Powrót do Japonii. Uratowane Kioto.

SAM_9300.JPG

Uliczka w Kioto wiodąca do kompleksu świątynnego Kiyomizu-dera.     
Czyżby prawdziwe gejsze?

 

SAM_9188.JPG

Gejsza na makiecie przy uliczce

 

SAM_9301.JPG

 

 

SAM_9302.JPG

Na papierkach modlitwy wiernych

 

SAM_9303.JPG

Widok z tarasu. W dali miasto Kioto. kwitnące wiśnie-Sakura u stóp

 

 

I jesteśmy w magicznym Kioto. To dawna stolica Japonii nieomal cudem uratowana przed bombą atomową.  Zamierzałam opisać ten straszliwy sierpień 1945 roku, ale wyhamowałam. Bo i tak wystarczająco dużo mamy informacji o obecnej sytuacji w świecie, by się dołować jeszcze tym co było. Tak więc w skrócie. Minęły już trzy miesiące od zdobycia Berlina ale Japończycy nie chcieli podpisać kapitulacji. Słynęli z okrucieństwa wojennego , uporu i stałe bombardowanie ich miast przez Amerykanów nie odnosiło zamierzonego efektu. Podjęto więc decyzję użycia  bomby atomowej. Przedtem  sporządzono listę miast, na które ma być zrzucona. Na niej było właśnie  Kioto. Amerykańscy stratedzy wiedzieli, że miasto jest zbudowane z drewna i impregnowanego papieru, gęsto zaludnione co sprzyjałoby planom zlikwidowania ogromnej liczby japońskich cywili. Właśnie o to chodziło. I w ostatniej nieomal chwili amerykański sekretarz wojny który był fiszą w  komisji ustalającej cele przeznaczone do zniszczenia- Henry L. Simson, który przebywał z żoną w Kioto jeszcze w 1926 r. i zakochał się w tym mieście, spowodował, że zostało skreślone z listy celów.

Kioto zostało uratowane dzięki przypadkowi. Zdecydowały względy estetyczne ale nie humanitarne….

W tym uratowanym mieście znajduje się 1600 świątyń buddyjskich, 400 chramów shinto, liczne pałace, ogrody i oryginalna architektura. Większość obiektów wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako „ Historyczne Zabytki Starożytnego Kioto”.

Idziemy w kierunku   jednego z tych obiektów.

    Krajobraz tu przepiękny, nad miastem wznosi się teren górzysty, pokryty soczystą zielenią lasów. Jakże inny niż tereny nizinne widziane do tej pory. Przed nami wznosi się góra zwana Otowa a na jej zboczu widać już z daleka wieżyczki ochrą malowane i zielone dachy zabytkowego kompleksu świątyń zwanego Kiyomizu-dera.      

     Wąską stromą uliczką  podążamy w tym kierunku. Po drodze ustawiono duże makiety z wizerunkiem gejszy. Niestety żywej gejszy nigdzie nie widzimy a podobno w tym mieście są całe dzielnice tych kobiet wszechstronnie wykształconych kultywujących sztukę japońską.

      Jest pięknie, powietrze rześkie, świeże niczym nasze górskie, pod warunkiem, że nie dymią kominy domostw opalanych byle czym, co w Polsce zwyczajne.        

    Miejsce jest niezwykle klimatyczne. Czuję ożywiona a nawet podniecona tak, jak kiedyś w Delfach . Zresztą podobne jest położenie obu tych tak odległych miejsc- gdzie Grecja, gdzie Japonia . Lesiste zbocze góry , i zda się , że z ziemi wydobywają się opary , które mogą przynosić halucynacje, czego choćby doświadczała słynna Pytia. Tu jest jakoś podobnie, może tylko ja to tak odbieram . Czułam, pewnie jak i ci, którzy zakładali te świątynie, że gdzieś blisko jest bóg.  Pewnie dlatego też z uporem odbudowywano w tym miejscu świątynie. Ponoć Kioto słynie z parnych letnich nocy, z całkowicie nieruchomym powietrzem. Tego nie doświadczyłyśmy, ale to też wpisuje się w opisany klimat …

     I już jesteśmy na miejscu. Przed nami na różnych poziomach rozłożyły się  pawilony świątynne  wybudowane w różnych wiekach.

Zaczęło się od tego, że w 794 r.  mnich buddyjski otrzymał polecenie poszukania źródła krystalicznej wody, znalazł ją tutaj i  zbudował pierwszą świątynię.

