Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 15 ). Wspomnienia o Krzysiu Linke i Chórze Akademii Medycznej w Poznaniu.

Krzysztof Linke. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

Po trwających tu od dwóch dni Wspominkach Kolegów o Krzysztofie Linke , który nagle odszedł od nas bez pożegnania 16 grudnia 2016 roku – pora na bardzo Ciekawą , Niezwykle Szeroką, Pełną Mądrości Życiowej ale i Goryczy – snutą na kanwie Wielkiej Historii  – opowieść Leszka Milanowskiego . Poniżej On sam, w Grudniowej Oprawie 🙂 . A potem Jego Przejmujący Tekst ….. 

Krzysiu Linke był członkiem Chóru Stuligrosza, zdaje mi się. Na studiach miałem z Nim dość powierzchowny kontakt, bo było mi przykro, gdy jako prezes Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu ciągle szukałem nowych członków, a On się nie angażował.

Teraz zrozumiałem, ale dopiero po latach co pośrednio wynikało z naszych długich rozmów, gdy robiłem staż specjalizacyjny na internie do medycyny rodzinnej.

Chór to nie tylko chęć i potrzeba śpiewania. To grupa bliższych i dalszych przyjaciół, a przede wszystkim charyzma dyrygenta.

Trudno było Krzysiowi Linke wejść do gorszego zespołu pod gorszym dyrygentem, którego miał przedtem. Taka wybitnie jednoczącą osobowością był dr Jerzy Fischbach, ale przecież ze Stuligroszem nikt nie mógł się równać.

Zresztą wspaniały, jednoczący, charyzmatyczny Jerzy Fischbach jako bezpartyjny został pozbawiony możliwości dalszego kierowania Chórem Akademii Medycznej w Poznaniu. To była Wielkie tragedia również dla  Chórzystów . On Chór stworzył, dyrygował i Jego osobowość przyciągała.

Niestety, jak Krzysiu Linke, po przebytych doświadczeniach z muzyką, wówczas nie kwapiłem się do Chóru. Znam dr Fischbacha z opowieści, zwłaszcza Ani Górecznej – koleżanki z naszego roku  ( studia w latach 1965 -1971 ) na Akademii Medycznej w Poznaniu .

W 1968 r. byłem działaczem Komisji Kultury Rady Uczelnianej ZSP. Ówczesny jej szef partyjniak JH zaproponował mi „współpracę”  przy usunięciu dr Fischbacha. Jakieś śmieszne, naciągane zarzuty, jak to w polityce, nie tylko ówczesnej, „bo taka jest potrzeba”.  Nie zgodziłem się, a najbardziej mnie bolało wyrzucenie Jej Wielkiego Założyciela. Chór za Jego kadencji był żywą, wesołą grupą towarzyską i zbierał nagrody na festiwalach międzyuczelnianych. Śpiewał też za granicą.  Chórowi groziło rozwiązanie. Ania Góreczna a naszego roku próbowała zbierać nowych członków. Jako posiadający podstawowe, rozszerzone o korepetycje, wykształcenie muzyczne z Kutna (dzięki temu, że ojciec wywiózł mnie do pasania krów, gdy musiałem  powtarzać  II klasę w Szkole Muzycznej  i nie chciałem się dalej uczyć muzyki – ale wobec takiego pomysłu Ojca – potulnie ukończyłem tę szkołę ) uważałem, że nie można zmarnować tego, co dr Jerzy Fischbach stworzył. Ania Góreczna zaproponowała mi zostanie prezesem Chóru. Jako wesoły człowiek, lubiący śpiewać, czułem że to moje powołanie dla zachowanie w pamięci dzieła jego Twórcy, zmuszonego do emigracji.

Nowi członkowie Chóru pochodzili z różnych lat studiów. Śpiewała tam razem ze mną moja późniejsza pierwsza żona, Danusia Pawlak. Do dzisiaj na wspólnych, rodzinnych uroczystościach śpiewamy „Gaude Mater Polonia”. Ona i Ania Góreczna, alty, ja baryton ze Stasiem… Podporą basów był „Generał” Andrzej Polimirski.  W sopranach była piękna blondynka Ewa Lutkowska. Główny trzon Chóru AM Poznań stanowili jednak studenci czwartego Wydziału Akademii Muzycznej. Duszą towarzystwa był Marek Bykowski. Od strony chóralnej najmilej wspominam śpiewanie „Exultate Deo…” Scarllattiego w Kościele na Górze Przemysława. Oczywiście też „Mruczkowe Bajki” Nowowiejskiego, które do dziś potrafimy zaśpiewać.

Najwięcej członków z nowego naboru miał nasz Chór w latach 1969-1971 – nawet nieco ponad 40. W 1969 roku na wiosnę pojechaliśmy do Charkowa. Na 40 członków było chyba około 26 chórzystów, a reszta to zasłużeni członkowie Rady Okręgowej ZSP. Jechał z nami również Krzysztof Jaślar i szef późniejszego Kabaretu TEY Zenon Laskowik.

