Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( Mariolki ). ( 26 ). KOPERTA ŻYCIA .

Dawno nie gościłam, Ciebie , Mariolko. Ale tematy spisywane tu na gorąco, przysłoniły Twój ważny tekst, który milcząco czekał.

A temat to poważny, powinien się znaleźć na miejscu czołowym. Bo może  do tej pory  już Ktoś z naszych  Przyjaciół czy choćby przypadkowych Czytelników tego bloga –  by skorzystał   –  oczywiście jeśli jeszcze o tym nie wie.

 Na marginesie tematu, stale powtarzam, że dopóki żyjemy, zawsze czegoś nowego człek się dowie – jednym słowem warto żyć !!!

Gdy na początku 2016 roku pisaliśmy z Jurkiem artykuł, który można otworzyć linkiem :  http://www.standardy.pl/artykuly/profilaktyka/81 –  wplatałam tam swoje obserwacje  z pierwszej pracy – w przychodni rejonowej – internistycznej ( lata 1971- 1975) , a głównie geriatrycznej oraz doświadczenia w opiece nad leciwymi schorowanymi Rodzicami – nie wiedziałam nic o Kopercie Życia.  Biję się w piersi !!! Zresztą  ta idea dotarła  na Mazowsze dopiero po 2015 roku … jak zwykle Wschód daleko w tyle za Zachodnimi terenami Polski, gdzie ta idea pojawiła się wcześniej .

No tak – Poznań inny niż Warszawa ( ale o tym będzie moja późniejsza  opowieść ) …. 

Potem tematem się nie interesowałam i dopiero teraz Mariolka otworzyła mi oczy. Dzięki, Kochana…

A było tak : kiedyś dostałam od Mariolki mail następującej treści :  

Zosiu nie wiem czy pisałam o akcji „koperta życia”

Kopertę życia wymyślił i zastosował Poznań może 10 lat temu może trochę więcej

– na lodówce – magnes z  czerwonym krzyżem jako znak – że w lodówce jest koperta
w kopercie dane : imię , nazwisko, kontakty do bliskich i leki które dana osoba bierze … 
( teraz można ściągnąć z internetu gotowe wzory krótkiej historii chorób albo zamówić gotowe z kopertami i magnesami na lodówkę – przyp. Z. K. )

Gdy ja sama już o wszystkim się dowiedziałam, powieliłam przed 2 laty – sprawę „nadałam ”  w  zarządzie powiatu i zrobili też tak…. na początku tego roku był finał akcji….
….. sprawdziło się to u mamy – złamała nogę i gdy lekarz PR zadzwonił do mnie –  już wszystko wiedział dzięki Kopercie – choć w tym wypadku dobrze, bo mogłam osobiście udzielić mu wyjaśnienia . Ale gdybym nie była dostępna pod telefonem ? ….

– seniorzy – zwłaszcza ci którzy mieszkają sami – chwalą to, wiem że już korzystali z koperty !!!

– a pracownicy Pogotowia Ratunkowego   i Straży podchwycili i zaakceptowali od razu – wiem – że  gdy jadą – sami szukają koperty !

Miałam zajęcie – rozwoziłam koperty i instrukcje po całym powiecie…..

……może to robiłam dla ludzi ( w straży i pogotowiu mówili że w stresowych sytuacjach nie mogą dowiedzieć się najprostszych rzeczy ) …..

 …. nic wielkiego nie zrobiłam – spapugowałam tylko mądrych poznaniaków 🙂

Ale też ja miałam z tego dużo radości…..
odwiedziłam  kolegów ze wszystkich  ośrodków – zawsze kawa, pogaduchy, wspomnienia
🙂
……czas minął szybciej …

…teraz mam pisanie za które dziękuję
no i tak czas emerytki lepiej minie
🙂

( no tak,  Mariolka pisała ten list przed urodzeniem się  Jej Drugiego Wnuka – Błażeja – teraz już chyba długo nie będzie szukała nowego zajęcia – choć i tego nie jestem pewna , bo już trochę poznałam Jej Aktywność i Niespokojną Naturę … 🙂  )
kochana – to co piszę jest Twoje i możesz robić co tylko chcesz z tym

a jeżeli dzielisz się tym z PANEM  PROFESOREM  ( czyli naszym Kolegą Jerzym T. Marcinkowskim – przyp. Z. K. ) – to czuję się zaszczycona! 🙂

Mam nadzieję że i on mnie za surowo nie oceni 🙂

widzisz jaki ja mam respekt przed  mądrymi ludźmi?! 🙂

 Ostatni fragment listu początkowo zamierzałam wyciąć – ale doszłam do wniosku , że jest niezbędny, by pokazać Duszę Mariolki. Ona – jak zresztą  zwykle – nieco żartobliwie , z dystansem  (  podkreśliłam  uśmiechniętymi ” buźkami : ) – wyraża swoje ciepłe myśli i Pięknie Integruje Ludzi ( co też wynika z Jej opowieści  o spotkaniach z kolegami w terenie, niejako przy okazji … ) .

I wszyscy są radzi – radzi to za małe słowo – wszyscy są Szczęśliwi z Tobą, Mariolko  🙂

Usiłowałam ( bezskutecznie zresztą ), odnaleźć  informacje w necie na temat historii KOPERTY ŻYCIA . Wszyscy uznają, że nie wiadomo kto i kiedy był pomysłodawcą. Jak mniemam, samo życie ją wymyśliło – a dokładnie jakiś anonimowy pracownik Pogotowia Ratunkowego – może zdeterminowany nieskutecznym działaniem wobec niewiedzy o ratowanym człowieku. Zrozpaczony nieskuteczną reanimacją – popatrzył na lodówkę i powiedział – mam to miejsce  – ogólnie dostępne, zwykle jedyne w mieszkaniu i bezpieczne – bo wszak żarłoki się nie pożywią plastykową kopertą !!!.

Ale hamuj Klarka, na poważnie podaj jedynie znany fakt – otóż  jednoznacznie wiadomo, że w 1981 r. oddział Czerwonego Krzyża w Sacramento zaczął propagować  w Kalifornii  pomysł  KOPERTY ŻYCIA ……

Pod podanymi linkami można znaleźć  garść informacji a także wzory do skopiowania

https://kopertazycia.com.pl/wzor-koperty-zycia/

https://www.kopertazycia.pl/

wyborcza.pl/…wyborczej-kopertazycia-powie-za-ciebie-gdy-ty-nie.html

zdjęcia Mariolki – już tu zamieszczane, ale moje bardzo ulubione – pierwsze z netu – z Posiedzenia Rady Gminnej, lata 90 ubiegłego wieku i młodziutkiej – filuternej – z lat 60 XX wieku….

zdjęcia Kopert Życia z tekstów  ww linków

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 24 ). Sentymentalna podróż wokół P.S.K nr 2 w Poznaniu.

Dzisiaj był szary grudniowy dzień, przetykany słońcem usiłującym się wydobyć spoza ciężkich chmur. Ponieważ dość wyjątkowo nie miałem ważnych zajęć, postanowiłem wybrać się do miejsca pracy tj. na ulicę Rokietnicką pieszo a nie jak tradycyjnie – samochodem. Chyba był to jakiś wewnętrzny imperatyw, który ujawnił się dopiero później, gdy nagle stałem się młodym studentem Akademii Medycznej, którym byłem razem z Kolegami w naszych latach 1965-1971. I z wielkim sentymentem znalazłem się pod Państwowym Szpitalem Klinicznym Nr 2 im. Heliodora Święcickiego przy ul. Przybyszewskiego 49 (60-355 Poznań). Ileż tam przeżywaliśmy emocji, poznając prawdziwą medycynę – nasze pierwsze zetknięcie z chorymi – zachwyt nad Wielkością Profesorów, wiedzą asystentów, pracowitością pielęgniarek i poświęceniem całego personelu wielkiej idei ratowania zdrowia i życia. Tak, to była nasza Pierwsza Szkoła nie tylko Prawdziwej Medycyny ale też Pierwsza taka Szkoła Dorosłego już Życia …rozglądałem się więc, wspominając, gdy nagle zauważyłem wielkie toczące się dookoła zmiany. Budynki Klinik pozostały niezmienne, lecz w otoczeniu pojawiło się wiele nowych obiektów i wówczas pomyślałem jak Maria Dąbrowska w jednym ze swoich opowiadań też tak zatytułowanych „Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia” … a więc smartfon, fotografowanie, nasycanie oczu a teraz opisy… Zapraszam Was więc dziś, Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy, ale także Wszystkich, którzy zajrzą na „strony” mojego Pamiętnika na „Sentymentalną podróż wokół P.S.K. nr 2 w Poznaniu”

http://www.spsk2.pl/

Oto widok panoramiczny od ul. Grunwaldzkiej:

A to widok od strony ul. Przybyszewskiego:

A już za Szpitalem, przy ulicy Grunwaldzkiej, mieściły się – jak zapewne pamiętacie – baraki z okresu około II Wojny Światowej. Teraz te baraki rozebrano i na tym obszernym placu obecny JM Rektor prof. Andrzej Tykarski zabiega o pobudowanie bardzo wielkiego szpitala. Niestety, całego od razu się nie uda, więc w pierwszym etapie ma powstać duży SOR. Jak widzicie jest tutaj tylko plac pod budowę i tablica informacyjna, z której część „złomiarze” już ukradli.

Teraz przesuwamy się dalej od szpitala. Widzimy miejsca po barakach, gdzie m.in. mieściła się część Akademii Wychowania Fizycznego…

I zaraz potem ciekawostka:

A tak ta okolica wygląda po przejściu na drugą stronę ulicy Grunwaldzkiej:

I następny nowy kościół po drugiej stronie ulicy, którego za naszych studiów nie było:

I stary budynek , który chyba wszyscy pamiętają :

Dla przypomnienia proszę spojrzeć na tablicę:

I ogłoszenie na tej kaplicy:

A jak przejść na drugą stronę ulicy Przybyszewskiego to trafiamy do parku, który był za czasów naszych studiów, ale nie miał nazwy i pomnika.

To jest okolica ronda Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Za naszych studiów tej nazwy nie mogło być, albowiem był to wówczas oczywisty wróg polityczny władców PRL-u. Tutaj fragment z Wikipedii, który wszystko wyjaśnia:

Jan Nowak-Jeziorański, właśc. Zdzisław Antoni Jeziorański pseud. „Janek”, „Jan Nowak”, „Jan Zych” (ur. 2 października 1914 w Berlinie, zm. 20 stycznia 2005 w Warszawie) – polski politykpolitolog, działacz społeczny, dziennikarz i podporucznik rezerwy WP, kurier i emisariusz Komendy AK i Rządu RP w Londynie, wieloletni dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Kawaler Orderu Orła Białego.

Oto ten mały park po drugiej stronie ulicy Przybyszewskiego i mały pomnik:

Oto wspomniany pomnik z bliska:

W uzupełnieniu do napisu na tym pomniku informacja zaczerpnięta z Wikipedii:

Kazimierz Bonawentura Nowakowski (ur. 14 lipca 1879 w Inowrocławiu, zm. 26 kwietnia 1952 w Poznaniu) – polski lekarz chirurg, pułkownik lekarz Wojska Polskiego.

I za tymże pomnikiem doktora Kazimierza Nowakowskiego ciekawa rzeźba, chyba kobiety:

I jeszcze raz ta rzeźba:

Jak widzicie wszystko się szybko zmienia.

 

Kilkaset metrów od Państwowego Szpitala Klinicznego Nr 2 im. Heliodora Święcickiego przy ul. Przybyszewskiego 49 jest ulica Rokietnicka – obecnie centrum „wioski uniwersyteckiej” naszej Uczelni. I przy tejże ulicy Rokietnickiej 5C w latach 1996-2018 mieścił się Zakład Higieny, którym miałem zaszczyt kierować w latach 1994-2018, na początku jeszcze przy ul. Fredry 10, gdzie jest Collegium Maius, które dobrze pamiętacie z okresu studiów, bo tam jest siedziba rektora naszej Alma Mater.

