Na medycznej ścieżce. Mieszkam z Bajką

 

    Przed domem cioci Bajki na poznańskim Junikowie. Przyjaciółka po prawej …mamy 19 lat!!!

 

Jak dobrze, że pani, u której wynajmowałam niewykończony jeszcze pokoik na poddaszu, zechciała  tam ulokować swoją krewniaczkę, która przyjechała do Poznania  na studia.  Ciążyła mi samotność na tym Osiedlu Warszawskim, położonym bardzo daleko od centrum. Od ostatniej pętli tramwajowej musiałam dość długo wędrować niewielkimi uliczkami. Tam już prawie diabeł mówił dobranoc, chociaż  na szczęście go nigdy nie spotkałam. A w pokoiku na górze czekał na mnie tylko jedyny towarzysz niedoli i niemy świadek zakuwania- szczątkowy kościotrup.

    W tym czasie skontaktowałam się z dawną przyjaciółką z gorzowskiego podwórka, Bajką. Właśnie dostała się na wydział biologii Uniwersytetu Poznańskiego, miała ciocię w Poznaniu i zaoferowała mi wspólne zamieszkanie. Bardzo się ucieszyłam, bo byłam towarzyska i lubiłam Bajkę. I od tej pory jeździłam tramwajem na Junikowo , wysiadałam przy cmentarzu, nigdy nie czując lęku.

W domku cioci było miło, zawsze nas witał kręcąc zabawnie kuprem pies, bokser o imieniu  Bary.

Po zajęciach, Bajka przesiadywała w dużym fotelu z ulubionymi orzechami laskowymi w czekoladzie i rozłożoną książką. Zakuwała straszliwie, nasza anatomia wydawała się pestką przy systematyce roślin.

Ja wymykałam się na długie spacery z Jerzym , który mieszkał niedaleko i był moim kolegą z grupy. Gnaliśmy przez cudne lasy aż do Rokietnicy czy Kiekrza, w obie strony pieszo. Gdy wracałam późnym wieczorem, ciocia Bajki mnie oglądała podejrzliwie. Potem zrozumiałam, że posądzała nas o jakieś niecne zabawy. A my z Jerzym tylko urządzaliśmy sobie niewinne wielokilometrowe spacery.

     Gdy wchodziłam do naszego pokoju, Bajka w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawiałam, smacznie spała nad książką.

Ja , wypoczęta i zrelaksowana oraz napełniona świeżym leśnym powietrzem, zwalałam się  do łóżka, nie zapominając jednak o tym, by nastawić budzik na godz 3 i zasypiałam snem kamiennym. Budziłam się bez problemów , uczyłam się intensywnie do 5 , potem nastawiałam budzik na 6. I  zasypiałam ponownie. Gdy wstawałam o 6 , czułam, że się przespałam  z wiedzą , więc została ona  ugruntowana i dobrze zachowana.

     Taki system nauki zdawał egzamin, co się wyrażało w niezłych ocenach i przetrwał do lat, kiedy się uczyłam do egzaminów specjalizacyjnych….

 

 

Przed domem cioci Bajki. Na trzepaku. Zdjęcie wklejone do starego rodzinnego albumu. Rok 1966.

 

Na medycznej ścieżce. Pierwszy dzień na uczelni. Poznań i Monika.

 

I oto nadszedł 1.pażdziernika 1965 roku , kiedy już jako studentka Akademii Medycznej , znalazłam się w Poznaniu.

To miasto odwiedzałam dość często z Ojcem, bo miałam zły zgryz i leczono mnie u ortodonty  w AM , dr Ostrowskiego. Był miłym rudawym blondynem , i nigdy nie krzyczał, gdy kolejny raz meldowałam, że zgubiłam mój aparat nazębny . Zapamiętałam dobrze jego uśmiech. Na Dzięki niemu przekonałam się , że  ważny jest uśmiech lekarza.

Ale teraz to było inne spojrzenie na to miasto.  Dojrzałe nieśmiałą radością a w dodatku samotne. Mój gorzowski dom był daleko i nie mogłam liczyć na wsparcie Rodziców. Zostawiłam opiekuńcze ramię Taty i mentorskie wykłady Mamy. Byłam sama. Ale i wyzwolona. Wszak lubiłam zmiany i nowe wyzwania.

Miasto było ogromne i piękne.

Pierwsze spotkanie studentów pierwszego roku odbyło się na dziedzińcu Akademii Medycznej. Zauważyłam wśród tłumu młodzieży, liczne grupki ludzi, którzy się znali. Wyróżniali się zachowaniem, pewnością siebie i eleganckim stylem ubrań. Potem się dowiedziałam , że to poznaniacy , a wielu z nich to potomkowie sławnych profesorów np. córka Horsta, Steffenówna .

Byłam przejęta, ale spokojnie obserwowałam to, co się działo dookoła. Po chwili podeszła do mnie smukła śniada dziewczyna . Miała brązowe oczy i powieki ze zmarszczką nakątną . Przypominała dziewczyny wschodu . Ale była bardzo wysoka , co nie przystawało do niewielkich Japonek czy Chinek. Ze swoją tajemniczą egzotyczną urodą od razu wzbudziła moje zainteresowanie.   Zapytała , czy już jestem z kimś tutaj zaprzyjaźniona. Odpowiedziałam, że nie. Dowiedziałam się , że nazywa się Monika Brzezicka i mieszka w Poznaniu, ale nikogo tutaj nie zna. Poprzedniego roku nie dostała się na studia, pracowała jako salowa zarabiając punkty. Wtedy w ten sposób można było sobie podnieść wymaganą do przyjęcia średnią.

Od tej pory razem spędzałyśmy bardzo wiele godzin i dni  . Podziwiałam jej błyskotliwą inteligencję , wiedzę o życiu i zorientowanie w problemach studenckich.

Okazało się , że jej siostra była studentką 3 roku AM i  zawsze uspokajała  nas przed kolokwiami. Mówiła , że asystenci są normalnymi ludźmi , nie należy się ich bać , trzeba się  uczyć  , ale można mieć potknięcia.

Bywałam w jej poznańskim domu, poznałam jej  Mamę . Mama nosiła niewielkie okrągłe okulary z grubymi szkłami . Monika mówiła – moja mama w rowerkach . Miała wykształcenie filologiczne i chyba pracowała w uniwersyteckiej bibliotece. Była samą łagodnością i zarażała nas spokojem .

 Gdy przychodziłyśmy na kolokwium, pytałam Monikę , czy jej mama pozwoliła nam oblać . Odpowiadała , że tak,  mama pozwoliła . Wobec tego  wchodziłyśmy do sali egzaminacyjnej zupełnie wyluzowane  i zdawałyśmy bez trudu :).

Po drugim roku studiów  nasze drogi się rozeszły. Monika spędzała każdą chwilę z Michałem, ja przyjaźniłam się z Jerzym M.

Po latach próbowałam ją odnaleźć , ale nikt ze znajomych nie wiedział , gdzie rzucił ją los.