Z Anią Góreczną dostaliśmy podpis autora „Anatomii prawidłowej” Prof. Sinielnikowa, który był kierownikiem Katedry Anatomii na Uniwersytecie w Charkowie. Kilka koncertów, ale najbardziej zapamiętałem akademie w rocznice urodzin Lenina. Ceremoniał – jak na Mszy Świętej z „kazaniem” samego Lenina, odtworzonym z płyty, po którym burza oklasków. Tak wspaniale „przemawiał”!!!  Patrzyliśmy z boku na tą bałwochwalczą euforię tambylców, ale nie wypadało nie wstać, jako że byliśmy gośćmi… Utkwiły mi w pamięci rozliczne kawały, które Zdzichu i Krzysztof robili z systemu.

Gdy przyjechaliśmy, na ulicach były półmetrowe hałdy śniegu. W ciągu 2 dni całkowicie zniknęły, bo wszyscy mieszkańcy w czasie „subotnicy” je wysprzątali. Mieszkańcy czuli, że robią to dla swego dobra. To może po części wynikało z systemu politycznego, ale – jak widać – totalitaryzm potrafił być pożyteczny w czasach kryzysu.

Gospodarze zawieźli nas pod Charków i kazali grabić jakiś las. To się nazywało, że to „park”. Oczywiście wygłupy, żarty. A to było miejsce pochówku polskich oficerów, o czym nas nie poinformowano.  Do dziś myślę o tym ze zgrozą, że nie szanowaliśmy tego miejsca. Gospodarze nam tego nie powiedzieli. Myślę, że celowo mogli nas tam wpuścić, żebyśmy się zabawiali na grobach Polaków. Wolałbym wierzyć, że sumienie jakiegoś „wierchuszki” nas tam wysłało, żebym po latach wspominał to miejsce.

Niezapomniane były obozy w Łagowie Lubuskim pod światłym kierownictwem Jurka Marcinkowskiego. Ostatnio spotkałem w Kościanie jedną z członkiń, żonę Włodka Zydorczaka, psychiatrę o dwa lata młodszą, których skojarzył na jakiejś imprezie Piotr Drews. Bardzo szczęśliwe i dobre małżeństwo. Włodek jest szefem organizacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw i razem rok temu próbowaliśmy założyć nowa partię polityczną „ORP” – „Obywatelska Rzeczpospolita Polska”. Rozpad nastąpił przez typowe polskie kłótnie.

Niestety zerwałem z Chórem zaraz po uzyskaniu dyplomu lekarza.

Staże, dyżury po 30 godzin na dobę (tak! wówczas to było możliwe: po pracy w szpitalu, poradnia szkolna – 2 godziny – z jednoczesnym dyżurem w Pogotowiu Ratunkowym do rana i z jednoczesnym zabezpieczeniem „Pomocy Wieczorowej” – 4 godziny – zresztą za grosze). Po kolejnym dniu u Prof. Wojnerowicza znowu szkoła, pomoc wieczorowa i jeszcze wieczorem 2 godziny w więzieniu pod Iwnem. Kiedyś, po takich 40 godzinach pracy, tzw. „klawisze” [więzienni] przyprowadzili mi 40-latka, który nie chciał pracować. Uważali, że jest chory psychicznie. Rozmowa – zorientowany, zdrowy i wreszcie pytam, dlaczego nie pracuje. – bo nigdy nie pracowałem. A z czego Pan żyje? z renty 70-letniej mamusi. Uważałem za swój obowiązek nawrócić go „na dobrą drogę”. Opowiedziałem mu o swojej pracy prze ostatnie 40 godzin i spytałem jak on się czuje, gdy patrzy na takiego jak ja zapracowanego człowieka. Odpowiedź pamiętam do dziś:

„A po coś pan taki głupi?!”. Klawisze pękali ze śmiechu, ale nie wiem, czy później czasem ruszył łopatą.

Cale życie miałem takie poczucie, że po studiach Chór zdradziłem.  Myślę, że Krzysiu Linke miał podobne poczucie w stosunku do swej chóralnej przeszłości u Stuligrosza, bo był Opiekunem Chóru z ramienia Uczelni. Jednak wyksztalcenie muzyczne tkwi w nas i przy sprzyjających okolicznościach się odzywa.

I teraz Krzysiu Linke.

