W 1968 roku „ jakbym nagle utracił najbliższą Rodzinę „ – powiedział dr Jerzy Fischbach. .

Gdy otrzymałam od Leszka tekst zamieszczony w poprzednim wpisie, miałam niejakie wątpliwości czy Pan dr Jerzy Fischbach zgodzi się na publiczne  ujawnianie  niektórych faktów z Jego życia. Wysłałam więc opowieść Leszka z właśnie takim pytaniem. Wkrótce  otrzymałam  odpowiedź , przy okazji stale zachwycając się  wielką formą dość wiekowego już Pana Doktora – ogromną aktywnością , zaangażowaniem  w prowadzeniu Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł , ale też sprawnością  w posługiwaniu się słowem no i komputerem . A to w całości tekst tego maila   :

Droga koleżanko Zofio !
Każdy list od Pani sprawia mi olbrzymią przyjemność.

Po pierwsze używa Pani pięknej formy języka polskiego.

Po drugie jednak z pobudek egoistycznych ( niestety ) bo lubię być chwalony. Na usprawiedliwienie tego drugiego uczucia podam, że od pierwszych lat studiów,  jak i przez wiele, wiele lat życia zawodowego spotykałem się z innymi, przeciwnymi reakcjami otoczenia.

 Żyłem przecież w bardzo trudnych czasach, często byłem śledzony, a często pewnie wydawało mi się, że jestem śledzony. Z tych powodów unikałem osobistych kontaktów z otoczeniem. Teraz tego bardzo żałuję,  bo byłem – jak wiem dziś – otoczony wielu wartościowymi ludźmi. Szkoda. Brak mi z Nimi kontaktów.

Były też skierowane przeciw mnie działania, które ugruntowały we mnie autentyczne przekonanie , że to co robię jest mało warte ! !

Była praca zawodowa, naukowo – dydaktyczna,  aż przyszli po mnie TRZEJ PANOWIE ” personalni ” Akademii Medycznej ( którym podlegał nawet Rektor !!! ) i powiedzieli : ” my sobie nie życzymy,  aby Pan pracował dalej na tej uczelni „.

Wcześniejsze” wywalenie mnie ” z kierownictwa chóru było tylko przygrywką mająca pozbawić mnie atutów pracy społecznej  dla Akademii Medycznej. Byłem bezpartyjny.


Założenie i prowadzenie chóru AM
W tych czasach , to była nie tylko chęć umuzykalnienia medyków, ale też przede wszystkim chęć kształtowania cech osobowości i kultury. Przyszłych lekarzy. { było to działanie również z nakazu ustnego danego mi przez Kardynała Wyszyńskiego- Ale to nie w tym miejscu }.

W momencie usuwania mnie z kierownictwa chóru atmosfera była bardzo gorąca.  Uważałem wtenczas,  że nawiązywanie czy  utrzymywanie kontaktów z moimi byłymi chórzystami było niewskazane dla dobra ukończenia przez nich studiów. Były takie groźby wypowiadane przez ówczesnego prorektora.

To było dla mnie smutne rozstanie, bardzo to przeżyłem.  Nikt z obecnie jeszcze żyjących i zmarłych chórzystów nie wyobrażał sobie jak ja to przeżyłem.
Można to porównać do nagłej utraty najbliższej Rodziny !!! A moje uczucia smutku pogarszał fakt , że nie miałem jeszcze swojej rodziny. ………………

Mogłem tylko liczyć na to  że członkowie dawnej rodziny śpiewaczej po uzyskaniu dyplomu odszukają mnie i nawiążą kontakty   tak bardzo mi potrzebne.

Były takie 3 osoby. Dwie z nich do dziś śpiewają u mnie w prowadzonych przez mnie poznańskich Madrygalistach im. Wacława z Szamotuł.