I zobaczcie co robią z tym budynkiem obecnie:

A tak to miejsce ma wyglądać wkrótce, a może nie wkrótce – czas pokaże. Dokładnie w miejscu gdzie stał Zakład Higieny pojawi się ten trzeci, licząc od dołu, budynek Collegium Pharmaceuticum. A Zakład Higieny (obecnie Zakład Epidemiologii i Higieny) jest przenoszony do budynku po drugiej stronie ulicy Rokietnickiej – to pierwszy od strony prawej budynek. Ten szkic został wzięty z: http://www.ump.edu.pl/

Ale jest świetnie, bo mój nowy gabinet jest właśnie remontowany po drugiej stronie – ul. Rokietnicka 4. I już wygląda całkiem nieźle:

Będę miał ładne drzewa za oknem!

Praca wokół wre:

Mam nadzieję, że zainteresowałem tą krótką podrożą do miejsca w pobliżu naszego szpitala z okresu studiów.

No i zapraszam na obchody jubileuszowe, o których mowa poniżej:

Szczegóły na:

http://www.ump.edu.pl/100lat

Z pamiętników Jerzego T. Marcinkowskiego ( 17 ). Collegium Anatomicum.

Dziś nie będzie patetycznie, ani tkliwie. Tylko zwyczajnie , najprościej ….

Jurek poproszony  kiedyś o wykonanie zdjęć naszego Collegium Anatomicum – szczególnie wnętrz – właśnie przysłał ich całą serię. Świetne kadry, ręka „ mistrza „ dokumentu….  Musiałam zmienić plany i piszę na gorąco –  trzymając w dłoni ( tzn. w laptopie)  te „ciepłe” jeszcze zdjęcia …. Bo to wszystko działo się dziś….

Najpierw było zaproszenie na uroczystość pożegnania kilku osób przechodzących na emeryturę w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu , gdzie Jurek pracuje jako biegły sądowy – początkowo  nie miał  ochoty tam przybyć, bo dużo innych obowiązków, ale tak ładnie prosili …

A więc stara biblioteka  Zakładu Medycyny Sądowej, ze zbiorami pamiętającymi Tatę Jurka, Prof. Tadeusza Marcinkowskiego , który jako jeden z nielicznych pracowników przesiadywał w niej  w każdej wolnej chwili od rana do wczesnej nocy. Interesowało Go tak wiele tematów – tak dużo czytał – stale czytał – gromadził te zbiory – pięknie wydane a teraz tak rzadko brane do ręki, bo inne czasy, inni ludzie , większy pęd życia i czasu brak nie tylko na czytanie ale i na refleksje …  

Tak więc Jurek  pewnie spożył coś co było na stole, pewnie z kimś pogadał a może zatopił się we wspominaniu swego  Ojca, nie wiem.

Ale potem – potem jednak dotarła do Niego –  moja prośba o zdjęcia – więc samotnie wędrował korytarzami – i fotografował, fotografował, fotografował  – nie wiem, czy z przejęciem i z własnymi wspomnieniami  czy tylko z myślą o nas, którzy daleko od Poznania ….

a może Jurek ,  wędrując pustymi korytarzami, przemierzając nasze tak dobrze zapamiętane piękne schody  Collegium Anatomicum , myślał o tylu pokoleniach medyków, które były przed nami i które po nas przyszły – wszystkie zostawiły ślady swoich stóp na posadzkach tego gmachu, na tych schodach tak jak my siadały z książkami czekając na zajęcia, które drżały z lęku przed asystentami z natury rzeczy chyba ostrymi czasem złośliwymi , które tak jak my bały tego momentu – który do tej pory miało tajemną, mroczną jednoznaczną nazwę – zwłoki ludzkie i sekcja. Które jak my przechodziły tu swój „ chrzest bojowy” – jak kiedyś marynarze – pierwszy widok stołu sekcyjnego z tym, który był kiedyś żyjącym człowiekiem.

I które jak my tu hartowały swój charakter, tak długo przełamując słabości aż w końcu już nie mdlały od zapachu formaliny , krwi i ludzkiej złośliwości … .

Tak, na pewno Jurek wykonując te zdjęcia dla nas, którzy daleko, myślał o przemianie pokoleń, o tych którzy  tak samo jak my w tym 1965 roku stali  na dziedzińcu Anatomicum ,  jak spłoszone stadko gdy był ich pierwszy studencki dzień……

Wszystkie zdjęcia wykonał dziś  Jerzy T. Marcinkowski – dla nas , dla wszystkich medyków którzy corocznie, od 1930 roku – pełni młodzieńczej energii, wiary w przyszłość, chęci niesienia pomocy ludziom i zupełnie nieświadomi życia –  tu, na tym dziedzińcu Collegium Anatomicum stawiali swoje pierwsze  kroki   na otwartym już wcześniej, bo w 1920 roku Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego , a od 1950 roku  – wyodrębnionej ze struktur Uniwersytetu –  naszej  Alma Mater – jak to brzmi dumnie –  Akademii Medycznej w Poznaniu  (  potem przemianowanej na Uniwersytet Medyczny ) ….

Budynek został zaprojektowany przez Edwarda Madurowicza i Rogera Sławskiego jako Pałac Sztuki i był prestiżowym obiektem  Powszechnej Wystawy Krajowej ( 1929) , a rok później, po jej  zakończeniu  przekazano go  Wydziałowi Lekarskiemu Uniwersytetu Poznańskiego. Znajdował się w nim  Zakład Anatomii i Medycyny Sądowej. Podczas  II wojny światowej w krematorium Zakładu Medycyny Sądowej , spłonęło  8000 ofiar zbrodni  nazistowskich, między innymi więźniów Fortu VII.

 

Dziękujemy Ci, Jurku za ten dzień pięknych zdjęć, za ” upolowanie”  obiektywem czasu, gdy wielka tam pustka – jakby specjalnie dla nas, dawnych studentów byśmy podążając za Tobą , mogli wypełnić te przestrzenie  swoimi wspomnieniami  i za wzruszenie, które nam dałeś  ….

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 10 ). „Poznań przywitał deszczem”.

Jak już kiedyś pisałam, Mariola zostawiła mi ” wolną rękę” w redagowaniu i  nadawaniu tytułów poszczególnym częściom Jej pamiętnika. Oczywiście wszystko mogę poprawić, jeśli nie będzie odpowiadało.

Dzisiejszy tytuł przyszedł sam, bo zapowiadało się łzawo, ale jak w życiu bywa, po deszczu słońce, więc potem będzie już tylko lepiej …

Kiedyś  Mariolka napisała do mnie, że zagląda do mojego pamiętnika w blogu, gdzie m.in. opisuję swój poznański czas – właściwie tylko wspomnienie z dzieciństwa i trzyletni, wobec długości całego życia –  epizod, ale jakże ważny jakościowo –  studiów na Akademii Medycznej  a latach 1965 – 1968.  

I niedługo potem przysłała ten list, który kopiuję jak zwykle bez ingerencji w tekst, tylko pogrubiam czcionkę i nie mogę się powstrzymać od wstawienia  odpowiedniej „ buźki”, tam, gdzie temat przygnębiający lub miły. Mam nadzieję, że to mi wybaczasz, Mariolko  …

Maria J. Nowakowska w maju 2018 roku. To zdjęcie dostałam od Jurka, który nie tylko uwiecznił naszą Koleżankę, ale tworząc w messengerze Grupę , pozwolił na nasze spotkanie i tak piękny rozwój opowieści Marioli – tu zamieszczanych …

Teraz oddaję Jej głos  :  

Piszesz jaki pierwsze wrażenia miałaś z Poznania

ja przeprowadziłam się do tego miasta do 3 klasy  ogólniaka

pierwsza lekcja  z panią dyrektor

Hołoga była 8 w  dzienniku – byłam jasną blondynką, miałam gęste kręcone włosy spięte w  koński  ogon

pani dotarła do mnie przy czytaniu obecności i zaczęło się

         skąd jesteś ” Gniezno – no to pamiętaj że tu nie jest tak jak na prowincji

 jakie miałaś oceny z,,,

nie myśl że tu się dobre oceny daje za nieuctwo – w  Poznaniu trzeba się uczyć

i pamiętaj – ostatni raz tleniłaś sobie włosy i robiłaś trwałą – więcej ma się to nie powtórzyć !!!

na moje próby usprawiedliwienia się : nie bądź  bezczelna, nie przerywaj !!!

trzymała mnie na stojąco tak pytając i komentując aż do dzwonka  🙁

       Nie dziwisz się że Poznania nie lubiłam i bardzo prosiłam bym mogła wrócić do dziadków  do Gniezna i tam chodzić do szkoły

nie ulegli a i mnie się ułożyło w  klasie

ta pani nawet mnie z czasem polubiła, widziałam że bardzo starała się zmienić moją nieufność do siebie ale niewiele to dało

tak dalece że na studniówkę nie poszłam a wygoniona przez mamę  jeździłam tramwajami do ostatniego kursu 🙂

 w  klasie był wtedy Hirek Głowacki który  potem był z nami na roku i jako jedyny głośno odezwał się : co pani się jej czepia!

polubiłam go zaraz

Hirek miał buzię mocną, często się odzywał w  obronie innych aż w końcu musiał zmienić szkołę

spotkaliśmy się na studiach , teraz mieszka w Niemczech , jest ginekologiem i regularnie przyjeżdża na nasze zjazdy …na motorze ! 🙂

sprawdź

I jeszcze raz ten  uwielbiany przeze mnie kadr ze zdjęć w albumie Rodzinnym Marii J. Nowakowskiej, które mi przysłała . Oto Ona w opisywanych lub nieco późniejszych czasach. Co się czai w tym spojrzeniu ???. Częściowo poznajemy TO z Pamiętnika , ze sposobu narracji , zauważenia w tamtym – dziecięcym i wczesno młodzieńczym czasie –  i zapamiętania  ważnych wydarzeń życiowych, które teraz ” wyławia ze swej  dziurawej po udarze pamięci” – wielokrotnie  o tym pisała, co świadczy o  fantastycznym, nie zawsze spotykanym poczuciu humoru i dystansie do siebie  … 🙂

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 9 ). Gnieźnieńska krótka historyczna opowieść o fotografie , Mamie i albumie …

 

Zawadiacka i czupurna byłaś ,  mała Mariolko,  super wyglądasz, gdy  się wychylasz zza drzwi kościoła  :).

Na drugim zdjęciu – wspaniały dokument naszych lat dziecięcych… pewnie ok. 1954 roku? – stroje – też miałam krakowski – Mama wyszywała na aksamicie, cekinami zdobiła wg rysunku Taty, do tego ze szkła tak cienkiego prawie jak bombki na choinkę – korale, które po pewnym czasie były w opłakanym stanie – gdyż jakoś bardzo łatwo się tłukły 🙂 No i zakręcony i spięty lok na czubku głowy. A w oddali dziewczynka w butach jakie nosiłyśmy i na pewno w opadających (czego nie widać, ale wiem z doświadczenia) prążkowanych pończochach. Wspaniałe są Wasze śpiewające miny – z Braciszkiem – chyba z trudem utrzymuje berecik na głowie, ale pięknie się uśmiecha do aparatu fotograficznego 🙂

Mariola „rozkręcona” we wspominkach, razem z powyższymi zdjęciami z rodzinnego albumu gnieźnieńskiego z wczesnego dzieciństwa, przysyła kolejny mail… w którym dla mnie niezmiernie ciekawy jest fragment historii…

 

Ty chodzisz wcześniej spać a ja szukając zdjęć  przypomniałam sobie zdjęcia, sprzed lat
Ludzie są różni niezależnie od narodowości
na początku wojny polska młodzież była wywożona na roboty do Niemiec
w Gnieźnie był 1 Niemiec prowadzący zakład fotograficzny i by uchronić kilku Polaków, wziął ich do zakładu choć nie mieli pojęcia o tej pracy – dostała się tam moja mama i jej brat
Początki mieli trudne – psuli materiału co nie miara ale z czasem nauczyli się
z kolei Niemcy mieli manię dokumentowania wszystkich swoich działań jak : burzenie pomnika  Chrobrego przed katedrą, demolowanie wewnątrz, zabawy w kościele itp.
mama miała przyznaną ilość  papieru ale zawsze udało im się zrobić dodatkowe odbitki i ukryć je
pamiętam te zdjęcia bo przez wiele lat były w domu aż potem rodzice zrobili album i zanieśli do Katedry jako dowód tego co się działo …
to o wojnie

a potem gdy chodziłam do szkoły to sama wiesz -nie było pomocy naukowych i wówczas rodzice zrobili ilustracje każdej nowej literki na dużych arkuszach bristolu i były wieszane na ścianie gdy zaczynaliśmy się danej literki uczyć
mama malowała obrazki a tato pisał literki
za  moje pismo dostawałam nie raz po uszach – pamiętam stal nade mną i mówił:  w dół dociskaj -jak w górę swobodnie, lekko
w szufladzie biurka miał zrobiona przez siebie długa rynienkę  podzieloną na małe przegródki a w każdej z nich inny nr redisów,  że jak pisał to nie musiał długo szukać a nawet nam mówił gdzie która wielkość jest
a zeszyt do przyrody w 3 klasie musiałam dwa razy przepisywać bo…mamie nie podobał  się  mój rysunek tulipana na pierwszej stronie !!!!!!!

