Razem ze śp. Jurkiem Zgrajkiem byliśmy Kolegami w latach 1965- 1971 na ówczesnej Akademii Medycznej (obecnie Uniwersytet Medyczny) w Poznaniu. Niewielu z nas pamięta ten wspólny czas, część odeszła do Drugiego ponoć lepszego Świata, część nie korzysta z dobrodziejstw internetu i wiadomości nie docierają w ogóle. I dlatego mamy do przekazania niewiele, ale to co spisane z otrzymanych maili i naszego „messengerowego okna na świat” daje obraz Jurka – Niezwykłego Lekarza a przede wszystkim Wielkiego Człowieka. Szczególnie miłe naszemu sercu są słowa s. Reginy z Domu Dziennego Pobytu- Betlejemka w Szamotułach oraz komentarze w internecie pod zawiadomieniem o odejściu gdyż stanowią bezcenną kontynuację naszych młodzieńczych dobrych wspomnień o Jurku i są powodem ogromnej dumy z tego, że mogliśmy Go poznać i razem wkraczać w trudne i odpowiedzialne dorosłe życie zawodowe…. Jesteśmy na etapie oczekiwania na jeszcze inne informacje o śp. Jurku Zgrajku – szczególnie liczymy na obietnicę s. Reginy a na razie to, co udało nam się zebrać- jest to zarys nieco chaotyczny ale ostatecznie uporządkujemy wszystko zamieszczając WSPOMNIENIE w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej (wersja papierowa i online) co zwykle czyni dbający o pamięć nasz kronikarz- prof. Jerzy T. Marcinkowski oraz inni Koledzy. A ja ze swojej strony pozwolę sobie przedstawić je w tym skromnym „żyjącym” w internecie miejscu….
Krótkie wspomnienie kolegów ze studiów
„Kochani, dziś dowiedziałem się, że w czwartek, 21-go listopada 2024 r. odszedł nasz Kolega, mój Przyjaciel, Jurek Zgrajek. W czerwcu tego roku mieliśmy wspólnie pojechać na tradycyjne spotkanie naszego roku do Katowic- odmówił, mówiąc, że jedzie z pielgrzymką a dwa miesiące temu próbowałem Go namówić na wspólny wyjazd do naszego kolegi – też odmówił, mówiąc, że idzie na badania do szpitala. Teraz żałuję, że nie odwiedziłem Jurka choć mieszkaliśmy w odległości niecałych 100 km…. Odchodzimy sami, niespodziewanie, nie zdążamy się spotkać „ostatni raz”. Ja byłem szczególnie silnie z Jurkiem związany z powodu mojego szacunku do Jego odpowiedzialności wobec pacjentów w czasie Jego pracy zaraz po studiach. Od razu próbował przekazywać innym wiedzę medyczną na najwyższym nowoczesnym poziomie. Ale nie tylko – wiem, że potrafił składać wizyty pacjentom, których wcześniej konsultował, stojąc u ich drzwi o wpół do trzeciej w nocy. Kierował Nim niepokój o ich stan zdrowia a może niepewność diagnozy lub zaleconej terapii. Potrafił też przyjmować pacjentów do północy, bo każdego chorego próbował rozgryźć ‘do ostatniego atomu’. Dla mnie Jurek był wyjątkowy a od prawie pół wieku służył też kręgom seminaryjnym, zakonnym, klasztornym, które szczególnie doceniały Jego oddanie. Na Jego pogrzebie był tłum ludzi, jak podaje osoba uczestnicząca, ale chyba bez tak wielkich emocji jak nasze, gdyż zdołała policzyć, że w miejscu Ostatniego Pożegnania zgromadziło się aż 267 osób.
Cokolwiek
byśmy nie myśleli o Jego życiu, aktywności, to był bardzo ciepłym, życzliwym
człowiekiem, życzliwym wszystkim wokół siebie. Był niezwykłym fanem
współczesnej muzyki rozrywkowej, klasycznej, rockowej, miał niesamowicie
bogatą płytotekę. W czasie naszych wspólnych studiów (1965-1971), na zajęciach
wojskowych sporządzał własne listy
wówczas aktualnych przebojów na które głosowali wszyscy studenci……. Jurek, na
pewno niedługo się spotkamy…” – Leszek.
„Kochani Koledzy, nie chce się wierzyć i
przyjmować do wiadomości o śmierci naszych studenckich
kolegów. Lubiłam Jurka, „zalewał mnie” informacjami o muzyce.
Na 50- leciu odnowienia dyplomów robił nam zdjęcia. Był serdeczny i wszyscy
bez wyjątku Go lubili (…). Leszku, nie wyrzucaj sobie braku zainteresowania
jego pobytem w szpitalu ale Ty jesteś bardzo bardzo zapracowany. Niezmiernie mi
smutno. JUREK czemu to Cię spotkało? Przecież czekają nas wspólne wyjazdy, a
Ciebie nie będzie!. Wyrazy współczucia dla Rodziny” – Ewa
Ponieważ znaleźliśmy
na Fb post zamieszczony przez Dom Dziennego Pobytu- Betlejemka w Szamotułach z
informacją o odejściu naszego Kolegi Jurka, napisaliśmy. A oto fragment
odpowiedzi:
„Pan dr Jurek Zgrajek uczęszczał
do Domu Dziennego Pobytu od 2005 r. Był mile widziany we wspólnocie. Przez wiele lat co tydzień prowadził
zajęcia z seniorami, omawiając różne schorzenia i podejmując różne zagadnienia
medyczne. Miał wiedzę bardzo szczegółową i praktyczną. Dostrzegał seniorów,
którzy się źle mieli, udzielał porad i służył chorym seniorom nawet
dowożąc im posiłek. Umiał bawić się, tańczyć i pięknie śpiewać. Śpiewał w
zespole seniorów ‘Betlejemka’. Chętnie uczestniczył w różnych wyjazdach i
zajęciach. Posiadał wielką wiedzą o ważnych miejscach w Polsce i na świecie – czasem
lepszą od przewodników. Znał się na muzyce, zwłaszcza klasycznej, ale nie
tylko. Na piosenkach i piosenkarzach. Na sztuce, malarstwie i malarzach. Przy
swojej wielkości był pokorny i życzliwy dla każdego. Seniorzy i pracownicy mają
smutek w sercach, ale też ufność, że odpoczywa w pokoju, przez swoją wiarę i
miłość”- s. Regina To tak trochę o naszym p. Jerzym, Jurku. Niech odpoczywa w
pokoju wiecznym. s. Regina.
A oto komentarze spod ww postu na Fb:
„Prosimy Dobrego Boga, aby w tajemnicy śmierci Pana dr
Jerzego, naszego Jurka, wypełniło się Słowo Boże: …a duszę sprawiedliwych są
w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka… Dziękujemy za każde dobro, zwłaszcza za
dobrą mowę i wrażliwość na człowieka w potrzebie, za pokorę, która
wszystko znosi i zapomina, za dzielenie się wiedzą i mądrością. Ufamy
miłosiernemu Bogu i jesteśmy blisko przez modlitwę. Niech odpoczywa w pokoju
wiecznym. Amen”- s. Regina
„Wielka strata. Rozmawiałam na wykładzie jeszcze we wtorek. Miły, spokojny i
mądry człowiek. Spoczywaj w pokoju”- Danuta M.
„Niech spoczywa w Pokoju Wiecznym Nasz Drogi Niezapomniany i zawsze
tryskający dobrym humorem Doktor Jerzy Zgrajek – Adrian P.
„Jurek nie chciał by aby ktoś się smucił. Kochał ludzi i muzykę!”-
Jarosław J.
W naszej najnowszej recenzowanej książce pt.: ODPOCZYNEK W PANORAMICZNYM SPOJRZENIU HIGIENY PSYCHICZNEJ (red. Jerzy T. Marcinkowski, Paulina Rosińska, Zofia Konopielko), która w Wydawnictwie Uczelni Łazarskiego nabiera pod zaczarowaną ręką i umysłami redaktorów językowych i stylistycznych „dojrzałości”, zamieściłam poniższą opowieść. Jedna z recenzentek- Pani prof. Jadwiga Jośko- Ochojska zauważyła jej wartość nie tylko sentymentalną m.in. pisząc:
„Książka została napisała przez grono specjalistów zajmujących się higieną psychiczną, którzy z różnych punktów widzenia zaprezentowali ciekawe tematy dotyczące odpoczynku. Sam pomysł takiego opracowania jest godny podziwu, gdyż na rynku wydawniczym niewiele jest książek na ten temat. Już historia odpoczynku wprowadza czytelnika w interesujące klimaty począwszy od starożytności po czasy współczesne. Zaskakujący w tej części jest obszerny fragment tekstu opisujący wczasy wagonowe w okresie PRL-u. Autorka wspomina własne wczesne dzieciństwo na wymarzonych wtedy wczasach, rysując barwnie nie tylko emocje, ale również prezentując szczegóły wyposażenia wagonów i sposoby spędzania w nich czasu. Dla osób młodych będzie to ciekawa opowieść o życiu ich dziadków, a dla starszych – niezwykłe przeżycie przypomnienie tamtych czasów”.Oto opowieści które snułam na przestrzeni ostatnich 10 lat i zamieszczałam w blogu http://zofiakonopielko.pl/?s=Wczasy+wagonowe. Są jak powracająca fala, nomen omen – morska 🙂 , bo wszak to tam wszystko się działo, ułożone raczej nie chronologicznie, czasem się powtarzają, ale tak je zachowuję, bo to zapiski emocji choć przy okazji obrazki tamtego czasu, którego już nie ma….
Jastarnio, gdzie się podziały
nasze wczasy wagonowe?
To ja, Zosia, wtedy Łukaszewicz
(ok. 1953 rok) – na stopniach wejścia do naszego wagonu…. pełnia lata … autor
fotografii ojciec – Wacław Łukaszewicz
Gdzie parowozy z kłębami pary i sapaniem, z tamtych niezapomnianych lat
połowy ubiegłego wieku ? Teraz eleganckie szynobusy przemierzają trasę Gdynia –
Hel … czegoś żal…
I nadszedł rok 2014 – pobyt
sylwestrowy w Jastarni. Odkrycie, że Wczasy Wagonowe jeszcze są – choć już
została tylko znana mi jadalnia i recepcja – wagonów ani śladu …
Już kiedyś pisałam o moich wczasach wagonowych, ale nie mogę się
powstrzymać od ponownego powrotu do tamtych czasów. Bo dzisiaj jestem na
przystanku kolejowym na trasie wiodącej na Hel i gdy czytam jego nazwę – Jastarnia
Wczasy – od razu pojawia się w sercu czułość pomieszana z radością i niewielką
smutą, że jest inaczej niż drzewiej bywało…
Rozglądam się, wagonów nie ma, jednak za torami jest bardzo znajomy teren, jak
kiedyś skromnie ogrodzony siatką z zamkniętą niestety bramą więc kontynuuję
obserwacje z peronu kolejki. Z radością rozpoznaję przetrwałą z tamtych lat 50.
ubiegłego wieku naszą jadalnię i przysadzistą recepcję. To właśnie z niej
odbieraliśmy klucze, a potem gnaliśmy wzdłuż sznura wagonów by zidentyfikować
ten nam przydzielony, jedyny…
Bo lata 50. XX w. były przaśne, małowczasowe, bezcampingowe, co najwyżej
brzydkonamiotowe.
A my, dzieci kolejarzy cieszyliśmy się tym, że cała rodzinka wybywała nad
wakacyjne morze, piękne i szumne i w dodatku dostawała na te upojne wakacyjne
dwa tygodnie cały wagon, tylko dla siebie. I wydawało się nam, że jesteśmy w
dalekiej podróży… i niebawem nasz skład ruszy w siną dal…. Każdy wagon stał na
własnych kołach i najprawdziwszych torach, był towarowy, taki do przewożenia
koni czy krów, z metalowymi magicznymi kółkami przymocowanymi do wewnętrznych
ścian. Uwielbiałam te kółka… Mieliśmy łóżka metalowe, zgrzebne koce i miskę
oraz wiadro na sanitarne ablucje. Dopiero potem podłączono do każdego wagonu
wodociąg i pojawiła się najprawdziwsza umywalka. Od tych lat wczesnodziecięcych, wagonowych
pozostał mi miły charakterystyczny zapach, który niektórzy nazywali smrodkiem
drewnianych wychodków obficie polewanych chlorowymi preparatami, z komponentą
zapachu żywicy pobliskich sosen i morskiego słonego powietrzu. Ilekroć poczułam
i nadal gdy poczuję podobny tamtemu zapach, teraz rzadko już spotykany, od razu
wiem, że moje wczasy wagonowe tuż, tuż… oczywiście to tylko wyobraźnia ale
uczucie to jest naprawdę bardzo, bardzo miłe… Nie ma już naszych wagonów ale
zostają w pamięci tych, którym dawały radość tak niezwykłą w połowie ubiegłego
wieku. I tak stojąc teraz na
peronie w Jastarni Wczasy zadaję pytanie: Jastarnio, gdzie się podziały nasze
wczasy wagonowe? Może
wagony nie konserwowane rozsypały się w nicość, może komuś nie odpowiadał ich
wygląd, bo wszak teraz jest to ośrodek wczasowy Instytutu Kolejnictwa. Nazwa
brzmi dumnie, więc należało postawić domki drewniane dwuspadowe, brązem
malowane a nasze wagony oddać na przemiał. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale
się stało… Jeno dwa budynki o których wspomniałam na wstępie – jadalnia i
recepcja – stoją jak kiedyś i pewnie śnią dawne czasy… I jeszcze się
ostała stacja kolejowa z piękną nazwą Jastarnia Wczasy. Mam nadzieję, że nikomu
nie przyjdzie do głowy zmiana tej nazwy, ale kto wie… w końcu wszystko się
zmienia i dobrze jest tak jak jest… Gdy teraz stoję na stacji Jastarnia Wczasy widzę tamten czas i już nie
muszę wypatrywać moich wagonów, bo one są zapisane w moich oczach i głowie i
wszystkich zmysłach… morze
pachnie jak kiedyś i tak samo szumią wielkie sosny a gdzieś w dali miarowo
uderzają fale o brzeg… niezmienne…
Takie były te wczasy wagonowe
zachowane w mojej pamięci
To był czas niezwykły, magiczny. Gdy już poznałam smak wczasów wagonowych
tęskniłam za nimi przez cały rok. Codziennie pytałam rodziców, kiedy wyjazd. I
gdy wreszcie zbliżał się wraz z zapachami lata ten historyczny moment,
wyłaziłam ze skóry ze szczęścia. Rodzice byli zapobiegliwi, więc wszystko
przygotowywali przez kilka dni. Nie zapominali o ciepłej kołdrze dla swojej
córeczki, gdyż lato w lipcu sprawiało niespodzianki. A to było przenikliwe
zimno, a to lało przez całe urlopowe dwa tygodnie. Bywało, że przeciekały dachy
wagonów, zalegała wilgoć i wszystko było w środku mokre. Tak więc poza
ciuchami, a także garnuszkiem na zupę dla mojego Taty, który był na specjalnej
poobozowej diecie, był jeszcze tobół z kołdrą. Bardzo go lubiłam, bo na twardej
ławie pociągu, którym podróżowaliśmy Mama go rozwijała i smacznie spałam w
mojej kołderce. Pierwsze
wczasy wagonowe, które ujrzałam, były w Jastarni. Pociąg, który zmierzał na
Hel, przemykał obok sznura wagonów, które stały na bocznicy. Zatrzymywał się nieopodal
i do tej pory przystanek ten nosi nazwę – Jastarnia Wczasy – wagonowe. Właściwy
Dworzec Kolejowy w Jastarni znajduje się kilka km dalej. Ktoś pisze w necie, że
było tam spokojnie. Oczywiście było, za wyjątkiem tych chwil, kiedy obok
przejeżdżał z impetem i gwizdem pociąg do i z Helu. Było to kilkanaście razy na
dobę i wówczas drżały szyby w naszym mieszkalnym wagonie. Ale nam, kolejarzom
to nie przeszkadzało, wszak to było wpisane w ten zawód…a nawet miłością było…
Moje najpiękniejsze wakacje. Podróż na wczasy wagonowe
Byłam tak mała, że nie wiedziałam co to wakacje, urlopy i wczasy. Miałam
niewiele ponad 3 lata kiedy po raz pierwszy wybraliśmy się w wielką podróż. Przygotowania
trwały dość długo, rodzice spakowali wielkie walizy i któregoś dnia opuściliśmy
nasz dom i powędrowaliśmy na gorzowski dworzec. Dobrze, że był niedaleko,
należało tylko przejść przez park i potem w dół ulicą Dworcową. Dworzec był wielki i zapełniony ludźmi. Nigdy
przedtem tam nie byłam. Jedynym wielkim zgromadzeniem ludzi, które widziałam,
to kościół. Ale tam ludzie siedzieli cicho, co najwyżej śpiewali i tak w ogóle
nic ciekawego się tam nie działo. Tutaj wszyscy taszczyli jakieś bardzo ciekawe tajemnicze walizki, byli
czerwoni z upału, mieli zdenerwowane oczy, ciągnęli za ręce swoje dzieci. Moi
rodzice zachowywali się spokojnie i ten spokój mi się udzielał. Mogłam więc
swobodnie i bez szarpania patrzeć sobie na wszystkich. Poszliśmy dostojnie na peron i tam było
podobnie jak na dworcu, tylko trzeba było uważać, aby nie spaść na tory.
Należało bezpiecznie odsunąć się od wysokiego brzegu przepaści peronu i
spokojnie siedzieć na walizce. Zachwyciłam się dworcem i peronami. Od tej pory
lubiłam takie miejsca. Wkrótce
usłyszałam głośne sapanie i gwizd świdrujący uszy. I nagle w wielkich kłębach
dymu wtoczyło się wielkie czarne, spocone i tłuste cielsko parowozu. Znałam
bajkę Brzechwy pt Lokomotywa, więc byłam już uświadomiona i przygotowana do tej
podróży. Ten wielki parowóz ciągnął co
sił straszliwie dużo jednakowych wagonów. Ależ on musiał być silny i dzielny. Wagony były pękate i miały rzędy drzwi z oknami,
które prowadziły bezpośrednio do przedziału. Każdy przedział miał swoje drzwi. Niesłychane.
Zajęliśmy miejsca na ławce i wkrótce to co za oknem zaczęło gwałtownie uciekać.
Siedziałam zauroczona i jak zwykle od razu poczułam się diabelnie głodna. Więc mama
wyjęła kanapki i okazałego działkowego pomidora. Gdy nacisnęłam zębami gładki
miąższ, trysnęła fontanna soku. I moja sukienka, z której byłam tak bardzo
dumna- różowa w białe wzorki, wiązana na ramionach zamieniła się w pomidorową
katastrofę. Nawet mama nie krzyczała, ale widziałam, że się zasmuciła. Niestety
na wydobywanie nowej sukienki z wielkiej walizy, która już była wtłoczona na
górną półkę, czasu nie było. Bo zanim się obejrzeliśmy był Krzyż – czyli nasza
stacja przesiadkowa. Rodzice ponownie wytaszczyli walizy i mnie przy okazji. Po jakimś tam czasie nadjechał inny pociąg, do
którego z wielkim trudem udało się nam wepchnąć. Niektórzy pasażerowie podawali
bagaże a nawet dzieci przez okna. Był potworny wakacyjny tłok. Ale myśmy mieli
bilety tzw. klasy I, i tam było nieco luźniej. Tato biegał wzdłuż przedziałów i
w końcu gdzieś wypatrzył miejsce dla mamy i dla mnie. Sam zwykle stał na
korytarzu. Gdy nadchodziła noc, rozpoczęłam się układać do snu. Oczywiście
rozłożyłam się na kolanach mojej mamy i smacznie spałam. Gdy tylko rodzice mnie budzili bo była kolejna
przesiadka, półprzytomna, ale dziarska kroczyłam z nimi, po czym układałam się
i pytałam mamę- czy mogę zasnąć. Mama się zgadzała, więc ja dalej chrapałam. To
zostało mi do dziś. Potrafię zasnąć w pół sekundy, spać dowolnie długo lub
krótko, wybudzam się kiedy trzeba całkiem przytomna po czym mogę spać dalej,
jeśli tylko można. Dzięki temu przetrwałam te lata, kiedy dyżurowałam w
szpitalach zwykle dwa razy w tygodniu
Dziecięce nadmorskie zachwyty
Idę nadbałtycką plażą, piasek poskrzypuje piszcząc pod stopami, śnieżny jak
prawie nigdzie na świecie, muszelki bieleją i jestem znowu małą dziewczynką,
która przeżywa swoje pierwsze zachwyty. Wczasy wagonowe w Jastarni,
rozpuszczone przez letników mewy stukające o świcie w dach by chlebek dostać,
las „komarzasty” i wreszcie wydma przecudna z narastającym szumem. Szumem,
który odnajduję teraz w wiatrem kołysanych koronach wielkich sosen mojej
nadbużańskiej Puszczy Białej, niezapomnianym, zapachowym jedynym takim. I
przyspieszony wydmowy bieg by zobaczyć to, co wiecznie żywe, dyszące jak
wielkie leżące zwierzę, z falującym ciałem zamykającym horyzont. Dookolny
krajobraz zapierający dech i smak soli na wargach. I po wydmowym biegu długie
stanie w wielkim zachwycie. Takie dzieciństwo to skarb przechowywany w pamięci
i sercu długo, mieszkający we mnie na stałe. I potem tuptanie brzegiem morza, stopy podmywane przez fale, zabierające
piasek spod stóp. Cudne zjawisko ….Potem oglądanie tego, co morze wyrzuciło. W tamtych
przaśnych latach 50.-60. ubiegłego wieku zachwycało wszystko- oglądane po raz
pierwszy w życiu plastikowe butelki z rysunkami pomarańczy leżące na plaży czy
kartony z dziwnymi zagranicznymi napisami i malunkiem krowy, jakieś deski
skrzynkowe na których też wypatrywało się egzotycznych dla nas wtedy napisów z
krajów, które były dla nas za żelazną kurtyną, a to my raczej byliśmy nią
zamknięci….Tak, morze było dla nas oknem na świat, inny, niedostępny,
fascynujący a wymienione śmieci jawiły się jak listy z tych dalekich krajów. Gdy już naoglądaliśmy się tych zamorskich
dziwów, przychodziła pora na drobiażdżki plażowe- śnieżne, delikatnie rzeźbione
muszelki, maleńkie bezbarwne galaretki z centrycznym nikłym rysunkiem malowanym
na błękitno lub różowo to były ciała meduz, a wreszcie wyrzucone na brzeg
krzaczaste, dziwne rośliny. O nich to rodzice mówili, że jod dostarczają, a
nawet magazynują go w pięknych kształtnych pęcherzykach, które też zadziwiały.
Takich roślinek nigdy przedtem ani potem nie widywałam….I teraz, gdy tak po
prawie 70 latach sobie idę plażą wypatruję podobnie jak kiedyś. Plastikowe
butelki czy puszki z zagranicznymi napisami już się nie walają na plaży,
zresztą nie byłyby już taką atrakcją jak kiedyś, bo pełno ich na półkach
naszych sklepów. A dzisiejsze pokolenie często nawet nie wie, że mleko daje
krowa. Myślą, że od razu jest w kartonie.
Zostały tu tylko piękne muszelki i maleńkie otoczaki. Ożywiam się gdy nagle
widzę drobną wysuszoną krzewinkę ze znajomymi bursztynowymi pęcherzykami, którą
Mama kiedyś nazywała morszczynem mówiąc, że daje zbawienny dla człowieka jod.
Jod unoszący się w morskim aeorozolu- powietrzu które należało głęboko wdychać.
A już myślałam, że nigdzie jej, tej roślinki nie ma, bo czytałam, że
zanieczyszczony Bałtyk ją uśmiercił. Ale jednak jest….
I wszystko jest jak kiedyś i tylko dziwne, że podbiec jakoś trudno i nogi
szurają z większym trudem po piasku . Ale co tam…było pięknie i jest pięknie…
Urok wczasów wagonowych…
Wagony, upragnione ukochane wagony. Wagony w Jastarni, w tym pamiętnym 1951 r., kiedy tam byliśmy pierwszy raz
stały na torach i własnych kołach. Miało to swój niepowtarzalny urok. Wczasy
wagonowe w Mielnie, kiedy tam bywaliśmy w latach późniejszych już zdjęto z kół
i stały na betonowych legarach, biedne z tego powodu w moich oczach bo jakby
ułomne. Obok sznurów wagonów, od
strony lasu pokazywał się niski obszerny przeszklony pawilon, a którym mieściła
się recepcja, świetlica i stołówka. Wszystko to odnalazłam tam niedawno, trochę
zaniedbane, ale ze śladami dawnego uroku. Po przyjeździe i otrzymaniu kluczy w recepcji, gorączkowo szukałam naszego
wagonu. Porównywałam numery napisane na każdym niby domku, z numerem przypiętym
do klucza. To była super zabawa, z dreszczykiem emocji nawet. Z daleka usiłowałam
zgadywać, który to może być i gdy pasowało to z przyznanym numerem, cieszyłam
się a jeśli nie, też nie było problemu- akceptowałam każdy wagon położony w
dowolnym miejscu. Wagony były pomalowane na kolor zielony i miały urocze małe
okienka. Uwielbiałam takie okienka i małe domki. Do wagonu wchodziło się po
dość stromych drewnianych schodkach. Cudnie pachniały świeżym drewnem i jak
wspominali Rodzice już pierwszego dnia pobytu z nich spadłam, na szczęście nie
doznając urazu. Tego nie
pamiętam, ale nie miałam lęku przed tymi schodkami, a mój podziw i zachwyt
trwał. Po otwarciu drzwi wchodziłam z zapałem do środka. W necie nie opisano,
jak wyglądało wnętrze takiego wagonu. Otóż były to pierwotnie wagony do
przewozu bydła a może także żołnierzy z końmi w czasie gdy trwała jakże
nieodległa jeszcze wtedy wojna. Zachwycałam się surowymi pobielonymi ścianami z
których wystawały tajemnicze metalowe kółka. Było to cudnie fascynujące. Tato
powiedział, że do tych kółek przymocowywano zwierzęta, by nie przemieszczały się
podczas jazdy. Od razu sobie wyobrażałam, że niedługo nasz pociąg sapnie i
ruszy w siną dal. Stale miałam poczucie, że jesteśmy w długiej i fajnej podróży
w nieznane. W rogach wagonu stały metalowe łóżka, przykryte sztywnym gryzącym
zgrzebnym kraciastym kocem. Tato od razu zsuwał dwa i ja miałam super spanie
pomiędzy rodzicami, czasami tylko wpadając w szparę pomiędzy łóżkami. Pod cudnym maleńkim okienkiem przez które widać
było stołówkę i wielkie nadmorskie sosny, mieściła się umywalka ze zbiornikiem
na wodę oraz wiadro umieszczone pod nią. W tych pierwszych latach nie było
łazienki i kuchni jak pisze ktoś w necie. Wodę przynosiło się z kranu
zlokalizowanego niedaleko stołówki a WC mieścił się poza obrębem
wagonów, był drewniany, z dziurami do siedzenia w desce mocno cuchnący chlorem.
Od tej pory, jeśli jeszcze gdzieś poczuję zapach chloru, od razu
mam skojarzenia, całkiem miłe, nie jakieś obrzydliwe, z tymi WC-tami wczasowymi
z mojego dzieciństwa. Tato nalewał wodę do zbiornika, który mieścił się nad umywalką
a potem wynosił pełen wiadro gdzieś poza wagon, a może wylewał pod wagon- nie
pomnę.
Przebudzenie w wagonie
Zasypiałam w moim wagonie zmęczona podróżą, wrażeniami i tą wielką
radością, której doświadczyłam. Nad ranem budziło nas tupanie po dachu. Okazało
się, że to przybywały w odwiedziny mewy i tupaniem oraz uderzaniem dziobów w
blaszany dach dopominały się chleba. Już wiedziały, że mogą mieć tutaj
dodatkową ucztę i do rybek konsumowanych nad morzem dostaną resztki suchego
chleba. Czasami budziło nas w nocy uporczywe miarowe drobne dźwięki. To
zaczynało padać. Krople deszczu odliczały czas i też było cudnie. Nie bardzo
rozumiałam, dlaczego rodzice nagle tracili humor. Mieli już doświadczenie, że
kiedy w lipcu, a szczególnie gdy oni przybędą nad morze, zaczyna padać, to taka
pogoda może się utrzymywać przez całe dwa tygodnie. Ale ja lubiłam deszcz,
taplanie w kałużach i inne zabawy w błocie.
My, dzieci z wczasów wagonowych
Dzisiaj, przeglądając treść tego
blogu, napotkałam nie zauważone wcześniej komentarze. Zaistniały pod wpisem o
wczasach wagonowych. I rozmarzyłam się. Jak widać nie jestem osamotniona we
wspomnieniach. Bo: 30 marca 2014 r. marek52 napisał: „Witam, byłem w Jastarni
na wczasach wagonowych z rodzicami. Miałem wtedy 16 lat. Poznałem na wczasach
dziewczynę, która pracowała przez okres wakacji w kuchni. Cudowne lata
młodości. Od kilku lat jeżdżę na wczasy do Juraty i wspominam tamte cudowne
dni. Pozdrawiam”. Potem osoba o nicku nnn pisze: „Hej! Sama jeździłam na wakacje do wagonów jako dziecko – najpierw do
Darłówka, potem też na Hel. Helu już nie ma, ale o dziwo – Darłówko dalej prężnie działa, nawet
stronę internetową mają. Może pora odświeżyć wspomnienia? Warunki lepsze niż
wtedy, ale czar chyba ten sam”. I wreszcie Wiesław:„ mam 64 lata mając 10 lat w
1960 pierwszy raz zobaczyłem morze, byłem na wczasach wagonowych w Jastarni.
Wagony w których mieszkaliśmy, jak pamiętam, były jak na tamte czasy
przyzwoite. Stołówka była w dużym pawilonie do której trzeba było przejść
kawałek drogi. Pamiętam byłem z ojcem i siostrą, a pogoda była jak w Chorwacji.
Były to wakacje dla nas wspaniałe. Do Krakowa gdzie mieszkam do dziś
przyjechałem opalony i zadowolony. Tam poznałem koleżankę z GLIWIC JADZIĘ …
Jadziu życzę zdrowia .Wiesław”.
A ja wspominam wakacje z Pawłem Konopielko, który zginął tragicznie w 1998
r. a był mi jak brat. Przyjeżdżał do nas na wczasy wagonowe z nieodłącznym
plecakiem i na chudych, bocianich nogach pędził za mną nad morze, mówiąc „idę,
bo jeszcze się utopi”….odszedł przedwcześnie. Zajęci swoim dorosłym życiem nie
zdążyliśmy pogadać pod duszam, powspominać… a teraz już jest za późno….
I jeszcze jedna niezwykła historia czułej znajomości z Elą K. – teraz już
wiemy, że nie tylko blogowej, ale też sięgającej czasu dzieciństwa. Również i
Ona spędzała wakacje na wczasach wagonowych ale w Międzyzdrojach. Te same
doznania, wspomnienia i wspólne fale – chyba nie Bałtyku ale może jednak ukształtowane
jego szumem J Na zdjęciu
czołowym tego wpisu dwaj bracia Eli- którzy obecnie są poważnymi profesorami
medycyny …..
Profesor Danuta Pupek- Musialik , V Ogólnopolskie Dni Otyłości
07.04.2017 – 08.04.2017 ; Poznań ; zdjęcie z internetu
NEKROLOG
Ze smutkiem informujemy, że w nocy, z 15 na 16 grudnia 2019 r. zmarła Pani
Profesor Danuta Pupek-Musialik, wieloletni Lekarz Kierujący Oddziałem
Nadciśnienia Tętniczego i Zaburzeń Metabolicznych.
Prof. Danuta Pupek-Musialik była znakomitym lekarzem, naukowcem i dydaktykiem.
Absolwentka Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu wychowała wiele pokoleń lekarzy
i studentów. Była prezesem Polskiego Towarzystwa Kardiodiabetologicznego i
kierownikiem Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Zaburzeń Metabolicznych i
Nadciśnienia Tętniczego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Została odznaczona
Złotym Krzyżem Zasługi i medalem za Długoletnią Służbę. Jest autorką około 330
prac z zakresu medycyny oraz członkiem licznych towarzystw naukowych.
Rodzinie i bliskim przekazujemy wyrazy współczucia.
Msza święta rozpocznie się o godz. 11 w Kościele Chrystusa Dobrego Pasterza w
Poznaniu, a uroczystości pogrzebowe odbędą się na Cmentarzu Jeżyckim przy ul.
Nowina 1 w Poznaniu, w czwartek (19 grudnia) o godz. 11.40.
Była Damą. Już wtedy,
18 letnią- Damą, gdy wchodziła do sali
wykładowej z futrem niedbale zarzuconym na ramiona, wzrokiem błądzącym gdzieś
poza nami – myszowatymi i z dumą na nieruchomym obliczu. Bywało że defilowała
przed wypełnioną salą aż do pierwszego rzędu w którym siadało niewielu z nas.
Tłoczyliśmy się w odległych rzędach i chichotaliśmy. Wszak niektórzy mieli
zaledwie 17 lat…
Zawsze była sama, odrębna i smutna w swej dumie. Taką ją zapamiętałam z tych
pierwszych lat studiów na poznańskiej AM.
Od tej pory minęło ponad pół wieku kiedy to nagle , przy smutnej okoliczności śmierci
Danusi temat ożył w naszej messengerowej
Grupie . I warto było żyć dłużej bo nastąpił
nagły zwrot mojego pola widzenia. Nagle zajaśniał obraz przedstawiony poniżej
przez kolegów . I jestem szczęśliwa że tak się stało. Bo jak w przypadku
Krzysia Szereszewskiego który- ponurak
niezbyt urodziwy na studiach okazał się poetą, felietonistą, chłopakiem pełnym
niezaspokojonej miłości do ludzi, kobiet…
A Danusia okazała się nie tylko to ważnym i bardzo poważnym lekarzem i
profesorem ale cudowną wrażliwą pełną ciepłą kobietą. I zobaczyłam
jej ludzką opromienioną twarz … Mam nadzieję że przeczytają opowieści kolegów,
które poniżej – inni z naszego roku i może ktoś tak jak ja pomyśli, że nigdy,
jak pisze Leszek , nigdy nie należy wierzyć pozorom …..
Mariolka Nowakowska
masz rację Zosiu – też pamiętam Ją siedzącą we futrach , samą, w pierwszym
rzędzie sali wykładowej – też odbierałam Ją wówczas jako niedostępną. Dopiero
po latach, na zjazdach okazała się miłą empatyczną osobą z którą dało się porozmawiać
o wszystkim. Coraz częściej słyszymy że ubyło kogoś z nas- przykre to !
Hirek – Hieronim Głowacki
W czasie studiów Danusia Pupek była
bardzo akuratna, pracowita i sumienna. Jej notatki z wykładów były
pierwszorzędne. Ja miałem z nią dobre koleżeński układ. Jak coś potrzebowałem,
zawsze pomogła bez sprzeciwu. W szczególności z jej notatkami.
Pamiętam na jednym z naszych spotkaniu opowiadała o studentce, która była w
ciąży. Ona przyszła do niej na egzamin. W czasie egzaminu, a może przed,
studentka dostała bóle porodowe. Ona jej
ten egzamin zaliczyła. Postarała się o porodówkę i parę godzin później dziecko było na świecie. Ona to opowiadała z
niesamowitą radością. Jej cała twarz promieniowała podziwem dla tej
studentki.
Niestety po studiach mieliśmy bardzo mało kontaktów. Tylko na spotkaniach.
Dzięki Piotrowi Janaszkowi
Leszek Milanowski
Przed chwilą Jurek wysłał zawiadomienie. Przyjaźniłem się z Jej Mężem,
laryngologiem w Raszei . Wydawała się wyniosła a była w rzeczywistości I w życiu
prywatnym bardzo ciepłą , życzliwą kobietą. Niestety NIE będę na Jej pogrzebie…
Z powodu Jej „niedostępności”, „wyniosłości” I futrom nawet nie
chciałem się z Danusią Pupek-Musialik zaprzyjaźnić I rozmawiać. Ot, kilka
przypadkowych spotkać. Chyba otrzymała czerwony dyplom z Krzysiem Urbańskim
do którego mi zabrakło trójki z farmakologii od późniejszego członka naszej
rodziny, zresztą słusznie. Po latach dopiero prywatnie kontakty otworzyły mi
oczy jak głęboko życzliwa, znająca swoją wartość I wcale nie wyniosłą kobietą
Ona była. Nie oceniajmy nikogo po pozorach. Żałuję, że nie kontaktowałem się z Nią częściej,
również dla własnego zdrowia. Niestety nie dojadą na Jej uroczystości
pogrzebowe.
I jeszcze jeden nekrolog z dnia 10.01.2013
Z głębokim żalem zawiadamiamy o śmierci naszego drogiego Kolegi i
Współpracownika
ś+p
dr. n. med. Ryszarda Musialika
Zmarły był wieloletnim pracownikiem Oddziału Laryngologicznego Szpitala im. F.
Raszei w Poznaniu,
doskonałym specjalistą-laryngologiem,
prawdziwym Przyjacielem chorych i wspaniałym Kolegą.
Oddział nasz poniósł niepowetowaną stratę.
Ordynator, Lekarze, Pielęgniarki Oddziału Laryngologicznego
Żonie i Córce
składamy wyrazy głębokiego współczucia.
Ryszard był też naszym kolegą z roku i mężem Danusi . Poza
kilkoma słowami na jego temat które napisał Hirek – Ryszard Musialik stał zawsze w 3
rzędzie, nie pchał się do przodu. Skromny, zawsze uśmiechnięty. Niestety,
więcej nie pamiętam. ,
może ktoś jeszcze coś opowie o tym skromnym towarzyszu życia Danusi ? zobaczymy ….nadzieja zawsze powinna być ……
Krzysztof Linke. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.
Po trwających tu od dwóch dni Wspominkach Kolegów o Krzysztofie Linke , który nagle odszedł od nas bez pożegnania 16 grudnia 2016 roku – pora na bardzo Ciekawą , Niezwykle Szeroką, Pełną Mądrości Życiowej ale i Goryczy – snutą na kanwie Wielkiej Historii – opowieść Leszka Milanowskiego . Poniżej On sam, w Grudniowej Oprawie 🙂 . A potem Jego Przejmujący Tekst …..
Krzysiu Linke był członkiem Chóru Stuligrosza, zdaje mi się. Na studiach miałem z Nim dość powierzchowny kontakt, bo było mi przykro, gdy jako prezes Chóru Akademii Medycznej w Poznaniu ciągle szukałem nowych członków, a On się nie angażował.
Teraz zrozumiałem, ale dopiero po latach co pośrednio wynikało z naszych długich rozmów, gdy robiłem staż specjalizacyjny na internie do medycyny rodzinnej.
Chór to nie tylko chęć i potrzeba śpiewania. To grupa bliższych i dalszych przyjaciół, a przede wszystkim charyzma dyrygenta.
Trudno było Krzysiowi Linke wejść do gorszego zespołu pod gorszymdyrygentem, którego miał przedtem. Taka wybitnie jednoczącą osobowością był dr Jerzy Fischbach, ale przecież ze Stuligroszem nikt nie mógł się równać.
Zresztą wspaniały, jednoczący, charyzmatyczny Jerzy Fischbach jako bezpartyjny został pozbawiony możliwości dalszego kierowania Chórem Akademii Medycznej w Poznaniu. To była Wielkie tragedia również dla Chórzystów . On Chór stworzył, dyrygował i Jego osobowość przyciągała.
Niestety, jak Krzysiu Linke, po przebytych doświadczeniach z muzyką, wówczas nie kwapiłem się do Chóru. Znam dr Fischbacha z opowieści, zwłaszcza Ani Górecznej – koleżanki z naszego roku ( studia w latach 1965 -1971 ) na Akademii Medycznej w Poznaniu .
W 1968 r. byłem działaczem Komisji Kultury Rady Uczelnianej ZSP. Ówczesny jej szef partyjniak JH zaproponował mi „współpracę” przy usunięciu dr Fischbacha. Jakieś śmieszne, naciągane zarzuty, jak to w polityce, nie tylko ówczesnej, „bo taka jest potrzeba”. Nie zgodziłem się, a najbardziej mnie bolało wyrzucenie Jej Wielkiego Założyciela. Chór za Jego kadencji był żywą, wesołą grupą towarzyską i zbierał nagrody na festiwalach międzyuczelnianych. Śpiewał też za granicą. Chórowi groziło rozwiązanie. Ania Góreczna a naszego roku próbowała zbierać nowych członków. Jako posiadający podstawowe, rozszerzone o korepetycje, wykształcenie muzyczne z Kutna (dzięki temu, że ojciec wywiózł mnie do pasania krów, gdy musiałem powtarzać II klasę w Szkole Muzycznej i niechciałem się dalej uczyć muzyki – ale wobec takiego pomysłu Ojca – potulnie ukończyłem tę szkołę ) uważałem, że nie można zmarnować tego, co dr Jerzy Fischbach stworzył. Ania Góreczna zaproponowała mi zostanie prezesem Chóru. Jako wesoły człowiek, lubiący śpiewać, czułem że to moje powołanie dla zachowanie w pamięci dzieła jego Twórcy, zmuszonego do emigracji.
Nowi członkowie Chóru pochodzili z różnych lat studiów. Śpiewała tam razem ze mną moja późniejsza pierwsza żona, Danusia Pawlak. Do dzisiaj na wspólnych, rodzinnych uroczystościach śpiewamy „Gaude Mater Polonia”. Ona i Ania Góreczna, alty, ja baryton ze Stasiem… Podporą basów był „Generał” Andrzej Polimirski. W sopranach była piękna blondynka Ewa Lutkowska.Główny trzon Chóru AM Poznań stanowili jednak studenci czwartego Wydziału Akademii Muzycznej. Duszą towarzystwa był Marek Bykowski. Od strony chóralnej najmilej wspominam śpiewanie „Exultate Deo…” Scarllattiego w Kościele na Górze Przemysława. Oczywiście też „Mruczkowe Bajki” Nowowiejskiego, które do dziś potrafimy zaśpiewać.
Najwięcej członków z nowego naboru miał nasz Chór w latach 1969-1971 – nawet nieco ponad 40. W 1969 roku na wiosnę pojechaliśmy do Charkowa. Na 40 członków było chyba około 26 chórzystów, a reszta to zasłużeni członkowie Rady Okręgowej ZSP. Jechał z nami również Krzysztof Jaślar i szef późniejszego Kabaretu TEY Zenon Laskowik.
Z Anią Góreczną dostaliśmy podpis autora „Anatomii prawidłowej” Prof. Sinielnikowa, który był kierownikiem Katedry Anatomii na Uniwersytecie wCharkowie. Kilka koncertów, ale najbardziej zapamiętałem akademie w rocznice urodzin Lenina. Ceremoniał – jak na Mszy Świętej z „kazaniem” samego Lenina, odtworzonym z płyty, po którym burza oklasków. Tak wspaniale „przemawiał”!!! Patrzyliśmy z boku na tą bałwochwalczą euforię tambylców, ale nie wypadało nie wstać, jako że byliśmy gośćmi… Utkwiły mi w pamięci rozliczne kawały, które Zdzichu i Krzysztof robili z systemu.
Gdy przyjechaliśmy, na ulicach były półmetrowe hałdy śniegu. W ciągu 2 dni całkowicie zniknęły, bo wszyscy mieszkańcy w czasie „subotnicy” je wysprzątali. Mieszkańcy czuli, że robią to dla swego dobra. To może po części wynikało z systemu politycznego, ale – jak widać – totalitaryzm potrafił być pożyteczny w czasach kryzysu.
Gospodarze zawieźli nas pod Charków i kazali grabić jakiś las. To się nazywało, że to „park”. Oczywiście wygłupy, żarty. A to było miejsce pochówku polskich oficerów, o czym nas nie poinformowano. Do dziś myślę o tym ze zgrozą, że nie szanowaliśmy tego miejsca. Gospodarze nam tego nie powiedzieli. Myślę, że celowo mogli nas tam wpuścić, żebyśmy się zabawiali na grobach Polaków. Wolałbym wierzyć, że sumienie jakiegoś „wierchuszki” nas tam wysłało, żebym po latach wspominał to miejsce.
Niezapomniane były obozy w Łagowie Lubuskim pod światłym kierownictwem Jurka Marcinkowskiego. Ostatnio spotkałem w Kościanie jedną z członkiń, żonę Włodka Zydorczaka, psychiatrę o dwa lata młodszą, których skojarzył na jakiejś imprezie Piotr Drews. Bardzo szczęśliwe i dobre małżeństwo. Włodek jest szefem organizacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw i razem rok temupróbowaliśmy założyć nowa partię polityczną „ORP” – „Obywatelska Rzeczpospolita Polska”. Rozpad nastąpił przez typowe polskie kłótnie.
Niestety zerwałem z Chórem zaraz po uzyskaniu dyplomu lekarza.
Staże, dyżury po 30 godzin na dobę (tak! wówczas to było możliwe: po pracy w szpitalu, poradnia szkolna – 2 godziny – z jednoczesnym dyżurem w Pogotowiu Ratunkowym do rana i z jednoczesnym zabezpieczeniem „Pomocy Wieczorowej” – 4 godziny – zresztą za grosze). Po kolejnym dniu u Prof. Wojnerowicza znowu szkoła, pomoc wieczorowa i jeszcze wieczorem 2 godziny w więzieniu pod Iwnem. Kiedyś, po takich 40 godzinach pracy, tzw. „klawisze” [więzienni] przyprowadzili mi 40-latka, który nie chciał pracować. Uważali, że jest chory psychicznie. Rozmowa – zorientowany, zdrowy i wreszcie pytam, dlaczego nie pracuje. – bo nigdy nie pracowałem. A z czego Pan żyje? z renty 70-letniej mamusi. Uważałem za swój obowiązek nawrócić go „na dobrą drogę”. Opowiedziałem mu o swojej pracy prze ostatnie 40 godzin i spytałem jak on się czuje, gdy patrzy na takiego jak ja zapracowanego człowieka. Odpowiedź pamiętam do dziś:
„A po coś pan taki głupi?!”. Klawisze pękali ze śmiechu, ale nie wiem, czy później czasem ruszył łopatą.
Cale życie miałem takie poczucie, że po studiach Chór zdradziłem. Myślę, że Krzysiu Linke miał podobne poczucie w stosunku do swej chóralnej przeszłości u Stuligrosza, bo był Opiekunem Chóru z ramienia Uczelni. Jednak wyksztalcenie muzyczne tkwi w nas i przy sprzyjających okolicznościach sięodzywa.
I teraz Krzysiu Linke.
Cztery lata temu postanowiłem na starość znaleźć sobie inne, spokojniejsze zajęcie w miejsce chirurgii i rozpocząłem na wolontariacie w Poznaniu na Osiedlu Rumcajsa (koło Lotniska Ławica) specjalizację z medycyny rodzinnej. Przylatuję rzadko do Poznania [na Lotnisko Ławica], na kilka dni kiedy akurat nie mam zajęć w Anglii. W czasie urlopu chciałem odrobić staż z interny. Wiec po ponad 40 latach do Kliniki do Krzysia Linke. Spotkanie jakbyśmy się rozstali wczoraj. Niekończące się opowieści o Chórze. Krzysiu wrócił do korzeni. Opowiadał o licznych wyjazdach na festiwale, koncerty po całej Europie. Bylem dumny, że udało mi się przechować najtrudniejszy okres po wyrzuceniu Jerzego Fischbacha. Krzysiu był wspaniałym kontynuatorem Jego dzieła. Anajważniejsze, że Chór AM w Poznaniu pod Jego kuratelą tak wspaniale rozkwita. W ciągu tego miesiąca rozmawialiśmy często. Czułem Jego ogromną życzliwość i opiekę w moich nieudolnych wysiłkach do bycia internistą. Chirurg ma proste rozwiązania, co prawda z ogromną odpowiedzialnością. Lecz internista musi być mądrym lekarzem, by pomagać i rozwiązywać prawdziwie trudne, zawikłane i niejasne problemy. Większy szacunek czuję tylko do pediatrów, którzy w rzeczywistości muszą badać i matkę i dziecko i leczyć oboje. Niestety, miałem tylko miesiąc stażu w Szpitalu im. Krysiewicza w Poznaniu, bo wysłano mnie do Stacji Krwiodawstwa.
Byłem świadkiem Krzysia pracy lekarskiej i profesorskiej. Krzysiu badał wnikliwie i widać było Jego osobiste zaangażowanie w rozwiązaniu problemów pacjenta.
Z obawą mówił o zakusach na Jego Katedrę i planach usunięcia Go ze stanowiska z racji emerytury. Myślę, że nie miał pomysłu na czas swej emerytury. Całego siebie oddał swej pracy zawodowej. Umiał położyć nacisk na rzeczy istotne dla pacjenta, pomijając błędy poprzedników.
Pamiętamy Jego wspaniały profesorski wykład na naszym spotkaniu w Baranowie w 2015 roku. Zmarł nagle na zawał serca [16 grudnia 2016 r.]. Myślę, że niestety do Jego śmierci przyczyniła się typowa polska zawiść miedzy lekarzami i zakusy na Jego pozycję związane z Jego wiekiem emerytalnym.
W Anglii każdy lekarz wręcz stara się jak najwięcej nauczyć swych następców. Nie ma tu stanowiska ordynatora, a każdy specjalista jest samodzielny. Każdy ma swoich pacjentów przyjętych na jego dyżurze lub badanych w jego poradni. Specjalista – „Consultant”- ma zespól złożony z tzw. „SpR” – Specialist Registrar’a, „SHO” Senior House Officer’a, i jednego lub dwóch (HO) House Oficer’ów. Nie ma walki między specjalistami. Tylko raz byłem świadkiem, gdy Hindus Subramanian wykańczał świetnego Mr Davidsona, chirurga rekonstruującego piersi w Środkowej Anglii. Wyjątek potwierdzający regułę. Nie żeby mówił o tym pacjentom. Jest wyścig szczurów, polegający na ambicji i doskonaleniu się, lecz nie na wykańczaniu się. Wygrywa naprawdę najlepszy. A wygrana nie oznacza wykończenia kogoś, a zdobycie najlepszych umiejętności. Potem się idzie w bardzo wąską specjalizację. W Durfham (gdziespoczywa Venerable Bede od 780 r.n.e.) poznałem młodą chirurga plastyka, która umiała odtwarzać piersi tylko jedną metodą. Nie miała dyżurów, co prawda pracowała w Poradni, ale na sali operacyjnej robiła tylko jedno, zresztą świetnie.
Myślę, że Krzysiu Linke padł ofiarą typowej polskiej zawiści, polskiego piekła, przed którym nie potrafił się obronić. Zbyt delikatny, ufny, otwarty.
Byłby wspaniałym mentorem i nauczycielem zawodu każdego lekarza w Anglii, gdzie korzysta się z doświadczenia i wiedzy takich osób dopóki sami tego chcą. Z powodu lepszych zarobków tylko niektórzy pasjonaci pracują podojściu do emerytury, ale jest przeogromna różnica we wzajemnych relacjach.
Mówienie źle i krytykowanie innego lekarza przed pacjentem dyskredytują całkowicie tego, który to mówi. Przy mnie nigdy nikt nie powiedział słowa krytyki wobec lekarzy poprzednio leczących.
Krzysiu Linke nie miał szczęścia do współpracy w życzliwym otoczeniu.
W Anglii po 65 roku życia dostaje się od państwa emeryturę, ale nadal można pracować do późnej starości, o ile pozwala zdrowie i umiejętności. Widać zemną jeszcze nie jest tak źle, choć świadomie się coraz bardziej ograniczam. Krzysiu nie miał tego szczęścia, bo Jego wrogom zależało na Jego stanowisku. Dla mnie Krzysiu dużo zrobił. Dal mi szansę na nową specjalizację a przede wszystkim uratował i rozwinął „mój” Chór AM.
Leszek Milanowski, Sherwood Forest Hospitals NHS Foundation Trust, Anglia, w grudniu 2018 r.
Krzysiu Linke – jak napisałam wczoraj – był mi zupełnie nie znany w czasie naszych wspólnych studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu i naturalnie później, więc nic osobistego o Nim nie mogę opowiedzieć . Pozostają jedynie relacje Kolegów … .
Gdy przed niespełna dwoma laty ( chyba w lutym 2017 r. ) nawiązałam kontakt z Leszkiem Milanowskim na FB a za Jego sprawą z innymi Kolegami, w naszych rozmowach nieustannie wracał temat nagle zmarłego zaledwie dwa miesiące wcześniej ( w grudniu 2016 roku) – Krzysztofa Linke . Wszyscy Koledzy byli jeszcze w szoku, przeżywali potężną traumę, tym bardziej, że jeszcze w październiku tego znamiennego 2016 roku bardzo wesoło spędzali czas na kolejnym zjeździe – wycieczce naszego roku – w Gnieźnie, z Krzysiem na czele który był istną Duszą Towarzystwa… – integrował, rozbawiał, dowartościowywał nawet nieco zakompleksione koleżanki, zabierał całe towarzystwo na lody …. Chyba cała Starówka Gnieźnieńska była wtedy pełna radości i młodzieńczej energii tej grupy wcale nie nastoletnich już medyków ….. pewnie wszystkim się zdawało, że kto jak kto ale Krzyś jest nieśmiertelny , że nie złamie Go żaden problem – bo wszystkie rozwiązuje , że Zwycięża , daje radę …. I że kolejne wspólne podobne chwile będą się powtarzały …. Jakże złudne było to myślenie, jeśli w ogóle wtedy było, choć na pewno przyszło w momencie ostatecznego ziemskiego pożegnania ….
Po 2 miesiącach od nagłego odejścia Krzysztofa Linke – w numerze marcowym 2017 roku Biuletynu Wielkopolskiej Izby Lekarskiej zamieszczono krótkie, serdeczne , koleżeńskie wspomnienie – właściwie dwugłos Ireny Masłoń i Jerzego T. Marcinkowskiego. Nie byłoby nic dziwnego, że potwierdzają Oni oficjalne dane, kim był, czym się zajmował i pasjonował zawodowo , z kim spotykał, jakim był Kolegą, jakie miał plany – jednak stale mam w pamięci pierwszą krótką opowieść o wydarzeniu w którym uczestniczyła m. in. pisząca wspomnienie Koleżanka .
W tej opowieści Krzysztof Linke – Krzysiu ….. rozmyślam nieustannie – jawi się jako chyba pogubiony w tamtym czasie i w tamtej przestrzeni Profesor. Czy roztargniony , czy trochę naiwny ale na pewno dość bezradny wobec zaistniałej sytuacji.
To takie Ciepłe, Ludzkie, Zwyczajne …… Ten temat jest stale dla mnie otwarty – nie mogę przestać analizować….
Jednak należy się oderwać od rozmyślań na temat tego, co kryje się czasem za wielką aktywnością , wysoko ustawioną poprzeczką w życiu zawodowym czy pozorną żywiołowością i stałym może pozornym otwarciem na świat i ludzi – jakie wnętrze się odkrywa gdy człek zostaje sam, jak sobie radzi z klęskami i własnymi słabościami…. A że Krzyś lękał się emerytury, która nieubłaganie nadchodziła, że nie widział swojego miejsca w opuszczanej z tego powody klinice , a może i w zwykłym życiu nie widział miejsca – tego oczywiście nie wiemy i nie warto analizować, bo i po co ? Można jedynie domniemywać o Jego lękach obawach czy problemach ostatnich lat z dość zdawkowych opowieści Kolegów. No cóż Krzyś był po prostu Człowiekiem …. Może trochę innym niż my, ale tylko Człowiekiem ….
Już dość rozważań które prowadzą donikąd.
I dlatego zapraszam do fajnej spontanicznej jakże radosnej opowieści Mariolki z którą trochę pogadałyśmy mailowo o Krzysiu. Opowiadane przez nią historyjki – obrazy powodują, że Krzyś jest wśród nas – stale żywy, zarażający energią . I taki już pozostanie …..
Treści naszej rozmowy skopiowałam i dałam swój tytuł, z którym może Mariolka się nie zgodzi – więc mogę zmienić, gdyby …..
Krzysztof Linke. Zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego
Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 26 ) . Wspomnienia przemiłe o Krzysiu Linke .
Zosiu – Klaro pytasz o Krzysia. Jaki był ?
– Dusza człowiek np. jechaliśmy do małżeństwa kolegów z naszego roku – Drewsów ( jeden z naszych corocznych zjazdów) – zbliżamy się do granicy polsko – niemieckiej – a tam przy drodze mnóstwo straganów z krasnalami.
Krzysztof zatrzymuje autobus, zbliża się do krasnali – bierze kolejno, przystawia do swojej twarzy pytając czy podobny i kupuje 🙂
Potem uroczyście wręczył Marlenie i Piotrowi Drewsom prosząc by stał w ogrodzie przed domem – bo podobny do niego 🙂
Wyobrażasz sobie ile było śmiechu.
Nie zadzierał nosa profesorskiego, zawsze wesoły i skłonny do zabawy którą często inicjował
– inny obrazek – też z wyjazdu ( nie pamiętam dokąd)
mijamy inny autokar obok którego leży człowiek
– nasz zatrzymał się i na drogę wysypała się cała masa medyków – chyba ze 30 – każdy przepełniony powołaniem chciał pomagać – ale oczywiście każdy miał inną wizję jak to realizować 🙂
i wtedy Krzyś profesjonalnie, jak nas tego uczą i jak my powinniśmy to realizować – ryknął na nas : do autokaru – zostaniesz ty i ty !
POKAZAŁ CO TO ZNACZY BYĆ AUTORYTETEM
– pamiętam Go zawsze uśmiechniętego
– lubiłam słuchać Jego wykładów – czasami gdy byłam u mamy w Poznaniu (zawsze sprawdzałam co się dzieje w centrum dydaktycznym na Przybyszewskiego bo to kilka przecznic od mamy i obok mojego kościoła parafialnego – więc po drodze)
chodziłam na różne wykłady niekoniecznie z pediatrii- słuchałam też jego wykładów a były ciekawie prowadzone, z wtrętami humorystycznymi co rozluźniało atmosferę, dawało chwilę wytchnienia i pozwalało na powrót skupić się na prowadzonym temat
Krzysztof też był bardzo towarzyskim ludzikiem – zawsze pierwszy tancerz – to on rozkręcał nasze wieczorki – jeśli nie w parach to wężykiem, w kółeczko a wszystko z nieustającym humorem ….
– po jego śmierci czytałam nekrologi w gazetach poznańskich ( Głos Wielkopolski” , ” Gazeta Poznańska” ) – oprócz patetycznych były też bardzo ciepłe od pielęgniarek. Nie potrafię dokładnie przytoczyć ale chyba były o …… „tatulku” ….
Miałem szczęście do moich Wychowawczyń. A były tylko dwie. Obie kobiety samotne, poświęcające się swoim uczniom i obie polonistki. To One odkryły u mnie „niewątpliwy” talent literacki.
Przez 7 klas podstawówki była nią Pani Eleonora Górka, która była właścicielką domu na Dąbrowskiego w którym mieszkaliśmy. Dom został wybudowany dla Niej przez Księdza Wolanina w latach dwudziestych. Musieli się ogromnie kochać. Dla Niej zdjął sutannę. Był potem w latach dwudziestych nauczycielem w mojej późniejszej szkole, lecz Kościół nigdy Jej tego nie wybaczył. Za to, że „uwiodła” Księdza szybko Jej grób na cmentarzu w Kutnie został zlikwidowany. Teraz jako Jej wychowankowie wmurowaliśmy pamiątkową tablicę na murze cmentarza.
To ona uratowała mnie przed pasaniem świń i krów na które wywiózł mnie Ojciec, gdy nie chciałem chodzić do Szkoły Muzycznej.
A może niestety, to przez Nią nie zostałem bogatym obszarnikiem ….
… To ja niestety pierwszy stwierdziłem Jej odejście do lepszego świata po powrocie z praktyki w Szkocji..
Pani Górka często po lekcjach brała do swojego domu uczniów, którzy mieli gorsze stopnie. Dawała im bezpłatne lekcje bez żadnego dodatkowego wynagrodzenia. Po prostu kazała przyjść.
Ja miałem blisko z parteru na piętro.
Karała nas biciem linijką po rękach, aż dłonie puchły.
Ani my ani Rodzice nie mieli o to żalu, bo to było sprawiedliwe. Teraz Ziobro by Ją skazał .
Pamiętam, jak mnie biła lub stawiała do kąta za drobniejsze przewinienia.
To Ona spowodowała, że razem – z całą klasą z podstawówki – znaleźliśmy się w liceum. Razem przez 11 lat.
To cementuje.
Te przyjaźnie muszą zostać, bo w tym czasie dojrzewaliśmy….
Drugą Wychowawczynią w Liceum była wspaniała, drobniutka, dystyngowana i surowa Pani Profesor Janina Kowalewska. Pochodziła z Warszawy. Najbliższą rodzinę chyba straciła w Powstaniu.
Mieszkała ok. 2 km od szkoły i przez całe miasto codziennie dochodziła do pracy…
Na pewno nie była zwolenniczką słusznie minionego systemu, bo pozwalała nam na dość śmiałe i ostre dyskusje między sobą na lekcjach polskiego i godzinach wychowawczych. Sama nigdy nie zabierała głosu, co najwyżej obserwowała i moderowała nasze kłótnie. Obserwowała nas i panowała nad dyskusją.
Gdy jeden z kolegów (Kaziu Jerzak) zrobił kurs „operatora filmowego” sprowadziła debiutancki film „Dwoje ludzi z szafą” nieznanego młodego reżysera. Gorąca dyskusja po filmie znów tylko przez Nią moderowana. Tak zobaczyłem pierwszy w życiu film Romana Polańskiego. Nie wiem jak Ona przewidziała Jego przyszłą karierę…..
Zadawała nam wypracowania do domu.
Przerabialiśmy „Placówkę” Prusa. Lekturę trzeba było przeczytać, ale jakoś nie miałem czasu. No i tragedia: Klasówka z „Placówki”! Opanowany z zimną krwią pisałem jak to Ślimak bronił swojej ziemi przed sprzedażą , jak tę ziemię kochał, czuł jej zapach. No i zaliczenie z powodzeniem. Do dziś nie przeczytałem, ale sobie obiecuję, że muszę ją przeczytać.
Kiedyś przerabialiśmy tryb przypuszczający. Kazała nam w tym trybie napisać wypracowanie. Na drugi dzień wezwany do odpowiedzi mówię. „Brak wypracowania”. SIADAJ DWÓJA….. Pani Profesor, to tylko tytuł. I zacząłem jak by to było pięknie pograć w piłkę, iść do kina, gdyby nie to wypracowanie. Pełne 2 kartki. Klasa w śmiech. Zaliczyłem….
Każdy z nas miał swoich nauczycieli. To na pewno byli różni ludzie. Jednych pamiętamy, o innych chcielibyśmy zapomnieć. Po latach ja nie mam takich, których mógłbym źle wspominać. Każdy z Nich brał odpowiedzialność za nasze wychowanie, przygotowanie do dalszej nauki i do życia.
Żyliśmy w systemie totalitarnym, oby nigdy już tego w Polsce nie było. Mimo tego nawet Ci najbardziej zaangażowani których znam, nie przekroczyli granicy, którą mógłbym nazwać ślepą indoktrynacją….
Na pierwszym obozie harcerskim w Zuzinowie pod Gostyninem Komendantem był wspaniały, uwielbiany przez harcerzy harcmistrz druh Witczak. Potem był pierwszym sekretarzem w Kutnie. Dla mnie Jego działalność była trochę jak gra. Nie był kimś, kogo można uznać za zajadłego komucha. Takie były czasy. Po zmianie ustroju odwiedziłem Go z lekarską wizytą. Mieszkanie skromne, wręcz biedne, nie dorobił się niczego. Dostawał najniższą emeryturę „ na przeżycie”. Mimo systemu, wysokiej pozycji i swej roli pozostał porządnym człowiekiem.
Patrzę teraz na te dziesiątki tysięcy złotych, które dostają szefowie spółek i beneficjenci, „swoi ludzie” jednej zwycięskiej partii walczącej o „sprawiedliwość”. Jedno jest pewne. Mimo, że były sklepy ” za żółtymi firankami”, to” nie było takich różnic płacowych jakie teraz fundują sobie funkcjonariusze „dobrej zmiany”. Znamy pensje pielęgniarek, stewardess, ratowników medycznych, los niepełnosprawnych i ich opiekunów. Solidarność jest daleką przeszłością. Uważam, że społeczeństwo obywatelskie patrzące bezpośrednio na ręce władzy jest jedyną drogą do bardziej sprawiedliwego podziału wypracowanych dóbr poza tymi, które każdy sobie sam wypracował i uzbierał.