 W latach 80 – tych , kiedy rektorem został prof. Wójtowicz,  to prof. Krzysztof Linke , piastujący funkcje prorektora Uczelni znalazł mnie i zaproponował w Imieniu Władz Uczelni , abym wrócił na stanowisko kierownika chóru. Niestety   musiałem odmówić z kilku względów: osobistych , nie byłem już pracownikiem AM, no i wiedziałem,  że w gronie kierownictwa uczelni są 4 osoby bardzo mi nieżyczliwe. Była to smutna, ale przemyślana decyzja.

Po czasie prof. Linke pofatygował się  do mnie jeszcze raz prosząc  w imieniu Rektora o wskazanie osoby , która by mogła w dalszym ciągu prowadzić chór studencki AM. Wskazałem prof. Przemysława Pałkę. Wybór mój był jak widać trafny – bo prowadzi mój chór już tyle lat.

Ja bardzo żałuję, że nie powtarzałem się sam nawiązać osobistego kontaktu z prof. Krzysztofem Linke. Człowiekiem dużej kultury osobistej oraz znawcy chóralistyki . Szkoda  że teraz odszedł tak przedwcześnie.
Ja nie lubię się narzucać. Pozdrawiam wszystkich, którzy pozytywnie oceniają współpracę że mną. A jeżeli chcą nawiązać choć bierny, lub czynny w mojej pracy chóralnej,  to proszę Szanowną Koleżankę o ułatwienie kontaktu że mną. To wielka sprawa. Śpiewać można bez względu na wiek. Muzyka odmładza.

Ten list wysłałam Leszkowi, podając adres mailowy Pana Doktora i chyba jeszcze tego samego dnia dostałam do wiadomości mail Leszka adresowany do Dr Fischbacha  :

Wielce Szanowny Panie Doktorze,

Jestem wdzięczny losowi a zwłaszcza Jurkowi i Zosi, że pozwolili mi z Panem się skontaktować.

Myśmy zawsze z rozrzewnieniem i żalem wspominali czasy, gdy Pan był Dyrygentem, Opiekunem, dobrym duchem Chóru. Nie śpiewałem pod Pana batuta, ale znam z opowieści zwłaszcza
śp. Ani Górecznej.
Chór pod Pana batutą był grupą RADOSNYCH .

Chór AM w Poznaniu był radosną grupą życzliwych entuzjastycznych przyjaciół którą namiastkę
próbowałem kontynuować. Wówczas wszyscy wspominali Pana okres jako
najlepszy dla Chóru. Może fajnie było z Jurkiem na obozie w Łagowie,
ale brakowało Pana entuzjazmu.
Cieszę się tylko, że chyba trochę dzięki mnie Chór  przeżył po 1968 roku ale już nigdy nie był taki.

Wiedzieliśmy co zostało stracone, bo następny dyrygent, nie będę wymieniał  nazwiska. człowiek na pewno porządny i fachowiec, nie umiał stworzyć atmosfery gdzie chciałoby się tam spotykać, co było za Pana czasów. Przetrwaliśmy dzięki studentom wydziału czwartego WSM w Poznaniu im. Wieniawskiego. Nie zapomnę zwłaszcza Marka Bykowskiego, z którym straciłem kontakt.

Nie wiem, dlaczego po okresie szaleństwa nie zwróciliśmy się do Pana o powrót. Może miałem za mało czasu. Zresztą  samemu, gdy Uczelnia nie chciała mnie przyjąć na staże poczułem się z niej wyrzucony i z Chórem zerwałem.

Nawet nie wiem, co się dalej działo.

Raz tylko wlazłem z Córką przez okno w Aspirynce jakieś 20 lat  temu  i miałem okazję bawić się w tym towarzystwie na zamkniętej imprezie.  Już wówczas Krzysiu był opiekunem Chóru.

Brakuje mi Jego relacji.  Inni ludzie, nieznani, nawet nie wiedzieli kto był Twórcą Chóru .

Żywe wspomnienia i relacje o   działalności Chóru dostałem od śp. Krzysia Linke na rok przed Jego tragicznym odejściem. On wiedział, że byłem kiedyś prezesem i czułem się, jakby zdawał mi sprawozdanie z tego co się działo z Chórem za Jego kadencji. Duma i mnie rozpierała.
Jego zabiła ambicja i poniżenie, jakie Go spotkało.