W tym samym  roku cesarz Kammu przeniósł stolicę do nowej siedziby w Kioto, wówczas też pierwotny budynek podarował jednemu z wojskowych, który będąc wyznawcą Kannon, przekazał obiekt na główną świątynię bóstwa. Zabudowania niszczyły pożary, a ostatni w 1929 r. , był najgroźniejszy.

Odbudowywanie ponoć trwa nadal, chociaż nie widziałyśmy remontów ani bałaganu , który mógłby o nim świadczyć, co u nas nieomal zwyczajem jest.  

 

     W całym tym japońskim świątynnym kompleksie w Kioto najważniejsza jest wspomniana świątynia Kannon. To buddyjskie bóstwo dla jednych jest mężczyzną, dla innych kobietą. Wierni uzsadniają to tym,  że ich bóstwo osiągnęło taki poziom doskonałości, na którym sprawy płci już  nie odgrywają żadnej roli. Oj, gdyby żyli wtedy nasi wojownicy z gender , mieliby używanie…

Kannon jest uosobieniem miłosierdzia. Opiekuje się ludźmi potrzebującymi pomocy, a szczególnie chorymi, słabymi, ubogimi i matkami w ciąży. Przyjmuje trzydzieści trzy różne postaci . Do najczęstszych wyobrażeń należy Kannon o Jedenastu twarzach i Tysiącręka Kannon. Najważniejszym przedmiotem kultu jest posąg tego ostatniego wcielenia  , umieszczony w tutejszej świątyni, jednak nie jest pokazywany zwiedzającym.

      Nieopodal tej świątyni znajduje się wodospad o tej samej nazwie . Jego woda spada trzema strumieniami , które wpadają  do odrębnych stawów. Woda każdego z nich zapewnia co innego- zdrowie, długowieczność lub wiedzę. W zależności od tego, czego pragną pielgrzymi,  piją wodę z jednego z tych stawów. Wodospad widziałyśmy gapiąc się z wysokiego tarasu. Szkoda, że nie wiedziałyśmy o tych właściwościach wody, bo pewnie jak przystało na rdzenne Polki , wyżłopałybyśmy całą wodę ze wszystkich stawów . Oczywiście to miał być tylko taki nibyżart … 

     Obecny główny drewniany pawilon pochodzi z 1633 roku i posiada wspaniałe galerie widokowe, wsparte na sześciopiętrowej konstrukcji posadowionej na zboczu góry . Stąd podziwiamy panoramę miasta zatopioną w przedwieczornej mgiełce. Pachnie żywicą okolicznych lasów i drewna z budowli. Pawilon kryty dachem z drzewa cyprysowego. Tak właśnie,  nie dachówką były kryte budowle będące kiedyś własnością władcy Japonii. A była to część pałacowa cesarza. Większość zabudowań kompleksu została zmodernizowana przez szoguna z rodu Tokugawa , też w r. 1633.

     Na terenie Kiyomizu znajduje się jeszcze kilka świątyń. Między innymi shintoistyczna Jisu Jinja, poświęcona bóstwu miłości. Nieopodal jej znajdują się dwa kamienie. Jak wieść głosi pomagają w utrzymaniu szczęścia i powodzenia w związku a samotnym spotkanie ukochanej. Wystarczy przejść od jednego do drugiego głazu z zamkniętymi oczami, powtarzać imię ukochanej albo prośbę  i wszystko o czym napisałam się spełni.

     Chyba z nadmiaru wrażeń też tam nie dotarłyśmy. Jednak kilkugodzinna wizyta w Kioto, to za mało, by zrealizować wszystkie punkty wyprawy. Ale nic to. Może ktoś z naszych najbliższych lub dalszych znajomych tam dotrze i skorzysta z tego miejsca w sposób właściwy, nie tylko nasycając oczy…..

 

 

Powrót do Japonii. Takie ZWIEDZANIE.

SAM_9279.JPG

Pod pałacem w Nagoja

 

 

 

Ale należało się oderwać od atmosfery zabawy święta podziwiania kwitnącej wiśni , czyli święta Hanami  i powędrować w kierunku pałacu, by jak każe zwyczaj, zwiedzić.

Pałac  jest przepiękny , nieomal z każdego miejsca fotogeniczny a szczególnie wtedy gdy kwitną wiśnie zdjęcia mają dodatkowy urok.

 Oczywiście pstrykałyśmy bez umiaru ale czas gonił , więc podążyłyśmy  do dość wąskiego pałacowego wejścia a następnie do windy. Jakoś nie utrwaliły się w mojej pamięci wnętrza. Jedynie  zapamiętałam widoki z okien , bo z wysokości górnego piętra pałacu ludziska bawiący się pod kwitnącymi wiśniami byli podobni do krasnoludków , tak miniaturowi i barwni.

