Powrót Starego Profesora- może przeprosimy za niesforność….


Wczoraj poczułam się Szczęśliwa. Może to mało do Pełni, ale każda taka chwila jak perełki tworzy cudny naszyjnik okalający twarz. Oczywiście to przenośnia, tylko wyobrażenie miękkiej kolii, której od dawna nie noszę, bo drapie szyję naznaczoną PESELEM  i wtórnie dziecięco wrażliwą 🙂

Mój wpis blogowy zniknął po przenoszeniu tekstów na obecne miejsce, gdyż WP likwidowała całą platformę blogową. A był szczególnie ważny bo było tam zdjęcie Profesora Antoniego Możdżera znalazło się w pudełku po butach u naszej niezapomnianej koleżanki z LO- Bożeny Kolasińskiej z d. Jodko a teraz zginęło w starym laptopie no i blogu. Bożena odeszła przed laty, może tęskniła za przyjaciółką Teresą Łakomą (zwaną przez nas Kostusią) która czekała w zaświatach by swoją radością, jakiej nikt z nas nie miał i serdecznym śmiechem rozchmurzać oblicza Wszystkich Świętych. Po 40 latach odwiedziłam moje miasto urodzenia- Gorzów Wlkp. Znajdując wcześniej te koleżanki na Naszej Klasie. Wtedy właśnie Bożena zaprosiła mnie do swojego uroczego mieszkania, piłyśmy przednią nalewką i w pewnym momencie wyszła do drugiego pokoju przynosząc wspomniane pudło……Ucieszona zrobiłam zdjęcie ze zdjęcia Profesora i napisał mi się ten właśnie tekst. Druga przyczyna mej radości wczorajszej, to fakt, że po tym wpisie  z 2011 r. odezwała się obecna moja Przyjaciółka Blogowa, z którą rozumiemy się bez słów- mieszkała w Gorzowie przez 3 lata, gdy Jej Tato- lekarz wojskowy tam był skierowany do pracy. Uczyła się w naszym LO, doskonale pamięta Profesora, i powtarzała, że ma stałe poczucie iż był niedoceniany i jest Jej do tej pory przykro z tego powodu. Kiedyś to Ona zauważyła, że wpis blogowy zniknął. Obie byłyśmy niepocieszone. I oto nagle przyszło mi do głowy, że może internet zapamiętał. I stało się, znalazłam- zresztą stało się to dzięki Redakcji Naszego Miasta, która za moją zgodą (czy na prośbę- bo pisano, czy chcemy coś uratować) przeniosła teksty z likwidowanej MM- Gorzów do nowego portalu . Stale żal naszej kochanej MMki, gdzie raczkowałam w pisaniu innym niż medyczne, uprawiane przez dziesięciolecia, szlifowali nas redaktorzy, ale głównie pewna koleżanka przybierająca różne nicki krytykując zawzięcie- na co zresztą nie zdając sobie sprawy że istnieje w wielu nickach – zapalczywie, bardzo poważnie odpowiadałam, często korzystając z tych uwag krytycznych. Chciałabym Jej za to podziękować – jeśli cudem się zdarzy, że tu zajrzy- domyśli się, że o niej mowa. 

To tyle tytułem opowieści o dziejach tego wpisu. Pozwoliłam sobie skopiować, bo wszak to pierwotnie pisanie z mojego serca i umysłu, blog to nie publikacja i żadne rygory redakcyjne nie obowiązują…ponoć…

Stary Profesor, nasze szczenięce lata i muzyka

Łuka,4 grudnia 2014


Właśnie gra Leszek Możdżer. A my wspominamy Jego Dziadka – Antoniego. Naszego Profesora zawarciańskiego liceum. Rozmyślamy o naszej niedojrzałej młodości .

Niezwykłe wieczorne spotkanie. Na stole zniszczone pudełko po butach. W nim zdjęcia. I nagle znajduję to, zamieszczone w tym artykule. Klasa, katedra i stary Profesor. Niepowtarzalny, oryginał, erudyta, niedoceniany przez nas. Ktoś nieprzypadkowo włącza muzykę. Gra Leszek Możdżer. Słuchamy. Oglądamy filmik, znajdujemy podobieństwo. To Wnuk naszego Profesora. Jesteśmy dumni.

Teraz z muzyką przychodzą do nas szkolne półwieczne obrazy. Właśnie lekcja łaciny. W drzwiach wysoki, szczupły, w podniszczonym garniturze Profesor Możdżer. Ale najważniejsza jest Jego fryzura. Włosy przylizane zwiastują lekcję ponurą, groźną i z rosnącym lasem tzw. pałek w dzienniku. Wtedy siedzimy cicho jak myszy pod miotłą.
Ale dzisiaj fryzura cudna jest! Fantastyczny totalny nieład na głowie. I wszystko wiadomo. Stajemy się dziką, rozbrykaną, nieujarzmioną i nieodpowiedzialną bandą. Mysz wypuszczona z teczki śmiga po klasie. Piski i rechoty. Co chwilę terkocze spod ławki zachrypnięty budzik. Zabawa jest szampańska. A lekcja trwa. Profesor spokojny, zajęty swoimi sprawami.
Zaczynamy się nudzić. Wtedy zgłasza się urodziwa i długonoga. Ciepłym, niewinnym głosem zadaje profesorowi nieśmiertelne pytanie: Jakie jest pochodzenie naszych imion? Profesor zrywa się zza katedry. Uradowany. Staje przy tablicy. Długo i bardzo cierpliwie pisze jakieś greckie litery. Zadajemy kolejne pytania. Liczba pytań sięga zenitu. Aż nagle rozlega się upragniony dzwonek….
Profesor słynie z wielu zabawnych powiedzeń. Koledzy z klasy przyjaciółki – Bajki – zakładają specjalny zeszyt i zapisują te wszystkie powiedzenia. Któregoś dnia zeszyt trafia w ręce Profesora. Cisza i przerażenie. Wszyscy czekają na ogłoszenie wyroku. Następnego dnia do klasy wchodzi Profesor. Podchodzi do zesztywniałego głównego winowajcy, wręcza mu ten zeszyt. Wyciąga rękę. A potem… głaszcze nieszczęsnego młodzieńca po głowie.
Sewa, matura 1959, jest mądra i piękna. Ulubiona uczennica nauczyciela, ale chętnie ulega atmosferze ogólnego rozbrykania. Ma poczucie winy. Gdy jest na drugim roku studiów, pisze list do Profesora. Przeprasza, próbuje się usprawiedliwić. Po kilkudziesięciu latach dowiaduje się, że Profesor przeczytał ten list w pokoju nauczycielskim. I wtedy wszyscy zobaczyli Jego łzy…

W pamiętniku zjazdowym zawarciańskiego LO zawarty jest życiorys Profesora Możdżera
” Urodzony 31.01.1912 roku w wiejskiej rodzinie na Wileńszczyźnie. Został magistrem teologii na Uniwersytecie Wileńskim. Pracował w szkole powszechnej w Wilnie. W okresie okupacji był rachmistrzem. W 1945 roku przyjechał do Gorzowa. Podjął pracę w Miejskim Gimnazjum i Liceum. W 1947 roku obronił pracę magisterską z historii na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Poznańskiego. W 1950 roku przeszedł do szkolnictwa zawodowego i w tym czasie studiował filologię klasyczną na Uniwersytecie w Poznaniu. Po pięciu latach przeniósł się do Liceum Ogólnokształcącego nr 19 przy ul Przemysłowej. Uczył łaciny, niemieckiego i logiki. Równolegle pracował w Liceum dla Pracujących i Liceum Korespondencyjnym. W 1972 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł 3.03.1977 roku w Gorzowie…”.
Pochowany został w Gorzowie, przy ul. Żwirowej. Właśnie zbliża się kolejna rocznica.
Nie było okazji, żeby Go poznać lepiej. Nie wiemy, jakim był Człowiekiem, Ojcem i Dziadkiem. Ale na pewno zbudował piękną i dużą Rodzinę. A w tej Rodzinie muzyka… i na rodzinnym stole nasze przybrudzone klasówkowe zeszyty z oślimi uszami.
Gdyby było można wrócić do dawnych szkolnych czasów i zachować dzisiejszą mądrość….
A teraz słuchamy jak gra Wnuk Profesora, Leszek Możdżer i co opowiada młodym zgromadzonym na Woodstock.
Może znajdziemy tam słowa i poglądy, które rodziły się w Rodzinnym Gorzowskim Domu.
Otwieramy treść zamkniętą linkiem. Słuchamy. To zaproszenie na prawdziwą ucztę.

https://gorzowwielkopolski.naszemiasto.pl/stary-profesor-nasze-szczeniece-lata-i-muzyka/ar/c13-2658264

Właśnie zakwitły moje modrzewie


Taki oto wpis zamieściłam w tym blogu, który jeszcze był prowadzony na innej stronie, tu przeniesiony – właściwie nic nie stracił ze swojej świeżości. Dla mnie Pierwszej, jak pierwszy napotkany modrzew , dawno dawno temu…..

Niczego nie wycinam z tego teksu –  choć początek opowieści nawiązuje do tamtych wpisów. Niech sobie będzie całość – może Ktoś wytrzyma czytając, może nie …. jednak serdecznie zapraszam …..

12 kwietnia 2017 przez Zofia Konopielko

A wszystko przez to, że zakwitły modrzewie…

Zaczęło się od modrzewiowych kwiatów

Jak mawiają, przysłowia są mądrością narodu, ale uwielbiam także zwyczajne porzekadła.

Jak choćby  to : obiecanki, cacanki.  Bo dzisiaj właśnie  okazało się aktualne, stwierdzam z pewnym zażenowaniem. Wprawdzie wtedy, gdy obiecywałam nie oszukiwałam, byłam pewna swego, ale „ zawiał inny wiatr” i przyniósł znowu coś nowego… ale ab ovo:

   W poprzednim wpisie zapewniałam, że tym razem będzie kontynuacja jednego tematu aż do szczęśliwego zakończenia. Dotyczyło to wycieczki do Biecza. A tu co, a tu nic. Bo dzisiaj wpadłam w takie zdumienie, że aż musiałam się  nim  z Wami podzielić. Bo czyż to nie dziwne, że żyję sobie ja na tym świecie już prawie 70 lat ( tak, tak w końcu września stuknie mi taki wiek) i wiecznie  coś mnie zadziwia.

Świat jest piękny i stale dla nas otwarty oraz soczysty. Tylko rwać, pomlaskiwać z zachwytu , międlić tymi nadgryzionymi zębem czasu swoimi lub już nie swoimi ząbkami i łykać i wpadać w euforię, że jest cudnie, że żyjemy widzimy i poznajemy.

Ależ się nagadałam, wybaczcie, ale musiałam, bo moje dzisiejsze zadziwienie jest faktycznie wielkie i radosne.

     Otóż, moi mili, dzisiaj odkryłam, że na każdym z dwóch modrzewi przeniesionych znad naszego Bugu przed 10 laty ( były wtedy tyciutkie) są różne kwiatki. Jeden cały zakwita na biało , drugi na czerwono. Mój Boże, żyję sobie obok  modrzewi od prawie 40 lat i nigdy tego nie dostrzegłam. Dopiero dzisiaj.

I faktycznie,  gdy poczytałam w necie, że te urocze drzewa z rodziny sosnowatych ( też zadziwienie, bo nijak z sosnami się nie kojarzą, choćby z powodu tego, że tracą igły na zimę , już nie mówiąc o pokroju ). , że  te drzewa zwane ślicznie Larix  są rozdzielnopłciowe. Panowie kwitną skromniej, bo na biało a za to panie ubierają się w karmin. Ciekawe zjawisko, bo w przyrodzie zwykle chyba bywa odwrotnie. Chociaż może nie mam racji.

Tak więc stoją sobie moje dwa modrzewie nieopodal naszej michałowickiej chałupki i dumnie pokazują stare szyszki a spomiędzy nich  nieśmiało wyglądają  pędzelki ze świeżutkimi igiełkami a nieopodal przycupnęły  maleńkie ale urocze kuleczkoszyszeczkopodobnekwiatki (na zdjęciach przeze mnie uwiecznione).

I te modrzewiowe  kwiatki przyniosły ze sobą dalsze poszukiwania w necie i wzrastające zaciekawienie i cały ten wpis wypływający z tego jednego dnia zadziwienia.

Jest kilkanaście gatunków modrzewi. Lubią ( na szczęście, bo są cudne)  naszą półkulę północną i klimaty umiarkowane.

Pierwszy raz spotkałam się z modrzewiem gdy miałam może 12 lat. Odwiedziłam rodziców przebywających w szczawnickim sanatorium. Ulokowali mnie w wynajętej izdebce chałupy na zboczu Bryjarki nad szumnym rączym potokiem Grajcarkiem zwanym. Fajne nazwy prawda? Niezapomniane. I wówczas przewodnik, który nas oprowadzał po kurorcie, wskazał ścianę wysokich i wiotko gęstych drzew mówiąc, że to modrzewie. Polecał spacery w tym lesie, twierdząc , że modrzewiowy żywiczny zapach jest zdrowszy niż wszelkie inne inhalacje a szczególnie te, wydobywające się gęstą parą z sanatoryjnych rurek. ( widziałam, okropność ) . Mój Boże, gdzie te czasy , gdzie moja budząca się młodzieńczość i ludzie których już nie ma , moi Rodzice…. Odrywam się od tych wspomnień i czytam dalej.

W Polsce modrzewie widujemy w Tatrach- (oj tak tak, widywałam, są potężne ) , gdzie  tworzą górną granicę lasu. Tę strefę  upodobał sobie modrzew europejski ( Larix decidua- szukałam w necie jak należy tłumaczyć to drugie w nazwie- ale tylko jakieś ginekologiczne określenia tam są , które zresztą znałam , brr ) a w części środkowej i południowo- wschodniej mieszka modrzew polski – Larix polonica. To brzmi pięknie, tak jak należy-  patriotycznie

Modrzewie potrafią wyrastać na wysokość  40 m , zawsze szeroko rozkładają swoje konary i gubią kruche gałęzie , czego doświadczamy nad Bugiem. Bywa, że  szczególnie po przejściu jesiennej wichury, droga jest usłana suchymi „zrzutami „ modrzewiowymi , mnóstwem miniaturowych szyszek oraz gęstym płaszczem utkanym ze złotych drobniutkich igiełek …

Ale wszystko im darujemy. Bo te drzewa są nasze, wyhodowane z mikrusa , rosły na naszych oczach razem z dziećmi  i od zawsze rozsiewają upojny zapach i nieodmiennie urzeka nas  delikatność ich igiełek i pozorna wiotkość.

Właśnie przypomniałam sobie naszą najstarszą wnuczkę. Miała wtedy 8 miesięcy . Wzięłam ją na ręce i gdy podchodziłam do modrzewiowych gałęzi  zwieszających się nad tarasem, dziecko już z daleka wyrażało niepokój ,  wtulało się we mnie i  odpychało łapkami . Pokazywało paluszkiem na kosmate gałęzie i mówiło niezdarnie – nie nie. Każda próba zbliżenia się do nich kończyła się tak samo. Co się w tej małej głowinie roiło. Co sobie wyobrażała? Przecież jeszcze niczego w życiu nie widziała. A jednak … może widziała jakieś czarownice z kosmatymi łapami, czy coś innego budziło ten lęk ? Szkoda, że dziecko nie zapamiętuje swoich wczesnych przeżyć – jedynie my, dorośli możemy o tym opowiadać i zadawać pytania, na które od dziecka nie otrzymujemy odpowiedzi….

 A to modrzewiowe przebudzenie  wiosenne – jak bardzo optymistyczne – że tak można – zasypiać i odradzać się na nowo.