Jurek zajmuje się czasem przejścia na emeryturę, co i mnie powinno dotyczyć.
Niestety, boję się tego i dlatego ciągle pracuję. Chyba jestem ostatnim czynnym chirurgiem z naszego roku 1971, ale to ze strachu.
Potrzebuję  jakiegoś zajęcia równie pasjonującego. Zosia i Jurek wspaniale wspierają.

Szanowny Panie Doktorze, Nie wiem kto teraz jest opiekunem Chóru po Krzysiu. Niniejszym zlecam Jemu służbowe polecenie odnalezienia człowieka.

Jurka zapładniam następnym zadaniem. Co stoi na przeszkodzie zorganizowania spotkania obecnych członków oraz  weteranów Chóru i Jego założyciela tj. Pana Doktora.  Łączą nas wspólne przeżywanie czegoś co Piękne – a nazywa się Muzyką.

 Proponuję każdemu napisanie kilku wierszy wspomnień, Jurek mógłby to zebrać i na takim spotkaniu dostalibyśmy garść prawdy o sobie.

Mój stosunek do Pana Doktora Pan zna . Osobiście bardzo Pana proszę, by Pan napisał kilka słów o swoich z Chórem przeżyciach, o jego początkach, wyjazdach, może pamięta Pan nazwiska?.

Ja z bezsilnej złości , jeszcze a latach 70 ubiegłego wieku zniszczyłem swoje prywatne archiwum Chóru . Szkoda. Chyba po latach Pana świadectwo traktowania Polaków jakie Pana spotkało byłoby również cennym świadectwem traktowania innych jak „gorszego sortu”. Oby te czasy nigdy nie wróciły.

Przecież na pewno obserwował Pan z daleka moje skromne wysiłki, które nie umywały się do Pana charyzmy. Nie mam tego co Pan geniuszu.
Łączę najlepsze życzenia Świąteczne. Tego maila wysyłam również do Zosi i Jurka.

Z wyrazami głębokiego szacunku,

Leszek Milanowski

Równocześnie Leszek  napisał do mnie :

Kochana Zosiu,

Dzięki za ten list.

Widać, że zadra lat komuny ciągle w nas tkwi.

Dziś wszyscy możemy sobie wyrzucać, że myśmy nie skontaktowali się z Dr Fiszbachem, a Jemu też zabrakło wyobraźni, że system  może kiedyś upaść.

Mnie zresztą i tak spotkały małe szykany, gdy nie zgodziłem się na podpisanie jedynie słusznej rezolucji przywiezionej z komitetu wojewódzkiego pzpr  (celowo małe litery).

Wyrzucony z ZMS-u, o mało nie pojechałem na praktykę do Glasgow, ale co to za
szykany!.

Zabrakło kręgosłupa, zresztą pewnie byłoby tak, jak Pan doktor pisze.

Kamasze i wyrzucenie ze studiów.

Tak działa strach przed każdym reżimem, że podporządkowujemy się nawet myślom dyktatora.

Ania mi mówiła, że mamy zakaz kontaktowania się.

Posłusznie wykonywałem zalecenia. Czuję się jak kolaborant tamtej władzy.

Ale kto przewidywał, że przyjdzie Wałęsa ?

Zosiu, Dziękuję za kontakt.

 Ten temat wraca do nas jak bumerang. Leszek nie może się uporać z poczuciem winy – zupełnie niezawinionej , bo wtedy  nikt nic nie mógł zrobić. Po prostu nie mógł. Czas to był okrutny , bezwzględny, „łamano ludziom kręgosłupy” lub „ wyrzucano za burtę „ ….

 

 Jeśli Ktoś będzie zainteresowany i otworzy poniższy link – znajdzie  tam garść informacji o dr Jerzym Fischbachu, o Jego Chórze, o Wielkich  Emocjach i Przeżyciach Duchowych…. Wspólnie z Jurkiem Marcinkowskim napisaliśmy ten tekst – który potem  został zamieszczony na stronie PTH . Ale dla mnie najbardziej wzruszające i najpiękniejsze są słowa doktora Jerzego  Fischbacha – Człowieka  Potężnej  Siły, Kultury, Duchowości , chyba czerpanej od samego Stwórcy . Spotkanie Takiego CZŁOWIEKA jest Darem ……   

https://www.pth.pl/konferencje_opis.php?id_menu_left=118&id_info=36&str_glowna=2&id_typ_obslugi=7&sub_id_info_d=&id_info_o=0&id_oddz=23&id_konf=81

Pan Doktor Jerzy Fischbach, twórca i dyrygent Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł w czasie Koncertu w Kościele p.w. św. Wojciecha w Poznaniu. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 15 ). Wspomnienia o Krzysiu Linke i Chórze Akademii Medycznej w Poznaniu.

Krzysztof Linke. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

Po trwających tu od dwóch dni Wspominkach Kolegów o Krzysztofie Linke , który nagle odszedł od nas bez pożegnania 16 grudnia 2016 roku – pora na bardzo Ciekawą , Niezwykle Szeroką, Pełną Mądrości Życiowej ale i Goryczy – snutą na kanwie Wielkiej Historii  – opowieść Leszka Milanowskiego . Poniżej On sam, w Grudniowej Oprawie 🙂 . A potem Jego Przejmujący Tekst ….. 

Krzysiu Linke był członkiem Chóru Stuligrosza, zdaje mi się. Na studiach miałem z Nim dość powierzchowny kontakt, bo było mi przykro, gdy jako prezes Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu ciągle szukałem nowych członków, a On się nie angażował.

Teraz zrozumiałem, ale dopiero po latach co pośrednio wynikało z naszych długich rozmów, gdy robiłem staż specjalizacyjny na internie do medycyny rodzinnej.

Chór to nie tylko chęć i potrzeba śpiewania. To grupa bliższych i dalszych przyjaciół, a przede wszystkim charyzma dyrygenta.

Trudno było Krzysiowi Linke wejść do gorszego zespołu pod gorszym dyrygentem, którego miał przedtem. Taka wybitnie jednoczącą osobowością był dr Jerzy Fischbach, ale przecież ze Stuligroszem nikt nie mógł się równać.

Zresztą wspaniały, jednoczący, charyzmatyczny Jerzy Fischbach jako bezpartyjny został pozbawiony możliwości dalszego kierowania Chórem Akademii Medycznej w Poznaniu. To była Wielkie tragedia również dla  Chórzystów . On Chór stworzył, dyrygował i Jego osobowość przyciągała.

Niestety, jak Krzysiu Linke, po przebytych doświadczeniach z muzyką, wówczas nie kwapiłem się do Chóru. Znam dr Fischbacha z opowieści, zwłaszcza Ani Górecznej – koleżanki z naszego roku  ( studia w latach 1965 -1971 ) na Akademii Medycznej w Poznaniu .

W 1968 r. byłem działaczem Komisji Kultury Rady Uczelnianej ZSP. Ówczesny jej szef partyjniak JH zaproponował mi „współpracę”  przy usunięciu dr Fischbacha. Jakieś śmieszne, naciągane zarzuty, jak to w polityce, nie tylko ówczesnej, „bo taka jest potrzeba”.  Nie zgodziłem się, a najbardziej mnie bolało wyrzucenie Jej Wielkiego Założyciela. Chór za Jego kadencji był żywą, wesołą grupą towarzyską i zbierał nagrody na festiwalach międzyuczelnianych. Śpiewał też za granicą.  Chórowi groziło rozwiązanie. Ania Góreczna a naszego roku próbowała zbierać nowych członków. Jako posiadający podstawowe, rozszerzone o korepetycje, wykształcenie muzyczne z Kutna (dzięki temu, że ojciec wywiózł mnie do pasania krów, gdy musiałem  powtarzać  II klasę w Szkole Muzycznej  i nie chciałem się dalej uczyć muzyki – ale wobec takiego pomysłu Ojca – potulnie ukończyłem tę szkołę ) uważałem, że nie można zmarnować tego, co dr Jerzy Fischbach stworzył. Ania Góreczna zaproponowała mi zostanie prezesem Chóru. Jako wesoły człowiek, lubiący śpiewać, czułem że to moje powołanie dla zachowanie w pamięci dzieła jego Twórcy, zmuszonego do emigracji.

Nowi członkowie Chóru pochodzili z różnych lat studiów. Śpiewała tam razem ze mną moja późniejsza pierwsza żona, Danusia Pawlak. Do dzisiaj na wspólnych, rodzinnych uroczystościach śpiewamy „Gaude Mater Polonia”. Ona i Ania Góreczna, alty, ja baryton ze Stasiem… Podporą basów był „Generał” Andrzej Polimirski.  W sopranach była piękna blondynka Ewa Lutkowska. Główny trzon Chóru AM Poznań stanowili jednak studenci czwartego Wydziału Akademii Muzycznej. Duszą towarzystwa był Marek Bykowski. Od strony chóralnej najmilej wspominam śpiewanie „Exultate Deo…” Scarllattiego w Kościele na Górze Przemysława. Oczywiście też „Mruczkowe Bajki” Nowowiejskiego, które do dziś potrafimy zaśpiewać.

Najwięcej członków z nowego naboru miał nasz Chór w latach 1969-1971 – nawet nieco ponad 40. W 1969 roku na wiosnę pojechaliśmy do Charkowa. Na 40 członków było chyba około 26 chórzystów, a reszta to zasłużeni członkowie Rady Okręgowej ZSP. Jechał z nami również Krzysztof Jaślar i szef późniejszego Kabaretu TEY Zenon Laskowik.

Z Anią Góreczną dostaliśmy podpis autora „Anatomii prawidłowej” Prof. Sinielnikowa, który był kierownikiem Katedry Anatomii na Uniwersytecie w Charkowie. Kilka koncertów, ale najbardziej zapamiętałem akademie w rocznice urodzin Lenina. Ceremoniał – jak na Mszy Świętej z „kazaniem” samego Lenina, odtworzonym z płyty, po którym burza oklasków. Tak wspaniale „przemawiał”!!!  Patrzyliśmy z boku na tą bałwochwalczą euforię tambylców, ale nie wypadało nie wstać, jako że byliśmy gośćmi… Utkwiły mi w pamięci rozliczne kawały, które Zdzichu i Krzysztof robili z systemu.

Gdy przyjechaliśmy, na ulicach były półmetrowe hałdy śniegu. W ciągu 2 dni całkowicie zniknęły, bo wszyscy mieszkańcy w czasie „subotnicy” je wysprzątali. Mieszkańcy czuli, że robią to dla swego dobra. To może po części wynikało z systemu politycznego, ale – jak widać – totalitaryzm potrafił być pożyteczny w czasach kryzysu.

Gospodarze zawieźli nas pod Charków i kazali grabić jakiś las. To się nazywało, że to „park”. Oczywiście wygłupy, żarty. A to było miejsce pochówku polskich oficerów, o czym nas nie poinformowano.  Do dziś myślę o tym ze zgrozą, że nie szanowaliśmy tego miejsca. Gospodarze nam tego nie powiedzieli. Myślę, że celowo mogli nas tam wpuścić, żebyśmy się zabawiali na grobach Polaków. Wolałbym wierzyć, że sumienie jakiegoś „wierchuszki” nas tam wysłało, żebym po latach wspominał to miejsce.

