tradycję. Jacek Kaczmarski w swej „Wigilii na Syberii” I Lucjan Rydel w Chórze Aniołów w swym „Betlejem”  świadczą o głębokich polskich korzeniach tej kolędy. Przecież wykonanie każdej chóralnej pieśni, zwłaszcza na głosy, wymaga uczestnictwa w próbach. Co ważniejsze jeszcze więcej jeśli Pan ma ambicje przedstawiania tak wspaniałych starodawnych kolęd jak pierwsze dwie i nie tylko w doskonałym profesjonalnym wykonaniu pod swoja dyrekcja.

 

Odkryciem była dla mnie siedemnastowieczna  pierwsza kolęda” Magnum Nomen Domini” Bartłomieja Pekiela. Tak trudna a tak subtelnie poprowadzona przez Pana. No i dwa razy nasz poznański Feliks Nowowiejski. „Witaj Jezu Ukochany i „Jezusek Czuwa”. Widać jak głęboko w nas tkwi kolędowa tradycja.  Byłem przy ostatnich chwilach Jego Syna w czasie mojej pracy w Pogotowiu w Poznaniu. Nic nie dało się zrobić. A nazwisko robiło na mnie wrażenie. 

 

Widać że dobór repertuaru przez Pana to pokazanie  Pana polskiego patriotyzmu. Nie wiedziałem, że takie kolędy w ogóle istnieją. To nie był zwykły koncert kolęd. To był niezwykły koncert niezwykłych kolęd. A słowa wiążące  Pana Witalisa Nowickiego powodowały że było to jak ciekawe, niemal mistyczne a żywe przedstawienie.

 

Przy dwóch ostatnich słyszanych kolędach musiałem już z niecierpliwością spoglądać na zegarek, by nie spóźnić się na samolot do Londynu.. Przeżywałem te kolędy z ogromnym napięciem. Z wielkim zaangażowaniem wsłuchiwałem się w słowa  „Chrystus Pan się narodził” Kazimierza Wiłkomirskiego do słów Juliusza Słowackiego. Siedziałem obok sławnej skrzypaczki Wandy Wiłkomirskiej z Kajtkiem Petrykowskim w roku 1967 na Konkursie Wieniawskiego w Poznaniu w czasie studiów. Dobrze znaliśmy zakamarki Collegium Iuridicum, garderoby, przejścia służbowe z czasów wcześniejszych bez biletowych  wtargnięć na Koncerty Poznańskie.  Oczywiście nie stać nas było na drogie bilety na Koncert Laureatów.  Zresztą bilety dawno wyprzedane. Po pokonaniu znanych sobie labiryntów i ominięciu wszelkich kontroli z jaskółki zauważyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie na parterze na których nikt nie odważał się siadać. Jako stali bywalcy Filharmonii Poznańskiej uważaliśmy się za uprawnionych i z pierwszego rzędu oklaskiwaliśmy najpierw Michaila Bezwierchnyj’ego a potem Piotra Janowicza. Niestety przed występem Kaii Danczowskiej jeszcze nie mieliśmy dobrego rozeznania. I nikt nie śmiał wyrzucić z pierwszego rzędu tak zacnych i i ważnych jak my gości. J

 

Doktor Jerzy Fischbach, Dyrygent Chóru Poznańskich Madrygalistów imieniem Wacława z Szamotuł odkrył przede mną „Jasną Kolędę” Juliusza Słowackiego i Niewiadomskiego „O Gwiazdo Betlejemska” ze słowami księdza Zygmunta Odelgiewicza i mojego ulubionego i i szanowanego Alojzego Orszulika.. Nie znana mi była osiemnastowieczna „My tez pastuszkowie” w opracowaniu Mieczysława Makowskiego. Niesamowity i niecodzienny dobór repertuaru.

 

Już w drzwiach dopadła mnie angielska kolęda „Słuchaj brzmi Aniołów Śpiew” Charlesa Wesleya w opracowaniu Feliksa Mendelsohna. Chyba Pan doktor umieścił ją w repertuarze specjalnie dla mnie. Sam śpiewam ją w oryginalnej angielskiej wersji w czasie Świąt Bożego Narodzenia w naszym kościele Świętego Józefa w Londynie. Gdy akurat mam dyżury w tym okresie zawsze włączam się do śpiewania kolęd  do przypadkowych wykonań amatorskich chórów, które odwiedzają szpitale i chorych w tym okresie. A ta akurat jest tak popularna, że niezmiennie zawsze jest w repertuarze. Rosło mi serce.

 

Ta kolęda pokazywała mi jakim Pan jest człowiekiem jednoczącym, a nie dzielącym. Mimo wszystkich przeciwieństw,  jakie Pana spotkały w życiu a zwłaszcza w pamiętnym 1968 roku gdy usuwano Pana z kierownictwa Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu, którego w 1959 roku był Pan założycielem a ja tego świadkiem. Do dziś mam poczucie winy, że nie stać mnie było na stanięcie w Pana obronie. W każdym z nas chyba tylko poza Panem tkwi jakieś poczucie konieczności konformizmu. Ja porównuję Pana do Profesora Władysława Bartoszewskiego z Jego dewizą „Warto być człowiekiem porządnym”.

 

Mimo przeciwieństw, stwarzanych Panu trudności i upokorzeń  jest Pan w tym miejscu, gdzie nadal daje Pan innym dowody swej wielkiej sztuki i umiejętności organizacyjnych. Potrafi Pan wokół siebie gromadzić ludzi. Do dziś żałuję, że nie bylem członkiem Pańskiego Chóru jak Andrzej Polimirski, który zawsze dla mnie będzie nosił ksywę „General” jak kazał się na studiach nazywać. Z wielką satysfakcją czułem, że jako Prezes Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu za swego powiedzmy – podwładnego, mam „generała”.

 

Na parkingu dopadła mnie międzynarodowa, też przez mnie śpiewana po angielsku a kiedyś w oryginale po niemiecku „Cicha Noc” Friedricha Reichardta.  To było niesamowite, gdy ta kolęda biegła za mną. Nie mogłem ruszyć z miejsca dopóki się nie skończyła.

 

W pracy się dziwili, że chce mi się wstawać o czwartej rano w sobotę, by w południe po 7 godzinach być w Polsce, a po zaledwie 30 godzinach wracać by o 2-giej w nocy w poniedziałek być w pracy na ósmą. Zapowiadała się dłuższa wizyta, bo miałem bilet na piątek i powrót w poniedziałek z planowanym uczestnictwem w spotkaniu w Klasztorze Franciszkanów w Woźnikach. Przyznam. nieskromnie, że za swoją zasługę poczytuję sobie ściągnięcie na koncert Andrzeja Polimirskiego oraz przyjazd Zosi i Jurka. Jestem pewien, że Ich obecność sprawiła Panu również bardzo wiele radości. Cieszę się szczerze..

Jako dobrzy przyjaciele nie mogli być gorsi, skoro mieli do pokonania mniejsze odległości. Dzięki Panu miałem okazję spotkać moją 16-miesięczną Wnuczkę w Poznaniu, która zrobiła Jurkowi i mnie wykład , jak to Zosia udokumentowała na swoim zdjęciu. Jestem bardzo zadowolony, że Zosia mogła zawieźć  swemu Mężowi prawdziwe poznańskie rogale świętomarcińskie z certyfikatem z restauracji „Pod Niebieniem” na Starym Rynku w Poznaniu. Jurek imponuje mi jak zawsze swoją aktywnością naukową w czterech uczelniach w Polsce. Zazdroszczę  Mu i podziwiam, że jeszcze znalazł  czas na spotkanie ze mną w Poznaniu i przyjazd do Woźnik.

 

Przyznam się, że Andrzeja Polimirskiego już pochowałem 3 lata temu, gdy po trzech dniach po swej operacji na wózku przyjechał  na spotkanie naszego roku do Baranowa. Widać, że jest to człowiek niezniszczalny jak Pan.

 

Żaden wyjęty z życia czas ( bo to nie poświęcenie a nagroda) i żadne nawet podwójnie wydane pieniądze nie były przeszkodą w wysłuchaniu Pana Choru i zamienieniu z Panem tych kilku słów.

Rozumiem, co czuje artysta przed koncertem. Jak musi być całkowicie skupiony, nie może się rozpraszać, a jednak znalazł  Pan chwilę, bym zdążył Panu złożyć moje wyrazy szacunku.