       Nic więc dziwnego, że Druid Hagal napisał w necie o Modrzewiu taką pieśń:

„ przez las idzie tanecznym krokiem zwiewna i lekka Pani Wiosna, przystaje przy każdym drzewie dotyka je lekko dłonią i szepcze tajemne słowa: „ Już czas. Obudź się- proszę”

To śpiewne zawołanie usłyszał właśnie modrzew, jedyne z drzew iglasty, które traci swe igły na zimę (….)”

I dalej następuje objaśnienie, że „drewno modrzewia przed wyschnięciem jest miękkie, jednak później twardnieje. Jest  odporne na wilgoć i grzyby i dlatego chętnie  budowano z niego statki, domy i meble.

Ponieważ domy wykonane z tego drzewa nie ulegały wpływom atmosferycznym a także się nie starzały, uważano, że drewno modrzewiowe nie tylko jest trwałe, ale posiada siłę magiczną i  chroni domostwo przed pożarami.

Wierząc w moc modrzewia, stosowano jego pędy w starodawnej  medycynie . Jakby z gruntu wierzono, że pomaga w chorobach. A może były to lata prób i błędów pokoleń, które żyły przed nami. I faktycznie dalsze obserwacje potwierdziły te sugestie. Leki sporządzone z modrzewia  były pomocne w  chorobach wątroby, płuc i żołądka.  Wywary z młodych gałązek ( a szczególnie zmiażdżone młode szczyty) mają silne działanie moczopędne, co jest wykorzystywane w lecznictwie.  Igły modrzewiowe ( tak jak jodłowe czy sosnowe) dodawano do wonnych i leczniczych kąpieli. Poza walorami zapachowymi leczyły one zaburzenia menstruacyjne ( jak dawniej  pisano –stosowanie  w „ obfitych miesiącach”).

Dawni wojownicy stosowali żywicę modrzewiową, która znakomicie goiła ich rany..

Pomagała także w leczeniu egzemy i innych chorób skóry – działała  jak środek dezynfekujący i leczniczy.

Wojowie  i myśliwi  mieli zwyczaj składania części swoich zdobyczy  pod korzeniami modrzewi. Wierzyli bowiem, że te  wspaniałe drzewa będą ich ochraniały w boju i leczyły rany  „ ( jak rozumiem, były to dary przebłagalne) .

Ponoć ludzie zahukani, nieśmiali, porzuceni przez przyjaciół albo nie posiadający ich w ogóle powinni się przytulać do modrzewiowego pnia a odzyskają to wszystko,  czego pragną….

Wierzono także , że w modrzewiach mieszkają duchy wszystkich zwierząt. Piękne , prawda?

Na koniec  wspomniany Druid Hagal pisze:- W większych zagajnikach tego drzewa można jesienią zbierać „ modrzewiaczki” , pyszne grzyby z rodziny podgrzybków  o wspaniałym pomarańczowo złotym kolorze. ..” – mniam mniam, zapachniało, a tak naprawdę to sam widok grzybków jest fantastyczny, nie trzeba zbierać i konsumować ….

     I jeszcze jedna ciekawostka  znaleziona w necie.

Jest to opowieść o amuletach Indian,  którzy jak wiadomo, bardzo w nie wierzyli. Wytwarzali  m.in.   tzw. łapacze snów. W 1975 r.  dotarły one do Europy . Widywałam takie w sklepach z egzotyką , ale nie zwracałam uwagi. Do dziś. Bo już teraz wszystko wiem na ten temat i zapragnęłam mieć taki, bo może coś w tym jest , może przyniesie coś dobrego? Ponoć wiara czyni cuda- o, znowu powiedzenie się wkradło . J

Łapacze snów sporządza się  z ze sprężystej witki wierzbowej zawiniętej w krąg, co ma przedstawiać  cyklicznie powtarzający się czas, Matkę Ziemię, cztery strony świata. Wnętrze kręgu zamykane jest siecią zebraną centralnie , utkaną  ze ścięgna, włosia lub rzemienia. Sieć ta symbolizuje  więzy rodzinne.

Dla pełnej siły działania łapacz powinien być zdobiony koralikami (  miały powodować, że sny się spełniają), piórami ( które wzmacniały działanie koralików a ponadto zapewniały swobodne oddychanie ) . Sowie pióro dawało dziewczynkom mądrość a orle – odwagę chłopcom. Konieczne było umieszczenie też tam kawałków futerka ( bo zapewniały wygodę i ciepło) ; pazura, (który  bronił w razie potrzeby), końskiego włosa (dającego wytrzymałość ), turkusa, (bo  sprowadzał siłę ) i kryształu górskiego ( który daje moc). Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że  obowiązkowo umieszczano też tam kawałek modrzewia ( nie innego drzewa !) który zapewniał dobre zdrowie…

Tak zdobione amulety wieszano nad posłaniem albo przy wejściu do domu.

Wierzono, że przez sieć takiego łapacza , przechodzą  tylko dobre sny, a zatrzymywane przez nią są nocne mary, które z pierwszymi promieniami słońca giną. Dlatego te amulety  wieszano tak, by docierały do nich pierwsze promienie słoneczne….

     A jeśli się zakochamy nieszczęśliwie, co już raczej nam nie grozi ( chyba) to może wrócimy do młodości i poczytamy Mickiewicza. Tylko zabierzmy ze sobą amulet (najlepiej łapacz snów) bo ochroni przed tym, co na końcu Ballady „Świtezianka.” A  dla przypomnienia przytaczam  większy fragment tej Ballady:

 „Jakiż to chłopiec piękny i młody?

Jaka to obok dziewica?

Brzegami sinej Świtezi wody

Idą przy blasku księżyca.

Ona mu z kosza daje maliny,

A on jej kwiatki do wianka;

Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,

Pewnie to jego kochanka.

Każdą noc prawie, o jednej porze,

Pod tym się widzą modrzewiem.

(…)

Woda się dotąd burzy i pieni,

Dotąd przy świetle księżyca

Snuje się para znikomych cieni;

Jest to z młodzieńcem dziewica.

Ona po srebrnym pląsa jeziorze,

On pod tym jęczy modrzewiem.

Kto jest młodzieniec?- strzelcem był w borze.

A kto dziewczyna?- ja nie wiem”

I nie martwmy się już , bo Świteź nam zabrali, nasza młodość przepłynęła , dawne miłości gdzieś w tym lub już innym świecie bujają . A my trwamy…

Jeśli tego myślenia nam mało, i nadal czujemy się stłamszeni rzeczywistością,  zahukani zgiełkiem, pełni lęku i nieśmiałości a także  opuszczeni, przytulmy się do modrzewiowego pnia, a odzyskamy radość spokój i wszystko czego pragniemy, się spełni… .na pewno się spełni J

A jeśli już nas nic nie obchodzi, tamto było, minęło, przeszłości nie lubimy wspominać  i wiemy że nic nas nie czeka, pragnienia dawno umarły – to tylko wyjdźmy razem przed dom, najlepiej wtedy , gdy wstaje dzień i popatrzmy na modrzewiowe kwiatki, jako i ja patrzę. I jest cudnie….

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 21 ). Doktorat.


    Profesorowi Wojnerowiczowi zawdzięczam zrobienie doktoratu z immunologii czerniaka – był promotorem. Założyliśmy grupę badającą odporność  w czerniaku i raku płuc, bo dr Krzysko z Szamarzewa ( popularna skrótowa nazwa szpitala w Poznaniu – przyp. Z. K. ) też był zainteresowany badaniem odporności.

     Zaczęło się żmudne gromadzenie danych.

Badaliśmy 123 pacjentów z czerniakiem – by ocenić ich naturalną odporność  sprawdzaliśmy reakcję na tuberkulinę i DNCB (neoantygen: Dwu-Nitro-Chloro-Benzen) – przed , 3 dni, 3 tygodnie i 3 miesiące po operacji oraz w stanach terminalnych i ustalaliśmy  kto z nich przeżył. Przez kolejne 7 lat było żmudne zbieranie danych , przez to  zaniedbywanie życia rodzinnego,  zdobywanie pieniędzy na obliczenia statystyczne ( które wówczas mnie kosztowały 50 tys. złotych) wykonywane na komputerze w Polfie na Grunwaldzkiej. Pierwsza Żona była bardzo dzielna i wytrzymała.  Potem  była już obrona pracy doktorskiej – w Warszawie gdy już mieszkałem w Kutnie i zacząłem pracę u Profesora Bernera w Łodzi..

Na stopce po podziękowaniach miało się znaleźć : „Poznań – Łódź- Kutno- Warszawa”.  Recenzentami byli- starszy brat naszej koleżanki KRYSI STEFFEN, Profesor Steffen, Profesor Dux obaj z Warszawy i profesor Szczygieł z Krakowa. Z samej obrony najlepiej pamiętam pomoc mojej Żony Elżuni (anestezjolog) i chętnie bym się z Daną i z Nią podzielił tym tytułem.

Ale największe przeżycie miałem rok wcześniej , gdy po zawale serca w Kilonii,  bylem na rehabilitacji w Polanicy Zdroju. Miałem już  wszystkie dane i trzeba było wyciągnąć wnioski. Eureka! zobaczyłem wówczas, że pacjenci z większą odpornością na DNCB i dobrą reakcją na tuberkulinę (ale nie nadmierną) żyli dwa razy dłużej w grupie z przerzutami do węzłów chłonnych , a bez przerzutów niewielu umarło. Potwierdzone to zostało statystycznie.

Uważam, że lekarze tylko pomagają człowiekowi w jego walce z rakiem, bo NAJWAŻNIEJSZA JEST ODPORNOŚĆ WŁASNA.

Potwierdzał to później profesor Mackiewicz w Poznaniu na Garbarach. Hodował  swoje autoszczepionki i badał populacje białych krwinek. Najnowsze metody leczenia czerniaka i  nowotworów opierają się właśnie na wzmacnianiu własnej odporności.

Ale zamiast do pracy naukowej ciągnęło mnie  do chirurgii – do osiągnięcia natychmiastowego efektu po udanej operacji.

Ech, gdybym tylko dalej publikował i kontynuował badania nad odpornością w nowotworach… A NOBEL BYŁ TAK BLISKO!…

     Zresztą  pobyt w Polanicy, kolebce polskiej chirurgii plastycznej zaowocował późniejszą specjalizacją. Zamiast na zabiegi rehabilitacyjne, w miesiąc po zawale chodziłem asystować słynnemu profesorowi Krausowi i  i wówczas docentowi Kobusowi. Rekonstrukcja po okaleczających operacjach onkologicznych!

Satysfakcja i spełnienie, choć pamięta się niepowodzenia.

Po latach zakrętów robię to co umiem i co jest pasjonujące. Szkoda że przez „tzw. kolegów-wilków z Lipna” nie pracuję w Polsce.  A już się tak dobrze zaczynało!  We wszak niewielkim Lipnie na początku lat 90-tych ubiegłego wieku…

Na Zjeździe Chirurgii Onkologicznej w 1991 roku w Ciechocinku, który organizowaliśmy, dostaliśmy pierwszą nagrodę  za operacje rekonstrukcyjne w chirurgii onkologicznej. Wszyscy trzej „wilcy” tez zostali uhonorowani  i byli dopisani do moich prac. Gdy jeden z nich zobaczył nagrodę : 500 złotych polskich – powiedział, że nie warto było się wysilać. Plakaty i przezrocza kosztowały drożej ( tu przypomnienie – w tamtych czasach raczej nie tworzono  plakatów przy użyciu drukarki komputerowej – z reguły  pisano i ilustrowano  ręcznie  a prezentacja prac odbywała się przy zastosowaniu tzw. przezroczy – czyli tekstów i rycin na foliach lub kliszach fotograficznych – przyp. Z. K. )  

 To był szczyt oddziału chirurgii onkologicznej w Lipnie, utworzonego przez naszego Kolegę,  śp. LESZKA HALICKIEGO. 

Założyłem wówczas, jako trzeci w Polsce w Lipnie po Poznaniu i Warszawie – Poradnię Stomijną . Moja pacjentka po przedniej resekcji odbytnicy została nawet prezeską Stowarzyszenia Chorych ze Stomią, a dzięki temu zaprzyjaźniłem się z JASIEM KOBUSZEWSKIM ( tak, to ten wyśmienity aktor, wszystkim znany, który przez lata funkcjonuje , stale na scenie, pomimo stomii – przyp. Z.K. ). Druga pacjentka po obustronnej mastektomii z powodu zaawansowanego wieloogniskowego raka została prezeską „Różowej Wstążki” w Bydgoszczy. Obie Panie świadczą o wyższości własnej odporności nad chirurgią w leczeniu nowotworów. Trzeba walczyć do końca.Po moim odejściu,  z onkologii w Lipnie zostało wspomnienie. Jednemu z tych „wilków” po pijanemu w drodze do Włocławka  nie „wyprostował” się zakręt i skasował  prokuratora. W końcu został badaczem mięsa w rzeźni, mimo, że otworzyłem mu i dzięki mnie skończył specjalizację. A profesor Krauss, twórca polskiej chirurgii plastycznej uczeń Dr Michałka-Grodzkiego – Wuja naszego Kolegi śp. WOJTKA  MICHAŁKA-GRODZKIEGO , kiedy spotkałem Go dużo wcześniej na Zjeździe  – już wtedy ostrzegał mnie przed nimi ….

Lata lecą i pewnie niedługo bo już  jest prawie po 70-ce nie będą  mnie chcieli na chirurgii piersi .

Na szczęście 3 lata temu w Poznaniu zacząłem specjalizację z medycyny rodzinnej w katedrze śp. Profesor Horst, młodszej siostry naszej Koleżanki – HANKI HORST. Jej Ojcem, PROFESOREM HORSTEM, zresztą  kolegi mojego Ojca, Jego Genetyką i Patofizjologią byłem kiedyś zafascynowany. To też prowadziło do onkologii.

A propos medycyny rodzinnej to znowu sprzed nosa odeszła wspaniała okazja zrobienia specjalizacji „krótka ścieżka” do której namawiał mnie prof. Berner w Lodzi. Ale co? Ja ? Doktor nauk medycznych trzech chirurgicznych specjalizacji miałem zostać  „tylko” lekarzem rodzinnym? Na pieczątce by się nie zmieściło! A na Wyspach GP taki lekarz może zarobić rocznie do Ł 200 000. Przeliczcie na złote. Kolejna stracona życiowa szansa, którą będę chciał odzyskać jak zdołam zrobić specjalizację. Pierwszy staż z interny zaliczyłem już  u sp. KRZYSIA LINKE. Moim zdaniem zmarł nagle przez „lekarz lekarzowi wilkiem”.

Jedno krótkie życie Niezwykłego Lekarza – Piotra Janaszka . Wspomnienia kolegów ze studiów …

 

*

Dzisiaj nadszedł ten pamiętny dzień, kiedy to 20 lat temu zginął tragicznie nasz Kolega ze studiów ( 1965- 1971) na poznańskiej Akademii Medycznej .  Spełnił marzenie o św. Mikołaju swoim podopiecznym – dzieciom niepełnosprawnym uczestnicząc w mikołajkowej warszawskiej uroczystości…..w Domu czekały Córki ……

Na Ich prośbę  – Pani Zuzanny Janaszek – Maciaszek i Olgi Janaszek – Serafin spisaliśmy nasze wspomnienia . Dzisiaj ukazały się na stronie Fundacji, którą Obie prowadzą , kontynuując tradycję Taty – spełniają Jego dramatycznie przerwane Marzenia ….Na pewno się cieszy, obserwując Ich Piękny Aktywny Rozkwit z Nieznanej nam Dali  …… i pomaga  widząc jaki Plon wydało Jego Krótkie , ale tak bardzo nasycone Pracą i Miłością Życie…..

