Na medycznej ścieżce. Ludwik Rydygier.

 

 

Porteret Ludwika Rydygiera z asystentami. Leon Wyczółkowski, 1897 rok.

 

Gdy pobiegliśmy na blok operacyjny, by sekundować chirurgom w czasie operacji naszego pacjenta, dowiedzieliśmy się, że w czasie tego zabiegu będzie zastosowana metoda Rydygiera.

Po powrocie do domu zajrzałam do encyklopedii i zadziwiłam się. Otóż  ten sposób leczenia wymyślił Rydygier ponad 80 lat temu.  Mimo postępu w medycynie, metoda okazała się ponadczasowa.

Z ogromnym zainteresowaniem poczytałam o tej postaci.

Ludwik Rydygier urodził się w 1850 roku, w Dusocinie niedaleko Grudziądza, w zaborze pruskim. Był synem właściciela majątku, który nosił nazwisko Riediger.

Uczył się w Pelplinie, Chojnicach a następnie w Chełmnie. Studia rozpoczął w Krakowie a   kontynuował je w Greifswaldzie( G).

Ludwik od wczesnej młodości demonstrował swoje polskie pochodzenie a teraz nawet zmienił swoje rodowe nazwisko Riediger na spolszczone – Rydygier.

Po ukończeniu studiów, obronił pracę doktorska i pracował w  Chełmnie, gdzie udało mu się otworzyć niewielką klinikę.  

Był bardzo aktywny nie tylko zawodowo, ale też naukowo. Nieustannie publikował liczne prace z zakresu chirurgii.

Powrócił do G. , potem przeniósł się do Jeny, gdzie uzyskał tytuł doktora habilitowanego. Ubiegał się o katedrę chirurgii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, ale miejsce to zajął za poparciem Theodora Billrotha – Jan Mikulicz – Radecki.  Nazwiska obu profesorów przeszły do historii medycyny.

Dopiero po kilku latach, gdy Mikulicz przeniósł się do Królewca Rydygier został kierownikiem tej krakowskiej kliniki.

Po 10 latach dostał propozycję objęcia nowej katedry i kliniki chirurgii Uniwersytetu Lwowskiego. Zgodził się i w 1897 roku został profesorem tego Uniwersytetu.

Był też dziekanem lwowskiego Wydziału Lekarskiego, wychował wielu znakomitych chirurgów, przyszłych profesorów. 

A w latach 1901/1902 został Rektorem Uniwersytetu Lwowskiego .

Należał do ścisłego grona najwybitniejszych ówczesnych polskich a także światowych chirurgów.

W 1880 przeprowadził pierwszy w Polsce a drugi na świecie zabieg wycięcia odźwiernika z powodu raka żołądka, a w 1881 pierwszy na świecie zabieg resekcji żołądka z powodu owrzodzenia. W 1894 roku wprowadził nową metodę chirurgicznego leczenie choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy za pomocą zespolenia żołądkowo- jelitowego.

Rydygier był autorem (1900) oryginalnej metody usuwania gruczolaka prostaty i wielu innych technik operacyjnych.  Niektóre wprowadzone przez niego metody operowania żołądka, raka odbytnicy, amputacji, kardiochirurgii, ortopedii, chirurgii plastycznej, urologii – są stosowane do dziś.

W 1889 roku zorganizował pierwszy w Polsce zjazd chirurgów.

Zjazdy te w 1921 roku dały początek Towarzystwu Chirurgów Polskich .

Nie opuścił Lwowa, gdy mu zaproponowano przejście na Uniwersytet Karola w Pradze.

W roku 1903 otrzymał tytuł szlachecki ( galicyjski) jako Ludwik Rydygier Ritter von Ruediger.

W czasie I wojny światowej kierował szpitalem wojskowym w Brnie.

Po zakończeniu tej  wojny powrócił do Lwowa.

W listopadzie 1918 roku brał udział w słynnej obronie  Lwowa przed  Ukraińcami.

W 1920 roku rozpoczął organizowanie szpitali wojskowych , był szefem sanitarnym Dowództwa Okręgu Generalnego „ Pomorze”, konsultantem i naczelnym chirurgiem Dowództwa „ wschód”. W 1920  został mianowany generałem  brygady.

Zmarł nagle, 25 czerwca 1920 roku. Został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim, później jego szczątki przeniesiono na Cmentarz Obrońców Lwowa.

 

Oglądam  postać Ludwika Rydygiera utrwaloną na portrecie namalowanym przez Wyczółkowskiego. To postać z której aż bije witalność i wielka energia. W tle grupka lekarzy płci męskiej.

Nie znamy jego relacji z kobietami w zwykłym życiu.

Ale pozostał we wspomnieniach jako wielki przeciwnik obecności kobiet w zawodzie lekarza, co przybierało formy pewnego dziwactwa. Na własny koszt zamieszczał w prasie ogłoszenia: „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety lekarza”

W roku 1897 zagłosował przeciwko przyjmowaniu kobiet na Wydział Lekarski.