Pooglądałyśmy więc i  stwierdziłyśmy , że pora wracać . Pojechałyśmy , a może zeszłyśmy schodami, już nie pomnę. Pewnie Kaśka pamięta, lecz ona jeszcze pracą ogromnie zajęta, może kiedyś skoryguje moją opowieść. Ale przecież  to nieważne, czy wracałyśmy schodami, czy windą .

Bo na dole przeżyłyśmy prawdziwy szok.

Był to rok 2002 ale i teraz, gdy już wiele się zmieniło w tym temacie w naszym kraju, chyba byłby to jednak szok.

Taka akcja.

Otóż dostrzegłyśmy jak pod pałac podjeżdża karetka. Pomyślałyśmy, że ktoś zasłabł w czasie zwiedzania. Ale było inaczej. Z karetki wyskoczyło może trzech, może czterech sanitariuszy, wydobyli z jej wnętrza nosze na wysokich nogach zakończonych kółkami, takich jakie i u nas widujemy. Ze zdziwieniem zauważyłyśmy leżącego na nich człowieka, nakrytego białą pościelą . Cała ekipa zmierzała w kierunku wejścia do pałacu.

Przystanęłyśmy nieopodal , udając , że czegoś szukamy w plecakach i kątem oka, zerkałyśmy w tym kierunku. Widziałyśmy też Japończyków, którzy tłumnie przebywali nieopodal. Nikt , dosłownie nikt się nie zatrzymał, nie mówiąc o tworzeniu  typowego u nas zbiegowiska, nie zaglądał, nie wpatrywał, nie komentował. To była dla nich najzwyklejsza sprawa na świecie. Czy wrodzona dyskrecja i delikatność, czy przyzwyczajenie do takich wydarzeń. Jednym słowem kultura pisana dużymi słowami….

W pewnej chwili ekipa minęła nas  i wtedy zobaczyłam z bliska.

 Tak, jednak spojrzałam na tego człowieka. Leżał płasko a spoza rury , którą pompowano powietrze do jego płuc, zobaczyłam jego wielkie m żywe, bystre, ciekawie rozglądające się wokół wielkie oczy.

Nie zapomnę tych oczu.

Trwało to ułamek sekundy może i wszyscy zniknęli za drzwiami windy, by wjechać na najwyższe piętro .

Takie zwiedzanie …..

 

Powrót do Japonii. Jeszcze o religii…

       

SAM_9317.JPG

 

 

SAM_9314.JPG

 

Jedna z najstarszych w Japonii świątynia shinto- Chram Atsuta

SAM_9315.JPG

 

 

SAM_9313.JPG

„Modlące się” tabliczki

 

SAM_9235.JPG

Beczki na sake

 

  

  Najważniejszymi religiami w Japonii są :

-Shinto , które ma  109 milionów wyznawców, co stanowi 39,5% społeczeństwa

-Buddyzm wyznaje 96 milionów tj 38,3%  Japończyków

-Chrześcijan jest 1,5 miliona tj, 3,9%  społeczeństwa.

     Wszystkie te religie , po okresie wrogości do przybyłych z zewnątrz, obecnie żyją w harmonii. Nikt się nie dziwi, gdy ci sami ludzie mają zwyczaj uczestniczenia w obrzędach kilku religii . Zdarza się, że zmarli którzy swoje dzieci zanosili do świątyni shinto są żegnani w obrządku buddyjskim.

Shinto określana jest jako religia najbardziej zbliżona do natury , bo wg niej bogami są żywioły panujące na ziemi jak i sama natura.

Oczywiście wszystkie religie obecne w Japonii przenikają się wzajemnie, ubarwiają , zmieniają, co też nie budzi sprzeciwów.

     I po tym wstępie wracam jeszcze do świątyni shinto. Ostatniego dnia pobytu w Nagoi , tuż przed wylotem zdążyłyśmy zajrzeć do jednego z najstarszych  w Japonii chramu , zwanego Atsuta Shrine . Jest on bardzo ważnym chramem w Japonii, gdyż przechowywany jest tam miecz- Trawosiecz stanowiący jeden z regaliów cesarskich i ponad 4000 skarbów narodowych opowiadających o dwóch tysiącach lat historii Japonii. Niektóre chramy shintoistyczne  są mniejsze, ale ten należał do ogromniastych. Aż dziw, jak ściany wytrzymywały tak długi i ciężki dach. Najczęściej świątynie tego wyznania a jest ich w Japonii 80 tysięcy, są budowane z drewna, bez użycia gwoździ i składają się z głównego pawilonu zwanego honden, w którym przechowywane są święte przedmioty , mniejszego- Haider , gdzie odbywają się modły i obrzędy oraz innych, jak np. pawilon ze sceną na której odbywane są ceremonialne tańce i muzyka kagura. Dawniej tańczono przed chramem co symbolizowało mitologiczny taniec bogów przed jaskinią w której ukryła się bogini Amaterasu, uosabiająca słońce, który miał ją stamtąd wywabić.