Dziś otrzymałam e- list od Pani Zuzanny :

Dzień dobry,

przepiękna opowieść powstała z tej korespondencji! Dziękuję bardzo. 

 Dziś dla nas smutna rocznica… Wspomnienia Koleżanek i Kolegów zamieściliśmy na stronie Fundacji. To dla nas niezwykle ważne wspomnienia, bo z tych czasów Taty nie znamy…

Zapraszam na: https://podajdalej.org.pl/aktualnosci/wspomnienia-kolezanek-i-kolegow-z-lat-studiow-lekarskich-o-sp-doktorze-piotrze-janaszku/

 Pod Państwa wspomnieniami można pobrać Taty felietony. Jako dziennikarz z zamiłowania pisał ich mnóstwo. Planujemy udostępniać kolejne artykuły.

 Zapraszam do lektury, pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za Pani ogromne zaangażowanie i tak piękne upamiętnienie Taty,

Zuzanna

 Zuzanna Janaszek – Maciaszek

Prezes Fundacji PODAJ DALEJ

Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ

  1. Południowa 2A, 62-510 Konin

http://www.podajdalej.org.pl/

FB/FundacjaPodajDalej 

​IG/fundacjapodajdalej

TT/PodajDalej_Fund

YT/PodajDalejFundacja

Pomagać nam można cały rok    ING Bank Śląski: 78 1050 1735 1000 0024 2547 0123

  *

Zgodnie z planem – przedwczoraj zamieściłam w blogu krótką notę biograficzną Piotra , wczoraj naszą korespondencję z Córkami, która otworzyła Niezwykłe nasze kontakty a dziś tekst wspomnieniowy – dokładnie ten, który już można znaleźć na stronie Fundacji Podaj_Dalej…..

Wspomnienia Koleżanek i Kolegów z lat studiów lekarskich o śp. Doktorze Piotrze Janaszku 

Grudzień 6, 2018

Razem z Piotrem przebyliśmy długie 6 lat (1965-1971) studiów na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (obecnie Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu) uwieńczone dyplomem lekarza medycyny. Dużo się wtedy działo. Z nieopierzonych bardzo młodych ludzi powoli przekształcaliśmy się w poważnych doktorów. Studia były trudne i wymagające ciągłej koncentracji, co powodowało silny stres. I gdyby nie obecność takich Kolegów jak Piotr, którzy wnosili swój entuzjazm, wielką aktywność i radość życia, wielu z nas pogrążałoby się jedynie w nauce, nieustannym zdenerwowaniu czy damy radę a czasem w depresyjnych myślach. Piotr był jak świeży, wiosenny ożywczy wiatr… niesprawiedliwy i okrutny Los nam Go odebrał…

Teraz, wspominając Piotra, przeglądamy karty z naszego albumu absolutoryjnego. Byliśmy ujęci w 10 grup . W 1-szej poniżej pokazanej – patrzy na nas, zza swoich okularów, tak jak kiedyś – spokojnie i elegancko z tlącym się uśmiechem – Piotr Janaszek. Nasz Piotr…

**

W 1971 roku zostaliśmy już absolwentami Wydziału Lekarskiego – nasz rok wydał „na świat” 223 młodych lekarzy medycyny… i każdy poszedł w swoją stronę. Niektórzy tylko spotykali się w szpitalach, przychodniach, czy utrzymywali kontakty towarzyskie…

Do pierwszego wspólnego spotkania doszło z inicjatywy naszego już śp. Marka Tuszewskiego dopiero po 20 latach od absolutorium. Właśnie to spotkanie – w 1991 roku – zostało uwiecznione na poniżej podanym zdjęciu. Jesteśmy na nim wespół z ówczesnym dziekanem Wydziału Lekarskiego śp. Prof. Kazimierzem Rzymskim i ówczesnym kierownikiem Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej śp. Prof. Edmundem Chróścielewskim.

**

Po przedwczesnym odejściu śp. Marka Tuszewskiego „pałeczkę” organizatora spotkań naszego roku przejął Piotr Janaszek. W roku 1997 oraz 1998 zorganizował je w Ślesinie k/Konina – i zapewne organizowałby następne, gdyby nie Jego tragiczna śmierć w 1998 roku. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, że widzimy Piotra po raz ostatni… możemy teraz rozmyślać. Na pewno to spotkanie wyglądałoby inaczej – nie jak zwykle w małych grupkach rozmowy, czy tańce, tylko koncentracja na Piotrze i innych kolegach… poznawanie Ich Człowieczeństwa a może problemów o których przy takich okazjach mówi się rzadko… możemy tylko żałować, że tak mało znaliśmy Piotra.

Kolejne nasze doroczne spotkania, od tego czasu systematyczne – były już, niestety, bez obecności Piotra.

Wspomnienie Zofii Konopielko z d. Łukaszewicz – grupa VIII

Kiedy niedawno usłyszałam od Kolegów z poznańskiej Akademii Medycznej, z którymi nawiązałam kontakt po ponad 50 latach – gdy powiedzieli, że nasz Kolega Piotr Janaszek zginął tragicznie w młodym wieku, w pełni sił i aktywności zawodowej – początkowo nie mogłam sobie przypomnieć tego Chłopaka. W czasie pierwszych trzech lat studiów wspólnie spędzonych (potem przeniosłam się za mężem do Akademii Medycznej w Warszawie) przyjaźniłam się z kolegami ze „wspólnego stołu” w Collegium Anatomicum i tych mam stale w pamięci. Piotr był w jakiejś odległej anatomicznej grupie. Wszak minęło już ponad pół wieku od naszych studiów. Nałożyły się też w pamięci wspomnienia czasu warszawskiego… ale stale nękała mnie myśl, że jakoś dziwnie to Imię i Nazwisko – Piotr Janaszek – było mi bliskie i jakby dobrze znajome. I rozmyślając nad tym, i oglądając zdjęcia kolegów z absolutorium nagle zobaczyłam Piotra Janaszka i wtedy przyszło jasne i wyraźne przypomnienie:

Właśnie nadszedł początek października 1965 roku, kiedy staliśmy wielką grupą – my, świeżo „upieczeni” studenci Akademii Medycznej na dziedzińcu Collegium Anatomicum w Poznaniu. Ten dzień mam w oczach. Na twarzach wszystkich rysowało się przejęcie, ale też i duma, że osiągnęliśmy swój cel. O tym co nas czeka większość z nas nie miała nawet wyobrażenia…

Egzaminy były trudne – zdawaliśmy pisemnie biologię wybierając jeden z trzech proponowanych tematów, następnie fizykę, chemię i język obcy. Potem była rozmowa z Komisją Egzaminacyjną nazywana potocznie testem na inteligencję. Wakacyjny czas oczekiwania na wyniki trochę się dłużył, choć młodość miała swoje prawa i długo nie mogła się frasować. I wreszcie dotarła do mnie informacja (do mojego gorzowskiego domu zadzwonił poznański kuzyn), że już są wyniki. Pognałam więc pierwszym pociągiem do Poznania. Na parterze Collegium Maius przy ul. Fredry 10 w Poznaniu tłoczyła się już gromadka młodych. Po prawej stronie wisiały upragnione tablice z listami przyjętych i nieprzyjętych na studia. Stanęłam za plecami innych wyciągając szyję i gorączkowo przesuwałam wzrok szukając swojego nazwiska. Może kuzyn źle przeczytał oznajmiając, że zostałam studentką – jak zawsze nie byłam pewna, dopóki sama nie zobaczę i nie „dotknę”. Wielu odchodziło smętnie unosząc porażkę lub wyraźnie radowało, ba, nawet rzucało się na szyję nieznanemu koledze. W ten sposób Leszek Milanowski (który napisał krótkie wspomnienie o Piotrze – zamieszczone dalej) poznał Tereskę Gawrońską – piękną, eteryczną blondynkę, przedwcześnie zmarłą tuż po studiach, w dodatku z dzieciątkiem w łonie…

Traf chciał, że obok mnie stał wysoki, szczupły, przystojny blondyn w dość dużych okularach o grubych szkłach. Powiedział do mnie – jesteśmy kolegami. Nazywam się Piotr Janaszek. Nieśmiało się też przedstawiłam, bo w tej 18-tej wiośnie życia taka byłam. Poza tym przybyłam z prowincjonalnego Gorzowa Wielkopolskiego, nikogo nie znałam i byłam sama w tym tłumie.  Piotr powiedział – teraz będę mógł realizować swoje marzenie i odszedł…

Wszyscy chcieliśmy zostać lekarzami, nieść pomoc ludziom, choć nie wszyscy (myślę sobie) mieli konkretny pomysł w jaki sposób to będą robili – jaką specjalizację wybiorą. Piotr wydał mi się jakby bardziej od nas dojrzały – a może tak to teraz oceniam, z perspektywy minionych 53 lat i posiadając wiedzę o Jego ścieżce zawodowej.

Z Piotrem znaleźliśmy się w innych grupach anatomicznych, więc widywałam Go z daleka. Zawsze był otoczony kilkoma dość niewysokimi koleżankami, jakoś radosny – chyba dość rozmowny, one „szczebiotliwe” – może tylko im tłumaczył zawiłości medyczne, może dowcipem rozładowywał bardzo napiętą atmosferę przed zajęciami prosektoryjnymi. Nie wiem o czym rozmawiali, ale widziałam jak ludzie do Niego lgnęli, a On ich wyraźnie integrował. Czasem wymienialiśmy się w biegu uśmiechami, ale na bliższe kontakty nie było czasu. Wszyscy byli zajęci nauką i raczej zaprzyjaźnieni z kolegami z grupy, co owocuje naszymi teraz odnowionymi serdecznymi kontaktami. Dzięki Facebookowi odnalazłam przed 2 laty Leszka Milanowskiego, Jurka Marcinkowskiego a ostatnio Hirka Głowackiego – gdyż przyszła pora na powroty do tamtych czasów. Do czasów naszej wczesnej młodości, kiedy wszystko było Pierwsze…

I tylko żal, że nie poznałam Wszystkich Najciekawszych Kolegów do których niewątpliwie należał Piotr Janaszek…

No cóż, takie jest życie, a żal daremny…

Piotr żyje w naszych ciepłych myślach, wspomnieniach… Jest z nami w czasie smuty i radości.

Dowiedziałam się teraz, że był kontynuatorem pomysłu corocznych zjazdów wycieczkowych naszego roku – i po tylu latach, kiedy od nas tragicznie odszedł – nadal corocznie koledzy się spotykają. I pomimo tego, że PESEL niektórych nie oszczędza, przybywają z wielką chęcią i radością, bo oddaje im to młodość… młodość Piękną i Szumną…

Już teraz wiem, czytając biografię Piotra – o czym marzył mówiąc mi o tym dość enigmatycznie przed tablicą przyjętych na studia – „teraz mogę zrealizować swoje marzenia”. Marzył już wtedy, ten młodziutki 18-latek, by pomagać ludziom w najtrudniejszej sytuacji życiowej – bo zwykle długotrwającej i zwykle wymagającej pomocy osoby drugiej przez cały czas. Pomagać niepełnosprawnym to Wielka Idea. Dawać Im Światło, swoją Radość życia, którą niewątpliwie miał, objaśniać jak żyć by była Pełnia… a może Dobry Bóg uznał, że Piotr dał swoim ziemskim podopiecznym wszystko i nadeszła pora na zajmowanie się tymi, którzy już w Niebie…

Wspomnienie Hieronima (Hirka) Głowackiego – grupa V:

„Kilka dni temu Jurek Marcinkowski zapytał się mnie, czy pamiętam Piotra Janaszka i czy mógłbym coś o Nim napisać.

Pomimo że to już prawie 50 lat czasu przeszło i obrazy się zacierają, to widzę Piotra zawsze w grupie kolegów, zawsze ‘w środku’. Piotr nigdy się nie pchał ‘do przodu’, ale też nie zostawał ‘w tyle’.

On był po prostu pomiędzy nami. Uprzejmy, koleżeński, towarzyski, uczynny.

Piotr – wysoki, szczupły, przystojny chłopak – cechował się zawsze uśmiechniętą twarzą. Można by powiedzieć, że miał uśmiech od ucha do ucha. Na twarzy miał dosyć silne okulary, które jakoś do niego pasowały. Często przychodził w poważnym garniturze z teczką pod pachą, co niezbyt pasowało do jego chłopięcego uśmiechu.

W 1996 roku przez przypadek dowiedziałem się o spotkaniu w Koninie. Telefon do Piotra, radość wielka. I on zorganizował mój przejazd z dworca do jego Ośrodka. Tylko dla mnie! Już w tym czasie był znany jego organizatorski talent. Od tego czasu były dla mnie nasze regularne spotkania ‘Janaszka Spotkaniami’. Jego tragiczny wypadek ogarnął nas wszystkich ogromnym smutkiem. Za to, że był inicjatorem i organizatorem naszych spotkań, za to, że nas po 25 lat po studiach znowu połączył, proponuję nasze koleżeńskie coroczne spotkania ‘Janaszka Spotkaniami’ nazwać”.

Wspomnienie Leszka Milanowskiego – grupa II:

„Piotra Janaszka obserwowałem z daleka. Jego Matka – Zuzanna prowadziła prywatną pracownię ortopedyczną [w Poznaniu przy ul. Dolna Wilda – przyp. JTM] niedaleko Kliniki Ortopedii i Rehabilitacji [obecnie: Ortopedyczno-Rehabilitacyjny Szpital Kliniczny im. Wiktora Degi Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu przy ul. 28 Czerwca 1956 r. 135/147 – przyp. JTM].

W okresie niedoboru sprzętu do rehabilitacji była to nadzieja dla niepełnosprawnych.

Myślę, że Piotr w pewien profesjonalny sposób kontynuował tradycje rodzinne.

Dumny byłem, gdy w telewizji wraz z red. Komorowskim propagował opiekę na niepełnosprawnymi dziećmi. Wiem, że byli ogromnymi przyjaciółmi, bo mam do dziś kontakt.

Żałuję, że za Jego życia nigdy nie odwiedziłem Jego obecnej Fundacji.

Zginął na trasie Kutno-Konin tej samej nocy, gdy w czasie potężnej śnieżnej zamieci sam wracałem z Kutna do Lipna.

On na pewno ‘nie wszytek umarł’ jak pisał Jan Kochanowski….”

Wspomnienia „dziewczyn z Naszego Roku”:

„Widziałyśmy jak Piotr wchodził na ponure zajęcia z anatomii. Wypatrywałyśmy, bo z nim ‘wchodziło słońce’. Wysoko nad nami ‘świecił’, bo był słusznego wzrostu, ale wspinając się na palce zaglądałyśmy w Jego oczy – dobre i pogodne. Zza szkieł okularów migotały do nas te chochliki i dawały nam siłę. Burza jasnych włosów momentami wydawała się złota. Był z nami, wesoły i uśmiechnięty… był… jak bardzo ciężko mówić był… ale dopóki żyjemy, jest nadal wśród nas – nasz Kolega Piotr, stale żywy i rozdający radość…”

Wspomnienia Jerzego T. Marcinkowskiego – grupa VIII:

Śp. Piotr Janaszek nie miał nigdy jakichkolwiek problemów z nauką podczas studiów; był poważny, kiedy należało zachowywać powagę, ale w spotkaniach z Koleżankami i Kolegami z Roku był żartobliwy, wesoły, wzbudzający zainteresowanie naszych dziewczyn.