Na Wszystkich Świętych staram się odwiedzić groby moich nauczycieli i kutnowskich lekarzy. Nie mogę Im inaczej podziękować jak tylko postawić świeczkę. Będą żyli tak długo, jak długo my będziemy o Nich pamiętać.
Powtarzam się, ale to zdjęcie Marii J. Nowakowskiej – uwielbiam – ta minka i te glany 🙂
A oto przyfrunęły przed kilkunastoma dniami kolejne liściki od Mariolki ( i czekają zniecierpliwione na swoją kolej – bo są jeszcze zapiski Kolegów naszych, które też tu wrzucam ). Nasza Znakomita Koleżanka- pediatra, ordynator, społecznik, kochająca poezję i aforyzmy przyświecające Jej w życiu – która jest dla nas Wielkim Odkryciem – z czego jesteśmy ogromnie szczęśliwi że zdążyliśmy bo wszak inni odkryli już Ją dawno – tak pisze : ( powtarzam się – że nie ingeruję w tekst, jedynie dodaję od siebie uśmiechnięte buźki )
czytam twoje pamiętniki ( do moich zawartych w rozdziale Na medycznej ścieżce- Mariolka chyba nie dotarła ) czyli pamiętniki JTM ( Jerzy T. Marcinkowski – przyp. Z.K. ) pisze on o praktykach studenckich i przypomniałam sobie moją i Teresy :
– załatwiłyśmy sobie w szpitalu w Gdyni ( mieszkanie było u mojej cioci ) …
pierwszą noc posadzili nas przy konającej staruszce – przeżycie okropne
dotrwałyśmy do rana
myślę że nas testowali bo następne dni były miłe – nawet pozwalali nam wcześniej wychodzić …
… no to wyszłyśmy i skierowałyśmy się prosto do Wydziału Oświaty oferując nasze usługi jako medyczki na wycieczki dzieci ze szkół i kolonii statkami Gdynia – Hel – Gdynia
kłopotów wielkich nie było a czas spędzony miło …
– praktyki w sanepidzie ( obowiązujące po 4 roku studiów na Akademii Medycznej – przyp. Z. K. ) załatwiłyśmy w Sopocie
tam nie puszczali nas same – za poważne działania mieli 🙂
ale zabierali na inspekcje lokali na plaży – po kontroli wracali do biura pisać raporty a my zostawałyśmy na plaży
wyniosłyśmy trochę z tej praktyki : w głowie wiadomości o sanepidzie a na plecach pęcherze od słońca 🙂 ( zwłaszcza ja – blondynka wrażliwa na słoneczko)
No to napisałam coś co mi się przypomniało
otwierają mi się szare komórki jak je do czegoś zmobilizuję – dziękuję, bo to Twoja zasługa !
I tego samego dnia przypłynął do mnie kolejny liścik od Mariolki :
witam
ja od rana gotuję obiad bo jak przyjadą młodzi to pewnie będą głodni jak wilczki
mieli być do jutra ale mapy pokazują obfite deszcze w tamtych okolicach więc czekam na nich
tym bardziej że oni lubią wcześniej wracać w czym się wspólnie zgadzają
to odwrotnie niż my – zdarzało się że z drogi bezpośrednio szłam na oddział – tam prysznic a w szafie zawsze było coś do przebranie więc po 5 minutach byłam gotowa
tak też wróciłam z wesela kuzyna w Poznaniu prosto do pracy …. 🙂
każdy ma swoje przyzwyczajenia …
– mówią o ulewach w kraju a u nas tylko troszeczkę pokropiło . Widzę że muszę dać laptop do przeglądu albo wołać o zmianę na nowy – bo gubi literki i wiele muszę poprawiać a nie wszystko zauważę
miłej niedzieli życzę
Fajnie podążać, Mariolko, za Twoimi płynącymi, różnobarwnymi myślami – lubię tak, moje dygresje czasem rozrastają się w istną hydrę. Dowiedzieliśmy się więc, że miałaś czy masz ciocię w Gdyni, że kochasz morze i dzieci, że masz jasną cerę wrażliwą na słońce. A czy masz piegi ? , bo ja zawsze, gdy pierwsze promienie – Mama mówiła, że po rosyjsku nazywają się tak ładnie – wiesnuszki . Poza tym gotujesz obiadki Swoim i że Oni wracają zwykle wcześniej , inaczej niż Wy kiedyś – nad ranem 🙂 i że po podróży jesteś gotowa w 5 minut do pracy – skąd to znam – może nawet zostajesz na dyżurze ? – nie zapomnę dyżuru w pogotowiu – po nocy sylwestrowej na który zgłosiłam się prosto z balu ( dobrze, że dawali fartuch i można było startować do pacjentów nie w kreacji balowej 🙂 a ci proponowali herbatę widząc panią doktor w stanie prawie takim jak oni ( no, nie alkoholowym – jeno wycieńczonym :). No i wiemy, że Twój laptop gubi literki 🙂 .
Oczywiście Mariolkę wszyscy rozpoznają – ale dla niewtajemniczonych – to ta Jasna Dziewczyna na zdjęciu po lewej i czwarta od dołu w tej ” piramidzie” koleżanek . Fotografie z albumu Marii J. Nowakowskiej.
Ponownie to samo zdjęcie które zamieściłam w Pamiętniku Jurka – może to my , młodzi – jako te ” brzydkie kaczątka” ?
Leszek Milanowski z Wnukiem zajęci pracą , głowa w głowę …. piękne, klimatyczne to Wasze zdjęcie …. Dzieci, Wnuki to najcenniejszy Dar otrzymany od Życia – kontynuacja …. .
Jerzy T. Marcinkowski, chyba w Bangkoku, z twarzą zwilżoną złotą wodą ?. To może stąd ta wyśmienita kondycja ? Może kiedyś nam opowiesz o tej swojej wyprawie …. oczywiście zdjęcie jest własnością JTM. 🙂
Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.
Może mi wybaczycie, lub po prostu czytać mojego nie będziecie . Ale muszę zwyczajowo pogadać, a może też chcę oddalić to co „ najsmaczniejsze”- podać na końcu- jak najbardziej wysmakowany deser – tak mam – gdy czytając bardzo ciekawą, inspirującą myślenie i malującą w głowie obrazy – książkę – czynię to wolno, coraz wolniej – bo żal ją odłożyć na półkę ….
A więc zaczynam raz jeszcze :
Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.
Najpierw miałam przyjemność „ wrzucenia” pamiętnikowej opowieści Jurka Marcinkowskiego i przez cały dzień sobie „ fruwałam „ z tej radości – wprawdzie malutkiej – ale wszak z małych Radości składa się życie…
Byłam najnormalniej szczęśliwa, że Nasz Profesor Dostojny Jurek , choć czasem żartobliwy, ale w gruncie rzeczy chyba introwertyk – uchylił nieco „ przyłbicę” – czy jak się TOTO zasłaniające twarz nazywa w szermierce którą to uprawiał we wczesnej młodości ( nawet był mistrzem polskich juniorów ) ?.
Dzień sobie trwał, na naszym Grupowym Messengerze dziewczyny gadały przeszkadzając Ewie w pracy a Leszek odzywał się tylko czasami – choć raczej lakonicznie – głównie milczał i nie zgłaszał się do telefonu – jak zdążył napisać – był mocno zajęty operacjami w tej swojej Anglii . Jurek podobnie wędrował po meandrach licznych zajęć i zaglądał do mess rzadko.
Ogólnie więc, było spokojnie, ba, nawet pogodnie nudnawo.
Tradycyjnie poszłam spać” z kurami” i wstałam przed świtem…
O tej porze, jak zawsze Cisza była dookolna i we mnie spała jeszcze Cisza – ale tym razem spała krótko. Bo niecierpliwy smartfon tak kusił i nęcił , jakby tylko czekał na ” zaopiekowanie „ i wzywał tak, że po chwili tuliłam i ogrzewałam go w dłoniach, jak bliskiego przyjaciela 🙂 . Gdy zajrzałam do tego, co chciał mi powiedzieć , najpierw smuta, że nie odebrałam późnego jak na mnie, telefonu od Leszka ale niebawem, gdy tylko „przekroczyłam progi” Messengera „poderwałam się do lotu”.
Odkryłam bowiem późnowieczorną rozmowę Leszka z Jurkiem. ….
Leszek, pomimo tego, że praca kradła Mu czas 🙂 , zdążył przeczytać ostatnią , tu zamieszczoną , „ kartkę” z Pamiętnika Jurka Marcinkowskiego. I w dodatku napisać swoje. Nie tylko zdążył nam tyle opowiedzieć, momentami żartując ( tak, po latach człek nabiera dystansu do siebie i nawet tzw. czarny humor przefiltrowany przez nr Peselu – po prostu cieszy) ale też wysnuć mądry, choć odwiecznie prawdziwy wniosek . Dzięki Leszku …..
A oto ta rozmowa – opowieść, kopiuję w całości, wrzucając ( może niepotrzebnie ?) jedynie swój „ uśmiech „ i wykrzykniki :
Leszek :
Ciekawa opowieść Jurka o omdleniu.
A jeszcze cenniejsze reakcja Jego Ojca.
Kiersz był głupi. ( to ad wspomnianego w Pamiętniku Jurka naszego asystenta na anatomii prawidłowej – przyp. Z.K.)
Po pierwszym roku praktykę odrabiałem w Kutnie u Ojca na chirurgii. Pozwolił mi stanąć na czwartego do cholecystektomii. Wystarczyło trzymać ręce na stole. Po ok 45 minutach nagle ciemno przed oczami i walnąłem głową o posadzkę (to od tego uderzenia jestem zwariowany). 🙂
Ojciec nie komentował – jak następnego dnia znów stanąłem i znów walnąłem. Ojciec tylko kazał jednej salowej uważać – co by za mną stała – bym więcej nie niszczył posadzki. 🙂
Obok przygotowany był wózek na który mnie kładli z uniesionymi nogami. 🙂
Oczywiście pełnia śmiechu i kompromitacja (?) dla ordynatora.
Ich śmiech kazał mi pokazać. Że się nie dam.
Po kilku dniach przeszło i się nie powtórzyło nigdy….
Nie zapomnę kilkugodzinnej trepanacji czaszki w czasie tej praktyki i zakładania koleżance z klasy gipsu na złamaną miednice. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem żywą kobietę i to jeszcze pięknej budowy. 🙂 To będzie inna opowieść …
Na złość losowi musiałem zostać chirurgiem.
W czasie operacji najlepsze jest to, że nic więcej Cię nie obchodzi.
Sam najdłuższą robiłem 13 godzin. Redakcja żuchwy z dnem jamy ustnej i rekonstrukcja płatami uszypułowanymi. Oboje przeżyliśmy. J Inna historia o której napiszę. Trzeba walczyć do samego końca. ( !!! )
A najdłuższa, do której asystowałem w Warszawie to 25 godzin resekcja po kawałkach wątroby i częściowo trzustki z rekonstrukcją nowych dróg żółciowych motocyklisty z Kutna zresztą. Nie został dawcą organów. ( !!! )
Jerzy
O, Leszku, ale piękna ta Twoja opowieść!!!
