Nasza przyjciółka Leza.

 

7.JPG

 

 

 

 

 Urodziła się na warszawskiej Pradze, więc trudno wymagać by była damą. Jest małym, żywiołowym , trochę szczekliwym i radosnym pieskiem.

Jest małym pieskiem z nieprawdopodobnie wielkim sercem.

Zjawiła się w domu moich dzieci, bo 11 letnia wtedy Jula i 6 letni Michał od dawna pragnęli mieć takiego przyjaciela. Przed 7 laty, ich ojciec, który poleciał na kajtowe szaleństwo do Ameryki Południowej, bo tam najpiękniej wiało, w brazylijskim domu Polaków, których podobno mieszka tam całkiem sporo, napotkał małego białego pieska . Był zachwycony gdy dowiedział się, że jest on urodzony przy ul. Szaserów w Warszawie i ma tam siostrę. Telefonicznie przekazał do Polski tę wiadomość i druga babcia Juli wybrała się tam natychmiast. Poczem pojawiła się w Michałowicach z małym pieskiem w koszyku. Dzieciaki bardzo się ucieszyły i nawet na chwilę zapomniały, że ich ojciec jest daleko i z powodu pokajtowego urazu wróci później. Wszystko dobrze się skończyło i wkrótce wszyscy cieszyli się Lezą.

Właściwie otrzymała na imię Fortaleza od nazwy tej brazylijskiej miejscowości, gdzie mieszkał jej brat, ale skracając to imię ostatecznie została Lezą.

Młodziutka jeszcze była, gdy jej „rodzinka  „ wyjechała na wakacje i Leza przybyła do nas. Już nas znała, więc chyba nie przeżywała rozstania z dziećmi i beztrosko sobie biegała po naszym domu i ogródku.

Ale nie był to dla nas dobry czas, bo gościła tutaj choroba. Nie zapomnę takiej nocy, gdy zauważyłam Lezę na dywaniku przed łóżkiem cierpiącego. Odeszła ze swego ulubionego poprzednio posłania i wiernie czuwała. Była spokojna jak nigdy i poważna. To było niezwykłe, gdyż kolejnej nocy zachowywała się tak samo. Gdy ostre objawy choroby minęły, Leza wróciła na swoje miejsce sypialne.

Nigdy nie miałam psa, więc nie wiedziałam, że takie zwierzątko może tak wyczuwać i rozumieć sytuację, opiekować się jak najlepszy przyjaciel. Wówczas to Leza zupełnie zawojowała moje serce i nigdy nie zapomnę tamtych dni….

Po pewnym czasie Leza wróciła do domu , ale dzieciaki ponownie gdzieś wyjechały i tym razem w ich domu została z nią druga babcia. Któregoś dnia otrzymałam od niej telefon, głosem bardzo przejętym i rozedrganym  opowiedziała, że Leza uciekła. Sewa obiegła całą miejscowość, ale nigdzie pieska nie znalazła. Też się bardzo tym przejęłam, odpowiedziałam, żeby wróciła do domu , odpoczęła i czekała na ew powrót Lezy. Szybko się ubrałam i pognałam  w Michałowice. Przemierzyłam wiele kilometrów, pytałam przechodniów, wołałam, ale gdy nie udało mi się spotkać Lezy, smutna wracałam do domu dzieci. I gdy byłam już blisko domu, nagle zauważyłam trzy małe pieski, które kroczyły wzdłuż parkanu. Na czele  szła pokornie, lękliwie, umorusana jak nieboskie stworzenie wyraźnie zmęczona nieomal słaniająca się na nogach Leza, a za nią triumfalnie podążały dwa czarne, niewiele od niej większe  kundelki. Już nie wołałam, zatrzymałam się gdyż widziałam, że owa grupa skręca w stronę wejścia do ogrodu. Zdążyłam wyjąć aparat i zrobić zdjęcia. … Zadzwoniłam do babci naszych wnuków, by otworzyła drzwi wejściowe. Była szczęśliwa widząc  ukochanego pieska. Towarzysze Lezy nawet nie pchali się do wejścia za nią, dyskretnie pozostali na zewnątrz jakby czuwając czy ich koleżanka nie otrzyma solidnego lania za swój czyn.