Czyż nie wspaniałe, że wielka cywilizacja industrialna Japonii tak współistnieje z bajkowym światem mitów tworząc przedziwną współczesną składankę . Ale po prawdzie przyszła mi do głowy nasza religia- czyż nie jest pełna mitów?

     Główny obiekt mieścił się w wyjątkowo mrocznym parku, gdyż wysokie drzewa, rzadko spotykane w Japonii utrudniały dostęp światła. Był rozległy, ciemny, i jedynie dwa elementy wnosiły miły nastrój.

Jednym z nich były drewniane prostokątne tabliczki ozdobione zwykle rysunkiem kwiatu, każda z japońskimi napisami, które przyczepione do ogrodzenia przyjemnie klekotały na wietrze. Ponoć właśnie wtedy, gdy wiatr nimi porusza, modlitwy na nich napisane wzlatują do jakiegoś boga. Nieopodal świątyni był oczywiście stylowy sklepikokiosk , gdzie zakupiłyśmy takie „ modlące się „ tabliczki. Przywiezione do Polski, nie wzbudziły zainteresowania obdarowanych nimi bliskich. Widocznie tu już nie docierają japońscy bogowie ….

Drugim elementem, który nas zafascynował był regał z ułożonymi plastikowymi  beczułkami, posadowiony nieopodal wyjścia z terenu świątynnego. Wstępnie uznałyśmy, że to przysięga wiernych składana bogom, że nigdy już nie będą pili. Ale jak teraz doczytałam, ponoć są one zwykle puste, a w czasie jakiś świąt specjalnie wybrani dostawcy przywożą  napełnione powszechną tu  wódą zwaną sake. W czasie imprezy wierni piją ze swoimi bogami.

Pomimo tego, że do alkoholu nie czuję pociągu, może ze swoim wymyślonym bogiem nawet i tę beczułkę bym obaliła. Tak sobie żartuję oczywiście….

 

Powrót do Japonii. U szoguna z wizytą.

SAM_9297.JPG

Pałac Nijo w Kioto. Rezydencja  szoguna .

 

 

 Niestety wieści z telewizyjnego okienka zaburzyły moje spokojne systematyczne opowieści o tej krótkiej, bo zaledwie 7 dniowej wyprawie do Japonii. Otóż ponoć cały internet żyje memami z zawołania naszego Prezydenta- „chodź szogunie”. Jak to było? Piszą o tym  nieomal wszystkie tytuły poważnych i niepoważnych gazet:

A oto cytat z  „ Faktu”: „  Prezydent Komorowski zaliczył wielką gafę. Podczas wizyty w japońskim parlamencie stanął na fotelu dla sprawozdawcy i krzyczał do jednego z członków delegacji: „Chodź Szogunie”

Prezydent Komorowski jest właśnie z oficjalną wizytą w Japonii. Jedną z jej części było spotkanie w tamtejszym parlamencie. Po rozmowach polska delegacja zwiedzała salę obrad. Co się stało?

W pewnym momencie prezydent Komorowski staje razem z Japończykami a szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gen. Stanisław Koziej robi im zdjęcie. Po chwili głowa naszego państwa kieruje się ku mównicy i …Komorowski staje na krześle dla sprawozdawcy! Głośno mówi do Kozieja: „Chodź Szogunie!” Japończycy są zdezorientowani.”

Z kolei  Niezależna.pl donosi:

Bronisław Komorowski „muzą”?! W internecie pojawiła się szydercza przyśpiewka po występach prezydenta w japońskim parlamencie. „Chodź szogunie, chodź szogunie mój” – śpiewają jej autorzy.”