 

Dla mnie jest Pan wzorem człowieka niezłomnego, którego trudno jest naśladować. Ja czuję swoje ograniczenia byle i teraźniejsze, ale Pana historia życia, Pana dzieła, Pana praca świadczą że można pokonać wszelkie trudności. Dziękuję Panu Bogu, że zachował Pana w zdrowiu i aktywności do teraz, bym miał okazję Pana spotkać. Nie wiem, czy jest jeszcze na świecie aktywny dyrygent w dziewięćdziesiątych latach swego życia. Nie wiem za ile miesięcy znów pojawię się w Polsce, ale na pewno przyjadę  na kolejny koncert w wykonani Pańskiego Chóru Madrygalistów. Oby jak najszybciej. Proszę powiadomić Panią Sumelkę o moich zamiarach.

 

Zdaje sobie sprawę, że pierwsza część mojego listu brzmi jak recenzja z koncertu w Woźnikach. Chciałbym by została gdzieś udokumentowana, bo nigdzie podobnych recenzji Pana koncertów nie spotkałem. Słowo napisane zostaje w pamięci. Nie roszczę  sobie praw autorskich.

 

Kopie niniejszego listu przesyłam również Zosi Łukaszewicz – Konopielko i Irenie Dąbrowskiej – Masłoń , które zbierają nasze studenckie wspomnienia do ich wykorzystania. Znając poczucie prywatności Pana Doktora za to przepraszam, ale Pańskie życie i Pana dokonania nie mogą być tylko Pana własnością.

 

Z wyrazami najgłębszego szacunku i podziwu,

 

Leszek Milanowski

 

* Woźniki / Grodziska Wielkopolskiego – Poznański Chór Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł z Twórcą i Dyrygentem dr Jerzym Fischbachem . zdj własne

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 18 ). „Na wszystkie smutki…” – spotkanie z muzyką i wiecznie młodą Marthą Argerich ….

Ponury czas od 4 dni. Kiedy to umarł Człowiek o Pięknym Sercu , zabity nożem psychopaty o zadziwiająco poukładanym działaniu – celnym w wyborze miejsca  czasu i Osoby…  rezygnacja najwspanialszej Postaci  istniejącej od 27 lat na gnuśnym polskim firmamencie ….więc zapisanie do Facebookowej Grupy  #MuremZaOwsiakiem i wysłanie Mu zdjęcia z  kosmykami trawy wystającymi ze zlodowaciałej kępki śniegu.. symbolu zielonej Nadziei …  a poza tym wszechogarniająca smuta zanurzona w szarej bezśnieżnej tu zimie….

Uciekam więc w swój blogowy zakątek, gdzie ciepło i zwyczajnie.  Właśnie znalazłam swoją dawną  opowieść o  Marcie Argeritch  ( kopiuję ) oraz  tekst Leszka Milanowskiego o Muzyce i o Niej – tej Niezwykłej pianistce …… zapraszam do naszych opowieści :

Któregoś dnia , kiedy to w Grupie messengerowej wspominałyśmy  z Mariolką wyprawy do Filharmonii i Opery w Poznaniu, przypomniałam, że  w tamtym czasie –  rozpoczynającym się  w 1965 roku – gdy razem studiowaliśmy  ukochaną medycynę – byłam na koncercie Marthy Argerich. Świeżo po zdobyciu I Nagrody na Konkursie Chopinowskim, kruczowłosa o wielkim temperamencie zawładnęła sceną, widownią , całą Uniwersytecką Aulą i na zawsze zapisała się w naszej pamięci …

Już kiedyś wspomniałam o tym przeżyciu  we wpisie :  http://zofiakonopielko.pl/?p=4353 ) , a teraz po chwili zastanowienia –  by nie był tu tylko suchy link  –  podaję ten fragment  :

Opublikowane w Lipiec 21, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich

Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967)  najlepiej zapamiętałam niezwykłą,  dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.

Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.

Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji.  Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry.  Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna  jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na  burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …

 Zachowałam ją w  pamięci jak  piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich …..

Do wspomnianej na wstępie naszej  Grupowej messengerowej  rozmowy z Mariolką o Filharmonii – po chwili  włączył się Leszek  z tej swojej Anglii – swoją drogą  zadziwiające jest jak wyczuwa, gdy omawiamy temat który Go frapuje – chyba telepatia ? . Napisał On tak  :  

 ( Bywszy tzw. „kulturalnym ” starostą na naszych studiach  – naprawdę, nie miałem korzyści z rozprowadzania biletów do Opery.

Byłem członkiem „Jeunesse Musicales du Pologne” pod kierunkiem Sławka Pietrasa – tego słynnego dyrektora Teatrów Operowych w Poznaniu, Łodzi i Warszawie) .

Byłem już po Szkole Muzycznej  (z repetą w drugiej klasie podstawówki – stąd moje dzieci wypominają i do dziś wstydzą, że  mają tatusia – repetenta).  J

W Liceum –  już dobrowolnie –  grałem nawet Etiudę Rewolucyjną pod kierunkiem wcześniejszego uczestnika Konkursu Szopenowskiego – Profesora Gulda. Piękna, spokojna, życzliwa postać –  polski  Żyd z pochodzenia. Oczywiście Jego  narodowość nie ma znaczenia, ale chcę podkreślić, że temu człowiekowi zawdzięczam późniejszą możliwość wysłuchania Marthy Argerich w 1965 roku. 

W tym właśnie roku  robiłem w Kutnie maturę.

Przygotowując się do egzaminu dojrzałości, by jakoś odreagować zakuwanie i stresy –   w maju 1965 pojechałem do Warszawy do Filharmonii by posłuchać eliminacji  Konkursu Szopenowskiego .

Trafiłem akurat na Marthę Argerich. Piękne Mazurki  z których te prostsze sam grałem.

 ( To dzięki temu, że Tata wywiózł mnie do pasania krów w 9-tym roku życia, gdy zbuntowany nie chciałem chodzić na muzykę).

 – o tym  Leszek już szczegółowiej opowiedział –  ten tekst znajduje się w poprzednim blogowym pamiętnikowym Jego wpisie – przyp. Z. K. ) 

Martha Argerich WIELKĄ PIANISTKĄ JEST….

…. Co do Marthy Argerich. Kilka dni temu na FB ukazał się Koncert Scarlattiego w wykonaniu Marthy ARGERICH. Większość komentarzy –  tylko po angielsku była pełnych zachwytu. Każdy gdzieś Ją słyszał. Jeden z komentatorów  mówił – że to niemożliwe, by ten koncert zagrać w takim tempie – że to jest zrobiona ścieżka dźwiękowa. Nie wdałem się w dyskusje, ale zamieściłem swoją uwagę…. ( .treści tej uwagi Leszek nam nie podał, pozostaje tylko się domyślać …)

 By oszczędzić wczytywania się w biografię tej największej na świecie pianistki – jak jest nazywana przez znawców muzyki, skopiowałam  kilka informacji podawanych w Wikipedii.

Martha Argerich (ur. 5 czerwca 1941 w Buenos Aires) – argentyńska pianistka.

Dzieciństwo spędziła w Buenos Aires.

W wieku trzech lat rozpoczęła naukę gry na fortepianie.

Mając 8 lat dała swój pierwszy koncert – wykonała  I Koncert fortepianowy C- dur op.15 Ludwiga van Beethovena . Rok później – XX Koncert fortepianowy d- moll KV 466 Wolfganga Amadeusa Mozarta oraz Suity francuskie BWV 812-817 Johanna Sebastiana Bacha.

W roku 1955 przeniosła się do Europy. Szkoliła się u Friedricha Guldy w Wiedniu oraz u Madeleine Lipatti i Nikity Magaloffa w Genewie.

Międzynarodową karierę rozpoczęła w 1957 roku, gdy zdobyła pierwsze nagrody na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Ferruccio Busoniego w Bolzano i Międzynarodowym Konkursie Muzycznym w Genewie.

Po tych sukcesach na 4 lata przerwała karierę i podjęła naukę u Stefana Askenasego.

W roku 1965 wygrała VII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w Warszawie oraz zdobyła nagrodę Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków.

Rok później debiutowała w Stanach Zjednoczonych w nowojorskim Lincoln Center oraz nagrała swoją pierwszą płytę, na której znalazły się utwory Chopina, Brahmsa, Ravela, Prokofjewa i Liszta.

W 1978 roku dała swój ostatni recital solo. Od tego czasu wykonuje przede wszystkim muzykę kameralną i koncerty.

W 1980 roku wywołała skandal, gdy opuściła jury X Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina po tym, jak wyeliminowano Ivo Pogorelicia z półfinałów konkursu.