Ale nie byłyśmy w stanie na nią krzyczeć, widząc jak jest mokra, zmęczona i przerażona, wzięłam koc i zakryłam do biedne udręczone ciałko. Leżała spokojnie na fotelu i powoli dochodziła do siebie. Oczywiście również zrobiłam jej zdjęcia, które zamieszczam poniżej. Jednak czas leczy rany i wkrótce już była wesoła, ale czy zapomniała? Tego nie wiem….

Podobny wyczyn wydarzył się w czasie gdy wszyscy pojechali nad morze. Tam Leza również uległa naturze i uciekła. Córka biegała po całej Jastarni, w końcu wsiadła do samochodu i szukała jej w sąsiedniej Juracie. Pytała ludzi, a nawet zatrzymała patrol policyjny, zgłaszając zgubę. Panowie tak się przejęli, że wyruszyli dalej w teren, obiecując pomoc. I owi dzielni policjanci stanęli na wysokości zadania, bo niedługo potem zadzwonili, że Leza jest u nich, na posterunku. Tak więc córka cała szczęśliwa odebrała pieska z komisariatu…panowie cieszyli się podobnie jak wszyscy i w dodatku dostali piwo oraz czekoladki więc radość ich była pełna…

I gdy tak patrzę na zdjęcia z  Lezą wesoło baraszkującą z piłką i Michałem, która zda się nie pamięta o swoich traumatycznych chyba przeżyciach, także o  swoich lękach przed zbliżającą się burzą, której jeszcze nie widać na błękicie nieba, z czułością myślę o tym małym piesku , piesku o wielkim sercu…

teraz  jest już dorosłą psią kobietą, bo ma już prawie 8 lat, ale nadal jest naszą radosną młodzieńczą przyjaciółką….

 

 

 

2,leza,17.02.2011.JPG

 

 

1,1.JPG

 

Wyczuwa nadchodzącą burzę gdy jeszcze niebo błękitne…

 

 

2,1.JPG

 

 

2,0.JPG

 

Po ucieczce z domu…

 

 

6.JPG

 

 

5.JPG

 

 

7.JPG

 

 

 

Pożegnanie…

Właśnie dzisiaj, gdy otworzyłam pocztę, znalazłam niezwykły list. Jest to tekst , który tak dawno a zda się niedawno napisała Ela Lisowa, współpracownica i prawdziwy przyjaciel  Brata mojego Męża, Pawła Konopielko. Odnalazła to „ Pożegnanie” , które zamieściła kiedyś  w zakładowej gazecie  i teraz mogłam przeczytać z prawdziwym wzruszeniem.

Tak sierpień dla naszej rodziny był miesiącem pamiętnym. W tym miesiącu moja Mama uwolniła się od ziemskich cierpień , mając 94 lata, 77 letni mój brat Zenon  ale też odeszli młodzi – mój wojenny Braciszek- 4,5 letni Wacuś i Paweł. Jakże niesprawiedliwy i okrutny wydaje się los, gdy zabiera nam młodych…

 

 PawełZenonDorotaja.JPG

 

Ostatnie takie spotkanie rodzinne . Dwa lata przed tragicznym odejściem Pawła, który jest na pierwszym planie, po prawej Zenon.

 

 

 

 

 

<< Pożegnanie

 

Pożegnaliśmy wspaniałego człowieka, Kolegę Pawła Konopielko Dyrektora Departamentu Zasiłków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zginął tragicznie w dniu 6 sierpnia 1998 r. w wypadku drogowym zawinionym przez nieodpowiedzialnego człowieka. Jechał w służbową podróż do Oddziału ZUS w Gdańsku. Była to Jego ostatnia podróż, a miał dopiero 55 lat i wiele niezrealizowanych planów.

Urodził się 29 marca 1943 r. w  Smorgonie na Wileńszczyźnie w rodzinie nauczycieli. Po przesiedleniu stamtąd rodziny mieszkał w Lidzbarku Warmińskim i właśnie z domem w  Lidzbarku związany był uczuciowo, jako z domem rodzinnym. Tam też kończył szkołę średnią. Studiował w Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Prawa, gdzie uzyskał tytuł magistra.

Miał żonę i dwóch synów, wspaniałą rodzinę, z której był dumny i o której dobro dbał szczególnie starannie. 

Całe Jego dorosłe życie to nieustająca  praca i bez żadnej przesady można powiedzieć – praca w służbie ubezpieczeń społecznych. W Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych przepracował bowiem więcej niż ćwierć wieku. Dyrektorem Departamentu Zasiłków był 20 lat. Miał najdłuższy staż dyrektorski w Centrali ZUS. Był więc dziekanem “korpusu dyrektorskiego”. Ale nie staż pracy był powodem szacunku, uznania i sympatii, jakimi był otoczony. Przede wszystkim był człowiekiem mądrym, wybitnym fachowcem prawa pracy i ubezpieczeń społecznych. Dzielił się swoją wiedzą uczestnicząc w pracach nad projektowaniem przepisów prawa, dokonując ich wykładni, szkoląc pracowników Zakładu, pracodawców, publikując liczne opracowania. Równocześnie liczył się ze zdaniem innych i w różnych sprawach prosił o opinię. Za osiągnięcia w pracy był wielokrotnie odznaczany: Brązowym, Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotą Odznaką “Zasłużony dla Ubezpieczeń Społecznych”.

Lubił swoją pracę i ludzi, z którymi pracował. Często wizytował oddziały, wiedział bowiem, że dobra współpraca wymaga osobistych kontaktów. Również z tego powodu organizował chętnie  narady kierowników wydziałów zasiłków, do których nie chciał docierać wyłącznie za pomocą pisemnych instrukcji.

Był niezwykle wyrozumiały dla ludzkich słabości. Szanował ludzi za ich zalety, usprawiedliwiając albo pomijając wady. Ciepły i życzliwy stosunek miał do wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy pracowali w Zakładzie, czy poza nim, niezależnie od tego, jakie zajmowali stanowisko. Ujmujący sposób bycia, żartobliwe słowa zjednywały mu ludzką sympatię, pomagając w pracy, między innymi w trudnych nieraz negocjacjach z partnerami zagranicznymi.

Był naszym szefem, kolegą, przyjacielem.  W  dniu, w którym zginął tragicznie był jeszcze z nami. Pracował. Telefonował do oddziałów ZUS w Pile, we Wrocławiu, załatwiał sprawy i nieoczekiwanie wspominał  stare dzieje. Pilnie podpisywał korespondencję. Przysiadł jeszcze na parę minut w jednym z wydziałów, aby – jak sam zapowiedział – trochę poplotkować z kolegami z Departamentu. Żartował.  Był w bardzo dobrym nastroju, jakby chciał po sobie pozostawić wyłącznie ciepłe wspomnienia i uporządkowane sprawy.

I odjechał. Na zawsze…

Teraz, gdy już Go nie ma, przypisujemy specjalne znaczenie nawet zwyczajnym zdarzeniom. Bo przecież nie byłby to dzień pracy różniący się szczególnie od innych dni, gdyby nie ten straszny wypadek. Wśród codziennej pracy, mimo licznych zadań, Dyrektor zawsze  znajdował czas na wsłuchanie się w problemy innych, na rozmowę, komplement, na podziękowanie za dobrze wykonaną pracę.

Takiego Go zapamiętaliśmy.

Pozostało puste miejsce i żal.

 

                                                                      Cześć Jego pamięci

 

Warszawa, dnia 8 sierpnia 1996 r. >>

 

 

Wigilia 2012 roku w Michałowicach.

 

 

 

 

 

 

 

oczekiwanie….

 

 

 

Wedzia z Patkiem( 3 mies)  i Dora ( lat 19)

 

 

 

Dziadek z Patkiem- najmłodszym wnukiem, Justyna- najstarsza córka. W tle Paulina, nasza najmłodsza córka z mężem Albertem Rosińskim.

 

 

Justyna( lat 43) – nasza najstarsza i Wedzia( lat 21) – jej córka starsza

 

 

 

Wedzia, Witon i Jula( lat 17)

 

Witonek, czyli Wiktor Rosiński- starszy syn Pauliny i Alberta- ma 4 lata i 3 miesiące.

 

Mirek, Michał( lat 12) i Jula z ojcem- Marcinem Gregorowiczem, mężem naszej Ewy. Jego Mama jest gorzowianką jak ja:)

 

 

 

 

Ewa( lat42),jej syn Michał i Jula Gregorowiczowie.

 

 

W domu Ewy i Marcina.

W przeddzień Wigilii Ewa zorganizowała u siebie pieczenie ciasteczek, zaprosiła wszystkie nasze wnuczęta.

Dobrze, że tam  był Marcin z Majką i Mikołajem, bo następnego dnia przeziębieni mocno pozostali w domu.

 

 

Jedynie Leza nie była zadowolona z takiej ilości gosci i zajęła bezpieczne miejsce. Ale potem się rozchmurzyła (*-*)

 

 

 

Ta Rodzinka szaleje na kites…

Ewa

 

 

Marcin, mąż Ewy. Jego Mama jest gorzowianką, jak ja- czyż nie przedziwny zbieg okoliczności?

 

Marcin

 

 

Jula ich córka a moja wnuczka.

 

 

Michał, mój wnuk senior:)

 

Dzisiaj są urodziny naszej drugiej Córki- Ewy.

Mirek myślał, że 32, ale wyprowadziłam Go z błędu.

Ewcia właśnie ukończyła 42 rok życia.

Niebywałe.

Przecież niedawno się urodziła, co opisałam w części blogu zatytułowanej Na medycznej ścieżce. Właśnie na tej ścieżce działo się wszystko co najwazniejsze i najpiękniejsze w moim życiu.

W związku z dzisiejszym nastrojem refleksyjnym, co chyba zrozumiałym, ogladałam rodzinne djęcia.

I znalazłam te, nasycone nadbałtyckim słońcem , morską pianą i wielką radością życia.

Życzymy Tobie Ewuniu i Twojej Rodzince, by zawsze świeciło Wam pięknie słońce!!!!

Przybycie Paulinki, naszej najmłodszej.

 

Paulinka ma dwa miesiące. Obok pozostałe dzieci i Iwonka, moja bratanica. Zdjęcia z rodzinnego albumu, wklejone tam i opisane przez mojego Tatę.

 

 

 

Przedwczoraj minęła 33 rocznica urodzin naszej najmłodszej Córki-  Pauliny.

To dziecko nie było planowane, ale jego  przybycie sprawiło nam wielką radość. To był taki Dar od Najwyższego i tak traktowaliśmy tę czwartą moją ciążę.

Pracowałam wówczas w Szpitalu Zakaźnym w Warszawie przy ul. Siennej 60. To było miejsce magiczne, budynek miał już 100 lat . Szpital ten powstał z funduszów fundacji Bergsonów i Baumanów z przeznaczeniem na leczenie biednych dzieci żydowskich. W nim pracował Janusz Korczak, w czasie II wojny światowej był szpitalem powstańczym, a po wojnie Kliniką Pediatryczną. W latach 60 ubiegłego wieku otrzymał piękne imię „ Szpital im. Dzieci Warszawy”. Pracowało w nim wielu żydowskich lekarzy, z których większość opuściła Polskę w czasie pamiętnego roku 1968. Zamieszkali w Szwajcarii. Byli to znakomicie wykształceni specjaliści, wielu z nich kończyło zagraniczne uczelnie medyczne w Berlinie, Paryżu. Dlatego szpital ten cieszył się dużą renomą w środowisku medycznym w Warszawie i Polsce. Znakomity był oddział Neuroinfekcji, gdzie obowiązkowo szkolono lekarzy specjalizujących się w pediatrii.

I właśnie w czasie mojej pracy w tym szpitalu urodziła się Paulinka. Może o Jej refleksyjnej naturze  zdecydowały  nie tylko geny, ale również tajemnicza, nasycona duchami atmosfera tego szpitala, w której spędzałam wszystkie miesiące ciąży.

Pod koniec ciąży byłam już tak gruba, że ledwie mieściłam się w drzwiach i wnętrzu maleńkiej  szatni dla pracowników. Dlatego też musiałam czekać, aż wszyscy ją opuszczą i wówczas miałam dla siebie odpowiednią przestrzeń.

Pracowałam tam do samego końca ciąży , na własne życzenie przeniesiono mnie z nudnych żółtaczek na oddział Neuroinfekcji, który pociągał mnie najbardziej.

Do porodu udałam się do szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów. Ponieważ jak w poprzednich ciążach  w terminie porodu nic się nie działo, zwyczajowo umieszczano mnie na oddziale patologii ciąży. Za długo tam nie posiedziałam, bo rano, 14. 11. 1979 roku miałam wrażenie, że jednak coś się zacznie. Mimo tego, że zgłosiłam swoje objawy,  wykonano mi jakiś zaplanowany wcześniej test , który zakończono w południe, informując, że w ciągu najbliższych dni nie urodzę.

Oczywiście test testem, a życie sobie.

Tego samego dnia, po południu rozpoczęła się intensywna akcja porodowa.

Początkowo na porodówce gawędziłam sobie ze studentami Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, którzy odbywali tutaj tzw. internat. Jednak po kilku godzinach poprosiłam chłopaków, by opuścili moje stanowisko, bo będę rodziła. Powiedziałam o tym, że już nadchodzi drugi okres porodu przechodzącej położnej. Nie zwróciła na mnie uwagi, zniknęła z czajnikiem w swoim pokoiku. Jednak pewnie coś ją tknęło, bo po chwili wyszła i zajrzała do mnie. Gdy zdjęła moje okrycie, jęknęła , „że już jest głowa” i polewając jodyną ręce , bez uprzedniego zwyczajowo trwającego dłużej mycia odebrała naszą córeczką. Właściwie nie miała żadnego udziału, poza przecięciem pępowiny, bo córeczka sama wydobyła się na świat – oczywiście przy moim jakimś tam udziale- co obwieściła wielkim wrzaskiem.

Myśleliśmy, że może to będzie synek, bo byłaby symetria płci naszych dzieci. Wówczas nie było możliwości badań takich jak teraz, po których  już wcześniej wiadomo, jakiej płci dziecko przebywa w łonie matki. Ale córeczka była dla nas także wielką radością.

Marcin, nasz jedyny syn, który wtedy miał 6 lat, powiedział do ojca- nas jest tylko dwóch.

Gdy Paulinka przybyła do domu, wszystkie dzieci ją oglądały i podziwiały. A była tak maleńka, że mieściła się na wersalce, leżąc w poprzek na siedzeniu.

No i zaczęły się pieluchy- wszak wtedy tylko tetrowe, i codzienna radość z pięknie rozwijającego się dziecka…..

Teraz nasza maleńka córeczka jest już mamą dwóch dorodnych synów, 4 letniego Wiktora, który nazwał sam siebie Witonem i 2,5 mies Patryka, czyli Patka lub Patusia.

I tak historia nasza rodzinna zatacza kolejny krąg…..

Spotkanie z Bratem.

Zenon ma nieco ponad 1 rok. Jakim będzie człowiekiem?

 

 

Zenon ma 4 lata. Obok Rodzice. Kilim przyjechał ze Smorgoń do Gorzowa.

 

Zenon i jego dzieci.

 

 

 

Siostra z bratem. Starsi państwo. W Zielonej Górze, trzy lata temu. Zenon odszedł w Piękne Nieznane w sierpniu 2011 roku.

 

 

„Dziecko to jest cud”

 

 

Tak wyglądał Patryk w marcu 2012. Obraz USG.

 

Zdjęcie wykonałam wczoraj, tj 27.08.2012- akurat ukończył pierwszą dobę życia…

 

 

Jestem bardzo poważnym Człowiekiem. Właśnie ukończyłem pierwszą dobę od chwili gdy wydobyto mnie z brzuszka mojej Mamy i obwieściłem wszystkim swoje przybycie bardzo głośnym krzykiem..

 

26 sierpnia Roku Pańskiego 2012 przyszedł na nasz świat Patryk Rosiński .

Jest bratem 4 letniego Wiktora, synem Pauliny z domu Konopielko i Alberta Rosińskiego a naszym ósmym wnukiem!!!

Oczekiwaliśmy Go bardzo, jest naszym Patrysiem, Patkiem a Dziadek i Majka ( córka Marcina- naszego syna) nazwała Go Patyczkiem(*-*)

Witamy Ciebie Maleńki gorąco , gratulujemy Rodzicom i Bratu , życzymy, byś był stale Jasnym naszym Promykiem…..