Ponoć wtedy, gdy  wchodził do jakiegokolwiek pokoju lekarskiego wołał od drzwi „ Szukam jakiegoś lekarza”. Po czym się rozglądał się dookoła i z zaciekawieniem  patrzył na pracujących przy biurkach lekarzy. Niestety widział tam wiele kobiet.

I wtedy zawiedziony powtarzał tęsknie „ Jakiegoś lekarza…”

 

Wg autorki felietonu zamieszczonego w  ostatnim numerze „ Gazety Lekarskiej” o utrzymujących się różnicach pomiędzy lekarzami wynikającymi z płci, można usłyszeć chichot ducha Rydygiera :„ A co nie miałem racji?”

Od  ponad 40 lat wielokrotnie przechodziłam żoliborską uliczką  Rydygiera. Wówczas nie zastanawiałam się nad jej imiennikiem. Zawsze gnałam tamtędy w wielkim pośpiechu, rozdarta pomiędzy pracą zawodową i problemami  rodzinnymi. Dobrze, że doczekałam tego momentu, w którym  przyszedł spokój i czas refleksji. I teraz wracam do dawnych studenckich czasów i przy okazji nadrabiam zaległości wiedzy. Mam uczucie, że nade mną zamyka się tajemny krąg. Jak dobrze, że nie jest za późno.

I przy okazji się zastanawiam nad życiem kobiety w zawodzie lekarskim. Zdarzało mi się myśleć, że kobieta lekarka nie powinna zakładać rodziny i pozostawać w stanie wolnym, jak zakonnica, by bez reszty poświęcać się tylko jednej sprawie. Walce o zdrowie i życie swoich chorych.

A może Rydygier miał jednak trochę racji …..

 

 

I jeszcze raz przedstawiam , bo  dla mnie niezwykły jest ten „Portret Ludwika Rydygiera z asystentami”. Leon Wyczółkowski, 1897

 

Śladami mojego Taty. Za chwilę ślub.

 

 

Co miesiąc, w Rakowskim kościele  informowano wiernych o planowanych zaślubinach Michaliny i Bolka. . Były to tzw zapowiedzi. Ksiądz , opiekun Bolka , odczytywał je z namaszczeniem nie ukrywając drżenia głosu. Chłopak wychodził z kościoła oszołomiony , radosny i przejęty.

To samo przeżywała Michalina , kiedy słyszała zapowiedzi w kościele w swoim rodzinnym miasteczku. Po mszy, koleżanki otaczały ją kołem i wypytywały o szczegóły planowanego ślubu. Tylko nieliczne były już mężatkami i zapraszały ją do swojego domu, gdzie dzieliły się swoimi doświadczeniami.  Michalina wysłuchiwała jednym uchem,  gdyż miała swoją , pewnie wyidealizowaną wizję małżeństwa. Tak zwykle bywa, gdy człowiek słyszy o problemach innych ludzi, nie wierzy, że może go to także dotyczyć.

Koleżanki jeszcze niezamężne, nie taiły zazdrości. Większość chciałaby też wyjechać ze swojego miasteczka , poznać inny świat i w dodatku mieć męża takiego, jak Bolek- niezależnego , mądrego i utalentowanego .

Wieczory były długie,  w domu Michaliny  rozpalano kominek i gdy  falujący ogień zamieniał się w zaczarowane postaci, przychodził czas na rozmowy matki z córką. Michalina od okresu dojrzewania  zwracała uwagę na atmosferę w domu. Widziała jak jej rodzice odnoszą się do siebie z szacunkiem ,  ustalają ze sobą plan  spraw do załatwienia i czuła , że między nimi istnieje  jakaś tajemna iskrząca więź . Teraz się dowiadywała, jakim wysiłkiem budowana jest dobra relacja pomiędzy małżonkami. Niestety, czasami  jest potrzebna dyplomacja i kompromis.  Wyobrażała sobie, że nie jest łatwa rezygnacja z własnego ego i akceptacja zdania drugiej osoby. 

Michalina zdawała sobie sprawę , że  posiada pewne cechy  najmłodszej córki,  czasami  bywa uparta , apodyktyczna  . Ale po dłuższej  chwili,   gdy potrafiła się opanować, wyciszyć , widziała, że nie zawsze miała rację.  Zwykle po takim zdarzeniu , długo się wstydziła swojej gwałtowności charakteru.

I takich swoich zachowań bała się najbardziej , bo nie była pewna jak przyjmie to Bolek. Przecież naprawdę  tak mało się znali,  razem spędzili jedynie dwa słodkie wakacyjne miesiące.

Teraz postanowiła  o wszystkim opowiedzieć Bolkowi, gdy tylko się spotkają , by  uprzedzić o  swoich nieciekawych cechach charakteru.  Wierzyła, że Bolek to  zrozumie  i pomoże we wspólnym porozumieniu. Był starszy od niej i wydawał się bardziej dojrzały.