       No cóż, my, pokolenie nieomal wychowane na serialu „ Szogun” jesteśmy z szogunem  za pan brat. I nas nie śmieszy ani nie oburza zachowanie i „odzywka”  naszego Prezydenta. Wprawdzie cesarzem Japonii nie jest, ale jest ojcowsko rubaszny. Uśmiechamy się tylko. Mogę sobie wyobrazić wielkie zdumienie Japończyków, ludzi poważnych  a nawet sierioznych ( jak mówią Rosjanie),  pieczołowicie pielęgnujących tradycję, konwenanse etc. Szogun? Jak to?  W Polsce? Nie wiedzieliśmy? Bo nie sądzę, że byli obrażeni. Może nie mam racji. Ale za to pokolenie naszych młodych wilków ma powód do wybornej zabawy i kpiny . Niech im będzie.

      A ja mam radochę, bo dzięki temu, że został wywołany temat szoguna wracam myślami do odwiedzonej przez nas pięknej dawnej stolicy Japonii.

I już jestem w Kioto. O podróży i o tym co zobaczyłyśmy z Kaśką jeszcze opowiem później .        Pora odwiedzić szoguna. To tutaj kiedyś mieszkał i pozostawił swoje ślady, którymi podążamy.

Ale najpierw słów kilka o tym, kim był siogun, shogun lub zwyczajnie szogun. Otóż  był wodzem naczelnym Japonii, zwierzchnikiem sił zbrojnych. Początkowo , jeszcze w VIII wieku dowodził jedynie wojskami które brały udział w wyprawach wojennych mających na celu podbijanie terenów barbarzyńców, w IX wieku jego funkcja została zlikwidowana, by w XII wieku wrócić do tematu. Wówczas to, w 1192 r. cesarz Japonii ustanowił, że funkcja jest dożywotnia i dziedziczna, tak więc od tej pory przechodziła z ojca na syna.  Od pewnego okresu , gdy szogunami byli członkowie rodów Ashkaga i Tokugawa to oni  a nie cesarz sprawowali faktyczną władzę . W drugiej połowie XIX wieku  nastąpił koniec ery szogunów, kiedy to zniesiono tę funkcję.

    A teraz my, turyści mamy tutaj raj. Oglądamy z daleka rezydencję szoguna, zwaną Pałacem Nijo. Jest on  ładny, chociaż mało barwny jak na japońskie zwyczaje, w całości zbudowany z poczerniałego teraz drzewa cedrowego , stary i budzący jakiś szacunek oraz zadumę.

 Z tłumem( niestety) turystów  wchodzimy do środka .

Obowiązkowo zdejmujemy obuwie jak każe japoński zwyczaj.

Przemierzamy wewnętrzny szeroki korytarz biegnący wzdłuż zewnętrznej ściany. Docieramy do pokoi szoguna. Czujemy klimat dawnych czasów, przypominamy powoli różne okrutne sceny z filmu Szogun . Chociaż nie jest łatwo uwolnić się od tkwiącego w głowie po oglądaniu tego filmie wizerunku szoguna, który nieodmiennie nam się kojarzy z zupełnie nie przystającym urodą do Japończyków  wysokim, jasnookim aktorem Richardem Chamberlainem. I ostatecznie  nie byłoby nic dziwnego, gdybyśmy wyszły bez specjalnego wrażenia jakiejś grozy tego miejsca. Ale nie, tak nie jest.

W pewnym momencie przewodnik prosi o ciszę i proponuje byśmy szli pojedynczo tym korytarzem. Idziemy. Słychać delikatne granie. Każdy krok to granie.  Jakieś ćwierkania, poświstywania, gwizdy . Wyciągamy uszy. To gra podłoga pod naszymi stopami. Tak, oznajmia przewodnik. To gra podłoga. A raczej piszczałki ułożone pod deskami podłogi tego korytarza. Piszczałki, po co? Pytanie. Odpowiedź jest prosta. Szogun bał się zamachu na swoje życie. Zawsze się bał.  Kroki bosego zamachowca mogły być zupełnie niesłyszalne. Więc szogun wymyślił piszczałki. I kazał wyłożyć nimi przestrzeń pod deskami korytarza. I teraz już słyszał i wiedział , że ktoś idzie…..

I to było najsilniejsze wrażenie i pozostało skojarzenie- szogun to grające podłogi, skradanie się, zamachy, krwawa historia o japońskiej twarzy

Powrót do Japonii. Spotkanie ze świątynią buddyjską.

SAM_9273.JPG

 Przed wejściem do świątyni buddyjskiej. Dym...

 

SAM_9298.JPG

 Zdjęcie pocztówki obrazującej wnętrze świątyni buddyjskiej, ale innej niż nasza. Posągi są złote, a te które widziałyśmy- mroczne czarnoszare były...

