I tak życie się plecie…..

I tak życie się plecie

Przed dwoma dniami otrzymałam przemiły mail, który poruszył moje serce.

Dawno nie zamieszczałam w blogu żadnych tekstów, może z zadumy nad przemijaniem – bo wszak ostatnie wpisy były pożegnaniem Zupełnie Niezwykłej Koleżanki ze studiów, której pasje i radość życia a też odwaga siła zawsze zachwycała….. ale widać, że przyszła pora na zamieszczenie tej korespondencji. A może Małgosia Happach zagląda zza chmur i znudzona blogiem wysłała imperatyw, by wreszcie o czymś innym było…..

tak więc zaczynamy: Przed dwoma dniami otrzymałam przemiły mail, który poruszył moje serce………….

Pani Redaktor Silva Rerum z wydawnictwa, które pięknie wydało na świat nasze dzieło pt. Tatuaże. Gdy ciało staje się tłem, przysłała mi taki oto mail (adresowany do mnie). Jednak istnienie w przestrzeni wirtualnej to możliwość otwierania różnych, zda się pozamykanych drzwi. Pisze dawna Pacjentka- Agnieszka- znalazła mnie w „chmurze”,  a nie mając adresu mailowego poszukiwała dalej i trafiła do wspomnianej Redakcji. Ależ to życie się plecie i podąża niezbadanymi niespodziewanymi szlakami. Oto cała nasza korespondencja dosłownie skopiowana:  

Witam

 Niedawno trafiłam na blog Pani Zofii Konopielko Na medycznej ścieżce, który przeczytałam z wielkim zapałem . Szczególnie fragmenty które dotyczyły szpitala na Siennej, w którym była lekarzem i współpracowała z Panią Czachorowski i Panią Madejczyk. Ja w roku 1979 może 1980 byłam pacjentka Pani Czachorowskiej i Madejczyk. Właśnie tu powstaje moje pytanie czy jako redakcja mają Państwo kontakt do Pani Zofii i mogli by poprosić aby podała mi swój adres email. Chętnie podpytała bym się o w/w doktórki.

Proszę o informację w powyższej sprawie, jeżeli Pani Konopielko nie będzie miała ochoty podawać adresu nie będę żywić żadnej urazy i zrozumiem podjętą decyzje.

Pozdrawiam

Z wyrazami szacunku

Agnieszka N.

Odpowiedziałam od razu:

Witam.

Pani Redaktor Silva Rerum przysłała mi mail od Pani. To niesamowite że Pani dotarła po przysłowiowej „nitce do kłębka”.

Miło że jakieś wspomnienia. A to już tyle lat…

Dr Zofia Madejczyk dawno nie żyje, też dr Hanna Peńsko natomiast dr Monika Czachorowska pomimo wieku w bdb formie. Czasem dzwonię. 

A czy może Pani przypomnieć swój problem ? Bo nazwisko jakbym pamiętała- 1 maja 1981 roku przeszłam do Centrum Zdrowia Dziecka I tam pracowałam do emerytury. Pozdrawiam najserdeczniej 

Dobrego Dnia 

Zofia Konopielko 

Witam.

Niezmiernie się cieszę że Pani się odezwała . Parę dni temu tak mnie tknęło żeby poczytać historię szpitala na Siennej i tak trafiłam na Pani blog. Byłam w szpitalu mając około roku tak więc w 1979 roku przyjęta z zachwianiami równowagi, nie chodząca. Mama wspominała że to w tym szpitalu właśnie zaczęto mnie badać chcąc ustalić diagnozę. Jak mnie przyjęto obłożono mi łóżko poduszkami ponieważ miałam poobijaną główkę od szczebelek łóżeczka w poprzednim szpitalu. Zdiagnozowano u mnie zapalenie móżdżku. Do dziś pamiętam jak jeździłam na kontrolę do szpitala a Pani dr Czachorowska zwoływała wszystkich studentów lekarzy i mówiła:

”Patrzcie to nasz mały kidsborneg”. (nie wiem czy brzmi to prawidłowo ale takie słowa pamiętam). Miałam już wtedy może 7 lat i byłam już zdrowa , a i jeszcze ten młoteczek którym stukała mnie w kolano a noga sama odskakiwała (było to dla mnie wtedy takie dziwne ) 🙂

Czytając bloga widziałam że wstawiała tam Pani zdjęcia dr Matejczyk niestety ale ja nie mogę ich odczytać na żadnym z komputerów czy jest możliwość aby przesłać mi te zdjęcia. 

Proszę pozdrowić ode mnie dr Czachorowską i wspomnieć że moi rodzice również cały czas pamiętają i miło wspominają .

Jeszcze raz dziękuję za odzew i serdecznie pozdrawiam

Agnieszka N.

Moja odpowiedź

Zadzwonię do P. dr Czachorowskiej – przekażę pozdrowienia. Mam nadzieję, że jest jeszcze w formie- dawno nie dzwoniłam.

Odpiszę Pani…jeśli będzie ok

Mój blog uratowałam przy pomocy znajomego informatyka w ostatniej chwili, bo Wirtualna Polska likwidowała całą platformę blogową. Niestety zdjęcia się nie uratowały. Też przepadły w moim starym laptopie. Napisałam do córki dr Madejczyk, do USA – kiedyś miałyśmy luźny kontakt – poprosiłam o zdjęcia. Na razie cisza.

 Cieszę się, że wspomnienia z Siennej pozostały miłe – wszak warunki były spartańskie. Wspominam ten szpital i profesjonalizm lekarzy – oczywiście głównie dr Czachorowską z rozrzewnieniem. Nauczyła mnie tak wiele….zostało…. potem już zajmowałam się nefrologią w CZD. A teraz na emeryturze piszę z kolegami książki – właśnie już wydrukowana 5. Ponieważ oni zajmują się higieną – z przyjemnością zagłębiam się w te obszary, bo dotykają całej medycyny i nie tylko. A że lubię pisać (może ślad genów kuzynki babci- Marii Rodziewiczówny) to zajęcie cudowne. Tym bardziej, że dożyłam czasów gdzie internet jest oknem na świat. Np. bez trudu wchodzę do Waszyngtońskiej Biblioteki medycznej 🙂

Pozdrawiam najserdeczniej

ciekawam co u Pani- praca rodzina etc

Z.K.

Witam

Dziękuję bardzo za chęć odzyskania zdjęć . Z Siennej pamiętam te szyby które oddzielały sale od korytarzy i do których nikt nie mógł wejść. 

Ja jeździłam na kontrolę na Sienna do 14 roku życia. Skończyłam szkołę wyszłam za mąż mam dwoje dzieci, na szczęście zdrowych i bardzo rzadko chorujących. Po chorobie został mi chyba tylko uraz do zastrzyków do dnia dzisiejszego się ich boję J.

Raczej jestem osobą bardzo mało chorująca i jedyne co mi dokucza to zatoki więc nie ma na co narzekać.

Jeszcze raz dziękuję za zaangażowanie w kwestii zdjęć i mam nadzieję że dr Czachorowska ma się dobrze. A jeśli można się dowiedzieć to ile lat już ma Pani Czachorowska?

Spróbuję odnaleźć Pani książki i znaleźć czas aby chociaż jedną przeczytać. Co prawda pracuje w biurze i nie mam nic wspólnego z medycyną ale zawsze ciekawiły mnie medyczne sprawy J . Córka moja lat 18 uczy się w technikum weterynaryjnym więc to też prawie medycyna. 

Życzę kolejnych sukcesów i książek.

Pozdrawiam

Agnieszka  N. 

I to by było na tyle…. Aż na tyle

Oj życie się plecie…..

bo wszak wpisy o pracy w nieistniejącym szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul, Siennej (teraz tam jest Muzeum Getta) zamieściłam w 2013 r. I gdzieś tam krążąc wróciły….

Jest wzruszenie tkliwość ale też ślad dumy a może tylko….zadumy

Henryka Mikuła – Telenga we wspomnieniu …..


Zdjęcie z ukochanym pieskiem otrzymane od Córki – Justyny

Czarne włosy, świetna figura, unoszący się dookoła zapach perfum i ogromne, dobre serce – to właśnie nasza Pani Kierownik.

Powszechnie funkcja kierownika kojarzy się z wydawaniem poleceń, zarządzaniem i raczej oschłością. Jednak nie w tym przypadku.

Mieliśmy to szczęście, że przez wiele lat naszym kierownikiem była wspaniała Osoba- energiczna, silna i dobra.

Pani Doktor bardzo kochała życie, ludzi, rozmowy.

Nigdy się nie poddawała, nie pokazywała słabości.

Nie szukała współczucia czy litości. Absolutnie zawsze była pełna radości, energii, uśmiechnięta – pomimo przeciwności losu, bo przecież każdy je w życiu napotyka.

Jej serce było otwarte na każdego.

Zawsze służyła pomocą, potrafiła rozmawiać absolutnie z każdym. W rozmowach z pracownikami nigdy się nie wywyższała, można było z Nią rozmawiać jak z najbliższą osobą, na każdy temat.

Bardzo cenne było to, że absolutnie zawsze stawała murem za swoimi pracownikami, nigdy nie podnosiła na nas głosu, doceniała i szanowała.

Pani Doktor swojego gabinetu nie traktowała jedynie jako miejsca pracy. Dbała, by była tam domowa atmosfera, dlatego starała się o jego wystrój. Parapety i biurko wypełniały piękne storczyki, a w głównym miejscu znajdowała się ramka ze zdjęciem ukochanej wnuczki – Misi.

Dzięki Niej i my mogłyśmy cieszyć się piękniejszymi wnętrzami, w których pracujemy. Podarowała nam wiele przepięknych rzeczy, które dziś są pamiątkami – obrazy, kwiaty.

Była przede wszystkim wspaniałym człowiekiem, ale też świetnym medykiem.

Rok 2020 nie był łatwy dla nikogo a zwłaszcza w służbie zdrowia. Była lekarzem bardzo oddanym pacjentom co niejeden raz było niedocenione, ale mimo to odnajdywała siłę, by iść dalej z podniesioną głową.

Dzięki energii, którą miała,  Jej czas wolny to nie był odpoczynek ani monotonia. Spędzała go na działce, ze swoimi bliskimi, przepięknym pieskiem Bregusem. Uwielbiała podróże.

Dzień 31 grudnia 2020 roku był dniem, gdy żegnaliśmy Panią Doktor jako kierownika. Nie oznaczało to końca naszych kontaktów. Potrafiłyśmy obojętnie kiedy wymienić się sms-ami czy telefonami pełnymi wzajemnej sympatii. Nigdy o nas nie zapomniała.

Na emeryturę odchodziła z wieloma planami, marzeniami. Chciała podróżować, zdobywać świat, wypoczywać na działce, ale też wciąż być aktywną.

Przeżywaliśmy to, gdy zaczęła chorować, ale nikt nawet nie myślał o tym, że może się spełnić czarny scenariusz, bo wierzyliśmy, że dzięki swojej sile i te przeciwności pokona.

 Niestety tak się nie stało.

Wiadomość o śmierci Pani Doktor trafiła prosto w nasze serca.

Nigdy Jej nie zapomnimy, bo takich ludzi się nie zapomina.

Pomimo tęsknoty i smutku ważne jest to, że pozostało tyle pięknych wspomnień.

Jesteśmy bardzo wdzięczni losowi, że przez tyle lat było nam dane współpracować z tak cudowną i mądrą Kobietą, że mogliśmy Ją poznać.

Dla mnie osobiście Pani Doktor była najlepszą Szefową, jaką mogłam sobie wymarzyć, dlatego tak bardzo Ją uwielbiałam i uwielbiam – to już się nigdy nie zmieni.