 

na zdjęciach , które wysyłam , widzisz też przebrane za Chinki  ( tu nie zamieściłam, muszę poszukać  wśród licznych zdjęć z rodzinnego albumu Marii J. Nowakowskiej  i uzupełnić ) , były też  lale , itp.
robiła nam to  mama z  prześcieradeł, z bibuły i czego się dało…

 

Odpisałam, że Twoja Mama miała wielkie zdolności plastyczne, gdyż jak już pisałaś  wystawiała swoje lalki  nawet na Targach Poznańskich. Ciekawe po kim i czy Wy, Jej dzieci odziedziczyłyście talent ?

Mariola  nie udzieliła mi odpowiedzi, czy w rodzinie był jakiś człowiek o takich zdolnościach – malarz , rzeźbiarz czy kostiumolog. Ale oznajmiła , że talent po Mamie odziedziczyła  tylko jedna, wspominana już w poprzednich wpisach –  Córka , która jest wicedyrektorem Liceum im. Kenara w Zakopanem…

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej. Wstęp autorki bloga.

Kochani,  od dziś mam wielką przyjemność gościć w tym blogu moją Niezwykłą   Koleżankę z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, Wielce Szanowną i Poważaną panią doktor  Marię Jolantę Nowakowską, pediatrę, wieloletniego Ordynatora Oddziału Dziecięcego w Kępnie .  

Na marginesie tylko muszę dodać, że nie zapamiętałyśmy siebie nawzajem z czasów studenckich ( zresztą w Poznaniu studiowałam tylko przez 3 lata, o czym już w blogu wielokrotnie pisałam). Nasza znajomość i moja  fascynacja tą Dziewczyną  wybuchła nagle , zupełnie niespodziewanie. Ale po kolei.

Jeszcze niedawno, bo w maju tego roku,  Jurek Marcinkowski (JTM), którego pamiętnik  niedawno tu zamieściłam , napisał do mnie w kilku słowach ,  że nasz rok właśnie wraca z corocznego, odbywającego się od 25 lat zjazdu- wycieczki koleżeńskiej do Olsztyna i okolic i że siedzi w autokarze obok Marioli, z którą sobie mile gawędzi. Wprawdzie przebyła udar, ale jest w świetnej formie , choć twierdzi, że ma od tego czasu dziury w głowie.  Wtedy też  nic mi to nie mówiło- fajnie, że sobie gawędzą- a to ciekawe określenie, którego użyła też nie otworzyło we mnie żadnej klapki w mózgu- choć mi się spodobało. Bo spostrzegłam , że ma dystans do siebie i jakieś otwarcie na innych. Nie każdy tak ma. Bywa, że ludzie zamykają się w sobie, zwłaszcza po chorobie lub urazie. To, że wzięła udział w męczącej koleżeńskiej wyprawie też nie zapaliło we mnie żadnego światełka.   Nie kojarzyłam Dziewczyny. Obojętność, zamknięcie we mnie i tyle.

Potem , gdy  JTM stworzył ze swoich znajomych ( jak mówił , przypadkowo) grupę na Messengerze, zauważyłam, że jest tam też Mariola. Zapytałam więc Irenę, czy to Ta, z naszego roku- potwierdziła. Nadal zero zainteresowania z mojej strony. Mariola czasami się odzywała w Grupie, ja też coś wrzucałam. Było to raczej takie zwykłe ble- ble, jak kiedyś się mawiało. Ptaszki, kwiatki, niebo malowane stale inaczej. W mojej głowie, nieustannie krążył podtekst,  że wszystko to, co piękne na świecie to jest dzieło  Kogoś na górze i że jest celowo ułożone …Więc czasami wrzucałam taką myśl, która przechodziła w tym towarzystwie bez echa. Aż nagle…..stało się ….poczułam jak przysłowiowy grom z jasnego nieba” spadła” na mnie i zaistniała w moim życiu niezwykle intensywnie – Mariola,  do tej pory mi zupełnie obojętna . A stało się to za sprawą tego, co napisała , po moim lakonicznym –  wierzę w życie po życiu.  Poprosiłam o opowiedzenie. Po chwili dostałam tę krótką odpowiedź:

„No to było tak z udarem – zawsze byłam „ szkiełko i oko” a nie „ czucie i wiara” i nie wierzyłam w opowieści o zaświatach, a tu po udarze gdy byłam nieprzytomna, co wynikało z opowieści kolegów,  widziałam obok swojego łóżka szpitalnego wszystkich zmarłych kolegów i koleżanki ze szpitala- rysy znane ale przezroczyste- równo ubrani w jakieś zwiewne opończe, uśmiechnięci, ręce wyciągnięte po mnie dodawali mi otuchy- zaczęłam podnosić się by iść z nimi i spojrzałam na kolegę którego bardzo lubiłam ale nasze poprzednie , gdy jeszcze żył , rozmowy wyglądały na zaczepki. Widząc go teraz, też powiedziałam- odczep się nigdzie z tobą nie idę…Wtedy wszyscy uśmiechnięci odsunęli się w bardzo jasną świetlistą smugę- drogę . Gdy byłam w lepszej kondycji zaczęłam po raz pierwszy w życiu czytać o takich zjawiskach i wiele razy powtarzało się, że bliscy przeprowadzają na drugą stronę zmieniło mnie to trochę i nie jestem już taka ostro na NIE no i jeśli  tak jest   to nie ma się czego bać…………… „

Dotarło do mnie tak nagle, wyraziście,  jakby zobaczyła Anioła, że „stoję” przed  Świadkiem, jedynym jakiego znam, który dotknął Drugiej Strony Życia . Bo czytałam opowieści różnych ludzi, o podobnych doznaniach, które niektórzy tłumaczą zwykłym wytworem niedokrwionego mózgu .….a ja wierzę, że jest inaczej, że te opisywane przez wszystkich, którzy wrócili do naszego świata,  podobne doznania, obrazy i odczucia są prawdziwe , bo towarzyszyłam umieraniu trzech najbliższych osób, w domu- byłam przy Nich sama……ale to inna opowieść…..

            Teraz, po wielu mailach , które do mnie  napisała Mariola , wiem, że  jest  Osobą Pogodną, z Poczuciem Humoru, z dystansem do siebie , empatyczną i ma bardzo dużo do opowiedzenia. Pytana przeze mnie a  nawet nie-  wrzuca   historie ze swojego życia, które układają się w Pamiętnik – spisując je  na gorąco,  bo jak mówi-  otwierają się  klapki w Jej mózgu 🙂 trochę pozamykane przebytym udarem, ale też zwykłą naturalną ludzką-  często gdzieś ukrytą , przycupnięta, czekającą na ujawnienie- pamięcią zdarzeń…..

Dziękuję Ci, Mariolu, że pojawiłaś się w moim życiu i zechciałaś gościć tym blogu…..

Dziękuję też Jurkowi, bo  od Niego Wszystko się zaczęło i że jest  naszym Przywódcą  🙂

Zdjęcia własne.

 

 

Collegium Maius w Poznaniu ( 11 ).

Zdjęcie z Wikipedii

Zanim zamieszczę kolejny  wpis  z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego (JTM) , mojego kolegi z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, zatrzymajmy się przy gmachu, który był tak ważny dla mnie jak i innych  medyków kształconych w tym mieście, a także dla Jurka, który ponadto spędził tu pierwsze lata pracy  . To tutaj wszystko  się zaczęło- to był  nasz początek medycznej drogi, jakże długiej, nie zawsze prostej i jasnej, zwłaszcza gdy się ją ogląda z perspektywy  prawie 50 lat w zawodzie….

Część mojej opowieści  może być nudna dla kogoś obcego, ale  blog jest głównie adresowany do mojej wielkiej Rodzinki, więc opowiadam dalej  🙂

O tym,  że chcę być lekarzem mówiłam od kiedy zaczęłam mówić 🙂 . Po pierwsze,  moi rodzice, starzy, schorowani i z traumą po II wojnie światowej ,  oswajali mnie niejako z widokiem cierpienia  a po drugie chyba opiekuńczość i chęć niesienia pomocy miałam we krwi , pewnie po tacie- Wacławie ( czy po Rodziewiczach,  czy po Łukaszewiczach, nie wiem) …o następnych moich „ kontaktach z medycyną „, spotkaniach z lekarzami opowiedziałam w tym blogu w rozdziale : Na medycznej ścieżce….a teraz ciąg dalszy o wielkim Gmachu Akademii Medycznej w Poznaniu i moich doznaniach  z wczesnych lat młodzieńczych.

Nie zapomnę, gdy  w 1965 roku, zachwycona i onieśmielona, bo budynek był  potężny urodą i jakąś tajemnicą a ja , niespełna 18 letnia  dziewczyna z niewielkiego relatywnie Gorzowa , przekraczałam  progi Collegium Maius , by w dziekanacie złożyć dokumenty z podaniem o przyjęcie do Akademii Medycznej  ( obecnie Uniwersytet Medyczny).  Tak pisałam  przed laty w tym blogu , o pierwszym spotkaniu i pierwszym zauroczeniu  dostojnym Collegium Maius  :

Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy weszłam do  gmachu rektoratu AM w Poznaniu przy ul. Fredry. Budowla piękna z zewnątrz, miała niezwykłe wnętrze. Wielki, sięgający nieba hall, a na dookolnym obwodzie wspinały się na wysokość kilku pięter malownicze krużganki. Stanęłam w osłupieniu nad urodą tego wnętrza….

Zdj. z Wikipedii

Potem tam, w tym gmachu przy ul. Fredry w Poznaniu  zdawałam wstępny egzamin ustny, zwany „ testem na inteligencję”, który poszedł mi świetnie , jak i pisemny z fizyki i chemii, w odróżnieniu od biologii, z której otrzymałam 3 z zaznaczeniem, że jest to raczej „dzieło” literackie a nie wypracowanie na temat ( powiedziano mi o tym, z uśmiechem,  w czasie owej „rozmowy na inteligencję”, czyli w czasie egzaminu ustnego). I kiedy wreszcie w tłumie innych młodych  wypatrywałam swojego nazwiska ( ówcześnie Łukaszewicz) na liście przyjętych na uczelnię. Stale mam w oczach to miejsce, gdzie wisiała tablica w przeszklonej gablocie i tę listę , pomimo  , że od tego dnia minęły już 53 lata 🙂  .