W latach 1970-1981 brałem udział w organizowaniu i prowadzeniu obozów naukowo-społecznych dla studentów AM w Poznaniu w miejscowościach: Pustary, Łagów Lubuski, Osowa Sień, Leszno, Zbąszyń, Żary, Konin. Wyniki badań wówczas przeprowadzonych w Koninie opisał dr socjologii Zbigniew Woźniak (późniejszy profesor).[1] I wtedy w Koninie spotykałem się z Piotrem Janaszkiem i mogłem obserwować jaki wielkim autorytetem cieszył się w środowisku konińskim.

I jeszcze jedna ważna pasja Piotra. Dokumentacja. Nie tylko zwykła integracja którą uwielbiał i umiał wypełniać, ale utrwalanie ludzi i zdarzeń. Śp. Piotr Janaszek, który roku 1997 oraz 1998 zorganizował spotkania Naszego Roku w Ślesinie k/Konina, zredagował bardzo zgrabnie książeczkę, w której każdy z naszego rocznika miał możliwość przedstawienia siebie: dwa zdjęcia (z okresu absolutorium oraz aktualnego) + opis swojej działalności zawodowej + (nieobligatoryjnie) opis swojej sytuacji rodzinnej. Piotr wyczuwał konieczność pisania pamiętników lekarskich naszego rocznika – dla potomności. Po latach realizujemy tenże zamysł – z nadzieją, że Piotr patrzy z góry i może pochwala – oczywiście żal, że w tym nie uczestniczy, bo na pewno miałby więcej ciekawych pomysłów , uwag krytycznych… niejako kontynuując myśl Piotra na stronie internetowej Koleżanki z Naszego Roku Zofii Konopielko z d. Łukaszewicz: http://zofiakonopielko.pl/ zamieszczamy nasze wspomnienia, ale też wpisy o naszych zmarłych Koleżankach i Kolegach: o Teresie Gawrońskiej, Krzysiu Urbańskim, Tadeuszu Kaczmarku, Ludwiku Krzysztofie Szereszewskim, Kajetanie Petrykowskim. Teraz myślimy o zamieszczeniu tam wspomnień o śp. Piotrze Janaszku.

Na pewno znajdą się tam następujące oficjalne dane:

Śp. Piotr Janaszek w swej działalności zawodowej i społecznej wyraźnie wzorował się na tym, co stworzył profesor Wiktor Dega (1896-1995) – współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego, jeden ze światowych pionierów rehabilitacji, któremu udało się w 1960 utworzyć w Poznaniu pierwszą na świecie Katedrę Medycyny Rehabilitacyjnej. Doktor Piotr Janaszek otrzymał wiele wyróżnień za zaangażowanie w swoją pracę zawodową i społeczną, w tym Medal Karola Marcinkowskiego, który był ustanowiony przez Akademię Medyczną w Poznaniu w 1983 roku „Za wybijającą się postawę moralną i społeczną w działalności lekarskiej i opiekuńczej wobec ludzi chorych i niepełnosprawnych”. Należy podkreślić, że Piotr Janaszek otrzymał ten medal z numerem 2. Numer 1 otrzymała dr Wanda Błeńska, która stworzyła i prowadziła przez 43 lata ośrodek dla trędowatych w Ugandzie.

*

Uroczystość wręczenia medalu Karola Marcinkowskiego

I pozwalam sobie zacytować słowa Leszka Milanowskiego który za Kochanowskim napisał: ‘nie wszytek umarł’… dopóki żyjemy, Rodzina, znajomi, my i pacjenci – żyje pamięć… a dzieło śp. Piotra Janaszka które rozpoczął – Fundacja Jego Imienia – prowadzona przez Nieodrodną Córkę Zuzannę, jest świadkiem Wielkości pomysłodawcy… jesteśmy dumni z Pani, Pani Zuzanno, bo trochę jest Pani naszym dzieckiem – choć dzieckiem kolegi z niezapomnianych lat studiów…

**

*zdjęcia otrzymane od Córek Piotra Janaszka – Zuzanny i Olgi

** zdjęcia otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego

Ludwik Krzysztof Szereszewski we wspomnieniach i zaskakujące Piękno Jego Duszy w opowieści Krysi Anioł.

Nadany przeze mnie tytuł jest dość  niezręczny , ale długo się nad nim zastanawiałam  – może potem jeszcze zmienię – mam nadzieję na jakieś propozycje Kolegów – oj niełatwo ująć  skrótowo wszystko o Krzysztofie i wspomnieniach. … w opowieści Krysi ten zwykły ponury chłopak okazał się tak Piękny, że nie mogę przestać o Nim myśleć …

Jakże był samotny ze  swoją Wielką Bujną Duszą tęskniącą  do ludzi, przyjaźni, zainteresowania, może podziwu – a też miłości z myślami poetyckimi kłębiącymi się w głowie i mnogością pięknych kadrów do złapania w obiektyw… Duszą, która nie mieściła się w tym skromnym ciele  – była za duża, nieujarzmiona i chyba dlatego wybrał inny świat …..ale uprzedzam Wasze opowieści, przepraszam ….

Gdy w roku 1965 rozpoczynaliśmy studia na Akademii Medycznej w Poznaniu jeszcze nie wiedzieliśmy, ba, nawet nie myśleliśmy o tym co nas czeka…. Od tamtego października, gdy staliśmy dumni, radośni ale też przejęci na dziedzińcu Anatomicum minęło już bardzo wiele  lat – czegoś się nauczyliśmy, dostawaliśmy nieraz „ po głowie”,  nauczyliśmy się żyć z porażką ale też zwyciężaliśmy –  żyjemy i dostaliśmy od losu okazję by się tu spotykać.

Jednak wielu z nas przedwcześnie odeszło do drugiego ponoć lepszego świata.  Jeśli chorowali i na ich choroby nie było już leku – pochylaliśmy się bezradnie nad tym faktem, ale niektórzy sami sobie odebrali życie. Dlaczego ? stale wraca to pytanie.

Pamiętamy Ich wszystkich,  wspominamy  a dopóki żyjemy – Oni żyją w nas ….

Podjęliśmy  temat opowieści o naszych zmarłych Kolegach jesienią , trochę  nieświadomie, że  zbliżymy się do  listopadowego Święta Pamięci …

Zauważyła to nasza koleżanka z rokuKrysia Anioł tak zaczynając list wysłany do wszystkich  kolegów korzystających z internetu – który zamieszczam tu za Jej zgodą –  jednocześnie  dziękując za odkryte przed nami piękno umysłu Krzysia.

” Witam Was i skoro już przypominamy sobie pewne szczegóły z życia Tych, co odeszli i to tuż przed Ich świętami  

i kontynuowała : dodam może mało znane fakty lub pominięte, bo nie byliśmy jeszcze lekarzami i nie przywiązywaliśmy do nich adekwatnej wagi ( … )

…bardzo podobnie myśli Leszek którego opowieść skopiuję później ….

….rozmyślam więc –  ciekawe czy teraz , z naszą dojrzałością, wiedzą o życiu i doświadczeniem interesowalibyśmy się którymś z kolegów tak, by mu pomóc ? nie wiem ……może tak, może nie ….

Jakiś czas temu rozmawiając   z Jurkiem o kolegach, którzy tragicznie odeszli  dowiedziałam, że m. in.  w młodym wieku popełnił samobójstwo Krzysztof Szereszewski .  Postać Krzysia Szereszewskiego  zapamiętałam dość dobrze. Napisałam Postać – bo w ogóle Go nie znałam,  tylko pamiętam Jego sylwetkę faktycznie może trochę przypominającą szerszenia w skali makro  – bo tak  Go nazywali chłopcy, wywodząc to określenie od Jego nazwiska  –  był niewysokim chłopakiem –   chodził nieco wychylony do przodu –  pewnie z powodu silnej wady wzroku bo nosił duże  okulary z grubymi szkłami  i … jakby  przemykał obok…  chyba był w sąsiedniej grupie na zajęciach z anatomii….

Wkrótce dostałam od Jurka mail ze wspomnieniem o tym Koledze.  :

Z nami – podczas studiów lekarskich w Akademii Medycznej w Poznaniu w latach 1965-1971 – był m.in. Kolega Ludwik Krzysztof Szereszewski.

Postać, która wbijała się innym w pamięć z uwagi chyba głównie na to, że nosił ze sobą zeszyt do którego wpisywał dowcipy, jakie usłyszał, bądź sam ułożył. ( ooo dopiero teraz, po opowieści Krysi Anioł – zauważyłam tę ciekawą informację, którą przedtem pominęłam  –„ dowcipy, które sam ułożył” !!! ) Ten zbiór posiadanych przez Niego dowcipów był przeogromny.

Ludwik Krzysztof Szereszewski był starszy od nas o parę lat, bo wcześniej studiował mikrobiologię, ale gdzie –  niestety nie pomnę. I po studiach zamierzał w tym kierunku się specjalizować.

Wszystko jednak przedwcześnie się zakończyło przez Jego próby samobójcze. Nie mam pojęcia z jakiego powodu.

Ponoć miał powiedzieć do śp. Krzysia Urbańskiego, że nie da swego zdjęcia do albumu dyplomatoryjnego, bo już wtedy go nie będzie. I rzeczywiście nie było. Popełnił kolejne samobójstwo (leki) po którym Go nie odratowano. Nie mieliśmy pojęcia dlaczego!

 Po pewnym czasie, niezależnie od naszych z Jurkiem  mailowych wymian informacji  – zupełnie  niespodziewanie, jakbyśmy płynęli w jednym nurcie ” rzeki ” naszego życia  –  odezwał się Leszek  ( cytuję  Jego list w całości  – bo ma ciekawy osobisty podtekst  ):

 A czy pamiętacie Szereszewskiego ? To dla mnie zagadkowa postać. Zaraz po odebraniu dyplomu odebrał sobie życie.

Z początku kładłem to na karb bardzo prawdopodobnych zaburzeń  psychicznych. Dla mnie to było niewytłumaczalne.  No, odebrał, to odebrał. 

Z racji Jego samotności i pewnego jakby „wywyższania się” co kilka (mało) razy odczułem dziś uważam, że Jego targnięcie się na życie było jakąś moją współwiną. Każdy myślał  o sobie, nie patrzyliśmy na kolegów wokół, nie staraliśmy się zrozumieć i akceptować.

Dziś jesteśmy bardziej ze sobą związani niż na studiach. To na pewno stygmat naszych przeżytych lat (broń Boże podobno jakiegoś „wieku emerytalnego”),  doświadczeń życiowych i lekarskich .

Szereszewski na pewno nie miał wśród nas przyjaciół. On sobą odstręczał. Ale czy to usprawiedliwia nasz brak zainteresowania? Na pewno miał jakieś psychiczne zaburzenia, ale czy to może usprawiedliwić  naszą obojętność ?

Nie była to postać  ciekawa. ale w końcu był naszym kolegą. „Solidarność „nieco zmieniła moja ocenę otoczenia. Choć kłamstwa, oszustwa, obrażania są nadal ale czy to może nas zdenerwować? Wiemy swoje.

Na pewno kolega Szereszewski nie jest postacią, którą warto wspominać,  ale rzuca światło na nasze charaktery.

 Te ostatnie filozoficzne rozważania są pewno dalszym ciągiem zarzuconych studiów z psychologii, ale widzę, jak do rzeczywistości podchodzi moja Córka, psycholog na Kajmanach.

 Dobrze, że mamy ze sobą kontakt.

Wasz,

Leszek

 Ponieważ Leszek  swoje wspomnienie o Ludwiku wysłał drogą mailową do kolegów z roku, pobudził kolejnych.

Wojtek Kasprzak tak napisał – podaję cały list :

Jak  myślę  o genialnych  schizofrenikach  przypomina  mi  się  kolega  Szereszewski.  Potrafił  dokładnie  zacytować co  było  napisane drobnym drukiem, 10 linia od góry,  na  98  stronie  „Bochenka”. ( tak nazywaliśmy skrótowo   znany wszystkim medykom słynny 7 tomowy podręcznik z Anatomii pod redakcją Bochenka , który musieliśmy „ pokonać” w czasie tylko dwóch semestrów – bo byliśmy pierwszym rokiem, kiedy nauczanie anatomii prawidłowej skrócono o jeden rok  – przyp. Z. K. ).  

Pod koniec  studiów rozpoznali u niego schizofrenię. Marzył  żeby  być  lekarzem  wiejskim.

Nie chcieli  mu  dać  prawa  wykonywania  zawodu. Byłby perłą każdego  zakładu teoretycznego.

Chciał  być  jednak  lekarzem wiejskim i wobec odmowy uzyskania prawa wykonywania zawodu lekarza – się  powiesił.

Serdecznie  ściskam wszystkich  co  mnie  jeszcze pamiętają, tych co nie pamiętają też

Wasz  Wojtek  Kasprzak

I tu nastąpiło coś niespodziewanego – odezwała się Krysia Anioł – odsłaniając przed nami tyle nowych  informacji o „ Szerszeniu „ , że nasze o Nim wyobrażenia dotychczas dość ponurawe przybrały piękną barwę – jednym słowem postać Ludwika Krzysztofa Szereszewskiego  zajaśniała przed nami pięknym światłem.

Za Jej zgodą zamieszczam tu cały Jej list oraz erratę , bo przy okazji z wielką swadą wplata niezwykle interesującą opowieść o sobie . …

  1. Krzysztof vel LUX, bo tak podpisywał w „ITD” swoje przednie felietony. Byłam z Nim na krótkim obozie „naukowym” w Powierciu (może mylę miejscowość), ale  koło Słupska, również z Zakładu Higieny. Chodziliśmy badać wodę w studniach…

Krzysztof zawsze miał aparat fotograficzny, robił przepiękne ujęcia, artystyczne, biało-czarne, z cieniem, z negatywem, z filtrem itp. Potem je sam wywoływał, cieniował, poprawiał… Miałam swego czasu sporą kolekcję własnych fotografii z Jego ręki…   Należał do typu astenicznego „cherlaka” i być może zaciekawiła Go moja atletyczna siła (wtedy jeszcze uprawiałam lekką atletykę w II-ligowym GKS „Olimpia” Poznań i jednocześnie siatkówkę w KS.”Energetyk” Poznań, również II-liga…o czym wiedzieli tylko nauczyciele Studium WF AM i …J.M. Rektor Roman Góral, bo przenosili moje tzw. ” sztywne karty” do AZS przed MTU :Mistrzostwa Typu Uczelni – w piłce siatkowej, lekkiej atletyce, narciarstwie i nawet raz w piłce koszykowej…)

 Ad rem: ta siła którą musiałam jakoś uwolnić, bo to nie był obóz sportowy, a taki nijaki… spowodowała, że podczas jakiegoś dłuższego marszu, przechodząc obok rzeczki Parsęty – rozebrałam się odpowiednio do pływania i popłynęłam sobie środkiem rzeczki, a Krzysztof biegł po nabrzeżu, robiąc zdjęcia i układając zapewne kolejne strofy wierszy…

a pisał rzeczywiście wspaniale. Rytm i rym wiersza dosłownie spływał mu z pióra. Może pamiętacie sytuacyjny wiersz, który wywiesił przed aulą na Przybyszewskiego na Dzień Kobiet, pamiętam jego fragmenty do dzisiaj.

Tłumaczył też poezję rosyjską – przysłał mi wiersz „swój” Siergiusza Jesienina pt. „Pieśń o psie”, przy którym serdecznie się spłakałam.

