Zdjęcie z Wikipedii
Zanim zamieszczę kolejny wpis z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego (JTM) , mojego kolegi z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, zatrzymajmy się przy gmachu, który był tak ważny dla mnie jak i innych medyków kształconych w tym mieście, a także dla Jurka, który ponadto spędził tu pierwsze lata pracy . To tutaj wszystko się zaczęło- to był nasz początek medycznej drogi, jakże długiej, nie zawsze prostej i jasnej, zwłaszcza gdy się ją ogląda z perspektywy prawie 50 lat w zawodzie….
Część mojej opowieści może być nudna dla kogoś obcego, ale blog jest głównie adresowany do mojej wielkiej Rodzinki, więc opowiadam dalej 🙂
O tym, że chcę być lekarzem mówiłam od kiedy zaczęłam mówić 🙂 . Po pierwsze, moi rodzice, starzy, schorowani i z traumą po II wojnie światowej , oswajali mnie niejako z widokiem cierpienia a po drugie chyba opiekuńczość i chęć niesienia pomocy miałam we krwi , pewnie po tacie- Wacławie ( czy po Rodziewiczach, czy po Łukaszewiczach, nie wiem) …o następnych moich „ kontaktach z medycyną „, spotkaniach z lekarzami opowiedziałam w tym blogu w rozdziale : Na medycznej ścieżce….a teraz ciąg dalszy o wielkim Gmachu Akademii Medycznej w Poznaniu i moich doznaniach z wczesnych lat młodzieńczych.
Nie zapomnę, gdy w 1965 roku, zachwycona i onieśmielona, bo budynek był potężny urodą i jakąś tajemnicą a ja , niespełna 18 letnia dziewczyna z niewielkiego relatywnie Gorzowa , przekraczałam progi Collegium Maius , by w dziekanacie złożyć dokumenty z podaniem o przyjęcie do Akademii Medycznej ( obecnie Uniwersytet Medyczny). Tak pisałam przed laty w tym blogu , o pierwszym spotkaniu i pierwszym zauroczeniu dostojnym Collegium Maius :
Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy weszłam do gmachu rektoratu AM w Poznaniu przy ul. Fredry. Budowla piękna z zewnątrz, miała niezwykłe wnętrze. Wielki, sięgający nieba hall, a na dookolnym obwodzie wspinały się na wysokość kilku pięter malownicze krużganki. Stanęłam w osłupieniu nad urodą tego wnętrza….
Zdj. z Wikipedii
Potem tam, w tym gmachu przy ul. Fredry w Poznaniu zdawałam wstępny egzamin ustny, zwany „ testem na inteligencję”, który poszedł mi świetnie , jak i pisemny z fizyki i chemii, w odróżnieniu od biologii, z której otrzymałam 3 z zaznaczeniem, że jest to raczej „dzieło” literackie a nie wypracowanie na temat ( powiedziano mi o tym, z uśmiechem, w czasie owej „rozmowy na inteligencję”, czyli w czasie egzaminu ustnego). I kiedy wreszcie w tłumie innych młodych wypatrywałam swojego nazwiska ( ówcześnie Łukaszewicz) na liście przyjętych na uczelnię. Stale mam w oczach to miejsce, gdzie wisiała tablica w przeszklonej gablocie i tę listę , pomimo , że od tego dnia minęły już 53 lata 🙂 .