Potem, już unoszeni  na skrzydłach studenckich , mieliśmy tam zajęcia niezbyt pomnę jeszcze jakie, ale na pewno z farmakologii. Straszliwa to była „ kobyła” wiedzy, przebrnęłam szczęśliwie, zdając nawet na 4, co zaliczono  mi w kolejnej mojej uczelni, do której się przeniosłam po ślubie , tj w Akademii Medycznej w Warszawie.  I do tej pory  mam  w sobie jeszcze  jedno mocne wspomnienie z czasów kiedy tam uczyliśmy się farmakologii. Uczyliśmy się, to małe słowo- zakuwaliśmy jak szaleni…Otóż był wtedy pamiętny „marzec 1968 roku” a my kończyliśmy  III rok studiów , chyba nieświadomi tego, co się dookoła dzieje….może niektórzy z nas wiedzieli, ale należałam do grupy mieszkających w Poznaniu na stancjach, gazet nie czytywałam, radia po prostu nie miałam a rodzice, którzy zawsze mnie  uświadamiali politycznie, byli daleko…

Tego dnia siedzieliśmy na którejś z drewnianych, szerokich prostych  ław  z oparciami ( pamiętam je doskonale ) na parterze Collegium Maius, gdy gwałtownie, z wielkim hałasem  rozwarły się  drzwi wejściowe    i wpadła grupka młodych , mocno zziajanych i jakby zdezorientowanych, wystraszonych   ludzi . Prawie natychmiast, widać ktoś śledził  przez okno wydarzenia na ulicy,  otworzyły się drzwi do zakłady Farmakologii- cichutko wyszedł nasz asystent-i  niecierpliwym, pospieszającym  gestem zapraszał tę grupkę  do środka. Szybko się zorientowali, pobiegli w tym kierunku i po chwili zniknęli w czeluściach Zakładu Farmakologii a  drzwi za nimi się zamknęły  z ledwie słyszalnym szelestem …. ledwie to się stało,  ponownie z hukiem otwarto główne wierzeje i  wtargnęło kilku milicjantów  , pewnie ze słynnej grupy ZOMO ( o czym się dowiedziałam później),  uzbrojonych po zęby, z czapami  nasuniętymi nisko na czoło a paskami od nich zapiętymi  pod  brodą, agresywnych, wrogich ….najpierw rozglądali się nerwowo, bacznie, dyszeli jak psy gończe ….my, niemi świadkowie –  spokojni w kąciku,  jak trusie tylko nogi nam dygotały z przerażenia i oczy mieliśmy jak talerze….zrozumieliśmy od razu, że ścigali tę grupkę młodych,  tylko może nieco od nas starszych … Zachowaniem przypominali wściekłą sforę spuszczoną z łańcucha ,  stukając podkutymi butami obiegli  piękne krużganki , tupali po pięknych dostojnych schodach , spenetrowali wszystkie zakamarki i ostatecznie  jak niepyszni opuścili nasze dostojne Collegium….teraz sobie myślę, że pewnie  byli pod wpływem jakiś środków pobudzających….przecież byli też chłopcami , jak ci, których ścigali….

Jest tu zbyt mało miejsca, by streścić ten straszny czas, opisany  pod linkiem- ale warto poczytać….

https://marzec1968.pl/m68/mapa-1/6905,Poznan.html

I jeszcze jedna historia, już luźna, bez tamtej traumy,  też moja, blogowa,  spisana przed laty a teraz skopiowana . Dotyczy lat 80 ubiegłego wieku :

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się po raz kolejny na AM-  rozniosły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, na piętrze, korytarzem właśnie przemykał Jurek. Bardzo się ucieszyłam…ponieważ czekałyśmy na rozmowę z dziekanem, Jurek przysiadł się do nas , chyba były tam ławy jak w szkole , chwilę porozmawialiśmy…ot , dawne czasy się do mnie uśmiechnęły- kawałek wspólnej młodości spędzony w tym gmachu…Gdy spytałam o Jego losy i rodzinę, opowiedział,  że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM , ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów. Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy  do pociągu powrotnego  ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, zresztą nie proponował,  prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM. Pokiwał tylko głową, i sucho skomentował, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał. Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam. Ot, taki epizod….

zdjęcie własne

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, zresztą świetnie mu szło na filozofii, dostał się na wymarzone studia …..

A o naszym stosunkowo niedawnym spotkaniu z Jurkiem , które otworzyło fajne relacje,  pisałam we wstępie do  pierwszej części zamieszczanego tu Pamiętnika JTM …

Zdjęcia Collegium Maius w Poznaniu, w różnych projekcjach z  Wikipedii…

a oto zebrane z różnych miejsc w Wikipedii informacje o  dziejach  gmachu  Collegium Maius w Poznaniu – gmach w stylu neobarokowym z elementami stylu neoklasycznego, wzniesiony  w latach 1908- 1910 , przy ul. Fredry , położonej w części Dzielnicy Cesarskiej w Poznaniu .  Budynek powstał  na potrzeby Komisji Kolonizacyjnej. Komisję tę powołał Sejm Pruski z inicjatywy Otto von Bismarcka, w 1886. Jej zadaniem był wykup ziemi z rąk Polaków i przekazywanie jej niemieckim osadnikom.

Po wybuchu  powstania wielkopolskiego,  jednego z nielicznych zwycięskich powstań Polaków o wolność przeciwko Rzeszy Niemieckiej , toczącego się w latach 1918-1919, do tego gmachu przeniosła swoją siedzibę Naczelna Rada Ludowa, a później Urząd Osadniczy likwidujący kolonie utworzone przez Komisję Kolonizacyjną .

Następnie budynek jako Collegium Medicum przejął  Uniwersytet Poznański.

13 maja 1926 odbył się tutaj bardzo liczny wiec studencki przeciwko Józefowi Piłsudskiemu, zakończony pochodem na Plac Wolności. Powzięto decyzję o zawiązaniu Akademickiego Komitetu Obrony. Działania te zakończyły się fiaskiem i Poznań pozostał pod rządami sanacji.  

W okresie okupacji hitlerowskiej w budynku tym mieściło się prezydium policji. Podczas wyzwalania miasta Poznania w styczniu i lutym 1945 o sam obiekt oraz w jego pobliżu toczyły się dość intensywne walki – ślady od odłamków do dziś widoczne są wewnątrz budynku.

Znamienne , świadczące o wielkiej bitności poznaniaków o Polskę było wydarzenie z 2 marca 1940,  gdy w czasie okupacji Harcerze Szarych Szeregów – Zygmunt Ciesielski i Bernard Intek, współpracując z Adamem Plucińskim, wywiesili na kopule polska flagę …..

A  róże  w hołdzie walecznym Poznaniakom ….zdjęcie własne

To zdjęcie otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego. Obecny profesor  w charakterystycznej pozie zamyślenia…jak dobrze pamiętam ze wspólnych studenckich czasów ten układ dłoni…tak mam, zapamiętuję dłonie….

Może ktoś zapyta , dlaczego zamieszczam w tym miejscu  to  zdjęcie ? –  może dlatego, że ten wpis znajdzie się wśród tekstów pamiętnika JTM, a może dlatego, że  ostatni mój ogląd  wspaniałego gmachu Collegium Maius to wspólne zwiedzanie dawno, dawno temu…

 

 

Opowieść Sylwestrowa ( 11).

Winogrady_60te.jpg

Stara pocztówka z netu. Trasa na Winogrady. Łagodność wzgórza wspinająca się ulica i tory tramwajowe , zabudowania Akademii Rolniczej, gdzie „Nurt” i nasza młodość zaklęta…..

 

 

Już sama nie wiem, czy od razu opowiedzieć o końcu znajomości  z T. czy popłynąć za dygresją, która się tłoczy i niecierpliwie tupie na klawiaturze …..Pewnie będzie i jedno i drugie, przeplatane . Bo nic się nie dzieje w pustce…

     Z T. spotkaliśmy się tak jak za pierwszym razem, przypadkowo. Wtedy, w tych Sylwestrowych Bierutowicach,  to był mój zawrót głowy. Teraz, po pół zaledwie roku tej niby znajomości nastąpiło coś zwykłego,  wyblakłego i obcego. Żadnych zachwytów zauroczeń Tamtym już nie było.

Przy wzrastającym pulsie budzącej się seksualności , wrażliwości emocjonalności i bóg raczy wiedzieć czego, potrzebowałam silnych doznań zawirowań i przeżyć.

A z T. to była wtedy mglista już przeszłość, dopiero  teraz, gdy już jestem babcią, pojawił się tamten czas obudzony i  rozjaśniony zachwytami . Dobrze, że Tamto , bierutowickie było takie. W czasie poznańskich spotkań z T.  zabrakło tamtej scenerii gór śnieżnych , światełek na zboczach i przenikliwych spojrzeń zamrożonego srebra gwiazd rozwieszonych na  naszym bardzogranatowoczarnym aksamicie nieba ,  zamrożonych księżycowych lśnień  kaskad górskich  strumyków. Wszystko zostało zamknięte w tamtych lśnieniach, tajemniczości …Jak w szklanej przezroczystej kuli, w której wnętrzu  góry i śnieg i lód i para młodych przytulonych nieśmiało która schodzi w dół pustego nocnego Karpacza….

.    Matura ( 1965) jednak była przełomem w moim  życiu, niezbyt wtedy uświadamianym sobie wejściem w dorosłość , dopiero widocznym z perspektywy półwiecza.

Czuło się , że czas nas niesie, stale do przodu, w nieznane, ale pociągające, nowe, ciekawe , inne.

    I w takim oto moim stanie ducha i rozkwitającego ciała był w Poznaniu kurs przygotowawczy do egzaminów na AM . Byłyśmy tam Lidką O. Nie przyjaźniłyśmy się w czasach LO, ale lubiłam Lidkę, bo była wesoła  i wyluzowana, taki brat łata z zachrypniętym niskim głosem. Była i nadal jest ładna. Szczupła buźka, regularne rysy, uśmiech i zgrabna figura. Lidka  zamierzała startować na medycynę raczej w Szczecinie, ale dowiedziawszy się, że jest taki kurs w Poznaniu , wybrała się ze mną.

Osiadłyśmy, jak już pisałam, na Winogradach i rozpoczęłyśmy nowe życie. Nasz ukochany nadwarciański wzgórzowopiękny Gorzów został tam gdzie był, ale my rwałyśmy do przodu, do wrażeń, przeżyć stale nowych . No cóż, niosła nas młodość dynamiczna i ciekawska.

Nie pomnę jak długo trwał ten kurs, chyba ze dwa tygodnie. To wystarczający obszar  czasu by  czegoś tam się nauczyć, poszerzyć bazę licealnych wiadomości z chemii, biologii i fizyki, ale przede wszystkim zadomowić w mieście. Nabrać wielkomiejskiego prawie studenckiego sznytu który także polegał na paleniu papierosów, do czego mnie namówiła Lidka . A może ja ją namówiłam, nie pomnę, bo przecież nikotynizm miałam w genach po babci Rodziewiczównie, która paliła od 16 roku życia. A działo się to w końcu XIX wieku. Nieważne, która zaczęła ten temat, bo w tym temacie, zresztą jak i w innych panowała pomiędzy nami zgoda i sztama. Tak więc, w 1965 roku,  na poznańskich Winogradach przeszłam inicjację palenia co w naszym pojęciu wysoce nobilitowało.

     Kolejnym moim pierwszym w życiu doświadczeniem były wypady do studenckiego klubu. Na to nie trzeba było namawiać, garnęłyśmy się tego innego życia, przyciągało jak magnes.  I wkrótce poza ( a właściwie przed ) nauką w czasie tego kursu przygotowawczego to  fajfy stały się dla nas najważniejsze.

    Teraz czytam, że  już w latach 20 i 30 ubiegłego wieku wymyślono i używano takiego określenia zabaw od” piątej po południu „ , ale ja usłyszałam tę nazwę po raz pierwszy. Owszem, mówiono, że młodzi się bawią na prywatkach, a starsi na dancingach . Samo  słowo dancing było dla nas staroświeckie i niemodne , „ myszowate”. Jawiło się jako ciemne zjawisko  zabawy  nudnych i  zepsutych  dorosłych .

Dla nas fajf miał smak wyzwolenia, szumu i zawrotu głowy młodością tudzież  wolnością .  

To archaiczne teraz dla młodych taneczne spotkanie można by porównać do dyskotek, ale różnica była ogromna, właściwie przepaścista. Fajfy były to spotkania kameralne, chyba kawiarniane, a nasze  odbywały się w klubach studenckich,

  Szybko odkryłyśmy z Lidką, że nieopodal naszego miejsca zakwaterowania, w tym samym kampusie, mieści się to miejsce wypełnione muzyką i tańcem.