Postanawiała solennie , że zawsze  razem będą rozwiązywali swoje problemy, bez  kłótni, wymuszania swojej woli z uwzględnieniem zdania współmałżonka .

Nagle sobie uświadomiła , że w myśli nazwała Bolka, mężem. I wtedy poczuła niepokój i lęk przed nadchodzącą wielką zmianą w jej życiu.

Nie trwało to długo, bo mama przerwała milczenie i zaczęła opowiadać o tajemnicach małżeńskiej sypialni. Michalina słuchała i podziwiała matkę za to, że potrafiła o tym mówić zwyczajnie, prosto i ciepło. Ileż przedtem słyszała złych słów od koleżanek, którym ani matka, ani nikt z rodziny nie powiedział  o tym, co je czeka po ślubie.

Teraz zrozumiała, dlaczego pomiędzy jej rodzicami  było dobrze. Byli po prostu mądrymi ludźmi którzy potrafili się porozumiewać.

Ogień w kominku już dawno wygasł, nazajutrz czekały prace kuchenne, bo za kilka dni miał przyjechać  ksiądz Eustachy, Bolek i wielu innych krewnych Michaliny…

 

 

zdjęcia własne

 

Rozmyślania o dłoniach.

sobota, 31 grudnia 2011 13:17

Zawsze fascynowały mnie dłonie.

Zachwycam się niezwykłym tańcem dłoni dawnych andaluzyjskich Cyganów. Ulegam magii. I po chwili wiruję w rozszalałym  i różnobarwnym świecie flamenco.

Gdy słucham, jak śpiewa Edith Piaf, stale widzę jej dłonie. Nieruchome i świetliste. Śnieżnobiałe i jakby zawieszone w aksamitnej czerni ekranu. Milczą, ale tak wiele mówią…

Zatrzymuję się przy rzeźbach.
Oglądam zdjęcia.

Zdjęcie pierwsze – pomnik nad grobem Krzysztofa Kieślowskiego na warszawskich Powązkach.  Czuję kamienną chropowatość jego dłoni obejmujących ostatni kadr…
To miejsce jest zaklęte. Bo ilekroć tam przychodzę, zawsze widzę w tych dłoniach kolejny kadr swojego życia…

Albo kontrowersyjna rzeźba „Imploracja” w pasażu Wiecha. Dla mnie piękna. Zatrzymuję się tam i rozmyślam.

Gdy spotykam ludzi, bardzo lubię oglądać ich dłonie.
Mają różne kształty, barwę, smukłość palców, budowę paznokci.
Podobno można z nich rozpoznać charakter człowieka, a nawet jego płeć.

Są  bardzo wyróżnione przez naturę, bo naznaczone dziwnymi niezmiennymi liniami.
Podobno można z nich przepowiadać przyszłość.

Są żywe i ruchliwe. I jakby obdarowane własnym niezależnym życiem.

Ale potrafią też mówić o stanie naszego ciała i duszy. O niepewności, smutku, zdenerwowaniu, radości.

Czasami oglądam swoje dłonie.
Urodziły się ze mną w Gorzowie. I długo były tylko gorzowskie.
Dziecinne, nieporadne, zaplamione atramentem, spierzchnięte od mrozu, nieświadome życia, łatwowierne, naiwne i ufne.

Spędziłam z nimi tyle lat.
Cierpliwie uczyły się ze mną życia.

Lubię swoje dłonie.
Lubię je za to, że nie kłamią.
Niezależnie od ilości wcieranego kremu mówią o czasie, który minął…
Dobrze zapamiętały i opowiadają o wszystkim…

Dotykały już chyba wszystkiego, co można było dotknąć na tym świecie…

Są na nich ślady zwykłych przedmiotów, mokrej wiosennej ziemi, świeżej zieleni, wiatru , śniegu, deszczu i morskiej wody…

Jest tam wieczorny chłód i  letnie ciepło wody z  jezior i rzek…

Zapisały dotyk ciał obojętnych, ukochanych, cierpiących i tych, którzy odeszli…

Gdy bardzo pragnę spotkania z kimś nieobecnym, otwieram swoje dłonie, czytam i włączam wyobraźnię.
I widzę tych ludzi, widzę te zdarzenia.
Tworzę obrazy.
Czuję zapach, smak, dotyk i słyszę czyjś głos.
I jest dobrze…
Prawie dobrze…

Tekst własny  zamieszczony  w portalu MMGorzow.pl pod nickiem Łuka, dnia 26.02.2010

 



Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

  • dodano: 13 stycznia 2012 19:39

    „W dłoniach świat się zamyka
    Pierwszym i
    ostatnim pocałunkiem….”

    autor Meg

  • dodano: 08 stycznia 2012 13:19

    Witaj
    Bardzo się cieszę z Twojej decyzji. Powodzenia na blogowej ścieżce

    autor Maria

    blog: bakhitaa.bloog.pl/