Uznanie zdobyła głównie dzięki nagraniom muzyki Chopina, Prokofjewa, Ravela, Rachmaninowa i Liszta. Nagrywa dla wielu wytwórni płytowych, przede wszystkim dla Deutsche Grammophon. W nagraniach towarzyszyli jej m.in.: Claudio Abbado, Charles Dutoit, Nelson Freire, Gidon Kremer, Mstisław Rostropowicz, Mischa Maisky.

23 października 2015 otrzymała doktorat honoris causa Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.

Na marginesie tylko warto dodać, że całym jej życiem nie jest tylko muzyka. Artystka żyje pełnią – trzykrotnie zamężna , matka córki Stephani……

Resztę  (np.  ciekawie o dzieciństwie ) można poczytać pod m.in. tym linkiem, a niezwykłe zdjęcia ( niektóre z nich zamieściłam powyżej )  znajdują się na Jej stronie w FB .

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,20170420,zrywala-koncerty-lekcewazyla-trofea-nie-chciala-grac-chciala.html

https://www.facebook.com/groups/107946371992/

 

 

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 17 ) . Muzyczne wydarzenia z „ Krową ” w tle :) ….

Powinnam wrzucić teraz bardzo ciekawy wpis Mariolki, ale dość poważny … pewnie już zapomniała jaki – ale ja pamiętam, Mariolko …..

– dziś  specjalnie wybrałam  dla Hirka i dla nas zabawne historie  Leszka – zabawne bo perspektywy wielu lat oglądane – zresztą przez Niego urozmaicone powagą –  chyba się nie obrazi, że się uśmiechać będziemy ? 

Kutno zaprasza…  zdj własne.

Może Hirek poczyta , bo  już w Domu ( czeka na wynik, który zdecyduje o dalszym leczeniu – a jesteśmy pewni, że da radę !!!!)   i  się odpręży a może trochę  pośmieje ze mną, z nami  – choć opowieść Leszka teraz brzmi wesoło, ale w czasach, które wspomina, to był Wielki poważny problem – jak to u młodych bywa – wszystko ma inny wymiar – mega wymiar….

A było tak :

Jakiś czas temu gawędziliśmy sobie w Grupie messengerowej – a to o korzeniach naszych a to o jakiś wydarzeniach szkolnych czy studenckich, choć najbardziej o zmarłych przedwcześnie Kolegach – odezwał się Leszek z tej swojej Anglii – gdzie nadal przywraca kobiecość paniom po mastektomii, odtwarzając im piersi – co nas martwi, bo tej klasy chirurg plastyk na pewno mógłby być przydatny Polkom – ale c’est la vie…….

Słowa Leszka , zbieram rozproszone w notatniku – bo kopiowałam z Messengera na żywo – podaję zwyczajowo pogrubioną czcionką czasem wrzucając „ buźkę „, gdy się do Niego uśmiecham lub myślnik dla łatwiejszego czytania w blogu oraz wielokropek gdy się zatrzymuję i rozważam tudzież rozbudowuję w swojej głowie tudzież wyobraźni  leszkową myśl :

 Gdy na geografii była lekcja o Kaszubszczyźnie ja – głupi – wstałem i pochwaliłem się, że mam kaszubskie korzenie. Odtąd koledzy nazywali mnie „Kaszubkiem” co dzielnie znosiłem.

Gorzej było z „Krową”, ale to inna historia….

Odpisałam

Szkoda, że Twoje  zdjęcia  rodzinne przepadły jak pisałeś

Ooo o Krowie my nic nie wiemy

Odwiedziłeś miejsce gdzie się urodził Twój Tata ?

Leszek nie odpowiedział na wszystkie pytanie – ale „ pociągnął „ temat krowy ::

Mama miała ambicje zrobić że mnie muzyka. Od 6-go roku życia byłem również uczniem Szkoły Muzycznej ( dla poznania magii tego miejsca warto obejrzeć zdjęcie pod całością wpisu – przyp Z. K. ).  Powtarzałem drugą klasę i dlatego jako prelegent i mentor  nie mam u dzieci szacunku. Żadne nie repetowało.  🙂

W czwartej klasie zdobyłem się na odwagę i oświadczyłem Rodzicom, że do Szkoły Muzycznej chodzić nie będę.

Ojciec – spokojnie – wsadził mnie na motor i wywiózł  na wieś do znajomych do pasania bydła.

Następnego dnia przyszła do domu – do Ojca – delegacja z klasy – „żeby Pan doktor nie wywoził Leszka do pasania świń” …

Ojciec zmiękł – ale ksywa „Krowa” została do matury. 🙂

Ale potem grałem nawet Chopina, Beethovena, Mozarta.

Tak więc pośrednio dzięki Mamie zostałem szefem Chóru AM w Poznaniu po odesłaniu wspaniałego Fiszbacha  . Na szczęście ręki do tego nie przyłożyłem …

(  dzięki Jurkowi mamy kontakt mailowy z dr Fischbachem i wiemy  – że po latach wyrzucenia w pamiętnym 1968 roku – z uczelni , chóru i chyba z kraju – powstał, odrodził się i pomimo słusznego wieku  Pięknie kontynuuje swe dzieło,  które nazywam Misją  Zleconą przez Stwórcę  –  nadal prowadzi  Chór Madrygalistów, który stworzył po latach wygnania )

Odpisałam :

CUDNE!!!

Opowiadaj odpowiadaj opowiadaj ….

Oczywiście nasze rozmowy przeszły na boczne tory – a może Leszek pognał na blok operacyjny.

Wkrótce potem wybyłam do Jastarni. I tu idąc wzdłuż wydm, pozdrowiłam znad morza Kolegów. I wtedy nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej pałeczki lub jak „ królik z kapelusza”  wskoczył do mnie tekścik Leszka, będący kontynuacją poprzedniej  gdzieś tam „ zawieszonej „ opowieści o „ Krowie” . Jakie to fajne, że nasze wspomnienia – dzięki rozmowom ożywione –  nadal w nas „ buzują „ powodując żywsze krążenie krwi ( przynajmniej u mnie )  🙂

 A propos morza.

Ostatnio – w zeszłym roku  – usłyszałem tę „ Krowę „od przyjaciela, który kiedyś , dawno dawno temu, ale w czasie wspólnej edukacji w Kutnie – w ataku w koszykówkę natknął się na mnie. „Krowa” był nie do przejścia. Okazało się, że on do dziś pamięta  nokaut w splot słoneczny , bo sam nadział się na moje kolano w ataku.

Na wszelki wypadek uciekł przede mną na oceany.  🙂

Jako kapitan Żeglugi Wielkiej ledwo wyszedł z życiem gdy radziecki trawler w czasie sztormu staranował „Nysę”.

W gazetach czytaliśmy że to sztorm, ale wówczas nie można było nic zarzucać naszym „przyjaciołom „ …..

Jako obrońca w szczypiorniaku –  „Krowa” –  również nie był do przejścia, przypominał ten  przyjaciel  –  napastnicy strony przeciwnej mieli pecha, bo dwa razy złamali sobie rękę, raz nos – a jeden utracił dwie górne jedynki  🙂

Zostaliśmy na zawsze przyjaciółmi, bo wiedzieli, że ja byłem bezwzględnym obrońcą wszystkich uciśnionych.

Nie raz byłem karany za „pyskowanie”, ale agresja nauczycieli kierowała się na mnie, nie na winowajców.

Hadko wspominać….

Kutno, Pałac Gierałty – tam mieści się Państwowa Szkoła Muzyczna im. K. Kurpińskiego . Tu Leszek postanowił rozstać się z muzyką, ale Mu się na szczęście nie udało 🙂 . zdj z Wikipedii.

Profesor Archampong i dr n. med . Leszek Milanowski  ( Anglia )

Leszek Milanowski z dwiema ulubionymi pielęgniarkami  ( Anglia)

Ukochana ( jak Wszystkie Dzieci Leszka ) Elżunia i Wnuk Kuba …

Zdjęcia Leszka Milanowskiego – z Facebooka

pozostałe –  własne

w tym zielone znad mojego Bugu – bo zieleń to nasza młodość i Nadzieja ……

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 16 ). EGZAMINY.

Leszku Drogi !

Wybacz, że ten Twój wspaniały tekst „ leżakował „ przez ponad miesiąc  w moim laptopie.

Ale może czekał, by właśnie teraz przeczytał go Hirek ? Ma ostatnio chyba więcej  wolnego czasu –  i wierzę, że  tu zajrzy , jak również Koledzy – bo  Twoja opowieść miejscami zabawna  ale też  głęboko refleksyjna jest i nam wszystkim bliska . Wszak łączą nas   wspólne studia od 1965 roku,  a potem już tylko prawdziwa, wielokrotnie brutalna  ale i piękna Medycyna…..