 

SAM_9293.JPG Białe „kwiaty”

 

Po obradach zostawało mało czasu na choćby łyk egzotyki Nagoi.

Jednak każde późne popołudnie „ wyssałyśmy do sucha”, tj. wykorzystałyśmy na zwiedzanie, łażąc aż do ekstremalnego bólu nóg. Ale nic to, bo wrażenia były silne i niezapomniane.

Najpierw wybrałyśmy się pobliskiej świątyni buddyjskiej, której nazwy niestety nie zanotowałam.

Znajdowała się pomiędzy surowymi wysokimi mieszkalnymi blokami, wydawała się tam wtłoczona przez jakiś przypadek. Miły był to przerywnik ulicy. Zauważyłyśmy ładne barwne drewniane elementy, fragment powyginanego dachu i strome schody prowadzące na niewielki dziedziniec przed wejściem. Byłyśmy zbyt przejęte, gnałyśmy by zobaczyć co dalej, i nie  poszukałyśmy odpowiedniego miejsca, skąd można było sfotografować  całą świątynię.  Teraz próbowałam porównać to co zapamiętałam z pięknymi zdjęciami dwóch świątyń buddyjskich w Nagoi , zamieszczanymi w necie ale nie udało mi się ustalić, która z tam przedstawianych była tą naszą.  No cóż, zwiedzałyśmy na własną rękę, mając bardzo mało czasu na zgłębianie informacji. I dlatego pozostały tylko rozrzucone w pamięci obrazki tego, co było dla nas najmocniejsze.

 Skupiłyśmy się na najbardziej frapujących fragmentach.

     Gdy pokonałyśmy  schody wiodące do świątyni poczułyśmy przyjemny zapach dymu. Wydobywał się z ogromnej miedzianej  kadzielnicy ustawionej przed wejściem  i wił się tak, że czasem przyjmował  białą przezroczystą postać ludzką . Można było patrzeć na  ten dym i patrzeć…..

Obserwowałyśmy jak wierni podchodzą tam wolno,  z namaszczeniem , nachylają się nad  naczyniem i dłonią zagarniają ów dym na twarz. Chwilę trwał ten rytuał, który ponoć ma zapewnić siłę zdrowie i pomyślność. Dopiero po chwili wchodzili do wnętrza. A my stałyśmy w dali mocno przejęte , nie mając odwagi zaburzyć powagi chwili ani nie przeszkadzać. Nie podchodziłyśmy  bliżej, byłyśmy przecież obce. Jednak wdychałyśmy ten dym z daleka sycąc zmysły…

Po pewnym czasie należało jednak przerwać te dymne medytacja i  ruszyłyśmy za  wiernymi do świątyni. Było dziwnie ciasne i  mroczne. Przerażone oglądałyśmy  mnóstwo wielkich, znacznie wyższych niż wysokość zwykłego człowieka, bardzo  ciemnych figur ustawionych w rzędach i szeregach tworzących jakiś mroczny gąszcz, który człowieka przerażał i odpychał.

 Szukałam jakiegoś miejsca, by ująć w perspektywie ten martwy tłum, ale to się nie udało ani mnie ani Kaśce. Mam za to pocztówkę obrazującą podobne figury w innej japońskiej świątyni buddyjskiej.  Bóstwa są tam złociste, pewnie w oglądzie przyjemniejsze, niż te obejrzane przez nas.

Buddyzm  to na pewno ciekawa religia, a właściwie filozofia. Przybyła do Japonii dopiero w XIV wieku wypierając miejscową religię shinto, która  dopiero wtedy została tak nazwana, bo przedtem nikt jej nie klasyfikował i było dobrze. Ponoć w Japonii istnieje wiele różnych świątyń buddyjskich typowych ale także związanych z uczniami Buddy. Oglądana przez nas należała ponoć do tej drugiej grupy i stąd obecny tam element grozy.

Otumanione zapachami kadzidlanego dymu i atmosferą świątyni , odetchnęłyśmy pełną piersią dopiero wtedy, gdy wydobyłyśmy się na zewnątrz.

A tam czekała niespodzianka, przedtem nie zauważona.

Nieopodal zejścia ze schodów śnieżną bielą zakwitał niewielki bezlistny krzew. Był zjawiskowo piękny. Zbliżałyśmy się z przejęciem, wpatrując się w kwiecie. I jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że to nie kwiatki, a starannie zrolowane  papierki jednakowo zapętlone na gałązkach.

Były na nich zapisane  modlitwy, prośby czy podziękowania składane swojemu bogu…Nieme  i piękne …

Powrót do Japonii. Do hotelu.