Cztery lata temu postanowiłem na starość znaleźć sobie inne, spokojniejsze zajęcie w miejsce chirurgii i rozpocząłem na wolontariacie w Poznaniu na Osiedlu Rumcajsa (koło Lotniska Ławica) specjalizację z medycyny rodzinnej. Przylatuję rzadko do Poznania [na Lotnisko Ławica], na kilka dni kiedy akurat nie mam zajęć w Anglii. W czasie urlopu chciałem odrobić staż z interny. Wiec po ponad 40 latach do Kliniki do Krzysia Linke. Spotkanie jakbyśmy się rozstali wczoraj. Niekończące się opowieści o Chórze. Krzysiu wrócił do korzeni. Opowiadał o licznych wyjazdach na festiwale, koncerty po całej Europie. Bylem dumny, że udało mi się przechować najtrudniejszy okres po wyrzuceniu Jerzego Fischbacha. Krzysiu był wspaniałym kontynuatorem Jego dzieła. A najważniejsze, że Chór AM w Poznaniu pod Jego kuratelą tak wspaniale rozkwita. W ciągu tego miesiąca rozmawialiśmy często. Czułem Jego ogromną życzliwość i opiekę w moich nieudolnych wysiłkach do bycia internistą. Chirurg ma proste rozwiązania, co prawda z ogromną odpowiedzialnością. Lecz internista musi być mądrym lekarzem, by pomagać i rozwiązywać prawdziwie trudne, zawikłane i niejasne problemy.  Większy szacunek czuję tylko do pediatrów, którzy w rzeczywistości muszą badać i matkę i dziecko i leczyć oboje. Niestety, miałem tylko miesiąc stażu w Szpitalu im. Krysiewicza w Poznaniu, bo wysłano mnie do Stacji Krwiodawstwa.

Byłem świadkiem Krzysia pracy lekarskiej i profesorskiej. Krzysiu badał wnikliwie i widać było Jego osobiste zaangażowanie w rozwiązaniu problemów pacjenta.

Z obawą mówił o zakusach na Jego Katedrę i planach usunięcia Go ze stanowiska z racji emerytury. Myślę, że nie miał pomysłu na czas swej emerytury. Całego siebie oddał swej pracy zawodowej. Umiał położyć nacisk na rzeczy istotne dla pacjenta, pomijając błędy poprzedników.

Pamiętamy Jego wspaniały profesorski wykład na naszym spotkaniu w Baranowie w 2015 roku. Zmarł nagle na zawał serca [16 grudnia 2016 r.]. Myślę, że niestety do Jego śmierci przyczyniła się typowa polska zawiść miedzy lekarzami i zakusy na Jego pozycję związane z Jego wiekiem emerytalnym.

W Anglii każdy lekarz wręcz stara się jak najwięcej nauczyć swych następców. Nie ma tu stanowiska ordynatora, a każdy specjalista jest samodzielny. Każdy ma swoich pacjentów przyjętych na jego dyżurze lub badanych w jego poradni. Specjalista – „Consultant”-  ma zespól złożony z tzw. „SpR” – Specialist Registrar’a, „SHO” Senior House Officer’a, i jednego lub dwóch  (HO) House Oficer’ów. Nie ma walki między specjalistami. Tylko raz byłem świadkiem, gdy Hindus Subramanian wykańczał świetnego Mr Davidsona, chirurga rekonstruującego piersi w Środkowej Anglii. Wyjątek potwierdzający regułę. Nie żeby mówił o tym pacjentom. Jest wyścig szczurów, polegający na ambicji i doskonaleniu się, lecz nie na wykańczaniu się. Wygrywa naprawdę najlepszy. A wygrana nie oznacza wykończenia kogoś, a zdobycie najlepszych umiejętności. Potem się idzie w bardzo wąską specjalizację. W Durfham (gdzie spoczywa Venerable Bede od 780 r.n.e.) poznałem młodą chirurga plastyka, która umiała odtwarzać piersi tylko jedną metodą. Nie miała dyżurów, co prawda pracowała w Poradni, ale na sali operacyjnej robiła tylko jedno, zresztą świetnie.

Myślę, że Krzysiu Linke padł ofiarą typowej polskiej zawiści, polskiego piekła, przed którym nie potrafił się obronić. Zbyt delikatny, ufny, otwarty.

Byłby wspaniałym mentorem i nauczycielem zawodu każdego lekarza w Anglii, gdzie korzysta się z doświadczenia i wiedzy takich osób dopóki sami tego chcą. Z powodu lepszych zarobków tylko niektórzy pasjonaci pracują po dojściu do emerytury, ale jest przeogromna różnica we wzajemnych relacjach.

Mówienie źle i krytykowanie innego lekarza przed pacjentem dyskredytują całkowicie tego, który to mówi. Przy mnie nigdy nikt nie powiedział słowa krytyki wobec lekarzy poprzednio leczących.

Krzysiu Linke nie miał szczęścia do współpracy w życzliwym otoczeniu.

W Anglii po 65 roku życia dostaje się od państwa emeryturę, ale nadal można pracować do późnej starości, o ile pozwala zdrowie i umiejętności. Widać ze mną jeszcze nie jest tak źle, choć świadomie się coraz bardziej ograniczam. Krzysiu nie miał tego szczęścia, bo Jego wrogom zależało na Jego stanowisku. Dla mnie Krzysiu dużo zrobił. Dal mi szansę na nową specjalizację a przede wszystkim uratował i rozwinął „mój” Chór AM.

 

Leszek Milanowski, Sherwood Forest Hospitals NHS Foundation Trust, Anglia, w grudniu 2018 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *