Listy od Jacka. Złodziej i wódka.

W jednym z listów Jacek opowiada o pierwszym spotkaniu z Austrią. A właściwie z Polakami, którzy tam mieszkali…oto ten list, a właściwie scenariusz…czytam i widzę film. Nic dziwnego- Jacek jest filmowcem w Australii. Był rok 1981.. Syn z matką wybyli z Polski…

 

IMG_0418.jpg

Zdjęcie od Jacka. Oto on….

 

 

<<

“Złodziej i wódka”

 

Czerwony Maluch dowiózł nas do Wiednia około trzeciej nad ranem. Zaparkował pod dworcem głównym, ziewnął i zasnął.

Mama patrzy przerażona wokół.

– co robimy?

– mama odpocznie a ja pójdę na spacer.

– nigdzie nie chodź….

– zaraz wrócę.

 Zżerała mnie ciekawość.

 – poczekamy do świtu.

– mamo, żywej duszy wokół, zaraz wracam.

 Otwieram drzwi Czerwonego i ni stąd ni zowąd, stoi jakiś facet jak duch. Jak go zagadać, myślę.

Facet uśmiecha się głęboko.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Jurek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– mam dwie butelki, ale wie pan, nie znam cen. 

Faxt wyciąga jakąś reklamę przecen. Pokazuje Żytnią i cenę – 100 szylingów. 

– no widzi pan, to na przecenie, a ja płacę 80 szylingów – inni oferują 60. 

Patrzę na reklamę, jego uśmiech…

– dobra.

Sięgam do Czerwonego po butelki. Mama przerażona.

– uważaj…może jakaś policja.

Wymieniamy się towarem z Jurkiem.

– miłego dnia i powodzenia.

 – no widzi mama jak na tym zachodzie forsa leży na ulicy. 

– jakiś gościu patrzy na naszą rejestrację, Jacek.

 Wychodzę z Czerwonego. Gościu się uśmiecha.

– państwo z Polski…macie wódkę?, dobrze zapłacę…Zbyszek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– a ile pan płaci?

– proszę pana, promocja 70, ja płacę 60. ile pan ma?

– miałem dwie, ale już sprzedałem. 

– pewnie po 50…he, he…

– po 80 panu Jurkowi, mówił, że wszyscy go tu znają….bardzo sympatyczny.

Gościu ogląda się wokół. Patrzy na mnie i odchodzi. Słyszę jego pod nosem.

– to złodziej jebany…znów mnie okradł, kurwa, Juruś….ale uczciwie zapłacił.

Gościu zniknął tak jak się pojawił… 

 – Jacek, trzeba odpocząć, zdrzemnij się.

Położyłem się do góry nogami w Czerwonym i pomyślałem: jestem na Zachodzie a wokół  sami Polacy i zasnąłem.

Po kilku minutach snu o Zielonej Górze obudził mnie łomot pod czaszką , czyli dyskretne pukanie w okno. Nie chciało mi się zmieniać pozycji na wiszącą, więc otwieram okno. Widzę uśmiechnięta twarz do góry nogami.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Miecio jestem….

– nic nie mamy, dobranoc..

Miecio zapalił skręta, zakaszlał się na śmierć i wykrztusił.

– znów zaspałem, kurwa, a kto rano wstaje….

 No i w ten sposób poznałem pierwszych trzech Austriaków w Wiedniu…

 Wyjechałem na Zachód,  a wokół sami Polacy.

mówią, że „wszyscy go tu znają i mogą poręczyć”…

„To złodziej…znów mnie okradł, ale chociaż uczciwie zapłacił…” >>

 

Listy od Jacka. Przypadek.

IMGP1900.jpeg

Jedyny syn mojego Brata- Jacek…ciepło w sercu jakoś… To zdjęcie m.in. teraz mi przysłał.  Nie znam daty.