Była Osobą godną szacunku, podziwu i pamięci – w niej będzie żyła wiecznie.

Dziękujemy za te wszystkie wspólnie spędzone lata.

Angelika Kozłowska – współpracownica dr Mikuły-Telengi w latach 2015-2020

List do Henryki Mikuły – Telengi, zawsze obecnej …..


Kochana Heniu
Pomimo tego że już poznałaś ten Drugi Lepszy Świat  bez cierpień i niepokoju,  stale jesteś naszą Kochana Henią. Koleżanką ze studiów na ówczesnej Akademii Medycznej (obecnie Uniwersytet Medyczny) w Poznaniu. Spędziłyśmy tam 6 lat od 1965 do 1971 r. W czasie zajęć byłaś poważna, skupiona na pochłanianiu potężnej wiedzy, aż niektóre koleżanki postrzegały Ciebie jako osobę zamkniętą nieskorą do młodzieńczych żartów i wybryków.

Dopiero gdy wydostałyśmy się na wolność wyjeżdżając wspólnie na obozy sportowe poznaliśmy Twój piękny uśmiech, radość życia, przyjazne opiekuńcze gesty. Obdarowywałaś nas swoją Dobrocią i Pogodą ducha, obdarowywałaś nas po prostu Sobą. Niezapomniane chwile tych obozów zostały utrwalone na zdjęciach. Żyjesz w naszej pamięci i dopóki my jeszcze na tym świecie – żyjesz w nas. Potem pozostaną te wspomnienia, zdjęcia – wszystko zawieszone gdzieś daleko w tzw. Chmurze internetowej.


A te nasze rozmowy niedokończone na Zjazdach naszego roku, długo długo później. O wszystkim i o niczym. Babskie wesołe optymistyczne gadanie – bo obie tak miałyśmy. Wiele godzin przy wspólnym stole gdy inni szaleli na parkiecie lub skrycie popijali winko. My może czasem podobnie, choć Niezwykłe jest to, że zapamiętałam tylko te nasze rozmowy…. 

….. niektóre z minionych zdarzeń   wywołują bunt , żal i westchnienie  jak u córki Heni „gdybym wiedziała że to tak się skończy ” …..

Stałam z Henią w holu czekając na przyjazd Jej córki. Jeszcze ostatnie szukanie wspólnych zdjęć z naszego 50 lecia przywiezionych przez fotografa, śmiechy bo każda z nas uważała że wyszła na nich okropnie, żarty, obietnice że na pewno się spotkamy na następnym corocznym ( może już w czerwcu) spotkaniu naszego roku.

Przyjechała córka – Henia przedstawiła ” moja radość i podpora”-, jeszcze przytulenie, uśmiech, ręką „Pa, Pa” i poszły.

Teraz kłębią się myśli: gdybym wiedziała, gdybym przeczuła….

Dlaczego nie ?

Stale powtarzam sobie że życie to chwila – dlaczego  minęła ?

Mariola…. ta po lewej stronie na wspólnym naszym zdjęciu ze studenckiego obozu sportowego….

Głos Wielkopolski dnia 18.11.2021

Z głębokim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci
Lek. med. Henryki Mikuły-Telengi
naszej Koleżanki z lat studiów i wielu wspólnych wyjazdów.
Pożegnanie i pogrzeb odbędą się 20 listopada 2021 roku o godzinie 14:00
na Cmentarzu Parafialnym przy ul. Lutyckiej w Poznaniu.
Rodzinie składamy wyrazy współczucia

Koleżanki i Koledzy
Absolwenci Wydziału Lekarskiego
i Oddziału Stomatologii Akademii Medycznej w Poznaniu
w latach 1965-1971

https://www.nekrologi.net/nekrologi/henryka-mikula-telenga/59186605

Powrót Starego Profesora- może przeprosimy za niesforność….


Wczoraj poczułam się Szczęśliwa. Może to mało do Pełni, ale każda taka chwila jak perełki tworzy cudny naszyjnik okalający twarz. Oczywiście to przenośnia, tylko wyobrażenie miękkiej kolii, której od dawna nie noszę, bo drapie szyję naznaczoną PESELEM  i wtórnie dziecięco wrażliwą 🙂

Mój wpis blogowy zniknął po przenoszeniu tekstów na obecne miejsce, gdyż WP likwidowała całą platformę blogową. A był szczególnie ważny bo było tam zdjęcie Profesora Antoniego Możdżera znalazło się w pudełku po butach u naszej niezapomnianej koleżanki z LO- Bożeny Kolasińskiej z d. Jodko a teraz zginęło w starym laptopie no i blogu. Bożena odeszła przed laty, może tęskniła za przyjaciółką Teresą Łakomą (zwaną przez nas Kostusią) która czekała w zaświatach by swoją radością, jakiej nikt z nas nie miał i serdecznym śmiechem rozchmurzać oblicza Wszystkich Świętych. Po 40 latach odwiedziłam moje miasto urodzenia- Gorzów Wlkp. Znajdując wcześniej te koleżanki na Naszej Klasie. Wtedy właśnie Bożena zaprosiła mnie do swojego uroczego mieszkania, piłyśmy przednią nalewką i w pewnym momencie wyszła do drugiego pokoju przynosząc wspomniane pudło……Ucieszona zrobiłam zdjęcie ze zdjęcia Profesora i napisał mi się ten właśnie tekst. Druga przyczyna mej radości wczorajszej, to fakt, że po tym wpisie  z 2011 r. odezwała się obecna moja Przyjaciółka Blogowa, z którą rozumiemy się bez słów- mieszkała w Gorzowie przez 3 lata, gdy Jej Tato- lekarz wojskowy tam był skierowany do pracy. Uczyła się w naszym LO, doskonale pamięta Profesora, i powtarzała, że ma stałe poczucie iż był niedoceniany i jest Jej do tej pory przykro z tego powodu. Kiedyś to Ona zauważyła, że wpis blogowy zniknął. Obie byłyśmy niepocieszone. I oto nagle przyszło mi do głowy, że może internet zapamiętał. I stało się, znalazłam- zresztą stało się to dzięki Redakcji Naszego Miasta, która za moją zgodą (czy na prośbę- bo pisano, czy chcemy coś uratować) przeniosła teksty z likwidowanej MM- Gorzów do nowego portalu . Stale żal naszej kochanej MMki, gdzie raczkowałam w pisaniu innym niż medyczne, uprawiane przez dziesięciolecia, szlifowali nas redaktorzy, ale głównie pewna koleżanka przybierająca różne nicki krytykując zawzięcie- na co zresztą nie zdając sobie sprawy że istnieje w wielu nickach – zapalczywie, bardzo poważnie odpowiadałam, często korzystając z tych uwag krytycznych. Chciałabym Jej za to podziękować – jeśli cudem się zdarzy, że tu zajrzy- domyśli się, że o niej mowa. 

To tyle tytułem opowieści o dziejach tego wpisu. Pozwoliłam sobie skopiować, bo wszak to pierwotnie pisanie z mojego serca i umysłu, blog to nie publikacja i żadne rygory redakcyjne nie obowiązują…ponoć…

Stary Profesor, nasze szczenięce lata i muzyka

Łuka,4 grudnia 2014


Właśnie gra Leszek Możdżer. A my wspominamy Jego Dziadka – Antoniego. Naszego Profesora zawarciańskiego liceum. Rozmyślamy o naszej niedojrzałej młodości .

Niezwykłe wieczorne spotkanie. Na stole zniszczone pudełko po butach. W nim zdjęcia. I nagle znajduję to, zamieszczone w tym artykule. Klasa, katedra i stary Profesor. Niepowtarzalny, oryginał, erudyta, niedoceniany przez nas. Ktoś nieprzypadkowo włącza muzykę. Gra Leszek Możdżer. Słuchamy. Oglądamy filmik, znajdujemy podobieństwo. To Wnuk naszego Profesora. Jesteśmy dumni.

Teraz z muzyką przychodzą do nas szkolne półwieczne obrazy. Właśnie lekcja łaciny. W drzwiach wysoki, szczupły, w podniszczonym garniturze Profesor Możdżer. Ale najważniejsza jest Jego fryzura. Włosy przylizane zwiastują lekcję ponurą, groźną i z rosnącym lasem tzw. pałek w dzienniku. Wtedy siedzimy cicho jak myszy pod miotłą.
Ale dzisiaj fryzura cudna jest! Fantastyczny totalny nieład na głowie. I wszystko wiadomo. Stajemy się dziką, rozbrykaną, nieujarzmioną i nieodpowiedzialną bandą. Mysz wypuszczona z teczki śmiga po klasie. Piski i rechoty. Co chwilę terkocze spod ławki zachrypnięty budzik. Zabawa jest szampańska. A lekcja trwa. Profesor spokojny, zajęty swoimi sprawami.
Zaczynamy się nudzić. Wtedy zgłasza się urodziwa i długonoga. Ciepłym, niewinnym głosem zadaje profesorowi nieśmiertelne pytanie: Jakie jest pochodzenie naszych imion? Profesor zrywa się zza katedry. Uradowany. Staje przy tablicy. Długo i bardzo cierpliwie pisze jakieś greckie litery. Zadajemy kolejne pytania. Liczba pytań sięga zenitu. Aż nagle rozlega się upragniony dzwonek….
Profesor słynie z wielu zabawnych powiedzeń. Koledzy z klasy przyjaciółki – Bajki – zakładają specjalny zeszyt i zapisują te wszystkie powiedzenia. Któregoś dnia zeszyt trafia w ręce Profesora. Cisza i przerażenie. Wszyscy czekają na ogłoszenie wyroku. Następnego dnia do klasy wchodzi Profesor. Podchodzi do zesztywniałego głównego winowajcy, wręcza mu ten zeszyt. Wyciąga rękę. A potem… głaszcze nieszczęsnego młodzieńca po głowie.
Sewa, matura 1959, jest mądra i piękna. Ulubiona uczennica nauczyciela, ale chętnie ulega atmosferze ogólnego rozbrykania. Ma poczucie winy. Gdy jest na drugim roku studiów, pisze list do Profesora. Przeprasza, próbuje się usprawiedliwić. Po kilkudziesięciu latach dowiaduje się, że Profesor przeczytał ten list w pokoju nauczycielskim. I wtedy wszyscy zobaczyli Jego łzy…

W pamiętniku zjazdowym zawarciańskiego LO zawarty jest życiorys Profesora Możdżera
” Urodzony 31.01.1912 roku w wiejskiej rodzinie na Wileńszczyźnie. Został magistrem teologii na Uniwersytecie Wileńskim. Pracował w szkole powszechnej w Wilnie. W okresie okupacji był rachmistrzem. W 1945 roku przyjechał do Gorzowa. Podjął pracę w Miejskim Gimnazjum i Liceum. W 1947 roku obronił pracę magisterską z historii na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Poznańskiego. W 1950 roku przeszedł do szkolnictwa zawodowego i w tym czasie studiował filologię klasyczną na Uniwersytecie w Poznaniu. Po pięciu latach przeniósł się do Liceum Ogólnokształcącego nr 19 przy ul Przemysłowej. Uczył łaciny, niemieckiego i logiki. Równolegle pracował w Liceum dla Pracujących i Liceum Korespondencyjnym. W 1972 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł 3.03.1977 roku w Gorzowie…”.
Pochowany został w Gorzowie, przy ul. Żwirowej. Właśnie zbliża się kolejna rocznica.
Nie było okazji, żeby Go poznać lepiej. Nie wiemy, jakim był Człowiekiem, Ojcem i Dziadkiem. Ale na pewno zbudował piękną i dużą Rodzinę. A w tej Rodzinie muzyka… i na rodzinnym stole nasze przybrudzone klasówkowe zeszyty z oślimi uszami.
Gdyby było można wrócić do dawnych szkolnych czasów i zachować dzisiejszą mądrość….
A teraz słuchamy jak gra Wnuk Profesora, Leszek Możdżer i co opowiada młodym zgromadzonym na Woodstock.
Może znajdziemy tam słowa i poglądy, które rodziły się w Rodzinnym Gorzowskim Domu.
Otwieramy treść zamkniętą linkiem. Słuchamy. To zaproszenie na prawdziwą ucztę.

https://gorzowwielkopolski.naszemiasto.pl/stary-profesor-nasze-szczeniece-lata-i-muzyka/ar/c13-2658264

Właśnie zakwitły moje modrzewie


Taki oto wpis zamieściłam w tym blogu, który jeszcze był prowadzony na innej stronie, tu przeniesiony – właściwie nic nie stracił ze swojej świeżości. Dla mnie Pierwszej, jak pierwszy napotkany modrzew , dawno dawno temu…..