Był to ” Nurt”. Sama nazwa była i nadal jest dla mnie piękna. Dynamiczna, ruchoma, szeroka, daleka, bezkresna, romantyczna. Zwiastuje podróż w słodkie nieznane …

Oczywiście zaraz tam pognałyśmy. Ale przedtem…

Całkiem niedawno Lidka mi przypomniała, jak się przygotowywałyśmy do naszego klubowego  „debiutu ”. Oczywiście okazało się, że pamiętałam, tylko gdzieś zagrzebane w pamięci siedziało. Uznawszy, że jesteśmy wyblakłe zaproponowała, że zrobi nam  makijaż. Poddałam się biernie, bo nigdy żadnego makijażu pomimo wprawdzie jeszcze nieukończonych ( bo przychodziły z końcem września) ale już 18 lat nie widziałam, nie doświadczałam, co świadczyło o moim opóźnieniu w rozwoju w tej dziedzinie. Wprawdzie filmy z Brigid Bardot czy jakieś westerny oglądałam w Gorzowie namiętnie, więc makijaże mogłam wypatrzyć ale niosła mnie wtedy fabuła, szeroki ekran zachwycał, zdjęcia, pejzaże, muzyka.

Lidka okazała się prawdziwszą kobietą niż ja. Wiedziała to, czego ja bidulka nie wiedziałam, że panuje moda na „ kociaki”. Już wtedy chyba nie mówiono na ładne młode” ale kociak”, chyba mówiono” ale babka” , a teraz „ ale laska”. A może już inaczej teraz mówią,  nie nadążam. Muszę wnuki zapytać. 

Wówczas to, w tych latach 60 ubiegłego wieku  było modne malowanie powiek na  tzw. kocie oko. Była to wyraźna, czarna krecha na górnej powiece zawijająca się w górę lub w dół ( w zależności od kształtu powiek) poza zewnętrzny kąt oka.

Tak więc Lidka, uznała, że należy przed wyjściem do Nurtu wykonać makijaż.  Oczywiście nie miałam  żadnych kosmetyków ( co teraz niewyobrażalne, bo malują się  nawet małe dziewczynki, są dla nich zestawy kosmetyków, ponoć nieszkodliwych ). Ale Lidka miała. Wydobyła niewielkie płaskawe wąskie pudełeczko, otworzyła. I ujrzałam w nim czarny kamień. Chyba jednak wiedziałam co to jest. Może widywałam u bratowej, starszej o kilka lat. Nagle Lidka zauważyła, że nie mamy pędzelka. Bo jak pomnę sposób używania takiego tuszu polegał na otwarciu pudełeczka, napluciu na kamień , który wówczas rozmiękał , rozmazaniu pędzelkiem  i naniesieniu na powiekę. Obie byłyśmy bezradne. Ale Lidka nie tracąc chwili do namysłu, bo już w klubie grali, wyjęła zapałkę, nadgryzła, pożuła i pocmoktała jej koniec, uzyskując rozczapierzenie końca. Po czym przystąpiła do dzieła.

Pomimo niejakich wątpliwości końcowego efektu oraz lęku, że wydłubie mi przy okazji oko, siedziałam jak trusia, grzecznie na krzesełku ( mam ten obrazek w oczach) i poddawałam się  zabiegowi , bo przecież chciałam być piękna i bardzo dorosła. Młodzi, gdyby to przeczytali albo by nie uwierzyli, albo tylko wzruszyli ramionami ale może najzwyczajniej zdziwili, że tak mogło być.

     Gdy uznałyśmy, że jesteśmy odpowiednio piękne wkroczyłyśmy do klubu. Ciasno tam było i byle jak. Ale chłopaki zerkały, bo na akademii rolniczej, do której należał campus na Winogradach chyba było  raczej  mało dziewczyn.

Albo po prostu zrobiłyśmy odpowiednie wrażenie.

Już ktoś prosił do tańca,  już wychodziliśmy na środek.

A śpiewał nam „ wschodzący” wtedy Niemen. Mawiają, że ten wczesny Niemen był mało ambitny, ale jakże przejmująco brzmiał jego głos, melodia i teksty tego co śpiewał mam w uszach, zresztą są i teraz  powtarzane w radio. Gdy słyszę te piosenki, mam ciarki i miękkość serca. 

Zaledwie przed 7 laty od naszego pierwszego fajfu,  Czesław przyjechał znad swojego Niemna, jako późny repatriant z tamtych stron które po II wojnie światowej  nazywały się ZSRR. Miał miękki wschodni akcent , z zapachem wiatru znad stron mojego Taty, melodie i teksty jego piosenek były liryczne, wpadające w ucho a raczej bezpośrednio do serca, budząc w nim tkliwość. Ponadto przy tej muzyce tańczyło się wspaniale. . Tak, po szaleństwach rockowych, po Majdaniec, krzykliwej choć teraz słuchanej przeze mnie z sentymentem Karin Stanek,  Niemen wprowadzał tajemniczy liryczny  spokój, piękne kołysanie….

Niemen był wtedy królem w tamtym moim Nurcie.

Już jakiś chłopak ciągnął za rękę na parkiet, już miałam położyć mu rękę na ramieniu, a on obejmował mnie  w pasie, bo tańczyliśmy w parach, gdy kątem oka dostrzegłam siedzącego w prawym narożniku Sali przy niewielkim stoliku. Kogóż, ach kogóż.

Najspokojniej w świecie siedział tam T. Może zasłuchany, może znudzony, daleki i obojętny. Tak charakterystycznie układał dłonie siedząc na fotelu, że zapamiętałam ten układ do tej pory. Nie bardzo wiem jak to opisać. Była w tym jakaś nonszalancja, niedbałość a może bezradność ( teraz mi przyszło to określenie ). Jednym słowem ten układ Jego rąk spowodował, że niepokoiłam się  o dalsze jego losy. Niepokoiłam się oczywiście wtedy, gdy nagłe przypomnienie przychodziło. Ale przyznam, że było to bardzo rzadko i nie jakieś spontaniczne, ale celowo  wywołane,  tak jak teraz,  po pół wieku. .

Widząc T,. zostawiłam chłopaka na parkiecie i z radością rzuciłam się w kierunku T. Popatrzył, poznał chyba, wstał leniwie i poszliśmy tańczyć.

Tańczyliśmy.

Niemen śpiewał rzewnie.

Nic nie czułam.

I pewnie T. podobnie….

Potem inni chłopcy porwali mnie do tańca, a T. został albo wyszedł. Nie rozglądałam się, nie szukałam, nie wodziłam tęsknie wzrokiem, bo tęsknoty we mnie nie było.

   Ale jednak coś zostało z tamtego czasu, może tylko tam zostawiona cząstka młodości, nastrój Nurtu i tamten Niemen. Gdy zapraszał do” Baru pod papugami „ czuliśmy egzotyczny klimat tego baru, gdy śpiewał „ Czy mnie jeszcze pamiętasz” niczego nie czułam poza rzewnością, bo o nikim tak nie myślałam . Nie potrzebowałam, by ktoś pamiętał, wspominał. Życie pędziło do przodu, tylko do przodu, bez oglądania się wstecz.

Nawet „ Choć  czas jak rzeka” , najbardziej ukochana przeze mnie piosenka Niemena wówczas nie prowokowała do jakiś głębszych myśli. Kto w bardzo młodych latach zastanawia się nad upływem czasu? Dopiero teraz, a może od czasu pełnej dojrzałości, od czasu wchodzenia w wiek średni , gdy nagle usłyszę tę melodię, wraca tamto. I gdy samotnie  ( uwielbiam samotne wędrówki), przybywam  nad  mój Bug, patrzę na jego szybko płynące wody, zawsze wraca tamten Niemen i słyszę jak śpiewa:

 

„….Choć czas jak rzeka, jak rzeka płynie,
Unosząc w przeszłość tamte dni…”

…. i kołyszę się w ramionach jakiś chłopaków, których już nie pamiętam i jestem w klubie na Winogradach, moim pierwszym.

      Kto wymyślił  nam tamten czas, śnieżnobiałe Pierwsze Zauroczenie, Poznań ,  zielone wzgórza na które się wspięły Winogrady z szaroburym studenckim klubem o jasnym proroczym imieniu „Nurt”. I dziewczyny w nim, które w tym „Nurcie” z nurtem swojego życia płynęły, dziewczyny świeże jak pierwsza trawa, jeszcze zielone ufne, ale już z mocno wymalowanymi powiekami. I ktoś kołysał je muzyką i znamienne słowa Niemena dobierał .

 

       Nie wiem kto To wymyślił , nazwał , poukładał tak , żeby było Pięknie…..Najpiękniej….

 

Zdjęcie-0112.jpg

Nad Bugiem….

Opowieść Sylwestrowa ( 10 )

PB162212.JPG

Poznań. Widok z ul Roosvelta, z chodnika najbliższego torów kolejowych. Od prawej- kino Bałtyk , potem  początek ul . Grunwaldzkiej i dalej w lewo- tereny Targów z charakterystyczną „wszystkowidzącą „wieżą…  zdj zrobiłam w 2008r.

 

 

Tymczasem w tym samym  1965 roku, gdy doznałam pierwszego w życiu Olśnienia które pozostawiło Wielkie Zauroczenie T. , nieubłaganie zbliżała się matura. Podjęłam decyzję studiowania w Poznaniu. Chęć leczenia a co za tym idzie medycyna od wczesnych lat  mnie pociągała, pewnie częściowo z powodu chorób moich starych rodziców, bo byłam ich dzieckiem późnym powojennym. Może już urodziłam się mając w sobie  pragnienie by nieść pomoc innym. Wszak Tata lubił doradzać w sprawach medycznych ( jeśli coś nt. wiedział, bo wszak był tylko inżynierem ) ale jeśli nie to, zawsze  wykazywał empatię i wielką opiekuńczość.  

Teraz dodatkowo Akademia Medyczna nabrała kolorytu poprzez znajomość z Tomaszem, wszak był jej studentem. I oczywiście wybrałam Poznań nie tylko z powodu dobrego dojazdu, w przeciwieństwie do Szczecina i niewielkiej wprawdzie, ale znajomości tego miasta z czasów kiedy to wożono mnie do ortodonty, raczkującej wtedy specjalności. Biedny dr Święcicki, miły blondynek nabiedził się z moim zgryzem, a ja skutecznie unikałam noszenia aparatu. Nabiedzili się też rodzice, bo jednak trzeba było pociągiem z Gorzowa z przesiadką w Krzyżu spędzać w pociągu ponad 4 godziny i tyle samo z powrotem.

         Muszę się przyznać , że wybrałam Poznań, także z powodu Tomasza.

 Maturę na szczęście przefrunęłam gładko. Uczyłam się dobrze a i jej formuła po raz pierwszy była skrócona. Zamiast 7 chyba przedmiotów zdawało się tylko trzy. Polski matematyka i wybrany dodatkowy. Kamień spadł mi z serca, że odpadła historia. Nawet niektóre jej fragmenty mnie ciekawiły, ale te wszystkie królewskie koligacje itp. to był gąszcz nie do zapamiętania. No cóż, już kiedyś się przyznałam, że bozia nie obdarowała mnie talentem bycia znawcą historii. W dodatku czytając te historyczne opracowania miałam nieustanne wrażenie, że ktoś kto to zapisał, nie był obiektywny. I pomimo tego, że żył w tamtych czasach  patrzył na to wszystko swoimi oczami, bo tak w końcu jest. Bo tak naprawdę jest to co widzimy….Widzicie jak się tłumaczę , zawsze warto mieć jakieś usprawiedliwienie dla swoich niezdolności czy nieumiejętności. Łatwiej się żyje…:)

      Tuż po maturze znalazłam się w Poznaniu na kursie przygotowawczym do egzaminów na AM. ( wtedy Akademia Medyczna, teraz Uniwersytet Medyczny) . Z tego powodu  nie byłam na balu maturalnym. Wprawdzie mogłam wyskoczyć do G. ale tak naprawdę nie poszłam na ten nieszczęsny bal, bo zawiódł P. K. Gdy nauczyciele powiedzieli, że możemy kogoś zaprosić, nie polegając na szkolnych kolegach, nikogo, z którym chciałabym spędzić ten czas nie było w pobliżu. I wtedy  Mama wpadła na pomysł , by zaprosić P., syna Jej jeszcze wojennych przyjaciół . Takich na śmierć i życie. Więc czemu nie  P.?  Przecież był mi jak Brat, nigdy inaczej Go nie postrzegałam. Dużo czasu spędzaliśmy razem w czasie wspólnych rodzinnych wakacyjnych wyjazdów. Zaproszony ,  potwierdził, ale niebawem odpisał, że jakieś czynniki wyższe nie pozwalają mu opuścić Warszawy. Przełknęłam łatwo, tym bardziej że i tak nie miałam ochoty na takie imprezy. Tylko dobrze, że żadnej kreacji jeszcze nie miałam. Napisałam kreacji, i od razu się uśmiechnęłam , bo przypomniałam bal maturalny najstarszej wnuczki, a było to chyba w 2010 roku, kiedy olśniewające iście hollywodzkie suknie dziewczyn porażały. Ileż te mamuśki musiały na nie wydać kasy. Moja Weronika kupiła sobie sama ładną, stosunkowo niedrogą kieckę, którą pewnie sponsorowali dziadkowie. Wyglądała świeżo i zachwycająco.  Moja ew. „ kreacja” balowomaturalna pewnie miałaby być zwykłą sukienczyną. Więc i lepiej że nie byłam na swoim balu maturalnym.