 

To było bardzo dawno, gdy w dalekiej Australii odeszła z tego świata druga żona mojego brata- Zenona, Gerta i  urwał się kontakt z moim bratankiem a ich synem- Jackiem.

Już kiedyś pisałam,  że do Australii wywędrowali w końcu lat 80 ubiegłego wieku. Ona, Gertruda Fajger, była znaną radiową zielonogórską dziennikarką. Mój brat już dawno opuścił rodzinę, więc byli wolni i mogli zrealizować marzenia poznania świata. Tak więc Matka i Syn najpierw pojechali do Austrii a stamtąd dalej, na owe antypody…..

Przedtem Jacek bywał u moich Rodziców w Gorzowie a potem w Warszawie. Gdy zachorowała Gerta , zapadła cisza…..

     Po bardzo wielu latach , w 2011 roku wybrałam się z Mirkiem do Zielonej Góry na grób Brata  . I nagle  okazało się , że dokładnie w tym samym czasie do Zielonej przybył Jacek. To był Przypadek, zupełnie niesamowity. Jakby zaaranżowany przez kogoś , kto ogląda nas z góry, jakby figiel mojego Brata z zaświatów. Zjawiliśmy się niespodziewanie, nikt nie mógł przekazać Jackowi informacji, że będziemy ani nam, że On leci z dalekiej Australii.

Po prostu zjawiliśmy się dokładnie w tym samym miejscu i w tym samym czasie. I się po prostu spotkaliśmy …

„Przypadek”-  podkreśla teraz Jacek delektując się tym słowem z jakimś wewnętrznym skupieniem i namysłem

Po kilku dniach spotkań w Zielonej Górze, przyszedł czas pożegnania. Po powrocie do  domu   napisałam maila na podany przez Niego adres, ale list wrócił.

    Spasowałam więc i poświęciłam się spisywaniu wspomnień rodzinnych zamieszczając je w tym blogu. Jeden rozdział zatytułowany Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza zawiera to co zapamiętałam z Jego dzieciństwa, ze spotkań z Jego Mamą ….

Pisałam sobie i pisałam te listy bo przede wszystkim  chciałam  utrwalić dawne czasy, uratować wspomnienia z nadzieją, że może kiedyś wrócą stale żywe do naszych dzieci czy wnucząt .

Tak sobie właśnie myślałam, właściwie nie spodziewając się, że adresat je przeczyta.

      Aż tu nagle, wyobraźcie sobie , nagle zadzwonił telefon. Tu Jacek…oczywiście serce zadrżało, wszak to moja krew .

Zapytałam skąd dzwoni. Odpowiedział , że zdobył  numer mojego  telefonu a dzwoni z antypodów, czyli z Australii …Można się domyślić, jak długa była ta  rozmowa jaka serdeczna . Tyle nas łączy – On zachował ciepłe wspomnienia o dziadkach -moich Rodzicach- Stefanii i Wacławie od którego otrzymał nie tylko nazwisko. Ale o tym potem….

W pierwszym  mailu po tej rozmowie, Jacek  tak pisał:

 „ Witam Ciociu,

Nasze spotkanie w Zielonej Górze było jak bajka Andersena, tudzież kłania się Kornel Makuszyński podczas wakacji z duchami innego autora…..Prawdziwość słów, to jest prawda czasu, prawda ekranu, prawda…..

Przypadek- ciekawe- szukałem poetów zielonogórskich, a znalazłem Cioci listy do mnie….”

 

Odpisałam, prosząc  Go o jakieś opowieści z życia, bo spodziewałam się, że jest barwne…

Na to Jacek :

<< Skoro Ciocie to interesuje, coś tam będę pisał. Zresztą fajnie, bo na przykład moich chłopców w na razie jakoś nie interesuje cały ten zgiełk ( mówi o synach i Internecie – mój przyp.), a może to jest właśnie forma przekazu dla potomnych…>>

 

I tak się zaczęło…….

.