Niezapomniane były obozy w Łagowie Lubuskim pod światłym kierownictwem Jurka Marcinkowskiego. Ostatnio spotkałem w Kościanie jedną z członkiń, żonę Włodka Zydorczaka, psychiatrę o dwa lata młodszą, których skojarzył na jakiejś imprezie Piotr Drews. Bardzo szczęśliwe i dobre małżeństwo. Włodek jest szefem organizacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw i razem rok temu próbowaliśmy założyć nowa partię polityczną „ORP” – „Obywatelska Rzeczpospolita Polska”. Rozpad nastąpił przez typowe polskie kłótnie.

Niestety zerwałem z Chórem zaraz po uzyskaniu dyplomu lekarza.

Staże, dyżury po 30 godzin na dobę (tak! wówczas to było możliwe: po pracy w szpitalu, poradnia szkolna – 2 godziny – z jednoczesnym dyżurem w Pogotowiu Ratunkowym do rana i z jednoczesnym zabezpieczeniem „Pomocy Wieczorowej” – 4 godziny – zresztą za grosze). Po kolejnym dniu u Prof. Wojnerowicza znowu szkoła, pomoc wieczorowa i jeszcze wieczorem 2 godziny w więzieniu pod Iwnem. Kiedyś, po takich 40 godzinach pracy, tzw. „klawisze” [więzienni] przyprowadzili mi 40-latka, który nie chciał pracować. Uważali, że jest chory psychicznie. Rozmowa – zorientowany, zdrowy i wreszcie pytam, dlaczego nie pracuje. – bo nigdy nie pracowałem. A z czego Pan żyje? z renty 70-letniej mamusi. Uważałem za swój obowiązek nawrócić go „na dobrą drogę”. Opowiedziałem mu o swojej pracy prze ostatnie 40 godzin i spytałem jak on się czuje, gdy patrzy na takiego jak ja zapracowanego człowieka. Odpowiedź pamiętam do dziś:

„A po coś pan taki głupi?!”. Klawisze pękali ze śmiechu, ale nie wiem, czy później czasem ruszył łopatą.

Cale życie miałem takie poczucie, że po studiach Chór zdradziłem.  Myślę, że Krzysiu Linke miał podobne poczucie w stosunku do swej chóralnej przeszłości u Stuligrosza, bo był Opiekunem Chóru z ramienia Uczelni. Jednak wyksztalcenie muzyczne tkwi w nas i przy sprzyjających okolicznościach się odzywa.

I teraz Krzysiu Linke.

Cztery lata temu postanowiłem na starość znaleźć sobie inne, spokojniejsze zajęcie w miejsce chirurgii i rozpocząłem na wolontariacie w Poznaniu na Osiedlu Rumcajsa (koło Lotniska Ławica) specjalizację z medycyny rodzinnej. Przylatuję rzadko do Poznania [na Lotnisko Ławica], na kilka dni kiedy akurat nie mam zajęć w Anglii. W czasie urlopu chciałem odrobić staż z interny. Wiec po ponad 40 latach do Kliniki do Krzysia Linke. Spotkanie jakbyśmy się rozstali wczoraj. Niekończące się opowieści o Chórze. Krzysiu wrócił do korzeni. Opowiadał o licznych wyjazdach na festiwale, koncerty po całej Europie. Bylem dumny, że udało mi się przechować najtrudniejszy okres po wyrzuceniu Jerzego Fischbacha. Krzysiu był wspaniałym kontynuatorem Jego dzieła. A najważniejsze, że Chór AM w Poznaniu pod Jego kuratelą tak wspaniale rozkwita. W ciągu tego miesiąca rozmawialiśmy często. Czułem Jego ogromną życzliwość i opiekę w moich nieudolnych wysiłkach do bycia internistą. Chirurg ma proste rozwiązania, co prawda z ogromną odpowiedzialnością. Lecz internista musi być mądrym lekarzem, by pomagać i rozwiązywać prawdziwie trudne, zawikłane i niejasne problemy.  Większy szacunek czuję tylko do pediatrów, którzy w rzeczywistości muszą badać i matkę i dziecko i leczyć oboje. Niestety, miałem tylko miesiąc stażu w Szpitalu im. Krysiewicza w Poznaniu, bo wysłano mnie do Stacji Krwiodawstwa.