Pewnie dlatego zapamiętałam studniówkę,. I pamiętam jakby to było dziś kolegę z klasy, R.M. , który poprosił mnie do tańca. Miał wprawdzie jarzące oczy  ale deptał po palcach. Ładny był z niego chłopak, wysoki, smukły z wielkim poczuciem humoru , błyskotliwym umysłem, lubiliśmy się na co dzień. Ale niestety taniec nam nie wychodził.  R.M.  długo potem oznajmił, że się we mnie beznadziejnie kochał, czego nijak nie widziałam. Może to go paraliżowało, a ja nie byłam na tyle ambitna, by się nim wtedy zająć, poprowadzić w tańcu. Potem sobie gdzieś poszedł….Teraz mam o to do siebie żal. Ale wtedy człek inaczej myślał. Jak mawiają, gdyby wróciły dawne czasy ale pozostało dojrzałe myślenie wszystko byłoby może inne.

Tak moje chłopaki, wnuki, pomimo tego, że teraz każdy tańczy jak chce, jeśli się nie ma tańca we krwi, warto się uczyć tzw. tańca towarzyskiego bo wtedy życie jest łatwiejsze.

Zostawiałam więc tamtego chłopaka i  wdałam się w pląsy z J.K.

Na swoich płaskoobcasowych a właściwie bezobcasowych czarnych butkach, uczepiona ramienia J.K., wyrośniętego już z licealnego pierwszoklasowgo małego tłuścioszka mknęłam chyżo po obwodzie parkietu aż falowała moja plisowana spódnica i pewnie młodzieńczym potem znaczyła się biała bluzka.  Nie wiem czy ktoś z młodych teraz wie jak wyglądała taka spódnica. Może wie, nie wiem, ale jakoś nie widuję takich obfitych gęsto zebranych w pasie materii zaprasowanej w równe drobne fałdki.

Nt. potu jeszcze jedno. Otóż , wyobraźcie sobie moi młodzi, że w naszych młodzieńczych czasach nie były nam znane  dezodoranty. Człek się tylko mył, potem w celu zahamowania wydzielania potu ( bo przecież nie dla zapachowego odświeżania, bo mydło wtedy chyba śmierdziało)  pocierał pachy tymże mydłem . Wtedy też nie goliło się włosów pod pachami

( nie było tej wysoce higienicznej mody). Nie goliłyśmy też nóg,  co upodobniało nas do sarenek. I tu odezwał się bardzo stary , brodaty i posiwiały już  Kawał właśnie z czasów gdy przyszła moda na likwidowanie owłosienia w miejscach widocznych i niewidocznych , poza głową oczywiście. Kawał mówił tak :” -Pani ma nóżki jak sarenka.- Z powodu że zgrabne ?- Nie, z powodu, że owłosione.”  Miałyśmy więc nóżki sarnie, chociaż zdecydowanie mniej owłosione na szczęście. Ale na pewno zgrabne.. Teraz czytam z niejakim zdziwieniem, że  znane nawet w  świecie aktorki czy celebrytki, postanawiają nie usuwać żadnych włosów z własnego ciała. . Chcą powrotu do natury. Może więc nasze czasy, pachowoowłosione ,  nieśmiało wrócą. Nie jestem przekonana że tak się stanie. I raczej nie chcę….  

     Pogadałam, bo miła Z.Cz., pomimo że trochę ode mnie młodsza w komentarzu napisała, że chce takich obrazków ze wspólnych czasów…i ja je przywołuję z przyjemnością. Tamto gorzowskie, zawarciańskie LO, duża sala z podestem i fortepianem jakąś muzyką, której zupełnie nie zapamiętałam ,  przyjemnością, że nie sieję pietruszki i powiewem znad naszych pach. Bo i chłopaki pociły się niemiłosiernie….Tak było, kochani….

    Podawszy te tematy oboczne wprawdzie, ale wprowadzające w klimat naszych lat 60 ubiegłego wieku, wracam do poznańskiego kursu przygotowawczego na egzaminy w AM, którego byłam uczestniczką w tym 1965 r.   Kochałam Poznań , to miasto było już częściowo obłaskawione z powodu wcześniejszych moich tam bytności. Ale dopiero teraz głębiej i szerzej zaglądałam  poza ścisłe Centrum miasta, w obrębie którego  poruszaliśmy się z rodzicami wcześniej. Więcej się dowiadywałam, otwierałam szeroko oczy na świat, świadomie, często krytycznie .

A Poznań był w owych czasach miastem niezwykłym, jedynym takim wśród innych szaroprzaśnych. Może miasta portowe były mu równe, nie wiem, bo chyba wtedy nie bywałam w Trójmieście, czy Szczecinie. To tu , w Poznaniu odbywały się słynne Targi, które były otwartym  oknem na  Wielki Świat skąd wiał wiatr świeży i jasny. Gdy odbywały się owe słynne Targi, nagle przybywały wielkie tłumy  ludzi. Większość mówiła w nieznanych nam, nierozpoznawalnych nawet językach. Byli inaczej niż my ubrani, mieli piękniejsze cery i zadbane lśniące włosy , jasne, radosne, przyjazne oczy . A na parkingach i przy ulicach przylepiały się nigdy nie widywane wytworne samochody.

Ale nawet poza czasem Targów, miasto było piękne, dobrze „wywietrzone „ ze starego zaściankowego kurzu, zawsze pachnące czystością i świeżością pomimo tego, że dostojne  monumentalnokamienicowe.

    Dla mnie, nieodrodnej córki kolejarza,  dodatkowym urokiem było urocze  przecięcie Poznania na pół przez tory kolejowe biegnące poprzecznie od wschodu na zachód . Gdy się najeżdżało pociągiem od strony Krzyża, stacji przesiadkowej z Gorzowa, po lewej pobliskie ciemnoszare jakby omszałe budynki Uniwersyteckie zapierały dech. Zawsze tak miałam, wypatrywałam ich , niezależnie od liczby przyjazdów do tego miasta. Potem był okazały dworzec kolejowy i marsze ulicą biegnącą dołem  w stronę Uniwersytetu  albo wysoką Roosvelta, zdobywaną przez wspinanie na schody wiaduktu.  Ulica ta dalej biegła wzdłuż torów. Magiczne jest to zespolenie miasta i moich ukochanych torów z pociągami pędzącymi w świat daleki. Geny Taty tu ożywały i czułam jak we mnie pulsują. Zawsze tak jest.

     Gdy przybyłam  na wspomniany już kurs przygotowawczy do egzaminów na AM ,  ulokowano nas na Winogradach. Chyba dopiero wtedy zauważyłam piękne wzgórza wypiętrzające się nad miastem a na nich osiedle.  Jadąc w tamtą stronę, zwykle tramwajem. mijało się mroczną Cytadelę. Oj, jakie skojarzenia przychodziły z samą już nazwą. Tramwaj się wspinał  wolno na zbocza wzgórz, trasa była tak malownicza, że mam ją jeszcze w oczach. Pięknie są położone te poznańskie Winogrady. I nawet rozrzucone na szczycie wzgórz niewysokie ale klockowate budynki Akademii Rolniczej nie szpeciły. To właśnie tam byliśmy zakwaterowani a zajęcia odbywały się nie wiem gdzie. Pewnie poniżej, w obiektach  Akademii Medycznej . Tak, jednak tam, teraz widzę jasno. Jak miło wysilać umysł, by coś wydobyć z jego zda się zamkniętego wnętrza….

     Pomimo panującego pomiędzy nami chłodu czy tylko milczenia, jednak spotykaliśmy się z T. Niestety z rozpędu użyłam liczby mnogiej, chociaż te dwa kolejne spotkania  to już liczba mnoga, prawda? To było nasze przedostatnie spotkanie, o czym jeszcze nie wiedziałam.

Umówiliśmy się, pewnie jak zwykle listownie via mój adres gorzowski na spotkanie w Poznaniu . Przypominam nieustannie, że wtedy, w tym 1965 r,  telefony były rzadkością , a Internet  i smartony nieznane. Wy, młodzi z pierwszej połowy XXI wieku nie możecie sobie wyobrazić, że tak może być. Urodziliście  się z komórkami w dłoniach i jakże inny jest Wasz świat. Ale nasz tamten, młodzieńczy też był piękny, szczególnie oglądany z perspektywy łaskawego czasu który zatarł to co nieprzyjemne a ocalił piękno. Miło tak wspominać….

     Oglądam teraz  zdjęcie , które zrobiłam  w 2008 r,, bez statywu więc nieco pofałdowane światłami, ale dla mnie miłe. Wtedy to  korzystając z jakiegoś kongresu pediatrycznego w Poznaniu urozmaiciłam go podróżą sentymentalną. Na tym zdjęciu  po lewej widać wieżę Targów Poznańskich po prawej kino Bałtyk z barem  na rogu, gdzie czasami chodziłyśmy z Moniką na piwo, gdy już byłam studentką. Napisałam z rozpędu, że czasami, pewnie byłyśmy tam ze dwa razy, gdy chciałyśmy podkreślić swoją osiemnastoletnią dorosłość niezależność, fantazję i pozorne umiłowanie bylejakości. Monika, rodowita poznanianka, była wtedy moim guru i miała fantazję którą mnie zarażała. Więc szłyśmy na piwo śmiejąc się, że siedzimy w drugim rzędzie za plecami stałych rezydentów baru ( można sobie wyobrazić jakich, bo niewiele się różnili od obecnych) . Może to nie śmieszne, ale nas to bawiło, że jesteśmy takie cool ( jakby teraz nas nazwali młodzi). Ot, taka fantazja, taki  szpan ( określenia z naszych czasów). W tym samym kompleksie budynków gdzie Bałtyk, tylko już przy Grunwaldzkiej mieścił się mój ukochany od dzieciństwa sklep z ołówkami Koh-i-Noor, których zapach czuję nadal…

       I właśnie w tym miejscu, gdzie  Roosvelta z Grunwaldzką się wita mieliśmy wyznaczone z T. spotkanie.  To tu wysiadłam z pięknego zielonego tramwaju, którym to sfrunęłam z Winogradów i przeszłam na stronę gdzie Targi, które właśnie się odbywały.  Jakoś nie przypominam sobie innego uczucia, np. zazdrości, że ludzie tak mają, tylko radość, że ich oglądam , pewnie też zadziwienie , że są kolorowymi zagranicznikami ( tak się mówiło na wszystkich, którzy mieszkali za granicami naszego kraju,  szczelnie zamkniętego- niewyobrażalne dla Was młodych, prawda? te zamknięte granice- lepiej żebyście się nigdy nie dowiedzieli).

…Ale tym razem było inaczej. Cały ten barwny świat się rozmył, był tylko niewyraźnym tłem, wydało się, że ulica jest pusta a na niej tylko moje Wyczekiwanie, oczekiwanie na spotkanie z T..