Niczego nie wycinam z tego teksu –  choć początek opowieści nawiązuje do tamtych wpisów. Niech sobie będzie całość – może Ktoś wytrzyma czytając, może nie …. jednak serdecznie zapraszam …..

12 kwietnia 2017 przez Zofia Konopielko

A wszystko przez to, że zakwitły modrzewie…

Zaczęło się od modrzewiowych kwiatów

Jak mawiają, przysłowia są mądrością narodu, ale uwielbiam także zwyczajne porzekadła.

Jak choćby  to : obiecanki, cacanki.  Bo dzisiaj właśnie  okazało się aktualne, stwierdzam z pewnym zażenowaniem. Wprawdzie wtedy, gdy obiecywałam nie oszukiwałam, byłam pewna swego, ale „ zawiał inny wiatr” i przyniósł znowu coś nowego… ale ab ovo:

   W poprzednim wpisie zapewniałam, że tym razem będzie kontynuacja jednego tematu aż do szczęśliwego zakończenia. Dotyczyło to wycieczki do Biecza. A tu co, a tu nic. Bo dzisiaj wpadłam w takie zdumienie, że aż musiałam się  nim  z Wami podzielić. Bo czyż to nie dziwne, że żyję sobie ja na tym świecie już prawie 70 lat ( tak, tak w końcu września stuknie mi taki wiek) i wiecznie  coś mnie zadziwia.

Świat jest piękny i stale dla nas otwarty oraz soczysty. Tylko rwać, pomlaskiwać z zachwytu , międlić tymi nadgryzionymi zębem czasu swoimi lub już nie swoimi ząbkami i łykać i wpadać w euforię, że jest cudnie, że żyjemy widzimy i poznajemy.

Ależ się nagadałam, wybaczcie, ale musiałam, bo moje dzisiejsze zadziwienie jest faktycznie wielkie i radosne.

     Otóż, moi mili, dzisiaj odkryłam, że na każdym z dwóch modrzewi przeniesionych znad naszego Bugu przed 10 laty ( były wtedy tyciutkie) są różne kwiatki. Jeden cały zakwita na biało , drugi na czerwono. Mój Boże, żyję sobie obok  modrzewi od prawie 40 lat i nigdy tego nie dostrzegłam. Dopiero dzisiaj.

I faktycznie,  gdy poczytałam w necie, że te urocze drzewa z rodziny sosnowatych ( też zadziwienie, bo nijak z sosnami się nie kojarzą, choćby z powodu tego, że tracą igły na zimę , już nie mówiąc o pokroju ). , że  te drzewa zwane ślicznie Larix  są rozdzielnopłciowe. Panowie kwitną skromniej, bo na biało a za to panie ubierają się w karmin. Ciekawe zjawisko, bo w przyrodzie zwykle chyba bywa odwrotnie. Chociaż może nie mam racji.

Tak więc stoją sobie moje dwa modrzewie nieopodal naszej michałowickiej chałupki i dumnie pokazują stare szyszki a spomiędzy nich  nieśmiało wyglądają  pędzelki ze świeżutkimi igiełkami a nieopodal przycupnęły  maleńkie ale urocze kuleczkoszyszeczkopodobnekwiatki (na zdjęciach przeze mnie uwiecznione).

I te modrzewiowe  kwiatki przyniosły ze sobą dalsze poszukiwania w necie i wzrastające zaciekawienie i cały ten wpis wypływający z tego jednego dnia zadziwienia.

Jest kilkanaście gatunków modrzewi. Lubią ( na szczęście, bo są cudne)  naszą półkulę północną i klimaty umiarkowane.

Pierwszy raz spotkałam się z modrzewiem gdy miałam może 12 lat. Odwiedziłam rodziców przebywających w szczawnickim sanatorium. Ulokowali mnie w wynajętej izdebce chałupy na zboczu Bryjarki nad szumnym rączym potokiem Grajcarkiem zwanym. Fajne nazwy prawda? Niezapomniane. I wówczas przewodnik, który nas oprowadzał po kurorcie, wskazał ścianę wysokich i wiotko gęstych drzew mówiąc, że to modrzewie. Polecał spacery w tym lesie, twierdząc , że modrzewiowy żywiczny zapach jest zdrowszy niż wszelkie inne inhalacje a szczególnie te, wydobywające się gęstą parą z sanatoryjnych rurek. ( widziałam, okropność ) . Mój Boże, gdzie te czasy , gdzie moja budząca się młodzieńczość i ludzie których już nie ma , moi Rodzice…. Odrywam się od tych wspomnień i czytam dalej.

W Polsce modrzewie widujemy w Tatrach- (oj tak tak, widywałam, są potężne ) , gdzie  tworzą górną granicę lasu. Tę strefę  upodobał sobie modrzew europejski ( Larix decidua- szukałam w necie jak należy tłumaczyć to drugie w nazwie- ale tylko jakieś ginekologiczne określenia tam są , które zresztą znałam , brr ) a w części środkowej i południowo- wschodniej mieszka modrzew polski – Larix polonica. To brzmi pięknie, tak jak należy-  patriotycznie

Modrzewie potrafią wyrastać na wysokość  40 m , zawsze szeroko rozkładają swoje konary i gubią kruche gałęzie , czego doświadczamy nad Bugiem. Bywa, że  szczególnie po przejściu jesiennej wichury, droga jest usłana suchymi „zrzutami „ modrzewiowymi , mnóstwem miniaturowych szyszek oraz gęstym płaszczem utkanym ze złotych drobniutkich igiełek …

Ale wszystko im darujemy. Bo te drzewa są nasze, wyhodowane z mikrusa , rosły na naszych oczach razem z dziećmi  i od zawsze rozsiewają upojny zapach i nieodmiennie urzeka nas  delikatność ich igiełek i pozorna wiotkość.

Właśnie przypomniałam sobie naszą najstarszą wnuczkę. Miała wtedy 8 miesięcy . Wzięłam ją na ręce i gdy podchodziłam do modrzewiowych gałęzi  zwieszających się nad tarasem, dziecko już z daleka wyrażało niepokój ,  wtulało się we mnie i  odpychało łapkami . Pokazywało paluszkiem na kosmate gałęzie i mówiło niezdarnie – nie nie. Każda próba zbliżenia się do nich kończyła się tak samo. Co się w tej małej głowinie roiło. Co sobie wyobrażała? Przecież jeszcze niczego w życiu nie widziała. A jednak … może widziała jakieś czarownice z kosmatymi łapami, czy coś innego budziło ten lęk ? Szkoda, że dziecko nie zapamiętuje swoich wczesnych przeżyć – jedynie my, dorośli możemy o tym opowiadać i zadawać pytania, na które od dziecka nie otrzymujemy odpowiedzi….

 A to modrzewiowe przebudzenie  wiosenne – jak bardzo optymistyczne – że tak można – zasypiać i odradzać się na nowo.

       Nic więc dziwnego, że Druid Hagal napisał w necie o Modrzewiu taką pieśń:

„ przez las idzie tanecznym krokiem zwiewna i lekka Pani Wiosna, przystaje przy każdym drzewie dotyka je lekko dłonią i szepcze tajemne słowa: „ Już czas. Obudź się- proszę”

To śpiewne zawołanie usłyszał właśnie modrzew, jedyne z drzew iglasty, które traci swe igły na zimę (….)”

I dalej następuje objaśnienie, że „drewno modrzewia przed wyschnięciem jest miękkie, jednak później twardnieje. Jest  odporne na wilgoć i grzyby i dlatego chętnie  budowano z niego statki, domy i meble.

Ponieważ domy wykonane z tego drzewa nie ulegały wpływom atmosferycznym a także się nie starzały, uważano, że drewno modrzewiowe nie tylko jest trwałe, ale posiada siłę magiczną i  chroni domostwo przed pożarami.

Wierząc w moc modrzewia, stosowano jego pędy w starodawnej  medycynie . Jakby z gruntu wierzono, że pomaga w chorobach. A może były to lata prób i błędów pokoleń, które żyły przed nami. I faktycznie dalsze obserwacje potwierdziły te sugestie. Leki sporządzone z modrzewia  były pomocne w  chorobach wątroby, płuc i żołądka.  Wywary z młodych gałązek ( a szczególnie zmiażdżone młode szczyty) mają silne działanie moczopędne, co jest wykorzystywane w lecznictwie.  Igły modrzewiowe ( tak jak jodłowe czy sosnowe) dodawano do wonnych i leczniczych kąpieli. Poza walorami zapachowymi leczyły one zaburzenia menstruacyjne ( jak dawniej  pisano –stosowanie  w „ obfitych miesiącach”).

Dawni wojownicy stosowali żywicę modrzewiową, która znakomicie goiła ich rany..

Pomagała także w leczeniu egzemy i innych chorób skóry – działała  jak środek dezynfekujący i leczniczy.

Wojowie  i myśliwi  mieli zwyczaj składania części swoich zdobyczy  pod korzeniami modrzewi. Wierzyli bowiem, że te  wspaniałe drzewa będą ich ochraniały w boju i leczyły rany  „ ( jak rozumiem, były to dary przebłagalne) .

Ponoć ludzie zahukani, nieśmiali, porzuceni przez przyjaciół albo nie posiadający ich w ogóle powinni się przytulać do modrzewiowego pnia a odzyskają to wszystko,  czego pragną….

Wierzono także , że w modrzewiach mieszkają duchy wszystkich zwierząt. Piękne , prawda?

Na koniec  wspomniany Druid Hagal pisze:- W większych zagajnikach tego drzewa można jesienią zbierać „ modrzewiaczki” , pyszne grzyby z rodziny podgrzybków  o wspaniałym pomarańczowo złotym kolorze. ..” – mniam mniam, zapachniało, a tak naprawdę to sam widok grzybków jest fantastyczny, nie trzeba zbierać i konsumować ….

     I jeszcze jedna ciekawostka  znaleziona w necie.

Jest to opowieść o amuletach Indian,  którzy jak wiadomo, bardzo w nie wierzyli. Wytwarzali  m.in.   tzw. łapacze snów. W 1975 r.  dotarły one do Europy . Widywałam takie w sklepach z egzotyką , ale nie zwracałam uwagi. Do dziś. Bo już teraz wszystko wiem na ten temat i zapragnęłam mieć taki, bo może coś w tym jest , może przyniesie coś dobrego? Ponoć wiara czyni cuda- o, znowu powiedzenie się wkradło . J

Łapacze snów sporządza się  z ze sprężystej witki wierzbowej zawiniętej w krąg, co ma przedstawiać  cyklicznie powtarzający się czas, Matkę Ziemię, cztery strony świata. Wnętrze kręgu zamykane jest siecią zebraną centralnie , utkaną  ze ścięgna, włosia lub rzemienia. Sieć ta symbolizuje  więzy rodzinne.