Po powrocie z tej eskapady, a przed zgrupowaniem sportowym w Sierakowie pojechałam jako p.o. lekarz na rozbrykaną, męską kolonię do Chodzieży, gdzie za każde przekleństwo aplikowałam 50 lub 100 przysiadów, a mogłam to robić, bo sekundował mi kierownik kolonii, który był moim nauczycielem WF z Liceum.  Tamże otrzymałam od Krzyśka TEN WIERSZ pt. „Jak się Anioł utopił w Parsęcie…” mam go do tej pory. Do wglądu, jak zaznaczył, bez prawa kopiowania, przesłał mi ogromny zbiór swoich wierszy…trochę je jeszcze pamiętam.

Gdyby taki dorobek zaginął w rodzinie byłaby ogromna szkoda. A być może tak się stało…..

Krzyś miał ojczyma i przyrodniego brata, który zawsze był w tej rodzinie na miejscu pierwszym…Krzyś na ostatnim…ale  miał wiernego psa.

Po obozie, nie pamiętam w jaki sposób dotarliśmy do domu Krzysia w Koszalinie ul. Zgoda 15 (przypomniałam sobie jak zakończyłam to pisanie…), chyba była z nami Teresa Tułecka, Olga Czekała, nie wiem kto jeszcze… zaprowadził nas do swojego królestwa: poziom dolny domu to było ogromne laboratorium fotograficzne. Pies był też ogromny i wspaniały.

…przewijam taśmę myślową …kochał się STALE w Monice…to było wiadome i dla niej chyba tworzył wiersze najpiękniejsze… chociaż nie odpowiadała na jego adorowanie… załamał się na piątym roku…trochę zagubił się, chyba był leczony, przerwał studia (?) nie wiem, ale nie dotarł z nami na szósty rok.

I teraz :

PODOBNO: otrzymał dyplom rok po nas, nie wiem jak było z prawem wykonywania zawodu, ale wiem , że pracował w szpitalu w Koszalinie (?), otrzymał salę z pacjentami, jeden z pacjentów mu „odszedł na wieczne łowiska”, Krzyś uważał, że to jego wina…………….przyszedł do domu i w ukochanym laboratorium powiesił się…… Nie wiem ile w tych podaniach z ust do ust jest zawarte prawdy. Może więcej będzie wiedziała Ulka Mikołajczak-Mejer z Koszalina.

    A w ogóle to po tylu latach pewne fakty, słabo odkurzane, zacierają się i to dodatkowo mnie, która nabyła tego „nosa” i „rozumu” lekarza jakieś kilka lat po studiach…bo studia dla mnie to była CHWILA  największych sukcesów i najcięższych kontuzji, jakich doznałam w sporcie. A nagrodę rektorską za dobre wyniki w nauce dostałam raz (po czwartym roku), gdy prawie pół roku byłam do pasa w gipsie po kolejnym urazie narciarskim ….. Tak, nawet mój Ojciec (dożył 98 lat +2017) żartował, że studia przeszkadzały mi w uprawianiu sportu…ale miałam ten komfort, że mogłam uczyć się nocami… gdy była cisza …nigdy nie mogłam uczyć się z kimkolwiek, choć próbowałam, bo przecież nie mieliśmy wszystkich podręczników, skryptów, to była bieda…nawet śmierdzące denaturatem arkusze z kserokopiarki wietrzyłam na balkonie by w nocy nie lać na nie łez. Podziwiałam tych wszystkich, którzy potrafili uczyć się w akademiku… i do tej pory podziwiam np. Ulkę Mikołajczak, z którą spotykamy się w gronie lekarzy sportowych.

KONIEC, więcej ode mnie nie dowiecie się, chyba, że napadnie mnie ponownie, o północy PAMIĘĆ.

Przyznam, że ULŻYŁO MI, GDY WYGADAŁAM SIĘ DO WAS. BO JUŻ OD DAWNA MIAŁAM ZAMIAR PRZEKAZAĆ TE INFORMACJE, O KRZYSZTOFIE LUDWIKU SZERESZEWSKIM, SZERSZEMU, ALE PRZYJAZNEMU GRONU I BYĆ MOŻE SPOWODOWAĆ, ŻE TE JEGO WIERSZE BĘDĄ MOGŁY BYĆ KIEDYŚ WYDRUKOWANE ….DLA POTOMNYCH.

Serdecznie Was pozdrawiam – Krystyna Anioł-Strzyżewska

Po pewnym czasie Krysia przysłała  erratę do swojego wspomnienia :

            Witam i uzupełniam z pamięci nieprawdziwe dane podane w pierwszym pisaniu o L.K. Szereszewskim. Otóż nie Powiercie k. Koła, a wieś PUSTARY  w gminie Dybowo k. Kołobrzegu, bo tam płynie Parsęta…

Wspaniały pies Krzysztofa to był Ralph….

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 24 ). Poród w pantalonach.

 

Za oknem  wichura, deszcz zacina, leniwie jaśnieje dzień . Liście opite wodą do granic wytrzymałości spadają na głowę. To już koniec złotej jesieni 2018 roku….

I wtedy na blogową „arenę „wkracza Mariolka. Jak zwykle z opowieścią i swoim uśmiechem –  uśmiechem pomimo wszystko. Bo temat to poważny.

Dyżur w Pogotowiu Ratunkowym, chyba jeden z pierwszych, wezwanie do porodu. Pewnie pora przed świtem , bo wtedy najczęściej rodzą się dzieci.

Gdy czytam opowieść Mariolki, krótką , ale pełną treści –  wtłaczają się moje wyobrażenia, myśli – bo to też nasz czas, nasze przeżycia – pewnie w jakiś sposób podobne, choć porodu w karetce nie odbierałam, ale bywało różnie …..

I widzę tę Młodziutką Dziewczynę – tak, wszyscy tacy byliśmy w tych pierwszych latach 70 ubiegłego wieku –  gdy  wciska się do karetki, bo jest duża a jeszcze ta wielka jasna burza na głowie którą rozwiewa wiatr i zahacza włosy od kostropate drzwi karetki  – a karetka niska, mała, ciasna – może stara Warszawa, a może już Fiat – czy Nyska – wysoka ale do której trzeba się wdrapywać – nie pomnę  – ale wtedy takie były – tylko polskie samochody – bo „żelazna kurtyna” a Zachód  jak mawiały nasze władze – „zgniły” – więc be. Byliśmy cywilizacyjnie zapóźnieni o pół wieku ….  

 Dobrze pamiętamy to wewnętrzne  uczucie przejęcia i drżenie serca, ale na twarzy siła i energia –  twarz pokerowa – bo duma, że jesteśmy lekarzami  –  więc pełna mobilizacja i opanowanie – niesiemy  pomoc ludziom – to nasze hasło przewodnie . To nasza misja. O to walczyliśmy ucząc się z zapałem do egzaminów na AM i przez 6 lat studiowaliśmy „ gryząc „ wiedzę –  osiągając upragniony dyplom. Więc mamy to, czego pragnęliśmy ….

Karetka mknie, podskakuje na wyboistych ulicach – wszyscy pamiętamy takie „ jazdy”, gdy głowa uderzała o dach a trzeba było założyć „ wkłucie „ do żyły, reanimować, sprawdzać parametry życiowe – bo urządzeń stale monitorujących nie było …..i dowieźć pacjenta żywego do szpitala. Bo zgon w karetce to wielkie komplikacje – nie mówiąc o traumie załogi , z którą potem żyje młody lekarz ……jak dobrze to znamy …..

Ale ad rem . Mariolka kiedyś napisała w Grupie, krótko – ale jak wspomniałam otworzyła nam nasze wspomnienia, stale w nas żywe ….

wezwanie do porodu – jedziemy daleko, rodzącą na nosze i powrót do szpitala. Karetka pędzi, kobieta krzyczy więc stajemy na poboczu blisko szpitala.  Odebrałam poród w tej małej karetce, zaopatrzyłam pępowinę i  na oddział. Tam gromki śmiech bo ….kobieta ma na sobie wielkie pantalony a z nogawki zwisa pępowina. Takich różnych przypadków każdy z nas ma cały zbiór, prawda?

 Jurek odpisał : wielka prośba do Mariolki: jakie to są te wielkie pantalony i czy nie przeszkadzały w porodzie?! Czy kobieta może urodzić nie zdejmując dużych pantalonów?

Oczywiście nikt z nas  nie udzielił odpowiedzi na to pytanie – tylko u wszystkich zadziałała wyobraźnia . Jak widać – Jurku – można, czego dowodem opowieść Mariolki 🙂 i Jej odpowiedź – wyobraź sobie że do tego porodu też bym nie uwierzyła! Nogawka w nich była tak wielka czyli szeroka że ja NIE WIEDZIAŁAM że one tam są – myślałam że są 2 spódniczki 🙂

Tak sobie gawędziliśmy w naszej messengerowej Grupie, którą przypadkowo założył Jurek . A  co się kryło za tą opowieścią i zda się banalną rozmową – napisałam we wstępie.

Miłego Dnia, mimo wszystko….

Zdjęcie Mariolki jest Jej własnością, przyrody moje…

 

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 23 ). Słowo nie zawsze jest święte – czyli rzecz o zaskakujących początkach życia w Kępnie.

Dla Ciebie Mariolko zdjęcie Bałtyku , bo uwielbiasz ….no i symboliczne światło …..

Któregoś dnia otrzymałam  od  Mariolki mail  z opowieścią, która zaraz tu przybędzie .

Ten tekst jest nie tylko dla mnie ważny – ale  też dla Was – którym może troski spędzają sen z powiek  , a  problemy przygniatają tak –  że zda się świat przestaje istnieć .

Tak nie jest moi Drodzy, świat  istnieje  nadal i wiruje tak jak wirował….

A my musimy się podnieść,  iść dalej, pokonywać progi, klęski przekuwać w zwycięstwo i nie zagubić zachwytów nad tym że dookoła jest pięknie i że żyjemy ….

            Droga  Mariolki nie była usłana różami, pewnie o wiele trudniejsza niż niektórych z nas –wieloletnia choroba Męża i Jego odejście , małe dzieci, intensywna praca zawodowa – potem udar – i powrót do ziemskiego życia z „ tamtej strony „  –  by stać się świadkiem i nam o tym  opowiedzieć . To droga dla Siłaczki  – jesteś taką Mariolo –  przy Tobie niektóre nasze problemy wydają się miałkie i grzechem jest narzekać.

Podziwiamy Cię , tym bardziej gdy widzimy jak potrafisz  cieszyć się życiem, łapać piękne chwile – także te  nasze wspólne – jesteś Niezwykła  Mariolko …

.     Mariolka, zasiedziała już poznanianka , otrzymała pracę  w mieście dość odległym o domu rodzinnego – w Kępnie. I tak opisuje swoje pierwsze tam dni tygodnie i miesiące …..

smutny, deszczowy dzień więc napiszę o początkach w Kępnie to trochę rozweselę Ciebie – taka mam nadzieję.  Nie robi komp ogonków więc wybacz że masz utrudnione czytanie. Faktycznie trochę mam, szczególnie że chyba nie ma programu by sam poprawiał – ale to przyjemność, bo czytam  po raz enty Twoje mądre , dające siłę –  pisanie . Dodaję swoje uśmiechy – bo kiedyś miałam podobnie sytuacyjnie, ale był to czas krótki ….

             Muszę wrócić do rodzinnego domu gdzie  słowo dane było święte – nie można było kręcić. Rodzice też dotrzymywali co wiązało się z różnymi ICH perypetiami o czym kiedyś napiszę.

W rozmowie z dyrektorem szpitala o podjęciu pracy powiedział że mieszkanie na mnie czeka.

Mimo protestów taty i jego nalegań bym sprawdziła –  byłam pewna że jeśli DYREKTOR powiedział że jest –  to jadę na gotowe

Kupiłam meble w Poznaniu, meble na wynajęte auto, ja z dzieckiem do szoferki i jazda do Kępna ( mąż już był w szpitalu od kilku miesięcy).

Przyjeżdżam pod szpital, zgłaszam się do dyrektora po klucze a on w szoku.

Mieszkanie czekać będzie ale …kiedy??

Dziś rozumiem szok jaki przeżył widząc taka naiwniaczkę.

Cóż było robić. Meble zawiozłam do teściów ( pod Kępnem)  – rozładowali pod domem. Dostałam wolne od dyrektora na czas szukania dla mnie mieszkania.

Znaleźli po zmarłej  kobiecie, w jej rodzinnym domu przejętym jak to kiedyś było przez miasto.

Mieszkanie jeszcze pełne jej rzeczy.

Szpitalni pracownicy posprzątali, wymalowali i po 2 tygodniach mogłam się wprowadzić. 

Byłam „blokową  babą” czyli kaloryfery, gaz a tu…..

Moja radość nie trwała długo bo …jak gotować na kuchence węglowej?????????

Jak się wymyć i wykąpać   gdy piec w łazience ma kocioł nad paleniskiem a ja nie mam węgla i w ogóle nie wiem jak się do tego zabrać

Czyli szkoła przetrwania.

Jak zawsze  miałam szczęście do ludzi.

Na tym samym piętrze mieszkała córka zmarłej  z całą swoją rodziną. Pewnie zrobiło się jej żal takiej ofermy jaką zobaczyła i zaopiekowała się mną. Zaoferowała że zajmie się dzieckiem gdy będę w pracy, pomagała w nagrzaniu wody.

Miała synów w moim wieku z którymi z biegiem czasu zaprzyjaźniliśmy się, pomagali rąbać drzewo, nosić węgiel

Wszystkiego uczyłam się .

Widziałam jak teściowa dokłada do pieca w kuchni co jakiś czas a że nie widziałam jak pali w piecu kaflowym to też tak dokładałam w moim piecu w pokoju przez kilka początkowych miesięcy.

Co kilka godzin wybiegałam ze szpitala ( było to ok 100 m od mojego domu) by podtrzymać ogień i dziwiłam się dlaczego tylko ja to robię. Wytłumaczyłam sobie że inni mają rodziny i oni im podtrzymują ogień 🙂

Sprawa wyjaśniła się po kilku miesiącach – przyjechał  teść i stwierdził że piec się podniósł . Doszedł przyczyny, nauczył a ja zaczęłam szukać mieszkania w bloku by uwolnić się od prac górniczych  🙂

Rąbanie drzewa też musiałam ćwiczyć – mimo różnych niecelnych trafień udało się i ręce mam !!! 🙂

Brak piecyka gazowego również  był przyczyną różnych niespodzianek

Z głową pochyloną przed paleniskiem podpatrywałam gdzie jest płomień i celowałam by garnek z mlekiem był nad nim. Wielokrotnie z mleka zrobił się ser 🙂

Wiedziałam że za pierwsza wypłatę  MUSZĘ  kupić maszynkę  gazową …

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 11 ). Kazimierz Petrykowski ( Kajtek ) stale obecny w naszej pamięci….

 

 

 

Wahałam się, czy dziś zamieścić tylko opowieść   Leszka – bo jest dość obszerna – ale zdecydowałam się na dwugłos.  Głównie  z powodu, że chciałam dać nasze wspomnienia  w jednym wpisie, gdyż prawdopodobnie wyszukiwarka internetowa poda tylko jeden adres, gdzie można znaleźć Kajtka 

Mój głos jest zwykły, sztubacki ale Leszka bardzo głęboki – nie tylko przedstawia On studenckie życie, ale też wielość zainteresowań – ciekawych pasji – a na przykładzie Kajtka i Andrzeja objaśnia mechanizmy zniewalania ludzi w czasach „ komunizmu „  …. chyba ponadczasowe….

 Więc będziemy tu razem Leszku, ok ?

Tym bardziej, że spotkaliśmy się po 50 latach z Tobą, Jurkiem i Mariolką – i okazało się, że nadal jesteśmy wielką rodziną młodych  studentów, którzy startowali w 1965 roku w trudne ale i piękne życie z Medycyną . Działo się to w naszej Alma Mater, czyli   poznańskiej Akademii Medycznej .

