To co zobaczyłam przedwczoraj.

Przedwczoraj się wybrałam na łagodne od strony Godziszki zbocze Skalitego. Jak zwykle zachwyciła panorama na Kotlinę Żywiecką, ale wkrótce co innego odciągnęło wzrok. Otóż nad Skrzycznem usłyszałam i wypatrzyłam helikopter, który wisiał długo w jednym miejscu, ale potem frunął w dół do Szczyrku. Akcja  się powtarzała i była dość hałaśliwa. Początkowo pomyślałam, że to jakieś ćwiczenia, może np. treningi paralotniarzy, którzy tutaj mają swoją ulubioną bazę= jakby skocznię do bezszelestnego unoszenia się w przestrzeń. Ale potem zobaczyłam, że do brzucha śmigłowca przymocowano jakąś belkę. I już byłam w domu. Skojarzyłam, że to budowa górnego odcinka wyciągu krzesełkowego na Skrzyczne. Wczoraj w dzienniku TV pokazano tę akcję. Jestem dumna, że dorównałam profesjonalnym reporterom i mam te swoje zdjęcia….

 

HelikopterSkrzyczne.JPG

 

 

 

HelikopterRemontKolejki.JPG

 

 

 

Owieczka.JPG

Niedawno ostrzyżona owieczka też była zdziwiona akcją helikopterową, ale raczyła zwrócić i na mnie uwagę, łaskawie…I jeśli kto mówi, że zwierzęta nie myślą…poczułam się zaszczycona.

 

 

PazurPanKot.JPG

A potem jak zwykle spotkałam pana, którego już znam od dawna. Mieszka w starej klimatycznej chałupce przy drodze na przełęcz zwaną Siodłem, która wiedzie na Skrzyczne a i też do Szczyrku…pan zwykle zapracowany, a to sianko zbiera dla krówek dwóch, czerwonych i zawsze czyściutkich. Podkreślam to, że czyściutkich, bo na wschodnich rubieżach Polski zwykle oblepione mają brzuchy, zresztą nie są czerwone, są innej rasy….a to pan gromadzi skorupki z jaj i suszy na wietrze i słońcu- nie zapytałam w jakim celu, ale może jeszcze kiedyś zapytam. A to ciągnie jakieś gałęzie. Gdy nadchodzę, zawsze się do mnie ładnie uśmiecha i pozdrawiamy się nawzajem. Tym razem  siedział sobie z kotem na kolanach, wystawiając twarz do zachodzącego za Skalitem słońca. Widok był tak malowniczy, że serce mi się ścisnęło, że malować nie umiem. Ale od czego aparat foto stale ulokowany w kieszeni( oj dobry do wynalazek te małe aparaciki). Zapytałam grzecznie, czy zdjęcie mogę zrobić. Zgodził się z uśmiechem. Piękna to scenka, prawda?

A zapomniałam dodać, że potem widziałam dwa młode baraszkujące koty, ale uciekały z kadru. Miały ryże i czarne łaty na białym tle. Pewnikiem dzieci tego co na kolanach siedzi.

 

 

 

Księżycgodz19dn8.10.2013.JPG

 

 

A przed wieczorem, gdzieś ok 19,30 jak zwykle wyszłam przed chałupkę i zobaczyłam, to co dało się utrwalić….Po chwili już księżyc powędrował za Skrzyczne. Bozia widać mi ofiarowała takie widoki….A jeszcze na koniec opowiedzieć muszę, że o 5,30 następnego dnia zobaczyłam mgły nad Kotliną Żywiecką a nad głową wielkie przepastne czarne niebo usiane gwiazdami

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 18 )

Na stacji kolejowej pod Rakowem czekał na nas mój szwagier.

Trzeba było pokonać bryczką kilkanaście kilometrów.

O nic nie pytał, popatrzył na mnie z wyraźną sympatią.

Ja też nic nie mówiłem.

Gdy znaleźliśmy się w Rakowie, poczułem ciepło tego miasteczka.

Dobre fluidy unosiły się nad nim.

Wszystko było leniwe, łagodne i śpiewne.

I krajobraz i ludzie.

Odwiozłem Stefę do  domku, w którym wynajmowała pokój.

Wydawało się, że jest radosna, pogodna i bliska.

Pożegnaliśmy się czule.

Wróciłem do domu.

Tam na mnie czekali Rodzice.

Oczywiście padły pytania, jak podróż, jak było i najważniejsze- czy jest zgoda na ślub.

Westchnąłem ciężko i dopiero przy gorącym samowarze opowiedziałem wszystko po kolei.

Nie bardzo wiedzieli jak zareagować.

Najłatwiej było pocieszać, że wszystko dobrze się ułoży.

I tak zrobili.

Zawsze potrafili łagodzić emocje swoje i swoich dzieci. Nigdy u nas nie było kłótni, nawet nie słyszałem podniesionego głosu mojego ojca.

Tym razem też usiłowali wlać we mnie otuchę i powoli sam zacząłem wierzyć, że będzie dobrze…

Beskidzkie spotkanie z salamandrą plamistą.

 

Moja rozmówczyni na beskidzkiej drodze ku przełęczy Siodło wiodącej z Godziszki do Szczyrku

 

 

Nie lubię, jak mnie nazywają płazem ogoniastym. Wolę być salamandrą ale najbardziej jaszczurem ognistym lub jak mówili Persowie” żyjącą w ogniu” – powiedziała.

  Zwykła urządzać nocne imprezy ale tym razem wyszła na spacer w dzień. Może wiedziała, że się spotkamy…

Przypominała gumową zabawkę z mojego mglistego już dzieciństwa. Lśniła asfaltową czernią ozdobioną jaskrawożółtymi plamami na grzbiecie.

Gdy mnie zobaczyła, zachowała się jak zwykle. Nie uciekała. Znieruchomiała. Usiłowała  wtopić się w tło. Oczywiście na szarej drodze wiejskiej było to zupełnie niemożliwe. Zrobiłam zdjęcie.

Czułam się dziwnie, bo stale czułam jej wzrok.  Może usiłowała  mnie zahipnotyzować? Chyba jej się to udało, bo zaczęłam z nią rozmawiać…

– Jestem samotnym drapieżnikiem – powiedziała. – Wiem, że jestem piękna i niepowtarzalna. Na całym świecie żadna z nas nie ma takiego samego układu żółtych lub pomarańczowych plam. Mam rodzinę w różnych krajach Europy. Uwielbiamy Hiszpanię , Francję, Szwajcarię. W Polsce mieszkamy jedynie w niskich partiach nieomal wszystkich gór. Bardzo lubimy wilgotne lasy bukowe.

Nie lubimy podróżować, więc nie zapuszczamy się w północne okolice kraju. Zapytałam dlaczego, ale odpowiedzi nie otrzymałam.

Ale za to kontynuowała opowieść.

– Opowiadali mi dziadkowie, że Persowie nazywali mnie „ Żyjąca w ogniu”. Takie nazwy mi się podobają , podobnie jak nazwa jaszczur ognisty… Kiedyś polubiłam pewne miejsce pod Tatrami, w sąsiedztwie ciepłych źródeł. Miejscowi nazwali to miejsce Jaszczurówką. Jestem z tego dumna.

 W pewnej chwili ziewnęła szeroko i zobaczyłam  dwa rzędy drobnych zębów oraz zęby na środku podniebienia.

Przeciągnęła się. – Niedawno zbudziłam się z zimowego, dość długiego snu – oznajmiła.

– Jestem dość leniwa, nie poluję na ruchliwe owady, zadawalam się nagimi ślimakami.

Teraz dla ochłody zanurzę w wodzie strumyka  moje czteropalczaste przednie i pięciopalczaste tylne nogi. Nie umiem pływać, więc wybiorę jakieś płytkie miejsce na płaskich kamieniach…

 Chciałam się pożegnać. Wyciągnęłam dłoń. – Uważaj – powiedziała. – Moje gruczoły produkują jad. Dla ludzi nie jest groźny, ale może podrażnić skórę lub oko.

Mój jad podobno przyjemnie pachnie – rozmarzyła się. – Pachnie waniliowym ciastkiem. Moje toksyny mogą też pomagać w medytacji, ułatwiają wchodzenie w trans oraz powodują halucynacje.

 

Nie dotknęłam tej pięknej gumowej nibyzabawki, zjawiskowo kuszącej  asfaltową czernią i   żółtymi jaskrawymi plamami .

A może dotknęłam. Kto to wie? 

 

 

 

Opowieści mojej Mamy. Powrót do tematu.

 

 

Babia Góra. Widok z Godziszki- wsi rodzinnej Mamy.

 

Rozpisałam się o rodzinie mojego Taty, celowo zostawiając dalszą opowieść o Mamie, by doprowadzić obie opowieści do tego samego punktu w czasie.

Dziękuję goni, że pilnuje moich tekstów i nie waha się wyrażać swoje zdanie krytyczne. Zawsze uwzględnię Jej uwagi, bo jest znakomitym moim „ rednaczem”, tj. redaktorem naczelnym (*-*)

A teraz wracam do opowieści o rodzinie Mamy.

W poprzednich wpisach było o śmierci ukochanej pierwszej żony mojego Dziadka Michała Jakubca, osieroceniu gromadki dzieci i ponownym ożenku z młodą dziewczyną- Marianną , która go nie kochała.

Wszystko to się dzieje w surowej scenerii gór. Nasze rodzinne Beskidy może nie są tak groźne jak Tatry, ale rysują się na niebie jeszcze bardziej tajemniczo. Obnażone kamienne zbocza Tatr od razu ustawiają przybysza w pozycji pełnej podziwu ale i lęku.

Beskidy są z pozoru łagodne i przyjazne. Dla niewtajemniczonych ich szlaki wydają się łatwe i dostępne właściwie na wyciągnięcie ręki. Nic bardziej złudnego. Otóż dopiero  w miarę wnikania w ich zbocza, odkrywają się kolejne wielkie przestrzenie leśne , czasem podobne do siebie. I wtedy to, co wydało się bliskie i przyjazne, zaledwie rękę wyciągnąć , jest w gruncie rzeczy pułapką. Łatwo zabłądzić w lasach, pomylić skałki, strony świata, ścieżki i czasem nawet zakończyć życie. Tak było z grupą młodzieży na Pilsku , zresztą przykłady można by mnożyć.

I w takich górach wyrośli moi pradziadowie, dziedzicząc ich naturę. Twarze ich szerokie, pozornie szczere, z reguły okraszone łagodnym, czasem bezradnym uśmiechem. Ale w gruncie rzeczy zamknięte,  głęboko ukrywające uczucia. A uczucia tam ostre, skrajne i czasami okrutne.

Ten rys charakterów opracowałam na podstawie obserwacji licznych członków rodziny mojej Mamy.

I tak charaktery pokolenia moich przodków kształtowały góry, wielkie zrywne wiatry nazywane tutaj wiatrami od Orawy w odróżnieniu od zakopiańskiego halnego a także gleba gliniasto kamienista, którą musieli z uporem wielkim uprawiać, by wyrosło na niej to, co pozwalało przeżyć.