Dla pełnej siły działania łapacz powinien być zdobiony koralikami (  miały powodować, że sny się spełniają), piórami ( które wzmacniały działanie koralików a ponadto zapewniały swobodne oddychanie ) . Sowie pióro dawało dziewczynkom mądrość a orle – odwagę chłopcom. Konieczne było umieszczenie też tam kawałków futerka ( bo zapewniały wygodę i ciepło) ; pazura, (który  bronił w razie potrzeby), końskiego włosa (dającego wytrzymałość ), turkusa, (bo  sprowadzał siłę ) i kryształu górskiego ( który daje moc). Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że  obowiązkowo umieszczano też tam kawałek modrzewia ( nie innego drzewa !) który zapewniał dobre zdrowie…

Tak zdobione amulety wieszano nad posłaniem albo przy wejściu do domu.

Wierzono, że przez sieć takiego łapacza , przechodzą  tylko dobre sny, a zatrzymywane przez nią są nocne mary, które z pierwszymi promieniami słońca giną. Dlatego te amulety  wieszano tak, by docierały do nich pierwsze promienie słoneczne….

     A jeśli się zakochamy nieszczęśliwie, co już raczej nam nie grozi ( chyba) to może wrócimy do młodości i poczytamy Mickiewicza. Tylko zabierzmy ze sobą amulet (najlepiej łapacz snów) bo ochroni przed tym, co na końcu Ballady „Świtezianka.” A  dla przypomnienia przytaczam  większy fragment tej Ballady:

 „Jakiż to chłopiec piękny i młody?

Jaka to obok dziewica?

Brzegami sinej Świtezi wody

Idą przy blasku księżyca.

Ona mu z kosza daje maliny,

A on jej kwiatki do wianka;

Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,

Pewnie to jego kochanka.

Każdą noc prawie, o jednej porze,

Pod tym się widzą modrzewiem.

(…)

Woda się dotąd burzy i pieni,

Dotąd przy świetle księżyca

Snuje się para znikomych cieni;

Jest to z młodzieńcem dziewica.

Ona po srebrnym pląsa jeziorze,

On pod tym jęczy modrzewiem.

Kto jest młodzieniec?- strzelcem był w borze.

A kto dziewczyna?- ja nie wiem”

I nie martwmy się już , bo Świteź nam zabrali, nasza młodość przepłynęła , dawne miłości gdzieś w tym lub już innym świecie bujają . A my trwamy…

Jeśli tego myślenia nam mało, i nadal czujemy się stłamszeni rzeczywistością,  zahukani zgiełkiem, pełni lęku i nieśmiałości a także  opuszczeni, przytulmy się do modrzewiowego pnia, a odzyskamy radość spokój i wszystko czego pragniemy, się spełni… .na pewno się spełni J

A jeśli już nas nic nie obchodzi, tamto było, minęło, przeszłości nie lubimy wspominać  i wiemy że nic nas nie czeka, pragnienia dawno umarły – to tylko wyjdźmy razem przed dom, najlepiej wtedy , gdy wstaje dzień i popatrzmy na modrzewiowe kwiatki, jako i ja patrzę. I jest cudnie….

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 21 ). Doktorat.


    Profesorowi Wojnerowiczowi zawdzięczam zrobienie doktoratu z immunologii czerniaka – był promotorem. Założyliśmy grupę badającą odporność  w czerniaku i raku płuc, bo dr Krzysko z Szamarzewa ( popularna skrótowa nazwa szpitala w Poznaniu – przyp. Z. K. ) też był zainteresowany badaniem odporności.

     Zaczęło się żmudne gromadzenie danych.

Badaliśmy 123 pacjentów z czerniakiem – by ocenić ich naturalną odporność  sprawdzaliśmy reakcję na tuberkulinę i DNCB (neoantygen: Dwu-Nitro-Chloro-Benzen) – przed , 3 dni, 3 tygodnie i 3 miesiące po operacji oraz w stanach terminalnych i ustalaliśmy  kto z nich przeżył. Przez kolejne 7 lat było żmudne zbieranie danych , przez to  zaniedbywanie życia rodzinnego,  zdobywanie pieniędzy na obliczenia statystyczne ( które wówczas mnie kosztowały 50 tys. złotych) wykonywane na komputerze w Polfie na Grunwaldzkiej. Pierwsza Żona była bardzo dzielna i wytrzymała.  Potem  była już obrona pracy doktorskiej – w Warszawie gdy już mieszkałem w Kutnie i zacząłem pracę u Profesora Bernera w Łodzi..

Na stopce po podziękowaniach miało się znaleźć : „Poznań – Łódź- Kutno- Warszawa”.  Recenzentami byli- starszy brat naszej koleżanki KRYSI STEFFEN, Profesor Steffen, Profesor Dux obaj z Warszawy i profesor Szczygieł z Krakowa. Z samej obrony najlepiej pamiętam pomoc mojej Żony Elżuni (anestezjolog) i chętnie bym się z Daną i z Nią podzielił tym tytułem.

Ale największe przeżycie miałem rok wcześniej , gdy po zawale serca w Kilonii,  bylem na rehabilitacji w Polanicy Zdroju. Miałem już  wszystkie dane i trzeba było wyciągnąć wnioski. Eureka! zobaczyłem wówczas, że pacjenci z większą odpornością na DNCB i dobrą reakcją na tuberkulinę (ale nie nadmierną) żyli dwa razy dłużej w grupie z przerzutami do węzłów chłonnych , a bez przerzutów niewielu umarło. Potwierdzone to zostało statystycznie.

Uważam, że lekarze tylko pomagają człowiekowi w jego walce z rakiem, bo NAJWAŻNIEJSZA JEST ODPORNOŚĆ WŁASNA.

Potwierdzał to później profesor Mackiewicz w Poznaniu na Garbarach. Hodował  swoje autoszczepionki i badał populacje białych krwinek. Najnowsze metody leczenia czerniaka i  nowotworów opierają się właśnie na wzmacnianiu własnej odporności.

Ale zamiast do pracy naukowej ciągnęło mnie  do chirurgii – do osiągnięcia natychmiastowego efektu po udanej operacji.

Ech, gdybym tylko dalej publikował i kontynuował badania nad odpornością w nowotworach… A NOBEL BYŁ TAK BLISKO!…

     Zresztą  pobyt w Polanicy, kolebce polskiej chirurgii plastycznej zaowocował późniejszą specjalizacją. Zamiast na zabiegi rehabilitacyjne, w miesiąc po zawale chodziłem asystować słynnemu profesorowi Krausowi i  i wówczas docentowi Kobusowi. Rekonstrukcja po okaleczających operacjach onkologicznych!

Satysfakcja i spełnienie, choć pamięta się niepowodzenia.

Po latach zakrętów robię to co umiem i co jest pasjonujące. Szkoda że przez „tzw. kolegów-wilków z Lipna” nie pracuję w Polsce.  A już się tak dobrze zaczynało!  We wszak niewielkim Lipnie na początku lat 90-tych ubiegłego wieku…

Na Zjeździe Chirurgii Onkologicznej w 1991 roku w Ciechocinku, który organizowaliśmy, dostaliśmy pierwszą nagrodę  za operacje rekonstrukcyjne w chirurgii onkologicznej. Wszyscy trzej „wilcy” tez zostali uhonorowani  i byli dopisani do moich prac. Gdy jeden z nich zobaczył nagrodę : 500 złotych polskich – powiedział, że nie warto było się wysilać. Plakaty i przezrocza kosztowały drożej ( tu przypomnienie – w tamtych czasach raczej nie tworzono  plakatów przy użyciu drukarki komputerowej – z reguły  pisano i ilustrowano  ręcznie  a prezentacja prac odbywała się przy zastosowaniu tzw. przezroczy – czyli tekstów i rycin na foliach lub kliszach fotograficznych – przyp. Z. K. )  

 To był szczyt oddziału chirurgii onkologicznej w Lipnie, utworzonego przez naszego Kolegę,  śp. LESZKA HALICKIEGO. 

Założyłem wówczas, jako trzeci w Polsce w Lipnie po Poznaniu i Warszawie – Poradnię Stomijną . Moja pacjentka po przedniej resekcji odbytnicy została nawet prezeską Stowarzyszenia Chorych ze Stomią, a dzięki temu zaprzyjaźniłem się z JASIEM KOBUSZEWSKIM ( tak, to ten wyśmienity aktor, wszystkim znany, który przez lata funkcjonuje , stale na scenie, pomimo stomii – przyp. Z.K. ). Druga pacjentka po obustronnej mastektomii z powodu zaawansowanego wieloogniskowego raka została prezeską „Różowej Wstążki” w Bydgoszczy. Obie Panie świadczą o wyższości własnej odporności nad chirurgią w leczeniu nowotworów. Trzeba walczyć do końca.Po moim odejściu,  z onkologii w Lipnie zostało wspomnienie. Jednemu z tych „wilków” po pijanemu w drodze do Włocławka  nie „wyprostował” się zakręt i skasował  prokuratora. W końcu został badaczem mięsa w rzeźni, mimo, że otworzyłem mu i dzięki mnie skończył specjalizację. A profesor Krauss, twórca polskiej chirurgii plastycznej uczeń Dr Michałka-Grodzkiego – Wuja naszego Kolegi śp. WOJTKA  MICHAŁKA-GRODZKIEGO , kiedy spotkałem Go dużo wcześniej na Zjeździe  – już wtedy ostrzegał mnie przed nimi ….

Lata lecą i pewnie niedługo bo już  jest prawie po 70-ce nie będą  mnie chcieli na chirurgii piersi .

Na szczęście 3 lata temu w Poznaniu zacząłem specjalizację z medycyny rodzinnej w katedrze śp. Profesor Horst, młodszej siostry naszej Koleżanki – HANKI HORST. Jej Ojcem, PROFESOREM HORSTEM, zresztą  kolegi mojego Ojca, Jego Genetyką i Patofizjologią byłem kiedyś zafascynowany. To też prowadziło do onkologii.

A propos medycyny rodzinnej to znowu sprzed nosa odeszła wspaniała okazja zrobienia specjalizacji „krótka ścieżka” do której namawiał mnie prof. Berner w Lodzi. Ale co? Ja ? Doktor nauk medycznych trzech chirurgicznych specjalizacji miałem zostać  „tylko” lekarzem rodzinnym? Na pieczątce by się nie zmieściło! A na Wyspach GP taki lekarz może zarobić rocznie do Ł 200 000. Przeliczcie na złote. Kolejna stracona życiowa szansa, którą będę chciał odzyskać jak zdołam zrobić specjalizację. Pierwszy staż z interny zaliczyłem już  u sp. KRZYSIA LINKE. Moim zdaniem zmarł nagle przez „lekarz lekarzowi wilkiem”.

Jedno krótkie życie Niezwykłego Lekarza – Piotra Janaszka . Wspomnienia kolegów ze studiów …

 

*

Dzisiaj nadszedł ten pamiętny dzień, kiedy to 20 lat temu zginął tragicznie nasz Kolega ze studiów ( 1965- 1971) na poznańskiej Akademii Medycznej .  Spełnił marzenie o św. Mikołaju swoim podopiecznym – dzieciom niepełnosprawnym uczestnicząc w mikołajkowej warszawskiej uroczystości…..w Domu czekały Córki ……

Na Ich prośbę  – Pani Zuzanny Janaszek – Maciaszek i Olgi Janaszek – Serafin spisaliśmy nasze wspomnienia . Dzisiaj ukazały się na stronie Fundacji, którą Obie prowadzą , kontynuując tradycję Taty – spełniają Jego dramatycznie przerwane Marzenia ….Na pewno się cieszy, obserwując Ich Piękny Aktywny Rozkwit z Nieznanej nam Dali  …… i pomaga  widząc jaki Plon wydało Jego Krótkie , ale tak bardzo nasycone Pracą i Miłością Życie…..