Potem, już unoszeni na skrzydłach studenckich , mieliśmy tam zajęcia niezbyt pomnę jeszcze jakie, ale na pewno z farmakologii. Straszliwa to była „ kobyła” wiedzy, przebrnęłam szczęśliwie, zdając nawet na 4, co zaliczono mi w kolejnej mojej uczelni, do której się przeniosłam po ślubie , tj w Akademii Medycznej w Warszawie. I do tej pory mam w sobie jeszcze jedno mocne wspomnienie z czasów kiedy tam uczyliśmy się farmakologii. Uczyliśmy się, to małe słowo- zakuwaliśmy jak szaleni…Otóż był wtedy pamiętny „marzec 1968 roku” a my kończyliśmy III rok studiów , chyba nieświadomi tego, co się dookoła dzieje….może niektórzy z nas wiedzieli, ale należałam do grupy mieszkających w Poznaniu na stancjach, gazet nie czytywałam, radia po prostu nie miałam a rodzice, którzy zawsze mnie uświadamiali politycznie, byli daleko…
Tego dnia siedzieliśmy na którejś z drewnianych, szerokich prostych ław z oparciami ( pamiętam je doskonale ) na parterze Collegium Maius, gdy gwałtownie, z wielkim hałasem rozwarły się drzwi wejściowe i wpadła grupka młodych , mocno zziajanych i jakby zdezorientowanych, wystraszonych ludzi . Prawie natychmiast, widać ktoś śledził przez okno wydarzenia na ulicy, otworzyły się drzwi do zakłady Farmakologii- cichutko wyszedł nasz asystent-i niecierpliwym, pospieszającym gestem zapraszał tę grupkę do środka. Szybko się zorientowali, pobiegli w tym kierunku i po chwili zniknęli w czeluściach Zakładu Farmakologii a drzwi za nimi się zamknęły z ledwie słyszalnym szelestem …. ledwie to się stało, ponownie z hukiem otwarto główne wierzeje i wtargnęło kilku milicjantów , pewnie ze słynnej grupy ZOMO ( o czym się dowiedziałam później), uzbrojonych po zęby, z czapami nasuniętymi nisko na czoło a paskami od nich zapiętymi pod brodą, agresywnych, wrogich ….najpierw rozglądali się nerwowo, bacznie, dyszeli jak psy gończe ….my, niemi świadkowie – spokojni w kąciku, jak trusie tylko nogi nam dygotały z przerażenia i oczy mieliśmy jak talerze….zrozumieliśmy od razu, że ścigali tę grupkę młodych, tylko może nieco od nas starszych … Zachowaniem przypominali wściekłą sforę spuszczoną z łańcucha , stukając podkutymi butami obiegli piękne krużganki , tupali po pięknych dostojnych schodach , spenetrowali wszystkie zakamarki i ostatecznie jak niepyszni opuścili nasze dostojne Collegium….teraz sobie myślę, że pewnie byli pod wpływem jakiś środków pobudzających….przecież byli też chłopcami , jak ci, których ścigali….
Jest tu zbyt mało miejsca, by streścić ten straszny czas, opisany pod linkiem- ale warto poczytać….
https://marzec1968.pl/m68/mapa-1/6905,Poznan.html
I jeszcze jedna historia, już luźna, bez tamtej traumy, też moja, blogowa, spisana przed laty a teraz skopiowana . Dotyczy lat 80 ubiegłego wieku :
Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się po raz kolejny na AM- rozniosły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, na piętrze, korytarzem właśnie przemykał Jurek. Bardzo się ucieszyłam…ponieważ czekałyśmy na rozmowę z dziekanem, Jurek przysiadł się do nas , chyba były tam ławy jak w szkole , chwilę porozmawialiśmy…ot , dawne czasy się do mnie uśmiechnęły- kawałek wspólnej młodości spędzony w tym gmachu…Gdy spytałam o Jego losy i rodzinę, opowiedział, że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM , ma piękną żonę, która jest muzykiem i dwóch synów. Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna, poza tym spieszyłyśmy do pociągu powrotnego , więc z Jerzym nawet nie poszliśmy na kawę, zresztą nie proponował, prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM. Pokiwał tylko głową, i sucho skomentował, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał. Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam. Ot, taki epizod….
zdjęcie własne
Na szczęście mój syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, zresztą świetnie mu szło na filozofii, dostał się na wymarzone studia …..