Za sprawą Leszka wróćmy na chwilę  do dawnego czasu. Jak zwykle pisze On  bardzo intymnie, bez osłonek podaje nam prawdę o swoim wnętrzu  – pokazuje swoje Człowieczeństwo – wątpliwości, rozterki , oczekiwania, przemyślenia…. Może przefiltrowane przez minione lata – a może już w Nim obecne  od zarania ???. 

Czy za Jego sprawą zajrzymy do swoich serc, dusz i sumień ?  Nie wiem czy Inni, ale ja tak  ….

Jak zwykle przepraszam  Autora poniższego tekstu za dodane ” buźki ” – nie mogę się powstrzymać  by się do Ciebie nie uśmiechnąć, Leszku …. 

Egzaminy

EGZAMIN WSTĘPNY  na medycynę opisywałem we wspomnieniach o Teresce Gawrońskiej – M. ( jest to 10 wpis tego blogowego pamiętnika  Leszka – przyp. Z.K. )

Biologia a medycyna – mój temat – dlaczego można i nie można doświadczeń na zwierzętach przenosić na ludzi, czym się różnią…..

Biologia, chemia, rosyjski, na piątkę….

….  ale za fizykę czwórka i dlatego byłem dopiero!  21 na liście przyjętych .  🙂

Śp. ANDRZEJ HYŻY miał 120 punktów !!! .

Imponował  mi i dlatego na drugim roku razem z Nim zaczęliśmy równolegle studiować  chemię w Collegium Chemicum.

Wszak byłem kiedyś wojewódzkim laureatem chemicznej olimpiady …

Szybko się zniechęciłem do tych dodatkowych studiów –  później Andrzej –  też. ( nie jestem pewna, czy to było zniechęcenie, czy chroniczny brak czasu na studiach medycznych – przyp. Z. K. )

Zresztą już wtedy ogromny na mnie wpływ miała przyjaźń z Kajtkiem Pietrykowskim.

To On mnie zaraził Filharmonią, potem  też studiami psychologii, nurkowaniem, żeglarstwem. Kursy prowadził późniejszy Docent Marek Orkiszewski ( bardzo zdolny chirurg dziecięcy o niewyparzonej gębie…).  Dlatego byliśmy po trzecim roku na obozie studenckim dla nurków nad Jeziorem Narie.  Schodziliśmy zaledwie na 8 metrów, ale polowania z kuszą na szczupaki i  węgorze w  nocy… to było TO !!!

Tam mieszkałem w jednym namiocie z medykiem 5 roku z Wrocławia. Deszcz, zimno, sami w namiocie bo się nic nie działo i gra w trzy zapałki. Jak przy hazardzie. Grałem dopóki nie przegrałem całej forsy. Powiedział mi prawdę która została na całe życie i się przydała nie raz :

Jeśli grasz to musisz wiedzieć kiedy przestać. 

Potem w czasie   praktyki studenckiej w Glasgow po czwartym roku od jednorękiego bandyty wygrałem chyba ze sto funtów – zaczynając od własnych dziesięciu kieszonkowego za praktykę. Oczywiście jak to  hazardzista wszystko przegrałem –  ale tej mojej dziesiątki już nie postawiłem. Dzięki za lekcje z obozu dla płetwonurków ! .  A za tą dziesiątkę kupiłem dwa lekkie śpiwory,  które służyły chyba ze 20 lat i prezenty dla siostry i Mamy..  🙂

Wówczas też odwiedziłem Hospicjum Świętego Krzysztofa na Laurie Street w Londynie gdzie terminalnie chorzy pacjenci wystawiali Hamleta. Desdemonę grała pacjentka umierająca na raka. Nie zapomnę Jej szczęścia. Całe życie marzyła, żeby tę rolę zagrać i po przedstawieniu mówiła że to najszczęśliwszy dzień Jej życia …

WARTO WALCZYĆ DO KOŃCA, BO NIE WIADOMO CO MOŻE SIĘ ZDARZYĆ NAWET W OSTATNIEJ CHWILI.

Pacjenci terminalnie chorzy dostawali marihuanę, haszysz, morfinę by umierać szczęśliwymi i bez bólu. Nigdy nie mogłem i nie mogę nadal pogodzić się z zakazami tych leków dla cierpiących terminalnie.

Potem zaangażowałem się w ruch Hospicyjny pod kierunkiem Profesora Łuczaka z Poznania i dr Walden-Gałuszko z Gdańska. Zresztą to może być często naturalny koniec choroby nowotworowej a pacjent jest moim pacjentem do końca swego życia ….

Później – w  Lipnie,  zorganizowałem opiekę  terminalną na swoim oddziale przy pomocy i pod kierunkiem dr Zbyszka Kaczmarka z Włocławka ….

[ Ale tematem na dziś  Leszku miały być egzaminy, więc wracaj od tamtych wspomnień, które zresztą też były jakąś formą egzaminów – choć egzaminów z życia – wracaj  do czasów studenckich, wspólnych i niezapomnianych ]

EGZAMINY NA STUDIACH  :

Biologia.

Zlekceważyłem.

Co, ja – piątkowy uczeń z liceum nie będę wiedział?

Nie przyłożyłem się i pierwsza trójka, którą potem – zresztą na własne życzenie poprawiłem u ówczesnego DOCENTA GERWELA na piątkę.

To był też skutek kompleksu nie bycia rodowitym  poznaniakiem !

 Jedyna trójka na dyplomie była z Farmakologii u Profesora Chodery – z mojej winy. Chciałem podać jeden miligram digoksyny – o zgrozo!!!.  Należała się ta zła ocena , ale przez to nie było czerwonego dyplomu. 🙂

Anatomia.

Aula na Polnej. Profesor Kołaczkowski, „Aurea Scapula”. Można zdawać  na sali przy wszystkich . Zapisałem się.

Gdy mnie wywołał – zapytał – gdy jeszcze byłem na górze –  jakimi mięśniami kieruje nerw jedenasty. Schodząc –  wzruszałem ramionami.  PROFESOR KOŁACZKOWSKI:  ” A to kolega nie wie…”.  Nie, ja tylko pokazałem Panu profesorowi którymi mięśniami”.  Sala w śmiech. Potem poszło jak z płatka. Dostałem brawa, ale jakoś nie uwierzyłem w siebie.

Miałem kompleks wobec „tubylców – poznaniaków”. Dlatego zbliżyłem się do Kajtka Petrykowskiego i Andrzeja Hyżego.  Dyskusje wspólne o Lemie, droga na pieszo po Koncertach Poznańskich w Collegium MInus do Gospody Targowej na Grunwaldzie z dyskusją o „Dzienniku znalezionym w wannie”, Lema, którego i tak do końca nie zrozumiałem.

Histologia

Kochany PROFESOR KIERSZ!

Wielbiciel Wielkiego Brachet’a, którego czytałem przed studiami.

 Piątkę dostałem bo trochę niedosłyszał.  Po wspaniałej i dobrej dyskusji – na koniec chciał sprawdzić  moją znajomość norm  poziomu glukozy we krwi. Pustka w głowie, ale z rozpędu – niewyraźnie, ale z pewnością siebie – wystrzeliłem:  ” … dziesiąt miligram procent Panie Profesorze”.

– …Dobrze  🙂

Jedną z nielicznych czwórek dostałem z chirurgii. To było jak wyzwanie.

CHIRURGIĘ MOŻNA KOCHAĆ ALE BEZ WZAJEMNOŚCI.

Tak zresztą układało się dalsze życie.

Przyjemność w dawaniu bez oczekiwania na nagrodę ….

I wspaniała nauka PROFESORA KOTARBINSKIEGO z „Traktatu o życiu godziwym” z rolą „opiekuna spolegliwego” na którym można polegać…

 

Wszystkie zdjęcia Leszka Milanowskiego ( legitymacyjne, z Córkami i Wnukiem ) z internetu

W 1968 roku „ jakbym nagle utracił najbliższą Rodzinę „ – powiedział dr Jerzy Fischbach. .

Gdy otrzymałam od Leszka tekst zamieszczony w poprzednim wpisie, miałam niejakie wątpliwości czy Pan dr Jerzy Fischbach zgodzi się na publiczne  ujawnianie  niektórych faktów z Jego życia. Wysłałam więc opowieść Leszka z właśnie takim pytaniem. Wkrótce  otrzymałam  odpowiedź , przy okazji stale zachwycając się  wielką formą dość wiekowego już Pana Doktora – ogromną aktywnością , zaangażowaniem  w prowadzeniu Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł , ale też sprawnością  w posługiwaniu się słowem no i komputerem . A to w całości tekst tego maila   :

Droga koleżanko Zofio !
Każdy list od Pani sprawia mi olbrzymią przyjemność.