Dziś otrzymałam e- list od Pani Zuzanny :

Dzień dobry,

przepiękna opowieść powstała z tej korespondencji! Dziękuję bardzo. 

 Dziś dla nas smutna rocznica… Wspomnienia Koleżanek i Kolegów zamieściliśmy na stronie Fundacji. To dla nas niezwykle ważne wspomnienia, bo z tych czasów Taty nie znamy…

Zapraszam na: https://podajdalej.org.pl/aktualnosci/wspomnienia-kolezanek-i-kolegow-z-lat-studiow-lekarskich-o-sp-doktorze-piotrze-janaszku/

 Pod Państwa wspomnieniami można pobrać Taty felietony. Jako dziennikarz z zamiłowania pisał ich mnóstwo. Planujemy udostępniać kolejne artykuły.

 Zapraszam do lektury, pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za Pani ogromne zaangażowanie i tak piękne upamiętnienie Taty,

Zuzanna

 Zuzanna Janaszek – Maciaszek

Prezes Fundacji PODAJ DALEJ

Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ

  1. Południowa 2A, 62-510 Konin

http://www.podajdalej.org.pl/

FB/FundacjaPodajDalej 

​IG/fundacjapodajdalej

TT/PodajDalej_Fund

YT/PodajDalejFundacja

Pomagać nam można cały rok    ING Bank Śląski: 78 1050 1735 1000 0024 2547 0123

  *

Zgodnie z planem – przedwczoraj zamieściłam w blogu krótką notę biograficzną Piotra , wczoraj naszą korespondencję z Córkami, która otworzyła Niezwykłe nasze kontakty a dziś tekst wspomnieniowy – dokładnie ten, który już można znaleźć na stronie Fundacji Podaj_Dalej…..

Wspomnienia Koleżanek i Kolegów z lat studiów lekarskich o śp. Doktorze Piotrze Janaszku 

Grudzień 6, 2018

Razem z Piotrem przebyliśmy długie 6 lat (1965-1971) studiów na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (obecnie Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu) uwieńczone dyplomem lekarza medycyny. Dużo się wtedy działo. Z nieopierzonych bardzo młodych ludzi powoli przekształcaliśmy się w poważnych doktorów. Studia były trudne i wymagające ciągłej koncentracji, co powodowało silny stres. I gdyby nie obecność takich Kolegów jak Piotr, którzy wnosili swój entuzjazm, wielką aktywność i radość życia, wielu z nas pogrążałoby się jedynie w nauce, nieustannym zdenerwowaniu czy damy radę a czasem w depresyjnych myślach. Piotr był jak świeży, wiosenny ożywczy wiatr… niesprawiedliwy i okrutny Los nam Go odebrał…

Teraz, wspominając Piotra, przeglądamy karty z naszego albumu absolutoryjnego. Byliśmy ujęci w 10 grup . W 1-szej poniżej pokazanej – patrzy na nas, zza swoich okularów, tak jak kiedyś – spokojnie i elegancko z tlącym się uśmiechem – Piotr Janaszek. Nasz Piotr…

**

W 1971 roku zostaliśmy już absolwentami Wydziału Lekarskiego – nasz rok wydał „na świat” 223 młodych lekarzy medycyny… i każdy poszedł w swoją stronę. Niektórzy tylko spotykali się w szpitalach, przychodniach, czy utrzymywali kontakty towarzyskie…

Do pierwszego wspólnego spotkania doszło z inicjatywy naszego już śp. Marka Tuszewskiego dopiero po 20 latach od absolutorium. Właśnie to spotkanie – w 1991 roku – zostało uwiecznione na poniżej podanym zdjęciu. Jesteśmy na nim wespół z ówczesnym dziekanem Wydziału Lekarskiego śp. Prof. Kazimierzem Rzymskim i ówczesnym kierownikiem Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej śp. Prof. Edmundem Chróścielewskim.

**

Po przedwczesnym odejściu śp. Marka Tuszewskiego „pałeczkę” organizatora spotkań naszego roku przejął Piotr Janaszek. W roku 1997 oraz 1998 zorganizował je w Ślesinie k/Konina – i zapewne organizowałby następne, gdyby nie Jego tragiczna śmierć w 1998 roku. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, że widzimy Piotra po raz ostatni… możemy teraz rozmyślać. Na pewno to spotkanie wyglądałoby inaczej – nie jak zwykle w małych grupkach rozmowy, czy tańce, tylko koncentracja na Piotrze i innych kolegach… poznawanie Ich Człowieczeństwa a może problemów o których przy takich okazjach mówi się rzadko… możemy tylko żałować, że tak mało znaliśmy Piotra.

Kolejne nasze doroczne spotkania, od tego czasu systematyczne – były już, niestety, bez obecności Piotra.

Wspomnienie Zofii Konopielko z d. Łukaszewicz – grupa VIII

Kiedy niedawno usłyszałam od Kolegów z poznańskiej Akademii Medycznej, z którymi nawiązałam kontakt po ponad 50 latach – gdy powiedzieli, że nasz Kolega Piotr Janaszek zginął tragicznie w młodym wieku, w pełni sił i aktywności zawodowej – początkowo nie mogłam sobie przypomnieć tego Chłopaka. W czasie pierwszych trzech lat studiów wspólnie spędzonych (potem przeniosłam się za mężem do Akademii Medycznej w Warszawie) przyjaźniłam się z kolegami ze „wspólnego stołu” w Collegium Anatomicum i tych mam stale w pamięci. Piotr był w jakiejś odległej anatomicznej grupie. Wszak minęło już ponad pół wieku od naszych studiów. Nałożyły się też w pamięci wspomnienia czasu warszawskiego… ale stale nękała mnie myśl, że jakoś dziwnie to Imię i Nazwisko – Piotr Janaszek – było mi bliskie i jakby dobrze znajome. I rozmyślając nad tym, i oglądając zdjęcia kolegów z absolutorium nagle zobaczyłam Piotra Janaszka i wtedy przyszło jasne i wyraźne przypomnienie:

Właśnie nadszedł początek października 1965 roku, kiedy staliśmy wielką grupą – my, świeżo „upieczeni” studenci Akademii Medycznej na dziedzińcu Collegium Anatomicum w Poznaniu. Ten dzień mam w oczach. Na twarzach wszystkich rysowało się przejęcie, ale też i duma, że osiągnęliśmy swój cel. O tym co nas czeka większość z nas nie miała nawet wyobrażenia…

Egzaminy były trudne – zdawaliśmy pisemnie biologię wybierając jeden z trzech proponowanych tematów, następnie fizykę, chemię i język obcy. Potem była rozmowa z Komisją Egzaminacyjną nazywana potocznie testem na inteligencję. Wakacyjny czas oczekiwania na wyniki trochę się dłużył, choć młodość miała swoje prawa i długo nie mogła się frasować. I wreszcie dotarła do mnie informacja (do mojego gorzowskiego domu zadzwonił poznański kuzyn), że już są wyniki. Pognałam więc pierwszym pociągiem do Poznania. Na parterze Collegium Maius przy ul. Fredry 10 w Poznaniu tłoczyła się już gromadka młodych. Po prawej stronie wisiały upragnione tablice z listami przyjętych i nieprzyjętych na studia. Stanęłam za plecami innych wyciągając szyję i gorączkowo przesuwałam wzrok szukając swojego nazwiska. Może kuzyn źle przeczytał oznajmiając, że zostałam studentką – jak zawsze nie byłam pewna, dopóki sama nie zobaczę i nie „dotknę”. Wielu odchodziło smętnie unosząc porażkę lub wyraźnie radowało, ba, nawet rzucało się na szyję nieznanemu koledze. W ten sposób Leszek Milanowski (który napisał krótkie wspomnienie o Piotrze – zamieszczone dalej) poznał Tereskę Gawrońską – piękną, eteryczną blondynkę, przedwcześnie zmarłą tuż po studiach, w dodatku z dzieciątkiem w łonie…

Traf chciał, że obok mnie stał wysoki, szczupły, przystojny blondyn w dość dużych okularach o grubych szkłach. Powiedział do mnie – jesteśmy kolegami. Nazywam się Piotr Janaszek. Nieśmiało się też przedstawiłam, bo w tej 18-tej wiośnie życia taka byłam. Poza tym przybyłam z prowincjonalnego Gorzowa Wielkopolskiego, nikogo nie znałam i byłam sama w tym tłumie.  Piotr powiedział – teraz będę mógł realizować swoje marzenie i odszedł…

Wszyscy chcieliśmy zostać lekarzami, nieść pomoc ludziom, choć nie wszyscy (myślę sobie) mieli konkretny pomysł w jaki sposób to będą robili – jaką specjalizację wybiorą. Piotr wydał mi się jakby bardziej od nas dojrzały – a może tak to teraz oceniam, z perspektywy minionych 53 lat i posiadając wiedzę o Jego ścieżce zawodowej.

Z Piotrem znaleźliśmy się w innych grupach anatomicznych, więc widywałam Go z daleka. Zawsze był otoczony kilkoma dość niewysokimi koleżankami, jakoś radosny – chyba dość rozmowny, one „szczebiotliwe” – może tylko im tłumaczył zawiłości medyczne, może dowcipem rozładowywał bardzo napiętą atmosferę przed zajęciami prosektoryjnymi. Nie wiem o czym rozmawiali, ale widziałam jak ludzie do Niego lgnęli, a On ich wyraźnie integrował. Czasem wymienialiśmy się w biegu uśmiechami, ale na bliższe kontakty nie było czasu. Wszyscy byli zajęci nauką i raczej zaprzyjaźnieni z kolegami z grupy, co owocuje naszymi teraz odnowionymi serdecznymi kontaktami. Dzięki Facebookowi odnalazłam przed 2 laty Leszka Milanowskiego, Jurka Marcinkowskiego a ostatnio Hirka Głowackiego – gdyż przyszła pora na powroty do tamtych czasów. Do czasów naszej wczesnej młodości, kiedy wszystko było Pierwsze…

I tylko żal, że nie poznałam Wszystkich Najciekawszych Kolegów do których niewątpliwie należał Piotr Janaszek…

No cóż, takie jest życie, a żal daremny…

Piotr żyje w naszych ciepłych myślach, wspomnieniach… Jest z nami w czasie smuty i radości.

Dowiedziałam się teraz, że był kontynuatorem pomysłu corocznych zjazdów wycieczkowych naszego roku – i po tylu latach, kiedy od nas tragicznie odszedł – nadal corocznie koledzy się spotykają. I pomimo tego, że PESEL niektórych nie oszczędza, przybywają z wielką chęcią i radością, bo oddaje im to młodość… młodość Piękną i Szumną…

Już teraz wiem, czytając biografię Piotra – o czym marzył mówiąc mi o tym dość enigmatycznie przed tablicą przyjętych na studia – „teraz mogę zrealizować swoje marzenia”. Marzył już wtedy, ten młodziutki 18-latek, by pomagać ludziom w najtrudniejszej sytuacji życiowej – bo zwykle długotrwającej i zwykle wymagającej pomocy osoby drugiej przez cały czas. Pomagać niepełnosprawnym to Wielka Idea. Dawać Im Światło, swoją Radość życia, którą niewątpliwie miał, objaśniać jak żyć by była Pełnia… a może Dobry Bóg uznał, że Piotr dał swoim ziemskim podopiecznym wszystko i nadeszła pora na zajmowanie się tymi, którzy już w Niebie…

Wspomnienie Hieronima (Hirka) Głowackiego – grupa V:

„Kilka dni temu Jurek Marcinkowski zapytał się mnie, czy pamiętam Piotra Janaszka i czy mógłbym coś o Nim napisać.