Byłem świadkiem Krzysia pracy lekarskiej i profesorskiej. Krzysiu badał wnikliwie i widać było Jego osobiste zaangażowanie w rozwiązaniu problemów pacjenta.

Z obawą mówił o zakusach na Jego Katedrę i planach usunięcia Go ze stanowiska z racji emerytury. Myślę, że nie miał pomysłu na czas swej emerytury. Całego siebie oddał swej pracy zawodowej. Umiał położyć nacisk na rzeczy istotne dla pacjenta, pomijając błędy poprzedników.

Pamiętamy Jego wspaniały profesorski wykład na naszym spotkaniu w Baranowie w 2015 roku. Zmarł nagle na zawał serca [16 grudnia 2016 r.]. Myślę, że niestety do Jego śmierci przyczyniła się typowa polska zawiść miedzy lekarzami i zakusy na Jego pozycję związane z Jego wiekiem emerytalnym.

W Anglii każdy lekarz wręcz stara się jak najwięcej nauczyć swych następców. Nie ma tu stanowiska ordynatora, a każdy specjalista jest samodzielny. Każdy ma swoich pacjentów przyjętych na jego dyżurze lub badanych w jego poradni. Specjalista – „Consultant”-  ma zespól złożony z tzw. „SpR” – Specialist Registrar’a, „SHO” Senior House Officer’a, i jednego lub dwóch  (HO) House Oficer’ów. Nie ma walki między specjalistami. Tylko raz byłem świadkiem, gdy Hindus Subramanian wykańczał świetnego Mr Davidsona, chirurga rekonstruującego piersi w Środkowej Anglii. Wyjątek potwierdzający regułę. Nie żeby mówił o tym pacjentom. Jest wyścig szczurów, polegający na ambicji i doskonaleniu się, lecz nie na wykańczaniu się. Wygrywa naprawdę najlepszy. A wygrana nie oznacza wykończenia kogoś, a zdobycie najlepszych umiejętności. Potem się idzie w bardzo wąską specjalizację. W Durfham (gdzie spoczywa Venerable Bede od 780 r.n.e.) poznałem młodą chirurga plastyka, która umiała odtwarzać piersi tylko jedną metodą. Nie miała dyżurów, co prawda pracowała w Poradni, ale na sali operacyjnej robiła tylko jedno, zresztą świetnie.

Myślę, że Krzysiu Linke padł ofiarą typowej polskiej zawiści, polskiego piekła, przed którym nie potrafił się obronić. Zbyt delikatny, ufny, otwarty.

Byłby wspaniałym mentorem i nauczycielem zawodu każdego lekarza w Anglii, gdzie korzysta się z doświadczenia i wiedzy takich osób dopóki sami tego chcą. Z powodu lepszych zarobków tylko niektórzy pasjonaci pracują po dojściu do emerytury, ale jest przeogromna różnica we wzajemnych relacjach.

Mówienie źle i krytykowanie innego lekarza przed pacjentem dyskredytują całkowicie tego, który to mówi. Przy mnie nigdy nikt nie powiedział słowa krytyki wobec lekarzy poprzednio leczących.

Krzysiu Linke nie miał szczęścia do współpracy w życzliwym otoczeniu.

W Anglii po 65 roku życia dostaje się od państwa emeryturę, ale nadal można pracować do późnej starości, o ile pozwala zdrowie i umiejętności. Widać ze mną jeszcze nie jest tak źle, choć świadomie się coraz bardziej ograniczam. Krzysiu nie miał tego szczęścia, bo Jego wrogom zależało na Jego stanowisku. Dla mnie Krzysiu dużo zrobił. Dal mi szansę na nową specjalizację a przede wszystkim uratował i rozwinął „mój” Chór AM.

 

Leszek Milanowski, Sherwood Forest Hospitals NHS Foundation Trust, Anglia, w grudniu 2018 r.