Po pierwsze używa Pani pięknej formy języka polskiego.

Po drugie jednak z pobudek egoistycznych ( niestety ) bo lubię być chwalony. Na usprawiedliwienie tego drugiego uczucia podam, że od pierwszych lat studiów,  jak i przez wiele, wiele lat życia zawodowego spotykałem się z innymi, przeciwnymi reakcjami otoczenia.

 Żyłem przecież w bardzo trudnych czasach, często byłem śledzony, a często pewnie wydawało mi się, że jestem śledzony. Z tych powodów unikałem osobistych kontaktów z otoczeniem. Teraz tego bardzo żałuję,  bo byłem – jak wiem dziś – otoczony wielu wartościowymi ludźmi. Szkoda. Brak mi z Nimi kontaktów.

Były też skierowane przeciw mnie działania, które ugruntowały we mnie autentyczne przekonanie , że to co robię jest mało warte ! !

Była praca zawodowa, naukowo – dydaktyczna,  aż przyszli po mnie TRZEJ PANOWIE ” personalni ” Akademii Medycznej ( którym podlegał nawet Rektor !!! ) i powiedzieli : ” my sobie nie życzymy,  aby Pan pracował dalej na tej uczelni „.

Wcześniejsze” wywalenie mnie ” z kierownictwa chóru było tylko przygrywką mająca pozbawić mnie atutów pracy społecznej  dla Akademii Medycznej. Byłem bezpartyjny.


Założenie i prowadzenie chóru AM
W tych czasach , to była nie tylko chęć umuzykalnienia medyków, ale też przede wszystkim chęć kształtowania cech osobowości i kultury. Przyszłych lekarzy. { było to działanie również z nakazu ustnego danego mi przez Kardynała Wyszyńskiego- Ale to nie w tym miejscu }.

W momencie usuwania mnie z kierownictwa chóru atmosfera była bardzo gorąca.  Uważałem wtenczas,  że nawiązywanie czy  utrzymywanie kontaktów z moimi byłymi chórzystami było niewskazane dla dobra ukończenia przez nich studiów. Były takie groźby wypowiadane przez ówczesnego prorektora.

To było dla mnie smutne rozstanie, bardzo to przeżyłem.  Nikt z obecnie jeszcze żyjących i zmarłych chórzystów nie wyobrażał sobie jak ja to przeżyłem.
Można to porównać do nagłej utraty najbliższej Rodziny !!! A moje uczucia smutku pogarszał fakt , że nie miałem jeszcze swojej rodziny. ………………

Mogłem tylko liczyć na to  że członkowie dawnej rodziny śpiewaczej po uzyskaniu dyplomu odszukają mnie i nawiążą kontakty   tak bardzo mi potrzebne.

Były takie 3 osoby. Dwie z nich do dziś śpiewają u mnie w prowadzonych przez mnie poznańskich Madrygalistach im. Wacława z Szamotuł.

 W latach 80 – tych , kiedy rektorem został prof. Wójtowicz,  to prof. Krzysztof Linke , piastujący funkcje prorektora Uczelni znalazł mnie i zaproponował w Imieniu Władz Uczelni , abym wrócił na stanowisko kierownika chóru. Niestety   musiałem odmówić z kilku względów: osobistych , nie byłem już pracownikiem AM, no i wiedziałem,  że w gronie kierownictwa uczelni są 4 osoby bardzo mi nieżyczliwe. Była to smutna, ale przemyślana decyzja.

Po czasie prof. Linke pofatygował się  do mnie jeszcze raz prosząc  w imieniu Rektora o wskazanie osoby , która by mogła w dalszym ciągu prowadzić chór studencki AM. Wskazałem prof. Przemysława Pałkę. Wybór mój był jak widać trafny – bo prowadzi mój chór już tyle lat.

Ja bardzo żałuję, że nie powtarzałem się sam nawiązać osobistego kontaktu z prof. Krzysztofem Linke. Człowiekiem dużej kultury osobistej oraz znawcy chóralistyki . Szkoda  że teraz odszedł tak przedwcześnie.
Ja nie lubię się narzucać. Pozdrawiam wszystkich, którzy pozytywnie oceniają współpracę że mną. A jeżeli chcą nawiązać choć bierny, lub czynny w mojej pracy chóralnej,  to proszę Szanowną Koleżankę o ułatwienie kontaktu że mną. To wielka sprawa. Śpiewać można bez względu na wiek. Muzyka odmładza.

Ten list wysłałam Leszkowi, podając adres mailowy Pana Doktora i chyba jeszcze tego samego dnia dostałam do wiadomości mail Leszka adresowany do Dr Fischbacha  :

Wielce Szanowny Panie Doktorze,

Jestem wdzięczny losowi a zwłaszcza Jurkowi i Zosi, że pozwolili mi z Panem się skontaktować.

Myśmy zawsze z rozrzewnieniem i żalem wspominali czasy, gdy Pan był Dyrygentem, Opiekunem, dobrym duchem Chóru. Nie śpiewałem pod Pana batuta, ale znam z opowieści zwłaszcza
śp. Ani Górecznej.
Chór pod Pana batutą był grupą RADOSNYCH .

Chór AM w Poznaniu był radosną grupą życzliwych entuzjastycznych przyjaciół którą namiastkę
próbowałem kontynuować. Wówczas wszyscy wspominali Pana okres jako
najlepszy dla Chóru. Może fajnie było z Jurkiem na obozie w Łagowie,
ale brakowało Pana entuzjazmu.
Cieszę się tylko, że chyba trochę dzięki mnie Chór  przeżył po 1968 roku ale już nigdy nie był taki.

Wiedzieliśmy co zostało stracone, bo następny dyrygent, nie będę wymieniał  nazwiska. człowiek na pewno porządny i fachowiec, nie umiał stworzyć atmosfery gdzie chciałoby się tam spotykać, co było za Pana czasów. Przetrwaliśmy dzięki studentom wydziału czwartego WSM w Poznaniu im. Wieniawskiego. Nie zapomnę zwłaszcza Marka Bykowskiego, z którym straciłem kontakt.

Nie wiem, dlaczego po okresie szaleństwa nie zwróciliśmy się do Pana o powrót. Może miałem za mało czasu. Zresztą  samemu, gdy Uczelnia nie chciała mnie przyjąć na staże poczułem się z niej wyrzucony i z Chórem zerwałem.

Nawet nie wiem, co się dalej działo.

Raz tylko wlazłem z Córką przez okno w Aspirynce jakieś 20 lat  temu  i miałem okazję bawić się w tym towarzystwie na zamkniętej imprezie.  Już wówczas Krzysiu był opiekunem Chóru.

Brakuje mi Jego relacji.  Inni ludzie, nieznani, nawet nie wiedzieli kto był Twórcą Chóru .

Żywe wspomnienia i relacje o   działalności Chóru dostałem od śp. Krzysia Linke na rok przed Jego tragicznym odejściem. On wiedział, że byłem kiedyś prezesem i czułem się, jakby zdawał mi sprawozdanie z tego co się działo z Chórem za Jego kadencji. Duma i mnie rozpierała.
Jego zabiła ambicja i poniżenie, jakie Go spotkało.

Jurek zajmuje się czasem przejścia na emeryturę, co i mnie powinno dotyczyć.
Niestety, boję się tego i dlatego ciągle pracuję. Chyba jestem ostatnim czynnym chirurgiem z naszego roku 1971, ale to ze strachu.
Potrzebuję  jakiegoś zajęcia równie pasjonującego. Zosia i Jurek wspaniale wspierają.

Szanowny Panie Doktorze, Nie wiem kto teraz jest opiekunem Chóru po Krzysiu. Niniejszym zlecam Jemu służbowe polecenie odnalezienia człowieka.

Jurka zapładniam następnym zadaniem. Co stoi na przeszkodzie zorganizowania spotkania obecnych członków oraz  weteranów Chóru i Jego założyciela tj. Pana Doktora.  Łączą nas wspólne przeżywanie czegoś co Piękne – a nazywa się Muzyką.

 Proponuję każdemu napisanie kilku wierszy wspomnień, Jurek mógłby to zebrać i na takim spotkaniu dostalibyśmy garść prawdy o sobie.