Pomimo że to już prawie 50 lat czasu przeszło i obrazy się zacierają, to widzę Piotra zawsze w grupie kolegów, zawsze ‘w środku’. Piotr nigdy się nie pchał ‘do przodu’, ale też nie zostawał ‘w tyle’.

On był po prostu pomiędzy nami. Uprzejmy, koleżeński, towarzyski, uczynny.

Piotr – wysoki, szczupły, przystojny chłopak – cechował się zawsze uśmiechniętą twarzą. Można by powiedzieć, że miał uśmiech od ucha do ucha. Na twarzy miał dosyć silne okulary, które jakoś do niego pasowały. Często przychodził w poważnym garniturze z teczką pod pachą, co niezbyt pasowało do jego chłopięcego uśmiechu.

W 1996 roku przez przypadek dowiedziałem się o spotkaniu w Koninie. Telefon do Piotra, radość wielka. I on zorganizował mój przejazd z dworca do jego Ośrodka. Tylko dla mnie! Już w tym czasie był znany jego organizatorski talent. Od tego czasu były dla mnie nasze regularne spotkania ‘Janaszka Spotkaniami’. Jego tragiczny wypadek ogarnął nas wszystkich ogromnym smutkiem. Za to, że był inicjatorem i organizatorem naszych spotkań, za to, że nas po 25 lat po studiach znowu połączył, proponuję nasze koleżeńskie coroczne spotkania ‘Janaszka Spotkaniami’ nazwać”.

Wspomnienie Leszka Milanowskiego – grupa II:

„Piotra Janaszka obserwowałem z daleka. Jego Matka – Zuzanna prowadziła prywatną pracownię ortopedyczną [w Poznaniu przy ul. Dolna Wilda – przyp. JTM] niedaleko Kliniki Ortopedii i Rehabilitacji [obecnie: Ortopedyczno-Rehabilitacyjny Szpital Kliniczny im. Wiktora Degi Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu przy ul. 28 Czerwca 1956 r. 135/147 – przyp. JTM].

W okresie niedoboru sprzętu do rehabilitacji była to nadzieja dla niepełnosprawnych.

Myślę, że Piotr w pewien profesjonalny sposób kontynuował tradycje rodzinne.

Dumny byłem, gdy w telewizji wraz z red. Komorowskim propagował opiekę na niepełnosprawnymi dziećmi. Wiem, że byli ogromnymi przyjaciółmi, bo mam do dziś kontakt.

Żałuję, że za Jego życia nigdy nie odwiedziłem Jego obecnej Fundacji.

Zginął na trasie Kutno-Konin tej samej nocy, gdy w czasie potężnej śnieżnej zamieci sam wracałem z Kutna do Lipna.

On na pewno ‘nie wszytek umarł’ jak pisał Jan Kochanowski….”

Wspomnienia „dziewczyn z Naszego Roku”:

„Widziałyśmy jak Piotr wchodził na ponure zajęcia z anatomii. Wypatrywałyśmy, bo z nim ‘wchodziło słońce’. Wysoko nad nami ‘świecił’, bo był słusznego wzrostu, ale wspinając się na palce zaglądałyśmy w Jego oczy – dobre i pogodne. Zza szkieł okularów migotały do nas te chochliki i dawały nam siłę. Burza jasnych włosów momentami wydawała się złota. Był z nami, wesoły i uśmiechnięty… był… jak bardzo ciężko mówić był… ale dopóki żyjemy, jest nadal wśród nas – nasz Kolega Piotr, stale żywy i rozdający radość…”

Wspomnienia Jerzego T. Marcinkowskiego – grupa VIII:

Śp. Piotr Janaszek nie miał nigdy jakichkolwiek problemów z nauką podczas studiów; był poważny, kiedy należało zachowywać powagę, ale w spotkaniach z Koleżankami i Kolegami z Roku był żartobliwy, wesoły, wzbudzający zainteresowanie naszych dziewczyn.

W latach 1970-1981 brałem udział w organizowaniu i prowadzeniu obozów naukowo-społecznych dla studentów AM w Poznaniu w miejscowościach: Pustary, Łagów Lubuski, Osowa Sień, Leszno, Zbąszyń, Żary, Konin. Wyniki badań wówczas przeprowadzonych w Koninie opisał dr socjologii Zbigniew Woźniak (późniejszy profesor).[1] I wtedy w Koninie spotykałem się z Piotrem Janaszkiem i mogłem obserwować jaki wielkim autorytetem cieszył się w środowisku konińskim.

I jeszcze jedna ważna pasja Piotra. Dokumentacja. Nie tylko zwykła integracja którą uwielbiał i umiał wypełniać, ale utrwalanie ludzi i zdarzeń. Śp. Piotr Janaszek, który roku 1997 oraz 1998 zorganizował spotkania Naszego Roku w Ślesinie k/Konina, zredagował bardzo zgrabnie książeczkę, w której każdy z naszego rocznika miał możliwość przedstawienia siebie: dwa zdjęcia (z okresu absolutorium oraz aktualnego) + opis swojej działalności zawodowej + (nieobligatoryjnie) opis swojej sytuacji rodzinnej. Piotr wyczuwał konieczność pisania pamiętników lekarskich naszego rocznika – dla potomności. Po latach realizujemy tenże zamysł – z nadzieją, że Piotr patrzy z góry i może pochwala – oczywiście żal, że w tym nie uczestniczy, bo na pewno miałby więcej ciekawych pomysłów , uwag krytycznych… niejako kontynuując myśl Piotra na stronie internetowej Koleżanki z Naszego Roku Zofii Konopielko z d. Łukaszewicz: http://zofiakonopielko.pl/ zamieszczamy nasze wspomnienia, ale też wpisy o naszych zmarłych Koleżankach i Kolegach: o Teresie Gawrońskiej, Krzysiu Urbańskim, Tadeuszu Kaczmarku, Ludwiku Krzysztofie Szereszewskim, Kajetanie Petrykowskim. Teraz myślimy o zamieszczeniu tam wspomnień o śp. Piotrze Janaszku.

Na pewno znajdą się tam następujące oficjalne dane:

Śp. Piotr Janaszek w swej działalności zawodowej i społecznej wyraźnie wzorował się na tym, co stworzył profesor Wiktor Dega (1896-1995) – współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego, jeden ze światowych pionierów rehabilitacji, któremu udało się w 1960 utworzyć w Poznaniu pierwszą na świecie Katedrę Medycyny Rehabilitacyjnej. Doktor Piotr Janaszek otrzymał wiele wyróżnień za zaangażowanie w swoją pracę zawodową i społeczną, w tym Medal Karola Marcinkowskiego, który był ustanowiony przez Akademię Medyczną w Poznaniu w 1983 roku „Za wybijającą się postawę moralną i społeczną w działalności lekarskiej i opiekuńczej wobec ludzi chorych i niepełnosprawnych”. Należy podkreślić, że Piotr Janaszek otrzymał ten medal z numerem 2. Numer 1 otrzymała dr Wanda Błeńska, która stworzyła i prowadziła przez 43 lata ośrodek dla trędowatych w Ugandzie.

*

Uroczystość wręczenia medalu Karola Marcinkowskiego

I pozwalam sobie zacytować słowa Leszka Milanowskiego który za Kochanowskim napisał: ‘nie wszytek umarł’… dopóki żyjemy, Rodzina, znajomi, my i pacjenci – żyje pamięć… a dzieło śp. Piotra Janaszka które rozpoczął – Fundacja Jego Imienia – prowadzona przez Nieodrodną Córkę Zuzannę, jest świadkiem Wielkości pomysłodawcy… jesteśmy dumni z Pani, Pani Zuzanno, bo trochę jest Pani naszym dzieckiem – choć dzieckiem kolegi z niezapomnianych lat studiów…

**

*zdjęcia otrzymane od Córek Piotra Janaszka – Zuzanny i Olgi

** zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego

Ludwik Krzysztof Szereszewski we wspomnieniach i zaskakujące Piękno Jego Duszy w opowieści Krysi Anioł.

Nadany przeze mnie tytuł jest dość  niezręczny , ale długo się nad nim zastanawiałam  – może potem jeszcze zmienię – mam nadzieję na jakieś propozycje Kolegów – oj niełatwo ująć  skrótowo wszystko o Krzysztofie i wspomnieniach. … w opowieści Krysi ten zwykły ponury chłopak okazał się tak Piękny, że nie mogę przestać o Nim myśleć …

Jakże był samotny ze  swoją Wielką Bujną Duszą tęskniącą  do ludzi, przyjaźni, zainteresowania, może podziwu – a też miłości z myślami poetyckimi kłębiącymi się w głowie i mnogością pięknych kadrów do złapania w obiektyw… Duszą, która nie mieściła się w tym skromnym ciele  – była za duża, nieujarzmiona i chyba dlatego wybrał inny świat …..ale uprzedzam Wasze opowieści, przepraszam ….

Gdy w roku 1965 rozpoczynaliśmy studia na Akademii Medycznej w Poznaniu jeszcze nie wiedzieliśmy, ba, nawet nie myśleliśmy o tym co nas czeka…. Od tamtego października, gdy staliśmy dumni, radośni ale też przejęci na dziedzińcu Anatomicum minęło już bardzo wiele  lat – czegoś się nauczyliśmy, dostawaliśmy nieraz „ po głowie”,  nauczyliśmy się żyć z porażką ale też zwyciężaliśmy –  żyjemy i dostaliśmy od losu okazję by się tu spotykać.

Jednak wielu z nas przedwcześnie odeszło do drugiego ponoć lepszego świata.  Jeśli chorowali i na ich choroby nie było już leku – pochylaliśmy się bezradnie nad tym faktem, ale niektórzy sami sobie odebrali życie. Dlaczego ? stale wraca to pytanie.

Pamiętamy Ich wszystkich,  wspominamy  a dopóki żyjemy – Oni żyją w nas ….

Podjęliśmy  temat opowieści o naszych zmarłych Kolegach jesienią , trochę  nieświadomie, że  zbliżymy się do  listopadowego Święta Pamięci …

Zauważyła to nasza koleżanka z rokuKrysia Anioł tak zaczynając list wysłany do wszystkich  kolegów korzystających z internetu – który zamieszczam tu za Jej zgodą –  jednocześnie  dziękując za odkryte przed nami piękno umysłu Krzysia.

” Witam Was i skoro już przypominamy sobie pewne szczegóły z życia Tych, co odeszli i to tuż przed Ich świętami  

i kontynuowała : dodam może mało znane fakty lub pominięte, bo nie byliśmy jeszcze lekarzami i nie przywiązywaliśmy do nich adekwatnej wagi ( … )

…bardzo podobnie myśli Leszek którego opowieść skopiuję później ….

….rozmyślam więc –  ciekawe czy teraz , z naszą dojrzałością, wiedzą o życiu i doświadczeniem interesowalibyśmy się którymś z kolegów tak, by mu pomóc ? nie wiem ……może tak, może nie ….