Dziś wiemy, że  w cudowny sposób zachowaliśmy młodość, wzajemne sympatie, porozumienie dusz  i  wiele wspólnych  wspomnień….

Gdy w 2011 roku rozpoczęłam moją blogową przygodę, zapisując różne historie rodzinne oraz wiele innych , zależnie od nastroju – w 2012 roku dotarłam do czasów poznańskich.  Wspomnienia te są zawarte w rozdziale , któremu nadałam tytuł Na medycznej ścieżce . Przypominając  kolegów ze studiów  nie mogłam pominąć Kajtka.

I teraz kopiuję tę opowieść. Podawałam ją wtedy  w krótkich odcinkach –  bo rodzinka jak to teraz  mają młodzi –   wolała takie –   a potem oddam głos Leszkowi, którego wspomnienie z  wielu podanych powodów – jest ciekawe i  ogromnie fascynujące – tak wielce, że czyta się jak kryminał i  mogłoby być scenariuszem do filmu …..

 Opublikowane w Lipiec 13, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek

Kajtek. Był naszym kolegą  z roku. ( studia na poznańskiej Akademii Medycznej w latach 1965 – 1971 – moje do 1968 bo potem Warszawa ) . Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam. Teraz, po latach wiem, że przez Leszka, z którym miałam szczęście być bliżej . Właściwie obaj Chłopcy nieomal się zdawali Jednością – tak bardzo podobni – może niezupełnie fizycznie – ale ten sam temperament, wielka inteligencja, radość życia , empatia , wielość zainteresowań i potrzeba integrowania wszystkich . 

Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.

To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw.  Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.

Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .

Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!

Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.

Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.

Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.

Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta.  Ulokowany  na parterze wielkiej kamienicy stanowił  w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta.  Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość,  wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.

Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze „żyje”. Wokół tyle się zmieniało,  przyszły nowe inne czasy.

Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia.  Był  i czekał jak zwykle.

To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….

Opublikowane w Lipiec 15, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Kajtek i filharmonia.

I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…

Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam  kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.

Opublikowane w Lipiec 19, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Muzyka i Kajtek.

Gdy przekraczaliśmy próg Filharmonii, zagarniał nas wielki świat. Już nie baraszkowaliśmy jak zwykle, ale poważnie zajmowaliśmy miejsca na parterze ogromnej wielkiej sali.

I była tylko muzyka. Tam słuchałam jak gra i oglądałam piękną młodą dziewczynę z długimi, kruczoczarnymi włosami, odkrycie w świecie muzycznym, która nazywała się Martha Argerich. Ileż minęło już lat, a ona stale koncertuje. I nadal jest piękna,  może tylko trochę inaczej…

Po koncertach Kajtek  zrywał się z miejsca i inicjował spontaniczne wielkie wszechogarniające brawa. Potem pędziliśmy za nim za kulisy. Tam jeszcze raz gratulował artystom i prosił o autografy. Wcześniej zaopatrywaliśmy się w programy. Ustawialiśmy się za Kajtkiem grzecznie w kolejce po upragniony podpis światowych sław.

Muszę zajrzeć do naszych programów teatralnych zbieranych przez Mirka i schowanych w tekturowej walizce z dawnych czasów. Leży ona w pawlaczu szafy w naszej nadbużańskiej posiadłości, w Gulczewie. Może znajdę tam program sprzed ponad 40 lat z podpisem  wielkiej pianistki, może nie, nie wiem…

Opublikowane w Lipiec 21, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich

Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967)  najlepiej zapamiętałam niezwykłą,  dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.

Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.

Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji.  Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry.  Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna  jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na  burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …

 Zachowałam ją w  pamięci jak  piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich .

I tak wędrując teraz w wyobraźni moimi poznańskimi ścieżkami spotkałam Ją, Wielką Damę czarno białej klawiatury.( tu następuje opis jej sylwetki , którego już nie podaję )

Dziękuję Ci, Kajtku za to, że pokazałeś mi świat wielkiej  muzyki – bo grałam na pianinie, słuchałam radia, ale na koncertach zaczęłam bywać za Twoją sprawą . Na pewno mnie słyszysz , choć pewnie już nie pamiętasz – jak większość kolegów z poznańskich studiów….

Powtarzam się, ale muszę, bo to ważne – dobrze się stało, że spotkaliśmy się z Jurkiem, Leszkiem i Mariolką po 50 latach – i jesteśmy teraz tu, zjednoczeni wspomnieniami …..

Leszku, a teraz Twoja kolej, opowiadaj – jak napisałam we wstępie – to – co i jak opowiadasz jest gotowym scenariuszem do filmu – nie tylko biograficznego ale też historycznego a zarazem kryminalnego  :

Leszku !!!! dałam swoje podtytuły –  jeśli się nie zgadzasz – napisz – wprowadzimy korektę wg Twojej woli !!!!!!!!!!

 KAJTEK ( KAZIMIERZ !) PETRYKOWSKI

 Wszyscy pamiętamy naszego pierwszego i najlepszego starostę Roku wybranego już w październiku 1965 roku.( nie ujmując koledze Ratajskiemu i naszej obecnej miłościwie nam panującej starościnie Alicji Kaczmarek).

Wszyscy Go pamiętamy jako faceta żywiołowego, zawsze pogodnego, rozwiązującego łatwo wszystkie problemy. Faceta który był autentycznie dla wszystkich życzliwy i który na pewno nie miał wśród nas wrogów. Tragiczna samobójcza tajemnicza śmierć nas wszystkich zaskoczyła. Nie mówi się o sprawach tajemniczych i niewyjaśnionych. Chciałbym o Kajtku napisać trochę moich wspomnień i może rzucić światło na Jego tajemniczą tragiczną śmierć.

NASZ KOLEGA ANDRZEJ HYŻY

   Zacznę niestety od Andrzeja Hyżego – bo to z Nim wiąże się tragiczna śmierć  Kajtka. Gdy po spraniu mnie po gębie przez Olę odszedłem z grupy 15-tej, przeniosłem się do pierwszej, gdzie był Andrzej Hyży. Uzyskał On 120 punktów na egzaminie wstępnym i dla mnie był wzorem niedoścignionym. Wówczas, ale nie po śmierci Kajtka. Dlaczego był wzorem tylko wtedy, to później. Na drugim roku razem z Andrzejem zaczęliśmy równolegle studia na Uniwerku na chemii. Mi przeszło po kilku miesiącach, ale Andrzej dociągnął do końca i też przerwał.

DYSKUSJE O LEMIE

   Prawie cały czas do śmierci Kajtka chodziliśmy we trójkę  z Andrzejem między Obozową i Gospodą Targową na Grunwaldzie, gdzie obaj najpierw osobno  potem wspólnie mieszkali. Dyskutowaliśmy o Lemie i gdy ja się zatrzymałem na „pilocie Pirxie „,  Oni przedstawiali wyższość „Dzienników znalezionych w wannie”.

O ZAANGAŻOWANIU POLITYCZNYM

Przed śmiercią Kajtek mieszkał w jednym dwuosobowym pokoju z Andrzejem, co było rzadkością. Kajtek nigdy nie angażował się politycznie, a  Andrzej wciągnął  mnie do ZMS ( skrót od nazwy  Związku Młodzieży Socjalistycznej – przyp. Z. K. )i nawet organizowałem Studencki Ośrodek Dyskusyjny. Gdy nie chciałem podpisać tzw. „deklaracji potępiającej   wichrzycieli i młodzież  bananową”  przyniesionej z KW PZPR ( Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej –  która zresztą z prawdziwymi robotnikami nie miała wiele wspólnego – przyp. Z. K. ) przez szefa ZMS   tow. ?Piszczka. Nawet Andrzej nie mógł mnie obronić, bo mówił mi że „taka jest teraz potrzeba”. Niech mu tam.  Zostałem usunięty z ZMS-u.  Po wyrzuceniu nie chciano mnie puścić na praktykę do Anglii. I tak w końcu pojechałem bo Marek Lehmann zrezygnował na rzecz Szwajcarii a nikogo innego z angielskim nie mieli.

                  Dlaczego ten długi wstęp?. Andrzej był członkiem miłościwie wówczas panującej przodującej siły Narodu ( tak nazywano oficjalnie i a przez ogół ludzi – prześmiewczo –  PZPR – przyp. Z. K. ) .  Andrzej Hyży był głęboko przekonany o słuszności idei. Po Marcu 1968 roku moje kontakty z Andrzejem się rozluźniły, ale nadal w pewien sposób szanowaliśmy się.

                  Tak długi wstęp do Kajtka był potrzebny,  żeby zobaczyć Jego miejsce przed tragiczną             śmiercią.

Kajtek najbardziej przyjaźnił się z Bolkiem Stawnym. Choć uważałem Go za swojego drugiego, po Andrzeju idola.

JAK POZNAŁEM KAJTKA

Poznaliśmy się jeszcze przed Jego wyborem na Starostę Roku. Zawsze się spóźniałem. Anatomia była o 3-ciej i o tej porze na bimbach ( pieszczotliwa nazywa poznańskich tramwajów – przyp. Z. K. ) wisiały „winogrona”. ( tak mówiło się potocznie o żywej masie ludzkiej skłębionej  przy wejściu do tramwaju – bo taboru było za mało, autobusy i tramwaje jeździły wolno a drzwi nie były zamykane przez motorniczego – więc nadmiar wisiał ledwie się trzymając – albo nawet lokował na zderzakach – przyp . Z. K. – dla młodszych czytelników, którzy nie mogli tego widzieć )  Byłem wśród nich. Tuż przed przystankiem na Przybyszewskiego po prostu odpadłem. Ktoś popchnął? Straciłem równowagę, patrzyłem tylko by nie wpaść pod kola. Ledwo wstałem podbiegł do mnie chłopak z roku, pomógł się otrzepać i razem jeszcze do tej „13”-tki się wepchaliśmy. To był Kajtek na którego z przekonaniem później również głosowałem.

DYSKUSJE NAD ARTYKUŁAMI  REMA

                   Pamiętam najpierw gorące z Nim dyskusje o artykułach z Życia Literackiego: „Viola da gamba” i „Viola d’amore” pisane przez niejakiego Rema. Przemycał ciekawe spojrzenia na system choć potem okazał się być rzecznikiem rządu Jaruzelskiego – to ten, który informował że „rząd się wyżywi”. Wtedy jeszcze w latach 60-tych był ciekawą jakby opozycją.

KONCERTY W POZNAŃSKIEJ FILHARMONII

                  Chodziliśmy na Koncerty Poznańskie z Mariolą Hołoga i Tereską Tulecką. Tam spotkaliśmy Kajtka i odtąd chodziliśmy razem. Kajtek wspaniale interpretował np. Vivaldiego „Cztery Pory Roku”, Symfonie Beethovena i Koncerty Czajkowskiego. Zarażał nas swoją wyobraźnią. Na koncerty wchodziliśmy tajemnymi wejściami bez biletów. Na konkursie Wieniawskiego chyba w 1967 roku  razem z Kajtkiem po przejściu przez Collegium Juridicum i garderobę artystów z jaskółki  ( tak nazywano najwyższe piętro w teatrze, operze czy filharmonii , często nieomal przyczepione pod sufitem – zwykle  przypominające gniazdo jaskółki – z bardzo słabą widocznością ale za to bardzo tanie  – przyp. Z. K. ) wypatrzyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie obok Profesor Ireny Dubiskiej na finałowym koncercie. Usiedliśmy jak najważniejsi goście. No bo przecież na te miejsca nie trzeba było kupować biletów. Głośno i długo biliśmy brawa wspaniałemu Rosjaninowi (muszę sprawdzić nazwisko) ale Pani Dubiska patrzyła na nas zgorszona jak na komunistycznych prowokatorów.. Wtedy pierwszy raz widzieliśmy i słuchaliśmy wspaniałego Konstantego Kulkę.

POCHODZENIE KAJTKA

                 Kajtek pochodził z biednej rodziny o której niechętnie opowiadał ale to było widać. Czasem zapraszałem Go na Obozową do Cioci, ale chyba lepiej czuł się gdzie indziej. Myślę, że ten tajemniczy kolega Marioli za którego zjadłem u Jej Mamy obiad, to właśnie był Kajtek. On nigdy sam się nie narzucał, ale czasem razem chodziliśmy na tzw. „zupy” lub „resztki” do stołówki w Parku Kasprzaka. (obecnie Park Wilsona – przyp. Z. K. )

KAJTEK NAJLEPSZYM STUDENTEM NA MEDYCYNIE

BO „TA WIEDZA JEST PRAWDZIWA I POTRZEBNA „

                Kajtek miał same bardzo dobre oceny.. Był najlepszy na roku. Nauka i egzaminy przychodziły  Mu niezmiernie łatwo. Naprawdę był bardzo zdolny. Kiedyś mi powiedział, że repetował którąś  klasę w szkole średniej i miał słabe stopnie. Nie chciało mi się wierzyć. Zresztą też na studia się dostał  z nie najlepszymi ocenami. Powiedział , że szkoda było mu czasu by uczyć się nieważnych rzeczy. Teraz na medycynie to jest prawdziwa i potrzebna wiedza – to było Jego zdanie.  Chłonął Ją całym sobą. Tak samo jak kulturalne życie Poznania.

POZA MEDYCYNĄ STUDIUJEMY PSYCHOLOGIĘ

 Gdy na trzecim roku zapisał się na psychologię zapisałem się z Nim.  Chodziliśmy razem na statystykę, filozofię, matematykę  ale do dziś pamiętam wykłady i prace z osobowości. Nasza edukacja zakończyła się po roku, bo Kajtek powiedział, że „nie będzie stawiał browaru, gdy chce tylko wypić  piwo”. Ja napisałem pracę o osobowości noworodka i niemowlęcia, o czym teraz mówi w Poznaniu Profesor Monika Brzezińska z Katedry Psychologii Wieku Rozwojowego. (słuchajcie Jej wykładów na SWPS – świetne – chyba trochę ze mnie zerżnęła…)  🙂

NURKOWANIE

                    Ponieważ z Kajtkiem stwierdziliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu chodziliśmy razem na kurs żeglarski prowadzony w Radzie Okręgowej przez Marka Orkiszewskiego (późniejszego niepokornego docenta chirurga dziecięcego) i na kurs dla płetwonurków.

 To zamiłowanie do nurkowania Kajtka pośrednio zgubiło. Po kursie uczestnicy mieli jechać na obóz do Jugosławii. Ja też miałem jechać  z Kajtkiem ale wydawało mi się za drogo.  A poza tym przede wszystkim w ostatniej chwili dostałem praktykę do Glasgow. Teraz pracowałem kilka miesięcy w tym samym szpitalu i spotkałem Mr Spencera, któremu 50 lat wcześniej asystowałem do Jego pierwszych samodzielnych operacji. Może i dzięki temu, że nie pojechałem z Kajtkiem ja żyję do dziś gdy On odszedł?

EUROPEJSKIE WOJAŻE KAJTKA I NIEROZWIĄZANA ZAGADKA

    Nie wiem skąd Kajtek miał forsę, bo na pewno Rodzice Mu nie dali. Może tu ktoś Go za coś zasponsorował? Jak wrócił i spotkaliśmy się na początku października to z entuzjazmem opowiadał, że po tym obozie się urwał i zjeździł całą Europę. Wiedeń, Niemcy, Paryż przez całe dwa miesiące. Gdy Go  spytałem za co jeździł, to mówił, że trochę pracował i że „zawsze jakieś pieniądze się znajdą”, Zazdrościłem Mu jego włóczęgowskiej duszy, ale nie zdawałem sobie sprawy jaką cenę za to musiał zapłacić. Nie chcę nic sugerować, ale pewno znów ktoś Mu musiał dać jakąś kasę. Może z drugiej strony?