Mój stosunek do Pana Doktora Pan zna . Osobiście bardzo Pana proszę, by Pan napisał kilka słów o swoich z Chórem przeżyciach, o jego początkach, wyjazdach, może pamięta Pan nazwiska?.

Ja z bezsilnej złości , jeszcze a latach 70 ubiegłego wieku zniszczyłem swoje prywatne archiwum Chóru . Szkoda. Chyba po latach Pana świadectwo traktowania Polaków jakie Pana spotkało byłoby również cennym świadectwem traktowania innych jak „gorszego sortu”. Oby te czasy nigdy nie wróciły.

Przecież na pewno obserwował Pan z daleka moje skromne wysiłki, które nie umywały się do Pana charyzmy. Nie mam tego co Pan geniuszu.
Łączę najlepsze życzenia Świąteczne. Tego maila wysyłam również do Zosi i Jurka.

Z wyrazami głębokiego szacunku,

Leszek Milanowski

Równocześnie Leszek  napisał do mnie :

Kochana Zosiu,

Dzięki za ten list.

Widać, że zadra lat komuny ciągle w nas tkwi.

Dziś wszyscy możemy sobie wyrzucać, że myśmy nie skontaktowali się z Dr Fiszbachem, a Jemu też zabrakło wyobraźni, że system  może kiedyś upaść.

Mnie zresztą i tak spotkały małe szykany, gdy nie zgodziłem się na podpisanie jedynie słusznej rezolucji przywiezionej z komitetu wojewódzkiego pzpr  (celowo małe litery).

Wyrzucony z ZMS-u, o mało nie pojechałem na praktykę do Glasgow, ale co to za
szykany!.

Zabrakło kręgosłupa, zresztą pewnie byłoby tak, jak Pan doktor pisze.

Kamasze i wyrzucenie ze studiów.

Tak działa strach przed każdym reżimem, że podporządkowujemy się nawet myślom dyktatora.

Ania mi mówiła, że mamy zakaz kontaktowania się.

Posłusznie wykonywałem zalecenia. Czuję się jak kolaborant tamtej władzy.

Ale kto przewidywał, że przyjdzie Wałęsa ?

Zosiu, Dziękuję za kontakt.

 Ten temat wraca do nas jak bumerang. Leszek nie może się uporać z poczuciem winy – zupełnie niezawinionej , bo wtedy  nikt nic nie mógł zrobić. Po prostu nie mógł. Czas to był okrutny , bezwzględny, „łamano ludziom kręgosłupy” lub „ wyrzucano za burtę „ ….

 

 Jeśli Ktoś będzie zainteresowany i otworzy poniższy link – znajdzie  tam garść informacji o dr Jerzym Fischbachu, o Jego Chórze, o Wielkich  Emocjach i Przeżyciach Duchowych…. Wspólnie z Jurkiem Marcinkowskim napisaliśmy ten tekst – który potem  został zamieszczony na stronie PTH . Ale dla mnie najbardziej wzruszające i najpiękniejsze są słowa doktora Jerzego  Fischbacha – Człowieka  Potężnej  Siły, Kultury, Duchowości , chyba czerpanej od samego Stwórcy . Spotkanie Takiego CZŁOWIEKA jest Darem ……   

https://www.pth.pl/konferencje_opis.php?id_menu_left=118&id_info=36&str_glowna=2&id_typ_obslugi=7&sub_id_info_d=&id_info_o=0&id_oddz=23&id_konf=81

Pan Doktor Jerzy Fischbach, twórca i dyrygent Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł w czasie Koncertu w Kościele p.w. św. Wojciecha w Poznaniu. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 15 ). Wspomnienia o Krzysiu Linke i Chórze Akademii Medycznej w Poznaniu.

Krzysztof Linke. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

Po trwających tu od dwóch dni Wspominkach Kolegów o Krzysztofie Linke , który nagle odszedł od nas bez pożegnania 16 grudnia 2016 roku – pora na bardzo Ciekawą , Niezwykle Szeroką, Pełną Mądrości Życiowej ale i Goryczy – snutą na kanwie Wielkiej Historii  – opowieść Leszka Milanowskiego . Poniżej On sam, w Grudniowej Oprawie 🙂 . A potem Jego Przejmujący Tekst ….. 

Krzysiu Linke był członkiem Chóru Stuligrosza, zdaje mi się. Na studiach miałem z Nim dość powierzchowny kontakt, bo było mi przykro, gdy jako prezes Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu ciągle szukałem nowych członków, a On się nie angażował.

Teraz zrozumiałem, ale dopiero po latach co pośrednio wynikało z naszych długich rozmów, gdy robiłem staż specjalizacyjny na internie do medycyny rodzinnej.

Chór to nie tylko chęć i potrzeba śpiewania. To grupa bliższych i dalszych przyjaciół, a przede wszystkim charyzma dyrygenta.

Trudno było Krzysiowi Linke wejść do gorszego zespołu pod gorszym dyrygentem, którego miał przedtem. Taka wybitnie jednoczącą osobowością był dr Jerzy Fischbach, ale przecież ze Stuligroszem nikt nie mógł się równać.

Zresztą wspaniały, jednoczący, charyzmatyczny Jerzy Fischbach jako bezpartyjny został pozbawiony możliwości dalszego kierowania Chórem Akademii Medycznej w Poznaniu. To była Wielkie tragedia również dla  Chórzystów . On Chór stworzył, dyrygował i Jego osobowość przyciągała.

Niestety, jak Krzysiu Linke, po przebytych doświadczeniach z muzyką, wówczas nie kwapiłem się do Chóru. Znam dr Fischbacha z opowieści, zwłaszcza Ani Górecznej – koleżanki z naszego roku  ( studia w latach 1965 -1971 ) na Akademii Medycznej w Poznaniu .

W 1968 r. byłem działaczem Komisji Kultury Rady Uczelnianej ZSP. Ówczesny jej szef partyjniak JH zaproponował mi „współpracę”  przy usunięciu dr Fischbacha. Jakieś śmieszne, naciągane zarzuty, jak to w polityce, nie tylko ówczesnej, „bo taka jest potrzeba”.  Nie zgodziłem się, a najbardziej mnie bolało wyrzucenie Jej Wielkiego Założyciela. Chór za Jego kadencji był żywą, wesołą grupą towarzyską i zbierał nagrody na festiwalach międzyuczelnianych. Śpiewał też za granicą.  Chórowi groziło rozwiązanie. Ania Góreczna a naszego roku próbowała zbierać nowych członków. Jako posiadający podstawowe, rozszerzone o korepetycje, wykształcenie muzyczne z Kutna (dzięki temu, że ojciec wywiózł mnie do pasania krów, gdy musiałem  powtarzać  II klasę w Szkole Muzycznej  i nie chciałem się dalej uczyć muzyki – ale wobec takiego pomysłu Ojca – potulnie ukończyłem tę szkołę ) uważałem, że nie można zmarnować tego, co dr Jerzy Fischbach stworzył. Ania Góreczna zaproponowała mi zostanie prezesem Chóru. Jako wesoły człowiek, lubiący śpiewać, czułem że to moje powołanie dla zachowanie w pamięci dzieła jego Twórcy, zmuszonego do emigracji.

Nowi członkowie Chóru pochodzili z różnych lat studiów. Śpiewała tam razem ze mną moja późniejsza pierwsza żona, Danusia Pawlak. Do dzisiaj na wspólnych, rodzinnych uroczystościach śpiewamy „Gaude Mater Polonia”. Ona i Ania Góreczna, alty, ja baryton ze Stasiem… Podporą basów był „Generał” Andrzej Polimirski.  W sopranach była piękna blondynka Ewa Lutkowska. Główny trzon Chóru AM Poznań stanowili jednak studenci czwartego Wydziału Akademii Muzycznej. Duszą towarzystwa był Marek Bykowski. Od strony chóralnej najmilej wspominam śpiewanie „Exultate Deo…” Scarllattiego w Kościele na Górze Przemysława. Oczywiście też „Mruczkowe Bajki” Nowowiejskiego, które do dziś potrafimy zaśpiewać.

Najwięcej członków z nowego naboru miał nasz Chór w latach 1969-1971 – nawet nieco ponad 40. W 1969 roku na wiosnę pojechaliśmy do Charkowa. Na 40 członków było chyba około 26 chórzystów, a reszta to zasłużeni członkowie Rady Okręgowej ZSP. Jechał z nami również Krzysztof Jaślar i szef późniejszego Kabaretu TEY Zenon Laskowik.