Jakiś czas temu rozmawiając   z Jurkiem o kolegach, którzy tragicznie odeszli  dowiedziałam, że m. in.  w młodym wieku popełnił samobójstwo Krzysztof Szereszewski .  Postać Krzysia Szereszewskiego  zapamiętałam dość dobrze. Napisałam Postać – bo w ogóle Go nie znałam,  tylko pamiętam Jego sylwetkę faktycznie może trochę przypominającą szerszenia w skali makro  – bo tak  Go nazywali chłopcy, wywodząc to określenie od Jego nazwiska  –  był niewysokim chłopakiem –   chodził nieco wychylony do przodu –  pewnie z powodu silnej wady wzroku bo nosił duże  okulary z grubymi szkłami  i … jakby  przemykał obok…  chyba był w sąsiedniej grupie na zajęciach z anatomii….

Wkrótce dostałam od Jurka mail ze wspomnieniem o tym Koledze.  :

Z nami – podczas studiów lekarskich w Akademii Medycznej w Poznaniu w latach 1965-1971 – był m.in. Kolega Ludwik Krzysztof Szereszewski.

Postać, która wbijała się innym w pamięć z uwagi chyba głównie na to, że nosił ze sobą zeszyt do którego wpisywał dowcipy, jakie usłyszał, bądź sam ułożył. ( ooo dopiero teraz, po opowieści Krysi Anioł – zauważyłam tę ciekawą informację, którą przedtem pominęłam  –„ dowcipy, które sam ułożył” !!! ) Ten zbiór posiadanych przez Niego dowcipów był przeogromny.

Ludwik Krzysztof Szereszewski był starszy od nas o parę lat, bo wcześniej studiował mikrobiologię, ale gdzie –  niestety nie pomnę. I po studiach zamierzał w tym kierunku się specjalizować.

Wszystko jednak przedwcześnie się zakończyło przez Jego próby samobójcze. Nie mam pojęcia z jakiego powodu.

Ponoć miał powiedzieć do śp. Krzysia Urbańskiego, że nie da swego zdjęcia do albumu dyplomatoryjnego, bo już wtedy go nie będzie. I rzeczywiście nie było. Popełnił kolejne samobójstwo (leki) po którym Go nie odratowano. Nie mieliśmy pojęcia dlaczego!

 Po pewnym czasie, niezależnie od naszych z Jurkiem  mailowych wymian informacji  – zupełnie  niespodziewanie, jakbyśmy płynęli w jednym nurcie ” rzeki ” naszego życia  –  odezwał się Leszek  ( cytuję  Jego list w całości  – bo ma ciekawy osobisty podtekst  ):

 A czy pamiętacie Szereszewskiego ? To dla mnie zagadkowa postać. Zaraz po odebraniu dyplomu odebrał sobie życie.

Z początku kładłem to na karb bardzo prawdopodobnych zaburzeń  psychicznych. Dla mnie to było niewytłumaczalne.  No, odebrał, to odebrał. 

Z racji Jego samotności i pewnego jakby „wywyższania się” co kilka (mało) razy odczułem dziś uważam, że Jego targnięcie się na życie było jakąś moją współwiną. Każdy myślał  o sobie, nie patrzyliśmy na kolegów wokół, nie staraliśmy się zrozumieć i akceptować.

Dziś jesteśmy bardziej ze sobą związani niż na studiach. To na pewno stygmat naszych przeżytych lat (broń Boże podobno jakiegoś „wieku emerytalnego”),  doświadczeń życiowych i lekarskich .

Szereszewski na pewno nie miał wśród nas przyjaciół. On sobą odstręczał. Ale czy to usprawiedliwia nasz brak zainteresowania? Na pewno miał jakieś psychiczne zaburzenia, ale czy to może usprawiedliwić  naszą obojętność ?

Nie była to postać  ciekawa. ale w końcu był naszym kolegą. „Solidarność „nieco zmieniła moja ocenę otoczenia. Choć kłamstwa, oszustwa, obrażania są nadal ale czy to może nas zdenerwować? Wiemy swoje.

Na pewno kolega Szereszewski nie jest postacią, którą warto wspominać,  ale rzuca światło na nasze charaktery.

 Te ostatnie filozoficzne rozważania są pewno dalszym ciągiem zarzuconych studiów z psychologii, ale widzę, jak do rzeczywistości podchodzi moja Córka, psycholog na Kajmanach.

 Dobrze, że mamy ze sobą kontakt.

Wasz,

Leszek

 Ponieważ Leszek  swoje wspomnienie o Ludwiku wysłał drogą mailową do kolegów z roku, pobudził kolejnych.

Wojtek Kasprzak tak napisał – podaję cały list :

Jak  myślę  o genialnych  schizofrenikach  przypomina  mi  się  kolega  Szereszewski.  Potrafił  dokładnie  zacytować co  było  napisane drobnym drukiem, 10 linia od góry,  na  98  stronie  „Bochenka”. ( tak nazywaliśmy skrótowo   znany wszystkim medykom słynny 7 tomowy podręcznik z Anatomii pod redakcją Bochenka , który musieliśmy „ pokonać” w czasie tylko dwóch semestrów – bo byliśmy pierwszym rokiem, kiedy nauczanie anatomii prawidłowej skrócono o jeden rok  – przyp. Z. K. ).  

Pod koniec  studiów rozpoznali u niego schizofrenię. Marzył  żeby  być  lekarzem  wiejskim.

Nie chcieli  mu  dać  prawa  wykonywania  zawodu. Byłby perłą każdego  zakładu teoretycznego.

Chciał  być  jednak  lekarzem wiejskim i wobec odmowy uzyskania prawa wykonywania zawodu lekarza – się  powiesił.

Serdecznie  ściskam wszystkich  co  mnie  jeszcze pamiętają, tych co nie pamiętają też

Wasz  Wojtek  Kasprzak

I tu nastąpiło coś niespodziewanego – odezwała się Krysia Anioł – odsłaniając przed nami tyle nowych  informacji o „ Szerszeniu „ , że nasze o Nim wyobrażenia dotychczas dość ponurawe przybrały piękną barwę – jednym słowem postać Ludwika Krzysztofa Szereszewskiego  zajaśniała przed nami pięknym światłem.

Za Jej zgodą zamieszczam tu cały Jej list oraz erratę , bo przy okazji z wielką swadą wplata niezwykle interesującą opowieść o sobie . …

  1. Krzysztof vel LUX, bo tak podpisywał w „ITD” swoje przednie felietony. Byłam z Nim na krótkim obozie „naukowym” w Powierciu (może mylę miejscowość), ale  koło Słupska, również z Zakładu Higieny. Chodziliśmy badać wodę w studniach…

Krzysztof zawsze miał aparat fotograficzny, robił przepiękne ujęcia, artystyczne, biało-czarne, z cieniem, z negatywem, z filtrem itp. Potem je sam wywoływał, cieniował, poprawiał… Miałam swego czasu sporą kolekcję własnych fotografii z Jego ręki…   Należał do typu astenicznego „cherlaka” i być może zaciekawiła Go moja atletyczna siła (wtedy jeszcze uprawiałam lekką atletykę w II-ligowym GKS „Olimpia” Poznań i jednocześnie siatkówkę w KS.”Energetyk” Poznań, również II-liga…o czym wiedzieli tylko nauczyciele Studium WF AM i …J.M. Rektor Roman Góral, bo przenosili moje tzw. ” sztywne karty” do AZS przed MTU :Mistrzostwa Typu Uczelni – w piłce siatkowej, lekkiej atletyce, narciarstwie i nawet raz w piłce koszykowej…)

 Ad rem: ta siła którą musiałam jakoś uwolnić, bo to nie był obóz sportowy, a taki nijaki… spowodowała, że podczas jakiegoś dłuższego marszu, przechodząc obok rzeczki Parsęty – rozebrałam się odpowiednio do pływania i popłynęłam sobie środkiem rzeczki, a Krzysztof biegł po nabrzeżu, robiąc zdjęcia i układając zapewne kolejne strofy wierszy…

a pisał rzeczywiście wspaniale. Rytm i rym wiersza dosłownie spływał mu z pióra. Może pamiętacie sytuacyjny wiersz, który wywiesił przed aulą na Przybyszewskiego na Dzień Kobiet, pamiętam jego fragmenty do dzisiaj.

Tłumaczył też poezję rosyjską – przysłał mi wiersz „swój” Siergiusza Jesienina pt. „Pieśń o psie”, przy którym serdecznie się spłakałam.

Po powrocie z tej eskapady, a przed zgrupowaniem sportowym w Sierakowie pojechałam jako p.o. lekarz na rozbrykaną, męską kolonię do Chodzieży, gdzie za każde przekleństwo aplikowałam 50 lub 100 przysiadów, a mogłam to robić, bo sekundował mi kierownik kolonii, który był moim nauczycielem WF z Liceum.  Tamże otrzymałam od Krzyśka TEN WIERSZ pt. „Jak się Anioł utopił w Parsęcie…” mam go do tej pory. Do wglądu, jak zaznaczył, bez prawa kopiowania, przesłał mi ogromny zbiór swoich wierszy…trochę je jeszcze pamiętam.

Gdyby taki dorobek zaginął w rodzinie byłaby ogromna szkoda. A być może tak się stało…..

Krzyś miał ojczyma i przyrodniego brata, który zawsze był w tej rodzinie na miejscu pierwszym…Krzyś na ostatnim…ale  miał wiernego psa.

Po obozie, nie pamiętam w jaki sposób dotarliśmy do domu Krzysia w Koszalinie ul. Zgoda 15 (przypomniałam sobie jak zakończyłam to pisanie…), chyba była z nami Teresa Tułecka, Olga Czekała, nie wiem kto jeszcze… zaprowadził nas do swojego królestwa: poziom dolny domu to było ogromne laboratorium fotograficzne. Pies był też ogromny i wspaniały.

…przewijam taśmę myślową …kochał się STALE w Monice…to było wiadome i dla niej chyba tworzył wiersze najpiękniejsze… chociaż nie odpowiadała na jego adorowanie… załamał się na piątym roku…trochę zagubił się, chyba był leczony, przerwał studia (?) nie wiem, ale nie dotarł z nami na szósty rok.

I teraz :

PODOBNO: otrzymał dyplom rok po nas, nie wiem jak było z prawem wykonywania zawodu, ale wiem , że pracował w szpitalu w Koszalinie (?), otrzymał salę z pacjentami, jeden z pacjentów mu „odszedł na wieczne łowiska”, Krzyś uważał, że to jego wina…………….przyszedł do domu i w ukochanym laboratorium powiesił się…… Nie wiem ile w tych podaniach z ust do ust jest zawarte prawdy. Może więcej będzie wiedziała Ulka Mikołajczak-Mejer z Koszalina.

    A w ogóle to po tylu latach pewne fakty, słabo odkurzane, zacierają się i to dodatkowo mnie, która nabyła tego „nosa” i „rozumu” lekarza jakieś kilka lat po studiach…bo studia dla mnie to była CHWILA  największych sukcesów i najcięższych kontuzji, jakich doznałam w sporcie. A nagrodę rektorską za dobre wyniki w nauce dostałam raz (po czwartym roku), gdy prawie pół roku byłam do pasa w gipsie po kolejnym urazie narciarskim ….. Tak, nawet mój Ojciec (dożył 98 lat +2017) żartował, że studia przeszkadzały mi w uprawianiu sportu…ale miałam ten komfort, że mogłam uczyć się nocami… gdy była cisza …nigdy nie mogłam uczyć się z kimkolwiek, choć próbowałam, bo przecież nie mieliśmy wszystkich podręczników, skryptów, to była bieda…nawet śmierdzące denaturatem arkusze z kserokopiarki wietrzyłam na balkonie by w nocy nie lać na nie łez. Podziwiałam tych wszystkich, którzy potrafili uczyć się w akademiku… i do tej pory podziwiam np. Ulkę Mikołajczak, z którą spotykamy się w gronie lekarzy sportowych.