Leszek
Jurek, Twój Ojciec zrobił to samo co mój. Pozwolił Ci pokonać samego siebie.
Jerzy
No widzisz Leszku, podobnie nam się przytrafiało
Leszek
Dla mnie wniosek jak wychowywać swoje dzieci by same dawały sobie radę w życiu.
Po pierwsze, mam nadzieję, że mi wybaczysz ” uśmiechnięte buźki” , które czasem wstawiam na końcu Twojej dowcipnej wypowiedzi. To jedyna ingerencja w Twoje teksty. Ale chcę wypunktować to, co dla mnie jest ” Rozbłyskiem ” Twojego pisania – wartym zauważenia – bo wiem z doświadczenia, że ludzie czasem czytają pobieżnie i coś tak fantastycznego może im umknąć …
A teraz kolejny list od Marii J. czyli Mariolki :
napisałaś że mam pisać o rodzinie to napiszę trochę ja a potem czekam na Twoje opowieści rodzinne
i wkrótce przypływają zdjęcia z albumu Rodzinnego Marioli, które bez objaśnień wstawiam pomiędzy poszczególne tematy Jej opowieści
mama – była w domu z nami i dorabiała malując abażury
wzory były różne – były też Chinki, smoki i takie tam
abażury wystawiała na targach poznańskich
któregoś dnia podeszli Chińczycy – oglądali i zaczęli się bardzo śmiać
mama dochodziła w czym rzecz – okazało się że między namalowanymi Chinkami umieściła jakiś znak chiński – bo się jej bardzo podobał – a to było jakieś okropnie świńskie słowo 🙂
tata był z zawodu księgowym ( głównym w budowlanej dwójce która budowała m.in nasz akademik na Przybyszewskiego, Rataje) a jego pasją była koszykówka.
w Gnieźnie był trenerem – m.in. Łopatki Mieczysława który w końcu grał w FBA w Stanach
wówczas był to naprawdę sport amatorski – koszulki i spodenki tato przynosił do domu, my odpruwaliśmy numerki , mama prała i potem przyszywała
żeby ułatwić mamie pracę, tato kupił na targach poznańskich pralkę – kwadratową, wirnik w dole bębna
radość wszystkich ogromna bo nikt czegoś takiego nie miał no i praca będzie lżejsza
trwało to do pierwszego prania – wirnik wyrywał w każdej koszulce i spodenkach kwadraciki 🙂
w ślady taty poszedł brat – został nie trenerem lecz sędzią – sędziuje do teraz mimo wieku a w najlepszym okresie nawet finał międzynarodowych zawodów w USA…
to była jego pasja a z zawodu był rehabilitantem
siostra już jako dziecko bawiła się w nauczycielkę – pisała z błędami a potem sama je poprawiała 🙂
była tak przejęta rolą że którejś nocy musiało jej się to śnić bo stanęła nad babcią i : zawołała – jak nie umiesz to do kąta i …zerwała kołdrę z przestraszonej babci …
Pasja została – do dziś uczy ( jest żoną dyr. Szkoły Kenara w Zakopanem
Dlaczego tam ? wyszła za mąż za górala a jej teść był lutnikiem jednym z pierwszych w Polsce, założył klasę lutniczą w tej szkole. Na jego skrzypcach grało wielu skrzypków m.in. Wiłkomirska…
jest pochowany na Pęksowym Brzysku *
mąż też lutnik
jedna cecha nas łączy oprócz genów – żadne z naszych dzieci nie poszło w ślady rodziców – jedynie szwagier kontynuuje pracę swojego ojca
pomyślisz pewnie że w takiej rodzince to ja też sportowiec
i tu się mylisz – po znajomości ( wszyscy wf -iści ojca znali ) miałam tróję z wf a oceny poprawiające z 2 dostawałam np. za to że pierwsza rozebrałam się na lekcje..
denerwowało mnie to więc w 2 klasie liceum zdałam egzamin na sędziego Lekkiej Atletyki
co sobotę i niedzielę sędziowałam więc jak takiej uczennicy nie dać 3 na koniec roku, prawda?
sędziowałam Szewińskiej- Kirszenstein, Sidle itd.
problem rozwiązałam sama przed rokiem
po udarze koleżanka dała mi skierowanie na rezonans i mówi : poprzednio badałam ciebie na leżąco więc albo wtedy nie zauważyłam albo teraz miałaś udar móżdżku
idę do domu, myślę (czasem mi się to zdarza ) i nagle olśnienie :
przecież to wynik urazu okołoporodowego – stąd te kłopoty z równowagą od dzieciństwa ( nie jeżdżę na rowerze, łyżwach, nie zrobiłam stania na rękach, nie przeskoczyłam kozła i skrzyni)
I całe życie przynosiłam wstyd tacie że ma córę łamagę – jego koledzy to wszyscy którzy uczyli wf lub trenerzy
dziury w świeżej pamięci jednak mam
zrobiło mi się bardzo gorąco nie wiadomo dlaczego
powędrowałam do kuchni po wodę
tam jeszcze cieplej bo …. wygotowała się woda i przypaliła cała zawartość wstawiona na zupę 🙂
album rano zaniosłam do fotografa – mam odebrać o 16 już wszystko to wieczorem prześlę zdjęcia
* Gdy przeczytałam w ww. liście , że teść Siostry Autorki Pamiętnika , znakomity lutnik jest pochowany w Zakopanem na Pęksowym Brzysku. od razu pojawił mi się w oczach ten maleńki, ale wielkiego skromnego piękna cmentarzyk zwany w Wikipedii Cmentarzem Zasłużonych. Będąc w Zakopanem, zawsze muszę tam zajrzeć – by w coraz rzadziej spotykanej ciszy posłuchać jak bije serce Zakopanego ….
A teraz do Ciebie mail , Mariolko – czytając Twoje listy, stale jestem pod wrażeniem – piszesz krótko i lekko o tylu ważnych wydarzeniach i problemach swojego życia. Czytam po raz kolejny Twój tekst – zawsze mnie rozbrajasz i rozweselasz nagłym jak wiosenna burza , niespodziewanym komentarzem pełnym humoru i dystansu do siebie. Mariolko , jesteś fenomenalna – Twój minimalizm ma kształt doskonały. Pisz dalej, dla nas, dla potomnych, szczególnie dla swojego szefa – jak nazywasz Kubę, 4 letniego Wnuczka
Tym razem było tak – pozornie banalnie. W początkowej fazie naszej znajomości – ale gdy już odkryłam Mariolę dla siebie- wrzuciłam na FB to zdjęcie jeziora , moja stara znajoma-napisała chyba jesteś w krainie Midasa bo ta barwa wody – stare złoto) – po czym nagle przyfrunęła opowieść Marioli. Jakże poważna, dotykająca tylu problemów, jak zwykle ciekawa – wspomnienie z Jej dzieciństwa ….
Oto zdjęcie, które wczoraj otrzymałam od Marioli – ta Dziewczynka ( chyba z Mamą i Bratem) to najpewniej Ona, w wieku kiedy przeżywała wydarzenia, które opisała poniżej . ( oryginalne słowa Marioli pozwalam sobie zaznaczyć mocniejszą czcionką ) ….
„Urodziłam się w Gnieźnie i miałam tam różne przeżycia np. powrót Wyszyńskiego z Komańczy . On stał na balkonie Pałacu Prymasowskiego, w dole pełno ludzi (ja też) a na dachach domów wojsko z karabinami skierowanymi w dół na ludzi a Wyszyński prosił: bądźcie spokojni, idźcie do domów w spokoju, nie dajcie się sprowokować! To był WIELKI CZŁOWIEK !!!”
Wspaniałe, Mariola, to , co piszesz – może jeszcze coś opowiesz – czekam. Dziękuję , odpisałam….
Na szczęście długo nie czekałam, bo oto przyszedł następny wpis na mess od Marioli :
Kazałaś coś napisać- więc nadal o Gnieźnie. Czasy komuny, Poniedziałek w szkole – las rąk w górze na początku każdej lekcji. Pani pyta o co chodzi ? jesteśmy nieprzygotowani bo wczoraj był prymas starczyło- nie pytali! Jeszcze wcześniej przyjeżdżał nie tylko do kurii ale odwiedzał też przedszkola które wówczas prowadziły tylko siostry zakonne, Opowiadał, słuchał nas i bawił się z nami np. w kółko. Normalny człowiek, dziadek nasz można powiedzieć. Mam wiele zdjęć z tego okresu. I usprawiedliwiam się – nie pisałam bo wnuk mnie absorbował – teraz jest na wakacjach z rodzicami więc będę pisała !!!
Następnego , lub jeszcze tego samego dnia Mariola pisze:
To będzie o święcie św. Wojciecha w katedrze gnieźnieńskiej , w ołtarzu głównym stoi trumna św. Wojciecha z jego relikwiami ( net na pewno ją pokazuje). Każdego roku w niedzielę poprzedzającą 23 kwietnia czyli święto Wojciecha jest w Gnieźnie odpust w sobotę – wtedy trumna jest przenoszona z katedry przez całe miasto do kościoła św. Michała – tam całonocne czuwanie, a w niedzielę rusza procesja z kościoła św. Michała do katedry. Uczestniczą w niej wszyscy biskupi ( tam po raz pierwszy widziałam Wojtyłę) oraz delegacje z wielu parafii w Polsce czyli mnóstwo feretronów itp. Przed katedrą msza w czasie której WSZYSCY śpiewają Bogurodzicę ( chór przewodzi)… Przywołuje to opowieści o dawnych wojach tyle kościelne znaków- obok ok. 600m dalej, na dużym placu stragany i koguciki na druciku, waty …. i pamiętam że często w tym dniu padał deszcz co psuło humor i ….zwykle gdy byłam mała były nowe buty bo noga urosła przez zimę no i po procesji bąble na piętach. Ale głupotki przypomniały mi się dzięki Tobie koleżanko miła…
Odpisałam, że mnie wzruszyła ta opowieść, bo wszystkie te informacje można znaleźć w necie – ale o odczuciach świadomego już wtedy historii dziecka – jak Bogurodzica przywodząca na myśl dawnych wojów , rynek – gdzie koguciki na druciku, deszcz i bąble na piętach , bo buty nowe – Mariolku – tego nikt jeszcze nie opisał …
A poniżej zdjęcia, które znalazłam w internecie ….
Gniezno, 1966 – od 10 lat trwają przygotowania i obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, a władze komunistyczne , w tym czasie , zakryć to katolickie święto, organizują obchody Tysiąclecia Państwa Polskiego … kardynał Stefan Wyszyński razem z ludźmi ….czy ktoś wtedy myślał o izolacji dostojnika i ochronie …
Zwykły człowiek , dziadek – pisze Mariola …Stefan Wyszyński …
Pamiętny czas, pamiętne zdjęcie i pomnik na Jasnej Górze ….
Jak daleko odeszliśmy od tamtego wydarzenia, tamtej radości, dumy, szczęśliwości – i gdzie teraz jesteśmy – może nie powinnam tego pisać – ale musiałam, proszę wybaczyć ……