Z Anią Góreczną dostaliśmy podpis autora „Anatomii prawidłowej” Prof. Sinielnikowa, który był kierownikiem Katedry Anatomii na Uniwersytecie w Charkowie. Kilka koncertów, ale najbardziej zapamiętałem akademie w rocznice urodzin Lenina. Ceremoniał – jak na Mszy Świętej z „kazaniem” samego Lenina, odtworzonym z płyty, po którym burza oklasków. Tak wspaniale „przemawiał”!!!  Patrzyliśmy z boku na tą bałwochwalczą euforię tambylców, ale nie wypadało nie wstać, jako że byliśmy gośćmi… Utkwiły mi w pamięci rozliczne kawały, które Zdzichu i Krzysztof robili z systemu.

Gdy przyjechaliśmy, na ulicach były półmetrowe hałdy śniegu. W ciągu 2 dni całkowicie zniknęły, bo wszyscy mieszkańcy w czasie „subotnicy” je wysprzątali. Mieszkańcy czuli, że robią to dla swego dobra. To może po części wynikało z systemu politycznego, ale – jak widać – totalitaryzm potrafił być pożyteczny w czasach kryzysu.

Gospodarze zawieźli nas pod Charków i kazali grabić jakiś las. To się nazywało, że to „park”. Oczywiście wygłupy, żarty. A to było miejsce pochówku polskich oficerów, o czym nas nie poinformowano.  Do dziś myślę o tym ze zgrozą, że nie szanowaliśmy tego miejsca. Gospodarze nam tego nie powiedzieli. Myślę, że celowo mogli nas tam wpuścić, żebyśmy się zabawiali na grobach Polaków. Wolałbym wierzyć, że sumienie jakiegoś „wierchuszki” nas tam wysłało, żebym po latach wspominał to miejsce.

Niezapomniane były obozy w Łagowie Lubuskim pod światłym kierownictwem Jurka Marcinkowskiego. Ostatnio spotkałem w Kościanie jedną z członkiń, żonę Włodka Zydorczaka, psychiatrę o dwa lata młodszą, których skojarzył na jakiejś imprezie Piotr Drews. Bardzo szczęśliwe i dobre małżeństwo. Włodek jest szefem organizacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw i razem rok temu próbowaliśmy założyć nowa partię polityczną „ORP” – „Obywatelska Rzeczpospolita Polska”. Rozpad nastąpił przez typowe polskie kłótnie.

Niestety zerwałem z Chórem zaraz po uzyskaniu dyplomu lekarza.

Staże, dyżury po 30 godzin na dobę (tak! wówczas to było możliwe: po pracy w szpitalu, poradnia szkolna – 2 godziny – z jednoczesnym dyżurem w Pogotowiu Ratunkowym do rana i z jednoczesnym zabezpieczeniem „Pomocy Wieczorowej” – 4 godziny – zresztą za grosze). Po kolejnym dniu u Prof. Wojnerowicza znowu szkoła, pomoc wieczorowa i jeszcze wieczorem 2 godziny w więzieniu pod Iwnem. Kiedyś, po takich 40 godzinach pracy, tzw. „klawisze” [więzienni] przyprowadzili mi 40-latka, który nie chciał pracować. Uważali, że jest chory psychicznie. Rozmowa – zorientowany, zdrowy i wreszcie pytam, dlaczego nie pracuje. – bo nigdy nie pracowałem. A z czego Pan żyje? z renty 70-letniej mamusi. Uważałem za swój obowiązek nawrócić go „na dobrą drogę”. Opowiedziałem mu o swojej pracy prze ostatnie 40 godzin i spytałem jak on się czuje, gdy patrzy na takiego jak ja zapracowanego człowieka. Odpowiedź pamiętam do dziś:

„A po coś pan taki głupi?!”. Klawisze pękali ze śmiechu, ale nie wiem, czy później czasem ruszył łopatą.

Cale życie miałem takie poczucie, że po studiach Chór zdradziłem.  Myślę, że Krzysiu Linke miał podobne poczucie w stosunku do swej chóralnej przeszłości u Stuligrosza, bo był Opiekunem Chóru z ramienia Uczelni. Jednak wyksztalcenie muzyczne tkwi w nas i przy sprzyjających okolicznościach się odzywa.

I teraz Krzysiu Linke.

Cztery lata temu postanowiłem na starość znaleźć sobie inne, spokojniejsze zajęcie w miejsce chirurgii i rozpocząłem na wolontariacie w Poznaniu na Osiedlu Rumcajsa (koło Lotniska Ławica) specjalizację z medycyny rodzinnej. Przylatuję rzadko do Poznania [na Lotnisko Ławica], na kilka dni kiedy akurat nie mam zajęć w Anglii. W czasie urlopu chciałem odrobić staż z interny. Wiec po ponad 40 latach do Kliniki do Krzysia Linke. Spotkanie jakbyśmy się rozstali wczoraj. Niekończące się opowieści o Chórze. Krzysiu wrócił do korzeni. Opowiadał o licznych wyjazdach na festiwale, koncerty po całej Europie. Bylem dumny, że udało mi się przechować najtrudniejszy okres po wyrzuceniu Jerzego Fischbacha. Krzysiu był wspaniałym kontynuatorem Jego dzieła. A najważniejsze, że Chór AM w Poznaniu pod Jego kuratelą tak wspaniale rozkwita. W ciągu tego miesiąca rozmawialiśmy często. Czułem Jego ogromną życzliwość i opiekę w moich nieudolnych wysiłkach do bycia internistą. Chirurg ma proste rozwiązania, co prawda z ogromną odpowiedzialnością. Lecz internista musi być mądrym lekarzem, by pomagać i rozwiązywać prawdziwie trudne, zawikłane i niejasne problemy.  Większy szacunek czuję tylko do pediatrów, którzy w rzeczywistości muszą badać i matkę i dziecko i leczyć oboje. Niestety, miałem tylko miesiąc stażu w Szpitalu im. Krysiewicza w Poznaniu, bo wysłano mnie do Stacji Krwiodawstwa.

Byłem świadkiem Krzysia pracy lekarskiej i profesorskiej. Krzysiu badał wnikliwie i widać było Jego osobiste zaangażowanie w rozwiązaniu problemów pacjenta.

Z obawą mówił o zakusach na Jego Katedrę i planach usunięcia Go ze stanowiska z racji emerytury. Myślę, że nie miał pomysłu na czas swej emerytury. Całego siebie oddał swej pracy zawodowej. Umiał położyć nacisk na rzeczy istotne dla pacjenta, pomijając błędy poprzedników.

Pamiętamy Jego wspaniały profesorski wykład na naszym spotkaniu w Baranowie w 2015 roku. Zmarł nagle na zawał serca [16 grudnia 2016 r.]. Myślę, że niestety do Jego śmierci przyczyniła się typowa polska zawiść miedzy lekarzami i zakusy na Jego pozycję związane z Jego wiekiem emerytalnym.

W Anglii każdy lekarz wręcz stara się jak najwięcej nauczyć swych następców. Nie ma tu stanowiska ordynatora, a każdy specjalista jest samodzielny. Każdy ma swoich pacjentów przyjętych na jego dyżurze lub badanych w jego poradni. Specjalista – „Consultant”-  ma zespól złożony z tzw. „SpR” – Specialist Registrar’a, „SHO” Senior House Officer’a, i jednego lub dwóch  (HO) House Oficer’ów. Nie ma walki między specjalistami. Tylko raz byłem świadkiem, gdy Hindus Subramanian wykańczał świetnego Mr Davidsona, chirurga rekonstruującego piersi w Środkowej Anglii. Wyjątek potwierdzający regułę. Nie żeby mówił o tym pacjentom. Jest wyścig szczurów, polegający na ambicji i doskonaleniu się, lecz nie na wykańczaniu się. Wygrywa naprawdę najlepszy. A wygrana nie oznacza wykończenia kogoś, a zdobycie najlepszych umiejętności. Potem się idzie w bardzo wąską specjalizację. W Durfham (gdzie spoczywa Venerable Bede od 780 r.n.e.) poznałem młodą chirurga plastyka, która umiała odtwarzać piersi tylko jedną metodą. Nie miała dyżurów, co prawda pracowała w Poradni, ale na sali operacyjnej robiła tylko jedno, zresztą świetnie.

Myślę, że Krzysiu Linke padł ofiarą typowej polskiej zawiści, polskiego piekła, przed którym nie potrafił się obronić. Zbyt delikatny, ufny, otwarty.

Byłby wspaniałym mentorem i nauczycielem zawodu każdego lekarza w Anglii, gdzie korzysta się z doświadczenia i wiedzy takich osób dopóki sami tego chcą. Z powodu lepszych zarobków tylko niektórzy pasjonaci pracują po dojściu do emerytury, ale jest przeogromna różnica we wzajemnych relacjach.