KONIEC, więcej ode mnie nie dowiecie się, chyba, że napadnie mnie ponownie, o północy PAMIĘĆ.

Przyznam, że ULŻYŁO MI, GDY WYGADAŁAM SIĘ DO WAS. BO JUŻ OD DAWNA MIAŁAM ZAMIAR PRZEKAZAĆ TE INFORMACJE, O KRZYSZTOFIE LUDWIKU SZERESZEWSKIM, SZERSZEMU, ALE PRZYJAZNEMU GRONU I BYĆ MOŻE SPOWODOWAĆ, ŻE TE JEGO WIERSZE BĘDĄ MOGŁY BYĆ KIEDYŚ WYDRUKOWANE ….DLA POTOMNYCH.

Serdecznie Was pozdrawiam – Krystyna Anioł-Strzyżewska

Po pewnym czasie Krysia przysłała  erratę do swojego wspomnienia :

            Witam i uzupełniam z pamięci nieprawdziwe dane podane w pierwszym pisaniu o L.K. Szereszewskim. Otóż nie Powiercie k. Koła, a wieś PUSTARY  w gminie Dybowo k. Kołobrzegu, bo tam płynie Parsęta…

Wspaniały pies Krzysztofa to był Ralph….

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 24 ). Poród w pantalonach.

 

Za oknem  wichura, deszcz zacina, leniwie jaśnieje dzień . Liście opite wodą do granic wytrzymałości spadają na głowę. To już koniec złotej jesieni 2018 roku….

I wtedy na blogową „arenę „wkracza Mariolka. Jak zwykle z opowieścią i swoim uśmiechem –  uśmiechem pomimo wszystko. Bo temat to poważny.

Dyżur w Pogotowiu Ratunkowym, chyba jeden z pierwszych, wezwanie do porodu. Pewnie pora przed świtem , bo wtedy najczęściej rodzą się dzieci.

Gdy czytam opowieść Mariolki, krótką , ale pełną treści –  wtłaczają się moje wyobrażenia, myśli – bo to też nasz czas, nasze przeżycia – pewnie w jakiś sposób podobne, choć porodu w karetce nie odbierałam, ale bywało różnie …..

I widzę tę Młodziutką Dziewczynę – tak, wszyscy tacy byliśmy w tych pierwszych latach 70 ubiegłego wieku –  gdy  wciska się do karetki, bo jest duża a jeszcze ta wielka jasna burza na głowie którą rozwiewa wiatr i zahacza włosy od kostropate drzwi karetki  – a karetka niska, mała, ciasna – może stara Warszawa, a może już Fiat – czy Nyska – wysoka ale do której trzeba się wdrapywać – nie pomnę  – ale wtedy takie były – tylko polskie samochody – bo „żelazna kurtyna” a Zachód  jak mawiały nasze władze – „zgniły” – więc be. Byliśmy cywilizacyjnie zapóźnieni o pół wieku ….  

 Dobrze pamiętamy to wewnętrzne  uczucie przejęcia i drżenie serca, ale na twarzy siła i energia –  twarz pokerowa – bo duma, że jesteśmy lekarzami  –  więc pełna mobilizacja i opanowanie – niesiemy  pomoc ludziom – to nasze hasło przewodnie . To nasza misja. O to walczyliśmy ucząc się z zapałem do egzaminów na AM i przez 6 lat studiowaliśmy „ gryząc „ wiedzę –  osiągając upragniony dyplom. Więc mamy to, czego pragnęliśmy ….

Karetka mknie, podskakuje na wyboistych ulicach – wszyscy pamiętamy takie „ jazdy”, gdy głowa uderzała o dach a trzeba było założyć „ wkłucie „ do żyły, reanimować, sprawdzać parametry życiowe – bo urządzeń stale monitorujących nie było …..i dowieźć pacjenta żywego do szpitala. Bo zgon w karetce to wielkie komplikacje – nie mówiąc o traumie załogi , z którą potem żyje młody lekarz ……jak dobrze to znamy …..

Ale ad rem . Mariolka kiedyś napisała w Grupie, krótko – ale jak wspomniałam otworzyła nam nasze wspomnienia, stale w nas żywe ….

wezwanie do porodu – jedziemy daleko, rodzącą na nosze i powrót do szpitala. Karetka pędzi, kobieta krzyczy więc stajemy na poboczu blisko szpitala.  Odebrałam poród w tej małej karetce, zaopatrzyłam pępowinę i  na oddział. Tam gromki śmiech bo ….kobieta ma na sobie wielkie pantalony a z nogawki zwisa pępowina. Takich różnych przypadków każdy z nas ma cały zbiór, prawda?

 Jurek odpisał : wielka prośba do Mariolki: jakie to są te wielkie pantalony i czy nie przeszkadzały w porodzie?! Czy kobieta może urodzić nie zdejmując dużych pantalonów?

Oczywiście nikt z nas  nie udzielił odpowiedzi na to pytanie – tylko u wszystkich zadziałała wyobraźnia . Jak widać – Jurku – można, czego dowodem opowieść Mariolki 🙂 i Jej odpowiedź – wyobraź sobie że do tego porodu też bym nie uwierzyła! Nogawka w nich była tak wielka czyli szeroka że ja NIE WIEDZIAŁAM że one tam są – myślałam że są 2 spódniczki 🙂

Tak sobie gawędziliśmy w naszej messengerowej Grupie, którą przypadkowo założył Jurek . A  co się kryło za tą opowieścią i zda się banalną rozmową – napisałam we wstępie.

Miłego Dnia, mimo wszystko….

Zdjęcie Mariolki jest Jej własnością, przyrody moje…

 

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 23 ). Słowo nie zawsze jest święte – czyli rzecz o zaskakujących początkach życia w Kępnie.

Dla Ciebie Mariolko zdjęcie Bałtyku , bo uwielbiasz ….no i symboliczne światło …..

Któregoś dnia otrzymałam  od  Mariolki mail  z opowieścią, która zaraz tu przybędzie .

Ten tekst jest nie tylko dla mnie ważny – ale  też dla Was – którym może troski spędzają sen z powiek  , a  problemy przygniatają tak –  że zda się świat przestaje istnieć .

Tak nie jest moi Drodzy, świat  istnieje  nadal i wiruje tak jak wirował….

A my musimy się podnieść,  iść dalej, pokonywać progi, klęski przekuwać w zwycięstwo i nie zagubić zachwytów nad tym że dookoła jest pięknie i że żyjemy ….

            Droga  Mariolki nie była usłana różami, pewnie o wiele trudniejsza niż niektórych z nas –wieloletnia choroba Męża i Jego odejście , małe dzieci, intensywna praca zawodowa – potem udar – i powrót do ziemskiego życia z „ tamtej strony „  –  by stać się świadkiem i nam o tym  opowiedzieć . To droga dla Siłaczki  – jesteś taką Mariolo –  przy Tobie niektóre nasze problemy wydają się miałkie i grzechem jest narzekać.

Podziwiamy Cię , tym bardziej gdy widzimy jak potrafisz  cieszyć się życiem, łapać piękne chwile – także te  nasze wspólne – jesteś Niezwykła  Mariolko …

.     Mariolka, zasiedziała już poznanianka , otrzymała pracę  w mieście dość odległym o domu rodzinnego – w Kępnie. I tak opisuje swoje pierwsze tam dni tygodnie i miesiące …..

smutny, deszczowy dzień więc napiszę o początkach w Kępnie to trochę rozweselę Ciebie – taka mam nadzieję.  Nie robi komp ogonków więc wybacz że masz utrudnione czytanie. Faktycznie trochę mam, szczególnie że chyba nie ma programu by sam poprawiał – ale to przyjemność, bo czytam  po raz enty Twoje mądre , dające siłę –  pisanie . Dodaję swoje uśmiechy – bo kiedyś miałam podobnie sytuacyjnie, ale był to czas krótki ….

             Muszę wrócić do rodzinnego domu gdzie  słowo dane było święte – nie można było kręcić. Rodzice też dotrzymywali co wiązało się z różnymi ICH perypetiami o czym kiedyś napiszę.

W rozmowie z dyrektorem szpitala o podjęciu pracy powiedział że mieszkanie na mnie czeka.

Mimo protestów taty i jego nalegań bym sprawdziła –  byłam pewna że jeśli DYREKTOR powiedział że jest –  to jadę na gotowe

Kupiłam meble w Poznaniu, meble na wynajęte auto, ja z dzieckiem do szoferki i jazda do Kępna ( mąż już był w szpitalu od kilku miesięcy).

Przyjeżdżam pod szpital, zgłaszam się do dyrektora po klucze a on w szoku.

Mieszkanie czekać będzie ale …kiedy??

Dziś rozumiem szok jaki przeżył widząc taka naiwniaczkę.

Cóż było robić. Meble zawiozłam do teściów ( pod Kępnem)  – rozładowali pod domem. Dostałam wolne od dyrektora na czas szukania dla mnie mieszkania.

Znaleźli po zmarłej  kobiecie, w jej rodzinnym domu przejętym jak to kiedyś było przez miasto.

Mieszkanie jeszcze pełne jej rzeczy.

Szpitalni pracownicy posprzątali, wymalowali i po 2 tygodniach mogłam się wprowadzić. 

Byłam „blokową  babą” czyli kaloryfery, gaz a tu…..

Moja radość nie trwała długo bo …jak gotować na kuchence węglowej?????????

Jak się wymyć i wykąpać   gdy piec w łazience ma kocioł nad paleniskiem a ja nie mam węgla i w ogóle nie wiem jak się do tego zabrać

Czyli szkoła przetrwania.

Jak zawsze  miałam szczęście do ludzi.

Na tym samym piętrze mieszkała córka zmarłej  z całą swoją rodziną. Pewnie zrobiło się jej żal takiej ofermy jaką zobaczyła i zaopiekowała się mną. Zaoferowała że zajmie się dzieckiem gdy będę w pracy, pomagała w nagrzaniu wody.

Miała synów w moim wieku z którymi z biegiem czasu zaprzyjaźniliśmy się, pomagali rąbać drzewo, nosić węgiel

Wszystkiego uczyłam się .

Widziałam jak teściowa dokłada do pieca w kuchni co jakiś czas a że nie widziałam jak pali w piecu kaflowym to też tak dokładałam w moim piecu w pokoju przez kilka początkowych miesięcy.

Co kilka godzin wybiegałam ze szpitala ( było to ok 100 m od mojego domu) by podtrzymać ogień i dziwiłam się dlaczego tylko ja to robię. Wytłumaczyłam sobie że inni mają rodziny i oni im podtrzymują ogień 🙂

Sprawa wyjaśniła się po kilku miesiącach – przyjechał  teść i stwierdził że piec się podniósł . Doszedł przyczyny, nauczył a ja zaczęłam szukać mieszkania w bloku by uwolnić się od prac górniczych  🙂

Rąbanie drzewa też musiałam ćwiczyć – mimo różnych niecelnych trafień udało się i ręce mam !!! 🙂

Brak piecyka gazowego również  był przyczyną różnych niespodzianek

Z głową pochyloną przed paleniskiem podpatrywałam gdzie jest płomień i celowałam by garnek z mlekiem był nad nim. Wielokrotnie z mleka zrobił się ser 🙂

Wiedziałam że za pierwsza wypłatę  MUSZĘ  kupić maszynkę  gazową …