SAM_9296.JPG

W Japonii jest ruch lewostronny.

 

SAM_9276.JPG

Wsiadamy do metra. Po prawej człowiek w białych rękawiczkach

 

 

 

Wytaszczyliśmy się z samolotu, rękawem powędrowaliśmy do lotniskowego pawilonu więc ominęło nas pierwsze niuchanie powietrza by zauważyć jak pachnie Japonia. Jednak pomimo utrudnienia, wolę  gdy wychodzi się z samolotu bezpośrednio na płytę lotniska . Jest wtedy możliwość zaczerpnięcia pierwszego oddechu krajem do którego się przybyło i potem ten zapach zostaje w pamięci.

Poszliśmy więc grzecznie owym rękawem, przez jakiś czas oczekiwaliśmy  na bagaż, jeszcze odbyła się sprawna odprawa paszportowa i  znaleźliśmy się w holu. Nieustannie pilnował nas profesor Stefan, choć wyraźnie zmęczony lotem i chyba drinkami był czujny i opiekuńczy.

Oznajmił, że żona już czeka, widocznie zadzwoniła, nie musiał jej wypatrywać, bo sama do nas podbiegła.         

Osłupiałyśmy, bo była ładna, kształtna  i wydawała się młodziutką dziewczyną co stanowiło kontrast z jej mężem. Oczywiście Japonki tak mają, że nie sposób zgadnąć w jakim są wieku. Pięknie się starzeją, nie ma co.

Profesor nie był zbyt urodziwy, chociaż zyskiwał w rozmowie a ona po prostu cudna japońska laleczka. Przywitała się z nim ciepło a z nami też miło choć z pewnym dystansem.

     Wyszliśmy na zewnątrz i czekaliśmy na samochód. Po chwili podjechała duża miejsko- terenowa Honda w niej miniaturowy prostoczarnowłosy  kierowca z grzywką, który uśmiechając się zaprosił do środka. Początkowo nie bardzo wiedziałyśmy kim jest ów kierowca, ale szybko poznałyśmy, że to żona Stefana. Wszak dla nas byli i nadal są wszyscy Japończycy niezależnie od płci i wieku jednakowi.

Wgramoliłyśmy się do samochodu, a ona pewnie prowadziła  ten ogromny jak na jej posturę pojazd, zręcznie lawirując wśród mnóstwa samochodów.

Oczywiście ruch lewostronny powodował w naszych głowach pewien zamęt, jak zwykle bywa, gdy  człek się znajdzie w kraju o takim systemie ruchu komunikacyjnego.  Najgorsze jest uczucie na rondach, bo chce się złapać kierowcę za rękę i zatrzymać, by nie wjeżdżał w naszym mniemaniu pod prąd…

Jak zapowiedział profesor, wysiadłyśmy  na końcowej stacji metra, piękna Japonka została w samochodzie, a Stefan pognał do kas. Po chwili wrócił z biletami, oznajmiając, że są całodniowe na całą komunikację w Nagoyi. Oczywiście o zwrocie pieniędzy nie chciał słuchać. Powiedział na której stacji mamy wysiąść, by znaleźć się w naszym hotelu, usadowionym nieomal nad wyjściem z metra. Przepraszał, że nas do hotelu nie dowiozą, bo metrem łatwiej i ponowił zaproszenie do swojego domu.  Podziękowałyśmy, jednak bez pewności, czy starczy czasu sił i entuzjazmu do takiej wizyty.

 Stefan odprowadził nas na peron metra. Wkrótce nadjechało. Czekało kilkanaście osób , ale ruchem dyrygował pan elegancko ubrany w jakiś uniform i co zadziwiające – miał śnieżno białe rękawiczki.  Joanna Bator we wspomnianej na wstępie książce, która stała się powodem tego, że wróciłam wspomnieniami do Japonii, opisuje sceny widziane w metrze i innych środkach transportu. W porze tzw. szczytu komunikacyjnego wielkie tłumy ludzi wpycha podobny pan w białych rękawiczkach i zda się, że ani jedna osoba już się nie zmieści, ale okazuje się, że za jego sprawą wsiada dwa razy więcej  ludzi niż pozorna pojemność wagonu.

     My miałyśmy szczęście, albo nieszczęście J bo nie było tłoku i nie byłyśmy upychane do wnętrza. Obie jesteśmy słusznej postury i mamy dużą masę ciała, więc nie wiem jak by to się skończyło. Jednak nie było nam dane się przekonać. Może szkoda?