Mówienie źle i krytykowanie innego lekarza przed pacjentem dyskredytują całkowicie tego, który to mówi. Przy mnie nigdy nikt nie powiedział słowa krytyki wobec lekarzy poprzednio leczących.

Krzysiu Linke nie miał szczęścia do współpracy w życzliwym otoczeniu.

W Anglii po 65 roku życia dostaje się od państwa emeryturę, ale nadal można pracować do późnej starości, o ile pozwala zdrowie i umiejętności. Widać ze mną jeszcze nie jest tak źle, choć świadomie się coraz bardziej ograniczam. Krzysiu nie miał tego szczęścia, bo Jego wrogom zależało na Jego stanowisku. Dla mnie Krzysiu dużo zrobił. Dal mi szansę na nową specjalizację a przede wszystkim uratował i rozwinął „mój” Chór AM.

 

Leszek Milanowski, Sherwood Forest Hospitals NHS Foundation Trust, Anglia, w grudniu 2018 r.

 

List do Krzysia Linke .

*

Drogi Krzysztofie !

Razem raczkowaliśmy na poznańskiej Akademii Medycznej  w pamiętnym dla nas  1965 roku. Nie zdążyliśmy się poznać ale może dobrze się stało, że nie zatrzymałeś na mnie swojego zabójczego dla płci żeńskiej oka i nie złamałeś mi serca  🙂 . Chyba lubisz jak się do Ciebie uśmiecham. Smuta nie jest Twoim ulubionym stanem ducha – tak mawiają Koledzy, którzy spędzali z Tobą tak wiele chwil na wspólnych corocznych wyjazdach wycieczkowych. ….

W taki dzień jak dziś, tylko przed dwoma laty, opuściłeś ten padół łez. Pewnie  uznałeś, że ziemska wędrówka – misja  zakończona , może przyszło jakieś zniechęcenie życiem – załamanie –  tak łatwe u Ludzi wrażliwych , nieustannie  zaangażowanych, empatycznych i radosnych .

Sam nie zrezygnowałeś z pobytu na ziemi – to wiemy, więc  bardziej prawdopodobna jest inna  wersja. Z pewnością   Stwórca  zaczął odczuwać jakieś dolegliwości żołądkowe lub jelitowe  i Jego medycy byli bezradni – więc  pilnie poszukiwali najlepszego ziemskiego gastrologa . A może Niebiańscy Lekarze  pokłócili się o jakiś problem etyczny tego zawodu i uznali, że jedynie Ty rozstrzygniesz wątpliwości – wszak współtworzyłeś  Kodeks  Etyki  Lekarskiej .

A może chóry Aniołów tak fałszowały, że nauczyciel świeży i najlepszy był potrzebny i padło na Ciebie, chórzystę nad chórzystami od samego Stuligrosza.

Jednym słowem Osobą łączącą te wszystkie pożądane w Niebiesiech cechy – byłeś tylko Ty, Krzysztofie.

Zostałeś więc jednogłośnie wybrany i powołany do kolejnej, tym razem Pozaziemskiej Misji.  

Ale Ty zostałeś z nami, została ta najpiękniejsza Cząstka Ciebie którą nam ofiarowałeś. Jesteś stale wśród nas  , tylko na chwilę nieobecny . Jesteś  w naszych  rozmowach ,  wspomnieniach . Znamy Twoją drogę zawodową, zaszczyty i wielką dla ludzi czułość.

Ale jaki byłeś naprawdę , tak w środku, tego  nie wiemy. Czy miałeś jakieś lęki, a może kompleksy, które zwalczałeś swoją wielką aktywnością i żartami.

 Wierzymy, że  kiedyś nam o sobie opowiesz,  gdy przybędziemy do Twojej Krainy i pogadamy „ po duszam” jak mawiają Rosjanie .  Wszak Człowiek składa się z tego co słabe i z tego co silne. I tylko od niego zależy porządkowanie i ustawianie  w kolejności . Wiem, że mi wybaczysz to mędrkowanie, ale lubię tak. U siebie też szukam tych różnych cech, nazywanie ich i cieszenie się efektem podsumowania. Och, pogadamy sobie Krzysiu, kiedyś , na pewno – Wszyscy pogadamy  – o naszych  wspólnych –

„ zielonych „ studenckich  czasach i otworzymy swoje serca i bagaże doświadczeń….

Wtedy –  gdy już tak się stanie –  z pewnością zwyczajowo sporządzisz   dokument – prezentację multimedialną  z naszego spotkania –  jak wtedy, w tym pamiętnym 2015  roku w Baranowie k/ Poznania ….

20 grudnia 2016 roku tak pisano o Tobie we wszystkich poznańskich i krajowych mediach :

Profesor Linke to niekwestionowany autorytet moralny,  wychowawca kilku pokoleń lekarzy, znany nauczyciel akademicki, autor podręczników dla studentów i lekarzy. Pacjenci cenili go nie tylko za swoje podejście do chorego, ale także za działalność społeczną. Profesor oddany był idei integracji i rozwoju społeczności lekarskiej. Przez wiele lat kierował Katedrą i Kliniką Gastroenterologii, Żywienia Człowieka i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego  im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Był także współtwórcą Kodeksu Etyki Lekarskiej.

Absolwent Akademii Medycznej w Poznaniu (1971 r. ).

W 1976 r. uzyskał stopień doktora nauk medycznych, 3 lata później – specjalizację II stopnia w dziedzinie chorób wewnętrznych, a w 1987 r. – został specjalistą  gastroenterologiem .

W 1993 r. uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk medycznych na podstawie rozprawy pt. „Zanikowe zapalenie błony śluzowej żołądka. Możliwości i ograniczania metod rozpoznawczych z uwzględnieniem żołądkowego układu regulacji hormonalnej”.

W 2003 r. otrzymał nominację profesorską.

Był Przewodniczącym Okręgowego Sądu Lekarskiego Wielkopolskiej Izby Lekarskiej w latach 1997-2005, twórcą (2010 r.) i wieloletnim redaktorem naczelnym „Medycznej Wokandy”- pisma wydawanego przez Naczelną Izbę Lekarską i Wielkopolską Izbę Lekarską; a także Przewodniczącym Zarządu Oddziału Poznańskiego Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii.

Krzysztof Linke był pasjonatem kreującym w środowisku wizerunek lekarza społecznika, zawsze oddanym  idei integracji i rozwoju społeczności lekarskiej.

Aktywnie wspierał w środowisku akademickim rolę i zadania wykonywane przez lekarski samorząd.

Ale przede wszystkim był prawym i oddanym chorym lekarzem .

Zmarł nagle w ubiegły piątek.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się w piątek tj. 23 grudnia 2016 r. na cmentarzu przy ul. Nowina w Poznaniu:

– Msza Święta o godz. 11 00 w kościele parafialnym pw. Chrystusa Dobrego Pasterza przy ul. Nowina 1

– pogrzeb o godz. 11 45.

Poniżej link i kariera zawodowa

https://www.nil.org.pl/__data/assets/pdf_file/0005/112010/01-Sobczak.pdf

https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/poznan/poznan-nie-zyje-profesor-krzysztof-linke/95kt152

https://www.mp.pl/gastrologia/wiadomosci/155565,zmarl-prof-krzysztof-linke

Ależ Cię wynudziłam Drogi Krzysztofie , cytując te wszystkie informacje  skopiowane z różnych podanych linkami  miejsc. Ale to  tylko  słowa określające, a dla nas jesteś stale żywy we wspomnieniach jakże jeszcze świeżych.

Pewnie jesteś ciekaw co o Tobie powiedzą nasi Koledzy.

Ale bądź cierpliwy , bo już jutro opowieść Mariolki – która zabawnie i jak zwykle krótko a treściwie zobrazuje Twoją lekkość i radość ale i stanowczość zachowań lekarskich a potem znowu będzie na poważnie – pojawi się  przejmująca szeroka  opowieść Leszka Milanowskiego o Tobie, Chórze Akademii Medycznej i straszliwych latach kiedy ludziom zawalał się świat …..

A potem, potem poczekamy na Twoją opowieść  o nas, Twoich kolegach z tych wczesnych lat młodzieńczych, kiedy to zda się medycyna stała dla nas otworem …..i byliśmy czystą białą niezapisaną jeszcze kartą …..

Do zobaczenia więc Krzysztofie …..

**

* Krzysztof Linke, zdjęcie z  wersji internetowej Gazety Wyborczej

** zdjęcie własne