Umyłam się starannie, wyczesałam . Włoski  półdługie, równo obcięte nosiłam i  były już   symetrycznie  rozłożone od środka skąd spływały naturalnymi falami.  ( teraz mi przyszło porównanie ze spanielem,  ale przecież spanielki są urocze, prawda?).  Pomimo, że włosy miałam ciemne z natury,  od pewnego czasu namiętnie je brązowiłam korą dębową i dosmaczałam  zapachem tataraku. Wtedy pewnie były  na rynku jakieś farby, ale ja uwielbiałam zanurzać głowę w misce napełnionej wywarem z tych roślin .

Jeszcze wtedy nie było popularne jak teraz, noszenie w mieście spodni, chyba że wycieczkowo, więc spódnicę z jedną fałdą brązową założyłam i pewnie tę samą co w czasie poprzedniego poznańskiego spotkania z T. bluzkę z mięciutkiego weluru , leciutko zbluzowaną z delikatnym jedwabistym ściągaczem dość wysoko na biodrach. Miała kolor rozbielonego kogla- mogla. W dolny narożnik trójkątnego dekoltu bluzki wpisywał się znakomicie niewielki wisiorek. Był piękny. Jak dobrze, że wszystko opisuję, bo dopiero teraz wydobyłam go z pamięci.  Otrzymałam go od przyjaciółki Mamy. Był tam orzech włoski pozbawiony skorupy, pomalowany na brąz i zamknięty w delikatnej obudowie z dwóch paseczków miedzianych, wszystko zawieszone na miedzianym łańcuszku. Może nie miedzianym, bo nie brudził skóry, jak to ma w zwyczaju miedź.

     Tak więc czułam się „ światowa”, taka jak tamci ze zgniłego Zachodu. Tu przypomniałam sobie opowieść mojej ukochanej Pani Profesor Wyszyńskiej. Gdy wracała z jakiegoś zjazdu, wtedy tylko ona wyjeżdżała za granicę, pytali ją jak tam zgniły Zachód. Odpowiadała, że gnije, owszem gnije ale jak pięknie pachnie. To nie żarty, ale w naszych czasach komunistycznych mawiało się : był na zgniłym Zachodzie. Tym się różniliśmy, musieliśmy się jakoś  różnić , bo wg propagandy ówczesnej byliśmy po prostu lepsi. W żadnym razie nie  „ gnijący”. To oni „gnili” .  Propaganda , zniekształcanie rzeczywistości, tendencyjne zakłamywanie,  pranie mózgów to była domena komunistycznego „ wychowania”. Straszliwy czas przyszedł, że teraz wraca z nachalnością zdwojoną. Strach się bać. Bezsilność z mdłościami….

      Może czułam się” światowa” idąc na spotkanie z  T. chociaż podejrzewam, że bardziej  nieświadoma własnego uroku, bo któż nie jest uroczy w niepełnej 18 wiośnie życia, przemaszerowałam z przystanku zielonego tramwaju na tę stronę Grunwaldzkiej, gdzie Targi.

Tam się umówiłam z T.

Chyba nie czekałam długo, bo wkrótce nadszedł. Do tej pory widzę jak idzie swoimi dużymi spokojnymi krokami od Roosvelta . Smukła, jakby samotna stale, sylwetka z czarną gładko uczesaną czupryną zawijającą się nieco nad czołem. Był wytworny, nie wiem co miał na sobie w czasie poprzedniego spotkania, ale teraz wpadłam w zachwyt.  I wtedy wszystko co napisałam poprzednio nagle zbladło, cały ten dookolny światowy blichtr .

T. był urodziwy, przystojny, ale teraz widziałam tylko Jego marynarkę.  Od razu spostrzegłam, że ją wcześniej już zdjął , bo ciepło czerwcowe panowało ,  i zawiesił, nie zarzucił tylko zawiesił tylko na jednym ,  lewym ramieniu. Patrzyłam i wpatrywałam na to zjawisko, styl myśląc pewnie lub nie myśląc wtedy, ale myśląc teraz : Elegancja francja, albo angielski luz, nonszalancja i niedbałość w jednym . To było znakomite. Tym bardziej, że nigdy przedtem nie widziałam nikogo, kto tak by nosił  marynarkę. Zarzuconą na dwa ramiona, to i owszem, ale na jedno?

Tak bardzo mi się to spodobało, do tego stopnia spodobało , że od tej pory zaczęłam uwielbiać duże marynarki takie unisex i gdy zdejmowałam,  uwielbiałam zawieszać je  niedbale na jednym ramieniu. Śmieszne, prawda? Zresztą muszę przyznać , że takie marynarki nadal uwielbiam, ale już dawno nie zarzucałam na jedno ramię. Jak dobrze, że sobie o tym przypomniałam.:), muszę się poprawić i wrócić do tej mody, którą mnie zaraził T. albo nie wrócić 🙂

   Wreszcie T. do mnie podszedł, pewnie nie zauważył zachwytu i właściwej przyczyny tego zachwytu.  Bo mój zachwyt był niemy, zatrzymałam go w środku, by dopiero teraz o nim , tamtym sprzed półwiecza, napisać . Wreszcie napisać.

I na tej szerokiej pięknej ulicy, gdzie zielone tramwaje ją ozdabiały i zagraniczne samochody było nasze spotkanie i Jego propozycja byśmy poszli do jego domu. Byłam ufnym dziewczęciem. Zresztą byłam w Niego wpatrzona , był mi jak duce . Myślę teraz, że chyba jednak wspomniał, o tym że w domu  jest Jego Siostra, więc pewnie to dodało mi animuszu. Jak tam było naprawdę , można jedynie snuć przypuszczenia, ale faktem jest że się zgodziłam i tak powoli jak zwykle zmierzaliśmy w kierunku gdzie mieszkał.

A mieszkał niedaleko, dobrze pamiętam tę niewielką, kameralnie położoną ulicę i dużą piękną starą kamienicę . Oczywiście teraz pewnie bym jej nie poznała, bo może obraz który jest we mnie ubarwiłam i jakoś przekształciłam. Wydaje mi się, że weszliśmy na  1 piętro po czym w prawo . przez bardzo wysokie drzwi do mieszkania.  

Siostra okazała się przemiłą dziewczyną, wyluzowaną pogodną i uśmiechniętą.

Od razu poczułam jak opuszcza mnie iście kościelne nabożeństwo i staję się zwykła. Przysiadłyśmy na jakiejś kanapie ustawionej po lewej stronie pokoju i gadałyśmy . Nie wiem o czym, ale mile wspominam tę dziewczynę. Tomasz najpierw stał nieopodal, opierając się o stół tylko się nam przypatrywał. Nic nie mówił, zresztą pewnie nie dałyśmy Mu żadnej szansy. Bo kto ma szansę by coś wtrącić, gdy gadają dziewczyny?  Innych mebli, poza stołem i kanapą nie pamiętam. Teraz żałuję, że się nie rozejrzałam,  bo pewnie były tam piękne stare poznańskie meble, ale byłam dziewczyną a nie starą babcią jak teraz. No, niezupełnie starą , ale babcią J. Po chwili T. chyba się znudził i gdzieś wyszedł. Wspomniałam Jego siostrze, że dostałam od Niego piękną pachnącą hiacyntową pocztówkę . Odparowała, że należała do niej, a brat  zabrał. Od razu odparłam  że ją odeślę bo byłam honorowa. Momentu, kiedy tę moją ukochaną już pocztówkę wysyłałam z Gorzowa, nie pomnę. Ale na pewno tak od razu postanowiłam.

Po pewnym czasie wrócił T. , wyszliśmy i chyba nie odprowadzał, a może odprowadzał na przystanek tramwajowy.  Pożegnania nie pamiętam, pewnie było zwykłe do widzenia, czy jakoś tak. I sobie poszedł.

Po chwili stał się tłem jak cały ten tłum a mnie pożarł zielony tramwaj i powiózł na równie zielone Winogrady….

 

PB162212.JPG

 Jeszcze raz to samo zdj z czołówki. Bo je lubię…..

Opowieść Sylwestrowa ( 9 )

 

 

Turlo-Elzbieta-Malgorzata-Buty_billboard.jpg 

Z netu- Turlo Elżbieta Małgorzata buty billboard. Jedyne jakie znalazłam podobnie klimatyczne, ale moje były zupełnie inne.

 

 

Już niedługo koniec tej Opowieści. Jeszcze ten wpis i co najwyżej dwa.

Jeśli Ktoś nie pamięta, albo nie czytał  poprzednich to króciutko przypomnę. Ale czy można opowiedzieć w skrócie o moim Pierwszym Wielkim Zauroczeniu w zaczarowanych zimą Bierutowicach? Nie da się. Więc więcej nie będzie…..

 

Tomasz mieszkał w Poznaniu. Ja w moim Gorzowie i pomimo tego, że wielkimi krokami zbliżała się matura, jak zwykle pojechaliśmy z Rodzicami do kuzynki i jej wspaniałej rodzinki na imieniny Józia. Ponieważ mieszkali w Poznaniu, była okazja spotkania się  z T. Umówiliśmy się więc listownie, pocztowo….tak tak, Młodzi, telefony kablowe były rzadkością a komórki i internet nieznany….

Był kwiecień  1965 roku , jeszcze czuję zapach oddychającej ziemi , ukochany do tej pory zapach wiosennego błota. 

I oto spacerowałam wzdłuż koszarowego muru ul. Ułańskiej czekając na T.

Widziałam jak nadchodzi od strony Grunwaldzkiej. Ułańska była pusta, więc  smukła sylwetka z czarnymi włosami wydawała mi się z jakoś dziwnie samotna i daleka. Potem już było lepiej, uśmiech znany , trochę powściągliwy, urok szczupłej  twarzy i wielkie zielone  wykrojone podłużnie oczy bystre i wyraziste… Nasze powitanie opisałam poprzednio, więc nie będę się powtarzać . Było raczej chłodne….

 Teraz usiłuję zrozumieć dlaczego . Może T. był tylko nieśmiały ale jest  wysoce prawdopodobne, że po prostu Mu się nie spodobałam, gdy tak spacerowałam pod murem ul. Ułańskiej.  

Przecież dziewczęcy urok schowałam w swojej nieśmiałości , ubrana byłam byle jak, a o uczesaniu nie wspomnę, bo już było o tym dużo. Nie mogłam się podobać i tyle. Byłam też pewnie poważnie drętwa, a może jednak się uśmiechałam? Nie wiem i  już  nigdy się  nie dowiem jak ocenił mnie wtedy T….

Zaproponował,  byśmy poszli do kawiarni. Zgodziłam się bezszmerowo, bo ten Chłopak mnie onieśmielał, był światowcem , w końcu z chórem Kurczewskiego bywał za granicą , co w tamtych czasach nie wszystkim było  dane, mieszkał w dużym mieście jakim jawił mi się Poznań.

A ja byłam gorzowską zieloną kurką. Nie wiem, czy się przejęłam tym , że będę drugi raz w życiu w kawiarni i to z T.  Raczej nie, pewnie mi się to spodobało, że coś fajnego zaplanował , że nie będziemy tak po prostu „szlifowali bruków”( to wtedy popularne określenie).  Do tej pory w kawiarni byłam tylko  jeden raz kiedy to zastępująca wychowawcę pani Majchrzycka ( uosobienie elegancji)  widząc naszą nieporadność zorganizowała klasowe wyjście do nieistniejącej już dziś gorzowskiej  Wenecji. Wyobraźcie sobie, kochani , że poszłam tam przebrana w …. mundurek szkolny. Miałam wtedy  15, może 16  lat . Potem długo nie było zwyczajów chodzenia do kawiarni, albo ja po prostu nie chodziłam. Jedynym „ lokalem” w którym bywałam w Poznaniu był bar mleczny położony nieopodal Okrąglaka. Przyjeżdżaliśmy  z Tatą albo Mamą  do ortodonty, który usiłował wyprostować mi zęby  i poprawić zgryz. Dla mnie wówczas głównymi atrakcjami  był sklep przy Grunwaldzkiej z pachnącymi kolorowymi ołówkami Koh-i-Noor oraz bar przy Okrąglaku ze smakowitymi  ruskimi.  Gdy po bardzo wielu latach, będąc w Poznaniu na jakimś kongresie odwiedziłam stare kąty  z rozrzewnieniem zauważyłam, że ten bar nadal istnieje. .