A o naszym stosunkowo niedawnym spotkaniu z Jurkiem , które otworzyło fajne relacje, pisałam we wstępie do pierwszej części zamieszczanego tu Pamiętnika JTM …
Zdjęcia Collegium Maius w Poznaniu, w różnych projekcjach z Wikipedii…
a oto zebrane z różnych miejsc w Wikipedii informacje o dziejach gmachu Collegium Maius w Poznaniu – gmach w stylu neobarokowym z elementami stylu neoklasycznego, wzniesiony w latach 1908- 1910 , przy ul. Fredry , położonej w części Dzielnicy Cesarskiej w Poznaniu . Budynek powstał na potrzeby Komisji Kolonizacyjnej. Komisję tę powołał Sejm Pruski z inicjatywy Otto von Bismarcka, w 1886. Jej zadaniem był wykup ziemi z rąk Polaków i przekazywanie jej niemieckim osadnikom.
Po wybuchu powstania wielkopolskiego, jednego z nielicznych zwycięskich powstań Polaków o wolność przeciwko Rzeszy Niemieckiej , toczącego się w latach 1918-1919, do tego gmachu przeniosła swoją siedzibę Naczelna Rada Ludowa, a później Urząd Osadniczy likwidujący kolonie utworzone przez Komisję Kolonizacyjną .
Następnie budynek jako Collegium Medicum przejął Uniwersytet Poznański.
13 maja 1926 odbył się tutaj bardzo liczny wiec studencki przeciwko Józefowi Piłsudskiemu, zakończony pochodem na Plac Wolności. Powzięto decyzję o zawiązaniu Akademickiego Komitetu Obrony. Działania te zakończyły się fiaskiem i Poznań pozostał pod rządami sanacji.
W okresie okupacji hitlerowskiej w budynku tym mieściło się prezydium policji. Podczas wyzwalania miasta Poznania w styczniu i lutym 1945 o sam obiekt oraz w jego pobliżu toczyły się dość intensywne walki – ślady od odłamków do dziś widoczne są wewnątrz budynku.
Znamienne , świadczące o wielkiej bitności poznaniaków o Polskę było wydarzenie z 2 marca 1940, gdy w czasie okupacji Harcerze Szarych Szeregów – Zygmunt Ciesielski i Bernard Intek, współpracując z Adamem Plucińskim, wywiesili na kopule polska flagę …..
A róże w hołdzie walecznym Poznaniakom ….zdjęcie własne
To zdjęcie otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego. Obecny profesor w charakterystycznej pozie zamyślenia…jak dobrze pamiętam ze wspólnych studenckich czasów ten układ dłoni…tak mam, zapamiętuję dłonie….
Może ktoś zapyta , dlaczego zamieszczam w tym miejscu to zdjęcie ? – może dlatego, że ten wpis znajdzie się wśród tekstów pamiętnika JTM, a może dlatego, że ostatni mój ogląd wspaniałego gmachu Collegium Maius to wspólne zwiedzanie dawno, dawno temu…









Warto też dodać, że w minionym na szczęście okresie „komunizmu” w korytarzu na pierwszym piętrze wiodącym do Rektora, Prorektorów i Dyrektora Administracyjnego (obecnie Kanclerza) mieścił się m.in. gabinet sekretarza etatowego PZPR! Tak, tacy etatowi sekretarze PZPR wówczas istnieli!
Poza tym nad kopułą tego gmachu wywieszana jest na okres 3 dni czarna flaga, gdy któryś z profesorów Uniwersytetu Medycznego umrze. Taką to mam perspektywę 🙁
No cóż, perspektywa świetlana- nie każdy taką ma 🙂
a tak w ogóle, dzięki za uzupełnienie…tamte czasy dla młodych to ” bajka o żelaznym wilku” …warto opowiadać, utrwalać wspomnienia- właśnie dla nich, dla naszych potomnych ….na pewno dorosną kiedyś do zainteresowania się naszymi dziejami
i będą jak my myśleli po niewczasie , że nie słuchali opowieści starych rodziców czy dziadków… tyle pytań bez odpowiedzi mam w sobie….tak więc opowiadajmy, dopóki trwa ten świat i dopóki jesteśmy młodzi , choć trochę inaczej niż wtedy 🙂