ANDRZEJ, KAJTEK W PUŁAPCE  I MOJE ROZWAŻANIA

    I tu powrót do Andrzeja.  Kajtek do tego czasu mieszkał chyba z Winicjuszem Kozłowskim i jeszcze kimś. Po powrocie z Zachodu dostał dwójkę  razem z Andrzejem. Kajtek, całkowite zaprzeczenie politycznego zaangażowania z głęboko zaangażowanym członkiem partii. Obaj nie żyją, więc mogę sobie pozwolić na moją analizę tego, co się z Kajtkiem stało. Andrzej mówił mi, że Kajtek jest w depresji. Mogę podejrzewać, że albo partia chciała z Kajtka zrobić TW ale raczej to te nieznane pieniądze z Wiednia Kajtka zgubiły. Myślę, że ktoś mógł na Niego naciskać, żeby się wywiązywał ze zobowiązań na rzecz tzw. „Zachodu” a Andrzej dostał polecenie pilnowania Go. Kajtek  był  w pułapce. Zamknął się w sobie. Już nie chodziliśmy na koncerty, żadne zajęcia dodatkowe, żadne spotkania.

                   W KAJTKU WIDZIAŁEM JAKBY „ ZASZCZUTEGO PSA” . NIE ROZMAWIAŁ Z NIKIM , TYLKO Z ANDRZEJEM .

SZPITAL PSYCHIATRYCZNY

  Pamiętacie wszyscy że znalazł się w Szpitalu Psychiatrycznym na Śląsku?  Chyba był tam dwa razy. Po pierwszym krótkim pobycie szybko nadrobił zaległości, ale potem poszedł na dłużej. Gdy Go widziałem między tymi pobytami, wydawał się spokojny ale już nie tak entuzjastyczny. Jakby gryzła Go jakaś tajemnica. Zmiana była zbyt widoczna i zdecydowanie wiązałem to z Jego pobytem na obozie płetwonurków i późniejszym wyrwaniu się na Zachód. Tak. Odniosłem wrażenie, że On wcale nie jest chory psychicznie a tylko symuluje. Dla mnie to była jakby chęć schowania się przed czymś za zasłona rzekomych zaburzeń psychicznych. Widział na psychiatrii swoje bezpieczne miejsce, bo tam nikt Go nie mógł dosięgnąć mógł swoje zagubienie składać na karb rzekomej choroby. Dlaczego chcieli Go zwolnic? Dlaczego nie powiedział lekarzom o przyczynach swojego ukrywania się?  A może lekarze też dostali jakieś polecenia i też się bali o siebie? .Wiemy wszyscy ze Kajtek  powiesił się w łazience w Szpitalu z wypisem w ręku….

DLACZEGO KAJTEK ODSZEDŁ ?

Wydaje mi się, że nie widział już dla siebie wyjścia. Ktoś mógł Go szantażować, może grozić Jego Rodzinie i Kajtek już nie widział innego sposobu żeby to wszystko ratować. Która strona? Może obie? Kajtek czuł się w potrzasku bez wyjścia między siłami silniejszymi od Niego. On zawsze wygrywał. Był na studiach najlepszy a trafił na siły potężniejsze. Jestem pewien, że mam racje, bo zbyt dobrze Kajtka znałem. Widząc i pamiętając jego optymizm, żywiołowość i autentyczną fascynację medycyną, przyczyną Jego samobójczej śmierci nie mogła być choroba psychiczna.  Moim zdaniem stał się ofiarą własnego przekonania, że Jemu musi się wszystko udać. Gdy znalazł się w sytuacji bez wyjścia, skończył ze sobą.

CO POWIEDZIAŁ PO LATACH ANDRZEJ

Te moje przypuszczenia potwierdziła po kilku latach rozmowa z Andrzejem, gdy Go wprost się spytałem, czy Kajtek zginął  przez depresję. – Nie, było coś silniejszego od nas wszystkich, padła Andrzeja skąpa odpowiedź. Nie chciał powiedzieć co i tę tajemnicę zabrał już  do grobu..

POGRZEB KAJTKA

     Na pogrzeb Kajtka pojechało nas kilkanaście osób z roku. Bez Andrzeja Hyżego z którym przecież mieszkał do końca. Czy Andrzej czuł się winny? Nie wiem i nie sądzę, bo nawet gdyby chciał nie mógł  Kajtkowi w niczym pomóc.. Nasz wielki żal i smutek, gdy trumna z Kajtkiem była składana do ziemi. Łzy same ciekły całej naszej delegacji. Pamiętam, był ksiądz. A wtedy samobójców nie chowano z Księdzem. Może był to wpływ Jego rodziny, ale Ksiądz był stary i jakby dobrze znał Kajtka. Mówił o krótkim życiu które musiało się skończyć. Brzmiało to jakoś dwuznacznie.. Może Kajtek Mu się spowiadał przed śmiercią? . Żal ogromny. Siedzieliśmy z Jego Rodzin przy wspólnym stole. Opowiadaliśmy Im jaki Kajtek był wspaniały. Trudno było coś więcej mówić, bo Jego Rodzice ciągle płakali. Nie pamiętam, czy miał rodzeństwo, ale chyba tak..

NASZ POWRÓT Z POGRZEBU

    Wracaliśmy pociągiem ze Śląska do Poznania nocą. Chyba ze 16 osób w jednym przedziale, Na pewno był Bolek Stawny ze swoją przyszłą Żoną bo pamiętam, jak swoimi butami siedząc na półce, wycierał nogi o moją czuprynę, co  mi absolutnie nie przeszkadzało. Była Mariola Hołoga, nie pamiętam czy Tereska Tulecka, choć były nierozłączne. Może odezwie się ktoś jeszcze którego nie pamiętam?  Przez całe chyba  ze 6 godzin śpiewaliśmy piosenki studenckie. Było nam naprawdę ciężko i trzeba to było jakoś rozładować. To był jakby hymn dla Kajtka. Jak już Jego nie było uczciliśmy Go śpiewem. To był jakby „najweselszy powrót z pogrzebu”. Nie żałuję. Śpiewaliśmy dla Kajtka. Na pewno by sobie tego życzył…                                                    

 

Kajtek mógł być wspaniałym mądrym, współczującym, wykształconym, kompetentnym lekarzem. Chyba nawet rozmawialiśmy o chirurgii, która problemy rozwiązuje radykalnymi cięciami, jak On to opowiadał.

                      Jak  zakończyć? Cześć  Jego pamięci brzmi zbyt banalnie…

 Leszek Milanowski. Birmingham październik 2018. Pół wieku po…

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 10 ). Wspomnienie o Teresie Gawrońskiej.

Kochani !

Jeśli Ktoś z Was już tu zajrzał wczoraj, może się zdziwić, że dołączyłam do Leszka.

Wybaczcie Wszyscy.

Miałam zamiar zostawić Go samego z tą opowieścią, ale obudziłam się rano z postanowieniem, że nie mogę. To nic, że ta „ kartka „ z Leszkowego pamiętnika jest długa, ale chcę Mu towarzyszyć. To jak spotkanie i wspólny spacer pod rękę – jakże inny niż samotność – teraz to doceniam. Albo jak intymna rozmowa wieczorową porą i bliskość i opowiadanie o sobie i swoich bliskich …rozmowa ….

Dziwnym zrządzeniem Losu tu się spotkaliśmy – Mariolka, Jurek, Ty Leszku i ja. Zadziwiające jak bardzo jesteśmy do siebie podobni – mamy tę samą potrzebę rozmowy –  o sobie, swoich losach i o Kolegach , szczególnie tych, którzy przedwcześnie nas opuścili – zapamiętaliśmy tych samych ludzi  – pomimo licznego roku. I chcemy utrwalać pamięć , by Ci którzy odeszli nie rozpłynęli się w niebycie – właściwie żyjący tylko w naszej i swoich Bliskich pamięci – by istnieli dalej . I czuję radość, że wróciłam do Was i  widzę  że te nasze  trzy pierwsze lata na wspólnej uczelni ( potem wyjechałam )  – Akademii Medycznej w Poznaniu stały się tak intensywne i tak dla nas Wspólne i że mogę za pośrednictwem tego blogu te nasze wspomnienia wysyłać w wirtualną przestrzeń ocalając od zapomnienia ….

O Teresce – tragicznie zmarłej w młodości naszej koleżance –  rozmawialiśmy już od pewnego czasu – a właściwie od momentu  naszego powtórnego spotkania po 50 latach  –  Leszek z czułością, Jurek , z męską oceną , że piękna, silna, zdecydowana , zawsze z planem na życie a jednocześnie z głosem w którym była i stal, szkło i aksamit.  Nigdy nie byłam z Nią blisko – ale mam Ją stale w oczach – bo była  zjawiskowej urody –  krucha i właściwie przezroczysta – z bardzo jasną karnacją i półdługimi prostymi włosami w kolorze nici babiego lata – blond ale z jakimś światłem –  jawiła się jak istota nieziemska  – jak Anioł będący tu tylko na chwilę ….. i tak też było …..

Leszek już dawno napisał o Niej Wspomnienie , i tak jak ja swoje opowieści – wysłał koleżance z roku – Irenie, która przygotowuje wersję papierową naszych pamiętników . Nie wiem dlaczego przed rokiem też dostałam od Niego ten tekst. Czytałam ze wzruszeniem, bo tyle w nim było ciepła i osobistego zaangażowania. Gdy teraz, po przeszło roku od odnowienia naszej znajomości przyszła pora na zamieszczanie pamiętników w tym blogu –  okazało się, że nikt z nas, tu piszących tego tekstu nie ma. Wszystkim zaginął w starych laptopach. Prosiliśmy Irenę, by nam wysłała tę pierwotną wersję  , ale odpowiedziała, żebyśmy szukali w „ chmurze”. Więc poszukaliśmy ……

Leszek wpatrując się w chmury , odnalazł tę właściwą i w różnych pociągach angielskich – bo stale podróżuje wykonując operacje plastyczne w wielu miastach w Anglii – od czasu lata spisywał swoje wspomnienia po raz drugi . I jak każda wersja poprawiona i uzupełniona – ta jest  znakomita …..znacznie lepsza niż poprzednia, którą dobrze pamiętam. Oddaję Ci głos Leszku – opowiadaj ….   

Uwaga: jest to druga uzupełniona wersja o Teresce. Proszę Irenę, by wycofała poprzednią, choć zgadza się w zarysach.

             Egzamin wstępny zdawałem w sali Anatomii Patologicznej na Przybyszewskiego. Nie bałem się. W końcu same piątki ze wszystkiego i tylko 4 z matematyki przez potwierdzoną pomyłkę  w zadaniu, w Dąbrowszczaku w Kutnie.  Nie miałem komu dotychczas się tym pochwalić i jak widać lubię dobrze mówić o sobie, zwłaszcza, że u dzieci mam opinie repetenta, bo powtarzałem drugą klasę Szkoły Muzycznej w Kutnie. Będzie z tego historia o ksywie „Krowa”.

Zaliczyłem jeszcze kurs przygotowawczy na WySRolu. ( czyli Wyższej Szkole Rolniczej na poznańskich Winogradach – przyp. Z.K. )

Egzamin wstępny to konsekwencja poprzednich decyzji. Trzeba dać z siebie wszystko.

Biologia to niewiadoma, rosyjski lubiłem jak i niemiecki i angielski na które Mama mnie posyłała. Mówiła, że trzeba znać języki sąsiadów, wrogów i przyjaciół. Sama znała  francuski i niemiecki. Ojciec tylko niemiecki. Zgadnijcie o kim myślała po pobycie w obozach koncentracyjnych i jako nauczycielka historii zmuszona omijać milczeniem prawdę w  tamtej „świetlanej” rzeczywistości? . Zadania z fizyki i chemii trzeba rozwiązać.

             W tłumie oczekujących  znalazłem się przypadkiem obok ślicznej blondynki. Takiej typowej, o jakich dziś się mówi „mądra jak blondynka”.  Naprawdę cała trzęsła się ze strachu co się rzucało w oczy bardziej niż u innych. Złapała mnie za ramię. Teraz już się nie przyznam – czy przypadkiem nie z chęci Jej poderwania nawet w tak krytycznej chwili – ale wtedy raczej w moim naturalnym odruchu chęci pomocy potrzebującym , pokazałem swoją spolegliwą (za Kotarbińskim)  stronę.  ( Leszek już kilkakrotnie wspominał, że w tak młodym wieku przeczytał wszystkie dzieła profesora Kotarbińskiego – przyp. Z. K. )

– Niech Pani się nie boi. Przecież przygotowywała się Pani przez całą szkołę średnią, zdała Pani maturę, zrobiła Pani wszystko żeby do egzaminu przystąpić i musi Pani zdać. Chyba trochę się uspokoiła.

– Na sali nie mogłem Jej znaleźć. Mimo własnych problemów ciągle szukałem Jej wzrokiem. Mi przeszkadzał jakiś facet, który i tak się nie dostał. Widocznie był krótkowzroczny bo ciągle pokazywałem mu moje odpowiedzi.  🙂 

„Biologia a medycyna”-  zabrakło mi czasu. Genetyka, budowa komórki, nauka zachowań i odruchów ( bez Łysenki!) , doświadczenia na zwierzętach… trans pisania. Chyba  nawet zdania nie dokończyłem z braku czasu.

           Po kilku dniach rozmowa. Siedziało kilku poważnych facetów, a ten najważniejszy w środku spytał się skąd jestem.” – Z Kutna”.  „-. A, to tam stoi ten słup milowy?”

A ja bezczelnie:  „Nie, proszę Pana. Słup milowy stoi w Koninie w połowie drogi między Gnieznem a Kaliszem. Postawił go komes Dunin za czasów Władysława Hermana”.

Wtedy nie skojarzyłem, dlaczego pozostali członkowie komisji odwrócili głowy i jakoś miny im się zmieniły. Ja bylem zbyt napięty. Więcej pytań nie było. Tak to stałem się lepszy od Pana Rektora Michalkiewicza o czym dowiedziałem się później.

          Z rodzeństwem i Rodzicami pojechaliśmy pod namiot nad Bug. Do najbliższego telefonu było ponad 5 kilometrów. W dniu ogłoszenia wyników poszliśmy całą piątką do Siemiatycz by od Stryjka dowiedzieć się  o wyniki. Poczta, międzymiastowa, słabo słychać  ale radosny glos mojego Ojca Chrzestnego:

„Jesteś przyjęty”  . Moje pytanie::”- A na którym miejscu?. ” I dumna odpowiedz: „-  na 21-szym” 

We mnie jakby strzelił piorun. Co? dopiero na 21-szym? co źle napisałem? A tylko pierwsza dwudziestka ma odebrać indeksy na podium Filharmonii. I mnie tam nie będzie! Wakacje popsute do samego końca.  🙂

           Po przyjeździe do Poznania pierwsze kroki do Collegium Maius .  Tłumek przed tablica i jest moja blondynka! Znów się cala trzęsie. Ja spokojny choć przybity podchodzę i pytam: – Może ja pomogę Pani się znaleźć ? Jak Pani się nazywa?” ” – Teresa Gawrońska, a Ty?” „- Leszek”. Ja zaczynam ciągnąć palcem od góry, Ona od dołu coraz bardziej zdenerwowana i trzęsąca. Jest! spotkaliśmy się w połowie.