     A teraz, tej niepowtarzalnej bo jedynej w życiu wiosny 1965 roku , wędrowałam z T. do kawiarni . Szliśmy  obok siebie w przyzwoitej odległości , bo jak już pisałam, w tamtych czasach nikt się nie obejmował na ulicy. Ciekawe jak by było gdybyśmy byli współczesną parą młodych ludzi. Czy T. miałby ochotę mnie objąć, ale może ja bym Go sprowokowała?

Nie wiem, ale wtedy ja nie i On nie.

Szedł swoim spokojnym dużym krokiem, górował wzrostem, więc nie wiem czy w ogóle na mnie patrzył ale i ja nie zadzierałam głowy. Bo dreptałam obok Niego, wpatrując się w płyty chodnikowe,  by nie wpaść obcasem w  przestrzenie pomiędzy nimi. Nie założyłam wtedy pantofli na zupełnie płaskiej podeszwie, w których balowałam na niedawnej studniówce. Miałam kompleks wzrostu, ze swoimi wtedy 165 cm, górowałam nad większością kolegów z LO. Wiedząc że T. jest znacznie wyższy ode mnie, chyba wdziałam na nogi swoje  pierwsze nibyszpilki. Były zakupione w małym gorzowskim sklepiku przy ul.  obecnej Sikorskiego. Do tej pory dobrze pamiętam ten sklepik i jego zapach. Bardzo lubiłam te moje butki bo były śliczne i miłe. Uszyte z brązowego miękkiego  zamszu, miały długie nosy i sznurowanie z przodu. Poza tym miały zadziwiające obcasy. Wypatruję takich na ulicach, ale pomimo tego, że moda wraca, na razie takie obcasy nie wróciły. Moje tamte były do połowy pokryte  takim samym jak wierzch zamszem a od połowy żółtometalowe, poszerzające się nieco na samym dole. Szukałam w necie zdjęć podobnych, ale nie znalazłam. Jedynie jakieś zbliżone w klimacie, ale zupełnie inne. Szkoda, że w tamtych czasach nie było tak popularne fotografowanie. Nie było cyfrówek, smartfonów, co dla młodych jest niewyobrażalne.

     I tak sobie szliśmy tą poznańską uliczką Ułańską wzdłuż koszarowego muru. Aż wreszcie mur się skończył i wyszliśmy na Grunwaldzką, która wydawała mi się wielka i bardzo bardzo szeroka. Musieliśmy ją przekroczyć , by dotrzeć do kawiarni położonej prawie naprzeciwko, tylko trochę bliżej  Junikowa. W tamtych czasach były jakieś oznakowane przejścia, np. przy skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Roosvelta , ale o malowanych na jezdni zebrach nikt nie słyszał. Więc przekroczyliśmy tę szeroką ulicę idąc w lewo na ukos i dotarliśmy do kawiarni. Mam ją w oczach, ale  nazwy  nijak nie mogłam  wygrzebać z pamięci.  Szkoda, że nazwy nie zapamiętałam, a przecież widywałam ją potem często, jeżdżąc tramwajem na Junikowo, gdzie mieszkałam z koleżanką, będąc już na drugim roku studiów. Często przechodziłam obok niej, bo i piesze trasy uwielbiałam. Zapytałam teraz na fb syna kuzynki, Tadeusza i odpowiedział, że nazywała się  Prasowa.  

    Kawiarnia jaśniała z daleka, w środku była  obszerna i  pustawa z maleńkimi okrągłymi stolikami. Była też  napełniona muzyką. Usiedliśmy nie pod oknem, jak teraz najbardziej lubię, a  raczej bliżej środka, mam to miejsce zapisane w oczach. T. zaproponował ciastko i kawę. Ciastko nosiło nazwę torcik bambino. Czy tylko smak tego ciastka zdecydował, czy jakaś ukryta treść w jego nazwie? Bo przecież bambino to kochanie albo jak kto woli dziecko. Teraz bym się zastanawiała, ale nie przedtem. .

Była więc kawa i było ciastko a On milczał i ja milczałam.

W pewnej chwili T. jednak się odezwał, wskazując na narożnik sali : Popatrz i posłuchaj. Muzykę słyszałam już od momentu wejścia, ale teraz popatrzyłam . Instrument na którym grał pan w tej kawiarni był niewielki, z przewodem biegnącym po ziemi do  kontaktu elektrycznego . Wypływały z niego  dźwięki podobne do brzmień pianina i jednocześnie organów kościelnych, ale bardziej miękkie i rozczulające. Bliskie niebiańskim.  Kontynuowałam więc oglądanie i słuchanie, a T. objaśnił, że są to  organy Hammonda…

W tamtych czasach znałam jedynie moje tradycyjne pianino, fortepian widziałam  a także katedralną gorzowską fisharmonię, na której pedałując zawzięcie grałam kolędy a chórek dziewcząt śpiewał . Nie dziwcie się, że napisałam pedałując. Bez tego działania instrument był niemy. W dość krótkim czasie posiadłam umiejętność rozdwojenia czynności. Nogi rytmicznie ugniatały pedały a w innym rytmie dłonie wygrywały to co miały wygrywać.   Ponadto raz grałam w kościele w Rokitnie na prawdziwych organach towarzysząc owemu chórkowi. Ale organy Hammonda widziałam i słyszałam po raz pierwszy w życiu.

…. szkoda, że za mało przebywaliśmy  razem, bo  pewnie dowiedziałabym się o wielu innych sprawach. Tyle wiedział. Dowiedziałam się od Niego o chórze Kurczewskiego w którym śpiewał  ( śledziłam potem losy tego chóru i przykrość  z powodu następcy p. Kurczewskiego – twórcy i  wieloletniego opiekuna. Jakaś z tego powodu smuta).  W Bierutowicach, na tamtym sylwestrowym parkiecie, po moim nosowym krwotoku, co już opisałam poprzednio,  Tomasz cierpliwie  uczył mnie kroków tańca ( które do dziś powtórzę ), podając wtedy nazwę  lipsi ( niestety nie mogę jej znaleźć w internetowej wszechnicy a może źle tę nazwę usłyszałam i zapamiętałam ), a teraz pokazał ten instrument.

      Teraz jednak stwierdzam, że jednak nie było pomiędzy nami zupełnego milczenia. Pewnie  T. usiłował mnie otworzyć, poszerzyć moje horyzonty, ale chyba  trafiał na drewienko tylko nieco ociosane, ( jakim byłam) , a na więcej edukacji nie było czasu. Tak , zdecydowanie było za mało wspólnego czasu. Trochę żal, ale to se ne vrati, jak mawiają Czesi.

    Od tamtej pory od tego wiosennego Poznania 1965 roku,  od kawiarni Prasowej i T. w niej , gdy słyszę organy Hammonda, a nawet inne organy elektroniczne, przychodzi tamto spotkanie, kawiarnia i tamta muzyka. I tamta dziewczyna, której już nie ma, zielona, nieokrzesana, nieśmiała i nieatrakcyjna….

…i oto po ponad 40 latach przerwy  zaczęłam grać, koślawo bo koślawo, ale grać. Wyjechałam z G. a moje pianino tam zostało . Mieliśmy za małe mieszkanie na Żoliborzu by cokolwiek tam jeszcze wstawiać, więc pianino wraz ze zgromadzonymi w wielkiej liczbie zeszytami nut  powędrowało dalej. Przez następne dziesięciolecia całe moje granie poszło w zapomnienie, nie potrafiłam nawet  pomagać moim dzieciakom które  w czasie edukacji wczesnoszkolnej piłowały obowiązkowy flet czy cymbałki. 

I przyszedł taki dzień, było to  kilka lat temu  gdy M. wymyślił, by kupić do naszego już teraz 10 letniego domku w Michałowicach pianino. Było dużo miejsca na poddaszu, bo zostawiliśmy otwartą przestrzeń, więc zgodziłam się bez oporów. Szybko rozwiązaliśmy problem , czy ma być tradycyjne pianino ( okazało się za drogie), czy elektroniczny instrument grający. I wkrótce przybyła Yamaha i jest do tej pory. M. raczej nie spodziewał się, że do mnie wróci granie, myślał  o wnukach. Ale do mnie coś jednak zaczęło wracać. Jakieś mgliste  echa z dzieciństwa przychodziły gdy patrzyłam na klawiaturę . I wreszcie zasiadłam, uprzednio zakupując nuty dla raczkujących. I te sonatiny, etiudy,  Strauss,  uproszczony Chopin, Beethoven,  Mozart a także  oczi cziornyje i wiele wiele innych utworów kiedyś tak bliskich to wszystko przemówiło. I nagle jasność przyszła znaczenia tych nut i umiejętność dotykania tych klawiszy które dyktowały nuty i wszystko stało się proste. I cud się stał, dla mnie to cud. Koleżanka Joasia , gdy jej o tym opowiedziałam wspomniała, że jeden jej  pacjent tak miał i wkrótce okazało się, że to „tylko”  guz mózgu. Przyznam, że poczułam się nieswojo , potem zapomniałam, ale teraz  gdy o tym piszę,  wróciło. Jak na razie mam się dobrze. Minęło kilka dobrych lat a ja sobie gram gdy tylko mam ochotę, wprawdzie z wprawą ucznia może 3 klasy szkoły muzycznej podstawowej, ale gram i mam się dobrzeJ

Tylko czasem włączam opcję elektrycznoorganową, bo można wybierać odpowiedni przycisk i bywa, że wtedy wraca zapach tamtego czasu gdy wiosna 1965 r. dojrzewała a ja z nią. I jestem w tamtej kawiarni, gdzie zostawiliśmy swój niewidoczny ślad.

T. i ja i wspomnienie  naszej młodości bezsłownej …

      Nasze kawiarniane  spotkanie z T.  chyba nie trwało długo.  Odprowadził pod dom kuzynostwa i pożegnał tak jak przywitał oficjalnie i beznamiętnie. Ja też nie wykonałam żadnego gestu, przytulenia, czy jakoś tak. Przecież mogłam, ale wtedy nie wypadało , to On  powinien wykazywać inicjatywę. Okropne  były nasze czasy, dziewczyny siały pietruszkę – pewnie nie wiecie co to znaczy- to znaczy, że na zabawach siedziały pod ścianą i czekały, aż chłopak poprosi je do tańca. Jeśli nie poprosił to mówiono o nich,  że sieją pietruszkę. Jasne? Niejasne? Ale na pewno dla Was, wnuki moje, niezrozumiałe.

Oj, gdyby nasze zauroczenie przyszło do nas teraz i w dodatku mielibyśmy tyle lat ile wtedy,  wszystko mogłoby być inne.  Pewnie dobrze, że było tak jak było . Bo było pięknie  i wspomnienia tamtego są niewinne i czyste. Jak śnieżny  krajobraz gór śpiących nad spływającymi w dół  Bierutowicami . Jak   poświata pełni księżyca i w zimne światło gwiazd szeroko rozsianych nad naszym niebem. ….

 ….przez długie lata Tomasz czasem , bardzo rzadko się zjawiał się w myślach. Potem pożegnałam się z tym wspomnieniem, bo nie było czasu na oglądanie się wstecz.

Teraz przyszedł czas wolny i wróciło tamto, zda się trwale w centrum Wielkiego Piękna zamknięte…wróciło jak żywe, tylko nas już nie ma…

Wybaczcie tę ostatnią ckliwą nutę, pewnie znowu organy Hammonda usłyszałam, ale ogólnie jest dobrze. Jest bardzo dobrze, że nas to spotkało….

 

 

 

KościółPw.ŚwDucha w Krobi, www.fluidi.jpg

 

Zdj z netu. Stara fisharmonia w kościele w Krobi. Na podobnej grałam w Gorzowie.

 

1,23.JPG

Sześć lat temu gramy z Wiktorem…

 

hammond.jpg

 

Zdj z netu.