     Na peronie został nasz profesor.  Metro ruszyło, widziałyśmy jak nasz nowy znajomy nieruchomo tkwi na peronie  macha nam na pożegnanie pozornie radośnie, z ciepłem , czułością ale i smutną tęsknotą w dużych oczach. Aż zniknął nam z widoku.

Ten obrazek Polaka jakby zagubionego w dalekiej Japonii  pozostał w pamięci na zawsze…

 

Powrót do Japonii. Lądujemy.

SAM_9325.JPG

 

 

SAM_9323.JPG

Widoki z okna samolotu. Góry Japonii. Na drugim zdj. stożek Fudżi. Za chwilę lądowanie…

 

 

 

 

Obudziły nas stewardessy, oznajmiając, że już dzień. Zdjęliśmy gustowne opaski z oczu, które nam przedtem wręczono, wysupłaliśmy się z koców i przydzielonych  skarpet, bo noc była zimna, wszak za oknem minus 50 stopni bywa a może nawet poniżej. Podnieśliśmy zasłonki z okien , buchnęła jasność  słoneczna.

Noc została w kraju a tu  był dzień.

W świetle dnia wszystko stało się przejrzyste, spokojne i miało inny wymiar.

Z Kaśką spotkałyśmy się pod toaletą i ustaliłyśmy, że jednak warto pogadać z poznanym Polakiem.

Tak też zrobiłyśmy, zagadując gdzie mieszka etc. Ucieszył się ogromnie i chętnie opowiadał. Jego egzotyczna uroda w świetle dnia nieco zbladła,  wyjaśnił, że urodził się na południowej granicy polsko- ukraińskiej, w czasie akcji Wisła jego rodzinę przesiedlono do Górowa na Warmii. Tam część pozostała a on z matką wyjechał do Kanady. Ot, taki często spotykany szlak ludzi stamtąd wypędzonych.

Studiując w Kanadzie, dostał stypendium do Tokio. I tam poznał swoją obecną żonę, która z miłości  ale jak twierdzi z nagłego natchnienia porzuciła swoją religię shinto i została bardzo pobożną chrześcijanką.

Stefan, bo tak miał na imię nasz profesor oznajmił, że się nami zaopiekuje w swoim rodzinnym teraz mieście  Nagoi. Wprawdzie miałyśmy już opracowaną trasę dojazdu z lotniska do hotelu, ale chętni przystałyśmy na propozycję  już zaciekawione nową sympatyczną znajomością. Profesor dał nam swoją wizytówkę z numerami telefonów, obiecałyśmy zadzwonić po obradach kongresowych.

    Tymczasem za oknem samolotu zniżającego swój lot, pojawiły się góry Japonii , przez moment przesunął się samotny stożek najwyższego szczytu Fudżi ( 3776 m.n.p.m).  

Byliśmy już nad wschodnim krańcem Azji, nad zachodnim Pacyfikiem a czułyśmy się jakby to był sam kraniec świata.

Za chwilę staniemy na tej egzotycznej , dziwnej, niepokojącej ziemi. W kraju leżącym na styku płyt tektonicznych, osaczeni zasięgiem „ ognistego pierścienia Pacyfiku” z  trzęsieniami ziemi, falami tsunami, wybuchami wulkanów i sierpniowo wrześniowych wizytami tajfunów. Na szczęście był kwiecień, miesiąc tu najspokojniejszy , więc czekałyśmy na spotkanie z Japonią bez lęku, coraz bardziej zaciekawione i właściwie radosne.

    Jak teraz doczytałam w Wikipedii , poza 4 dużymi wyspami (Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu), o czym wiedziałam, Japonia posiada jeszcze 6848 mniejszych wysp, tworząc łańcuch na długości 3,3 tys. km.  Wszystkie wyspy są   pokryte wysokimi górami . Dlatego połowa ludności mieszka w wielkiej ciasnocie na 13 % powierzchni kraju , zasiedlając  wąski nadmorski pas nizin rozciągających się od Tokio a Osaką i Nagoją, do której teraz zmierzaliśmy.

Jaka będzie dla nas Japonia w te siedem dni pobytu ? Czy chłodna jednakowym dla nas wyglądem ludzi, wiecznie zapędzonych czy znajdziemy jakieś ciepło? Spotkanie w samolocie napawało optymizmem, ale jak będzie naprawdę?

Z takimi pytaniami oczekując na lądowanie  usłyszałyśmy dyspozycję” zapiąć pasy” i po chwili  samolot usiadł lekko na płycie lotniska. cdn