          Jaka odmiana! Rzuciła mi się na szyje, zaczęła całować – „to dzięki tobie, Lechu”. a ja ciągle myślałem o swojej „klęsce”. – Poczekaj na mnie chwile, muszę wejść do Sekretariatu. „Tylko Lechu się pospiesz” – odtąd już  tak zawsze mnie nazywała.  W sekretariacie pytam, czy można sprawdzić jakie wyniki mam z poszczególnych przedmiotów. Można.. wszystko pięć, tylko fizyka cztery pada odpowiedź..

– A czy ja mogę zobaczyć swoją pracę z fizyki, bo chcę wiedzieć gdzie popełniłem błąd?

– A uciekaj mi smarkaczu i ciesz się że jesteś przyjęty” rozbawiona Pani sekretarka wyrzuciła mnie z pokoju.

Jeszcze bardziej przybity i z depresją wychodzę  w czarnym nastroju, Tereska czeka a ja zamiast zaprosić Ją do kawiarni, odprowadziłem na przystanek i pojechałem smutny w drugą stronę.

          Potem znaleźliśmy się w jednej grupie. Zawsze się denerwowała – ale gdy wymienialiśmy na anatomii spojrzenia, to już ani Kiersz, ani Woźniak nie potrafili Jej zniszczyć. Dobrze się przygotowywała, choć ja już nie miałem do Niej serca za to, ze była świadkiem mojej „klęski”.

Potem szalona anatomia z Zosią w Palmiarni i Andrzejem R i o Teresce już nie myślałem. Gdzie mi tam do tak pięknej kobiety. Ma na pewno wielu lepszych ode mnie wielbicieli.

Zresztą Zosia była na pierwszym miejscu. Konkretna, logiczna, z dobrą pamięcią i wyobraźnią. Dobrze mi się z Nią uczyło i nie myśleliśmy o „głupotach” bo nie było czasu.. Nie wyobrażałem sobie możliwości nauki z Tereską. Zosia była najlepszą partnerką!

            Tereska zawsze wydawała mi się taka uduchowiona, naiwna,  egzaltowana, błądząca w obłokach blondynka na której próbował się mścić najpierw Woźniak na anatomii, a potem pewnie i inni asystenci zwracający uwagę na Jej urodę. Na pewno nie miała lekko, ale milo mi myśleć, że w pewności siebie i racjonalnego rozpoznania swoich możliwości  pomogło spotkanie ze mną. O ile wiem, nigdy nie powtarzała żadnego egzaminu, ale wyglądała na zawsze zdziwiona. Typowa „blondynka” z wyglądu  i na pierwszy rzut oka jak to się dziś mówi. Była w rzeczywistości zaprzeczeniem tego epitetu.

           Gdy przez Olę  zmieniłem grupę ( o tym nieporozumieniu , hańbiącym  a po latach śmiesznym wydarzeniu Leszek opowiedział w poprzednich wpisach – przyp. Z. K. ) , widywaliśmy się rzadziej, ale ta nić porozumienia i wsparcia została. Po dyplomie wyszła za mąż za naszego starszego o rok Kolegę, z którym zresztą jakiś czas potem pracowałem u Wojnerowicza.  Mieszkali po sąsiedzku na Obozowej w domku, w którym potem mieszkała Ela Wojnerowicz z Andrzejem Pawlakiem.

           

        W czasie ciąży uporczywe wymioty ciężarnych. Dostała Dolargan, zapaść, tragiczne odejście. Bylem świadkiem tragedii Zdzicha M. A mnie też to mocno przybiło. Jakby wtedy skończył się okres studiów, który z Nią się zaczął..

 

    Tereska była piękną kobietą, jednocześnie życzliwą, otwartą, nikomu nigdy źle nie życzyła. Nie była w stanie. To nie było w Jej charakterze. Ja będę Ją pamiętał zawsze i chciałbym, by pamięć o Niej przetrwała.  Choć to już ponad pół wieku od kiedy Ją poznałem. Nie wiem gdzie jest pochowana. Chciałbym postawić dla Niej świeczkę.

 

Dla mnie Tereska była taka „anielska”. Nie wiem, dlaczego się wokół Niej nie zakręciłem. Walka z anatomią wspólnie z Zosią w Palmiarni doprowadziła nas w wyższe sfery wzajemnej fascynacji. Nie było czasu na romanse. Niestety także z Zosią. Ale byłem głupi! Po zawale i reanimacji w Kilonii u Profesora Hammelmanna w 32 roku życia zmądrzałem. Zdecydowanie za późno…

 PS : pisane w pociągach między Londynem, Birmingham, Norwich, Chesterfield latem 2018 roku.

zdjęcia własne

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 21 ). Wojciech Michałek – Grodzki – wspomnienie.

 

Jurek na tle Anatomicum w Poznaniu , zdjęcie  jest własnością Jerzego T. Marcinkowskiego

Zastanawiałam się, czy  napisać to, co będzie w drugim moim zdaniu – ale zdecydowałam – bo oddaje zaangażowanie Jurka w przypominaniu nam zmarłych Kolegów – jest On Strażnikiem Pamięci – to Piękne …

Otóż  Jurek  przed przysłaniem mi poniższego wspominkowego tekstu – ” wrzucił” do mnie na messengerze –  jakby od niechcenia  – „nie spałem w nocy i ułożył mi się w głowie tekst o Wojciechu Michałku- Grodzkim ” ….

Słowa Jurka  o Wojtku , bo to o Nim wspomnienie – podaję pogrubioną czcionką, a to, co skopiował z netu – zwykłą …..

Studiowaliśmy w latach 1965-1971 na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu z Wojciechem Michałkiem-Grodzkim dojeżdżającym na studia z Puszczykowa. Bardzo ciekawa i obszerna jest Kronika Publicznej Szkoły Powszechnej w Puszczykowie (1945-1972) http://www.wbc.poznan.pl/Content/371237/Kronika%20publicznej%20szko%C5%82y%20powszechnej%20w%20Puszczykowie.pdf gdzie pod pozycją 1244 figuruje „Michałek-Grodzki W. Aleksander”.

Nasza grupa studencka nosiła numer początkowo 15 a potem 8.

Wojtek mieszkał wraz z matką.

Jego osobowość można w przenośni określić następująco: „stąpał bardzo mocno po ziemi”. Przy tym miał wszelkie, pozytywne bardzo, cechy „poznańskiej pyry”. Tutaj warto przytoczyć co to oznacza ze strony internetowej :

http://www.poznan.pl/mim/slownik/words.html?co=word&word=pozna%C5%84ska+pyra a poniżej link, który bezpośrednio otwiera tę stronę : http://www.poznan.pl/mim/slownik/words.html?co=word&word=112%7C111%7C122%7C110%7C97%7C324%7C115%7C107%7C97%7C32%7C112%7C121%7C114%7C97

„poznańska pyra , rzadziej wielkopolska pyra, D lm pyr, powsz. [prawdziwy poznaniak, ze względu na mowę i sposób bycia dający się łatwo odróżnić od ludzi z innych regionów; określenie przeważnie pejoratywne]: Było inaczej, pamięta, w zielonogórskim liceum małoż to razy wyzywali się od „głąbów wileńskich”, od „pyr poznańskich”, to znów od „chachołów” czy „rumunów”. Pyry poznańskie, galileusze, łapciarze zza Buga albo rusoki, co krok wyzywali się, trudno ich z sobą pogodzić. Jakże to oni siebie nie wyzywali! A to od „pyr poznańskich”, a to od „galileuszy”, a to wreszcie od „wileńskich tłumoków”. […] Kubiak, zwany powszechnie Pyrą Poznańską. Nie obrażał się wtedy, uśmiechał, niech sobie będzie i pyra, dobra rzecz, w okupację niejedni zmarnieliby, gdyby nie syciły ich pyry. Kubiak jestem… O, to pan na pewno pyra poznańska. Tam same Kubiaki i Nowaki. Nie cuduj, Stachu. Tadeusz mnie zna jak zły szeląg. To poznańska pyra, ma trzeźwy pogląd na życie. Wiesz, że poznaniakom przypisuje się gospodarność, oszczędność, umiejętność ekonomicznego myślenia, przezorność… Dobrze, wiem wszystko o poznańskich pyrach. Kożdo szczype starszo poznańsko pyra pamiynto, że przed wojną tam, dzie tero powinło być jezioro Maltańskie była Świyntojańska Dolina. Powiedzcie teraz, że stare poznańskie pyry nie mają racji, jak spędzają każdy urlop tylko wew chacie. Gospodyniom, a częściowo i gastronomikom pozostaje uzupełnić te braki kaszami, makaronem, ryżem. Najbardziej uparte „poznańskie pyry” niedługo będą mogli kupować młode ziemniaki i to już w połowie tego tygodnia, niestety w cenie kilkudziesięciu złotych (ok. 70 zł). Wielkopolskie pyry nie mogły zgodzić się z pieronami, którzy opanowali w klasztorze wszystkie lepsze funkcje. ◊ fraz.”

Jedyny „minus” to taki, że Wojtek od wczesnej młodości palił papierosy, które kupowała mu mama idąc rano po sprawunki.

Pośród studentów wyróżniał się szczególnie na zajęciach w Studium Wojskowym – mianowicie miał zawsze doskonale wyczyszczone buty żołnierskie; to były bardzo masywne buty koloru brązowego z grubą podeszwą gumową, „nie do zdarcia”, gdyż buty w wojsku – jak wiadomo – mają znaczenie wręcz strategiczne. Nie widziałem aby ktoś inny miał tak doskonale wyczyszczone buty a do tego wyprasowany zawsze mundur wojskowy!

Wojtek niezwykle poważnie podchodził do życia jak i do studiów. Przy tym był typem samotnika. Nie postrzegałem aby się interesował dziewczynami. W okresach emocji pojawiały się na jego policzka rumieńce – bardzo charakterystyczne dla Jego postaci.

Wojtek po uzyskaniu dyplomu lekarza medycyny pracował w Szpitalu w Puszczykowie – wyspecjalizował się w chirurgii. Był bardzo pochłonięty pracą zawodową – do tego stopnia, że unikał spotkań towarzyskich nawet takich jak organizowanie „Sylwestra” w Szpitalu. Zapraszano go, ale nie przychodził – w tym czasie uzupełniał historie choroby pacjentów.

Mieszkał samotnie… i zmarł nagle w mieszkaniu, co dostrzeżono dopiero po kilku dniach.

Pamięć po Wojtku pozostaje piękna, bo nie sposób przypomnieć sobie jakiegokolwiek zdarzenia aby zachował się niewłaściwie, za to zawsze bardzo poważnie podchodził do życia, w tym nauki i pracy zawodowej.

Oczywiście Wojciecha Michałka – Grodzkiego mam w oczach. Siedział przy naszym stole w Anatomicum –  ja z ówczesną przyjaciółką naprzeciwko wejścia, Wojtek po prawej naszej stronie.

Chyba nigdy z nim nie rozmawiałam – może o coś pytałam – ale nie wiem czy odpowiadał  – czy tylko się uśmiechał i oblewał  rumieńcem 🙂

Miał bardzo jasną karnację skóry – mleczną nieomal, więc ów wieloplamisty  ( zadziwiający  w kształcie ) rumieniec płonął z daleka.

Wojtek wydawał się znacznie od nas starszy i poważniejszy. Może z powodu postury dorosłego wysokiego mężczyzny, albo też z powagi , czy jakiejś staranności w ubiorze – nie wiem …..

Nie zapomnę sytuacji, która się powtarzała. Asystent, chcąc sobie ułatwić wywoływanie nas do odpowiedzi – mówił do niego Grodzki – Wojtek wtedy wstawał i z powagą oznajmiał jestem Wojciech Michałek – Grodzki. Skąd ta duma ? Co się za nią kryło ? Jakie dzieje rodzinne ? Nie wiem czy kiedyś się dowiemy, choć napisałam do biblioteki w Puszczykowie, która wydała tę piękną kronikę szkoły – do której link podał Jurek – może nadejdzie jakaś odpowiedź, a może czas zatarł wszystkie ślady .  Może Wojciech zabrał ze sobą do grobu jakąś rodzinną tajemnicę. Jaka szkoda, że tak mało o sobie wiedzieliśmy, zajęci studiowaniem i naszą bujną młodością ….

Nazwisko złożone z dwóch w tamtych czasach było rzadkością – nie znalazłam też w internecie innego Michałka – Grodzkiego …. 

A o poznańskiej pyrze i opisanych w kopiowanym tekście animozjach ludności na tzw. Ziemiach Zachodnich – napiszę później …..

UWAGA !!!

Wiadomość z ostatniej chwili

jak ten świat wirtualny potrafi zadziwić !!!

Wyszukiwarka Google w laptopie nie pokazała żadnego Michałka _ Grodzkiego – więc to napisałam powyżej

tymczasem przed sekundą nieomal otworzyłam google w smartfonie i…. pokazało się wiele źródłowych art włącznie z Wikipedią, gdzie jest wymieniany dr Stanisław Michałek – Grodzki , twórca pierwszego w Polsce oddziału chirurgii plastycznej w Polanicy Zdroju …..

niestety nie znajduję żadnej noty biograficznej – skąd pochodził np. ?

Wysoce prawdopodobne, że nasz zmarły Kolega Wojciech Michałek – Grodzki dlatego był tak dumny ze swojego nazwiska !!!

a najnowsze odkrycie  Jurka  – to dokument , że Wojtek był synem Stanisława !!!

jaką radość przynosi „odkopywanie ” zda się zaginionych śladów !!!

a oto ciąg dalszy relacji na żywo !!!

gdy tak dochodziliśmy do prawdy o życiorysie śp. Wojtka – naszego kolegi ze studiów – nagle odezwał się na messengerze Leszek Milanowski ( prawdę mówiąc liczyłam na Jego głos – gdyż jest chirurgiem plastykiem – ale stale zapracowany w Anglii ) .

Poniżej kopiuję fragment tekstu Leszka dotyczącą rodowodu Wojtka a całość  tej opowieści zamieszczę na stronie Jego Pamiętnika . Leszkowe słowa podaję pogrubioną czcionką  !

Kochani, sorry, but I was very busy (angielska woda sodowa uderza do głowy).

Ojciec Wojtka Dr Stanisław Michałek–Grodzki był twórcą słynnego szpitala chirurgii plastycznej w Polanicy.

Jego pierwszym uczniem był słynny prof. Krauss.

Gdy odrabiałem staże w Polanicy byłem dumny, że przyjaźniłem się z Jego synem. Piszę przyjaźniłem, może zbyt wielkie słowo ale imponowała mi Wojtka skromność, wyciszenie, spokój.

Nigdy nie obnosił się że jest synem twórcy chirurgii plastycznej w Polsce. W Polanicy wszyscy Go za takiego uważali.  Zresztą jest w annałach polskiej chirurgii plastycznej.   ( … )

Niestety bardzo szybko zmarł nagle.

Wojtek musiał się wychowywać  bez Ojca ( … )

dzięki, Leszku za to objaśnienie.  Jakże dramatyczne było nagłe  zakończenie życia  w młodym wieku – zarówno  Ojca – dr Stanisława Michałka – Grodzkiego i Jego Syna , też chirurga – a naszego Kolegi – Wojciecha .  Może przyczyną była jakaś patologia  naczyń mózgowych czy wieńcowych – którą w obecnych czasach można by wykryć i leczyć ? – pewnie nigdy się nie dowiemy.  … jedno pewne, że mieli jeszcze przed sobą długie lata życia , patrząc z naszej perspektywy choćby –  mogli pomagać ludziom i ulepszać swoje pomysły.

Tak się niestety  nie stało.

Niezbadane są tzw. ” wyroki boskie ” , niezrozumiałe i jakże niesprawiedliwe   ….

 

Zdjęcia przyrody i wejścia do katakumb kościoła w Popowie Kościelnym z własnym cieniem  są wykonane przez  autorkę bloga 🙂 .