Rozmyślania o dłoniach.

 ” Imploracja” , rzeźba z już nieistniejącej ekspozycji w Warszawie, w Pasażu Wiecha

Flamenco, obraz Jana Wysockiego  z podanej na nim nazwy strony …..

 

Dziś chciałam zrobić przerwę we wspomnieniach o naszym Niezwykłym Koledze śp. Piotrze Janaszku. Będzie jeszcze ciąg dalszy bardzo interesujących opowieści Córek i dawnych pacjentów Mielnicy ….

I wtedy nagle, w ten mglisty grudniowy już dzień – przypomniałam  mój stary, ulubiony tekst, zamieszczony 26.02.2010 roku pod używanym wtedy nickiem Łuka w nieistniejącym już portalu Moje Miasto Gorzów. Po przemianowaniu tegoż portalu na Nasze Miasto Gorzów, tekst ten uratowano i zamieszczono  04.12.2014 13:20. Dowiedziałam się o tym dzisiaj, rozpaczając po utracie moich fotografii  ( tekst miałam w „brudnopisie” ) – fotografii  do których byłam przywiązana a które zabrał ze sobą w niebyt stary laptop. Gdy zupełnie zrezygnowana   zajrzałam do netu szukając zdjęć grobu Krzysztofa Kieślowskiego przetarłam oczy – bo ujrzałam swój artykuł w „ pełnej krasie „ z moimi fotografiami –  Rozmyślania o dłoniach – Polska NaszeMiasto.pl

….. Zrobiło się  ciepło na sercu …Zapraszam, może Ktoś ma podobnie jak ja i odnajdzie siebie, może …..

 

Najpiękniejszy fragment nagrobka Krzysztofa Kieślowskiego , Warszawski Cmentarz Powązki, zdjęcie własne.

 

ROZMYŚLANIA O DŁONIACH .

 Od zawsze fascynowały mnie dłonie.

Zachwycam się niezwykłym tańcem dłoni dawnych andaluzyjskich Cyganów. Ulegam magii. I po chwili wiruję w rozszalałym  i różnobarwnym świecie flamenco.

Gdy słucham, jak śpiewa Edith Piaf, stale widzę jej dłonie. Nieruchome i świetliste. Śnieżnobiałe i jakby zawieszone w aksamitnej czerni ekranu. Milczą, ale tak wiele mówią…

Zatrzymuję się przy rzeźbach.
Oglądam zdjęcia.

Zdjęcie pierwsze – pomnik nad grobem Krzysztofa Kieślowskiego na warszawskich Powązkach.  Czuję kamienną chropowatość jego dłoni obejmujących ostatni kadr…
To miejsce jest zaklęte. Bo ilekroć tam przychodzę, zawsze widzę w tych dłoniach kolejny kadr swojego życia…

Albo kontrowersyjna rzeźba „Imploracja” w pasażu Wiecha. Dla mnie piękna. Przystaję w zadumie ….

Gdy spotykam ludzi, bardzo lubię oglądać ich dłonie.
Mają różne kształty, barwę, smukłość palców, budowę paznokci.
Podobno można z nich rozpoznać charakter człowieka, a nawet jego płeć.

Są  bardzo wyróżnione przez naturę, bo naznaczone dziwnymi niezmiennymi liniami.
Podobno można z nich przepowiadać przyszłość.

Są żywe i ruchliwe. I jakby obdarowane własnym niezależnym życiem.

Ale potrafią też mówić o stanie naszego ciała i duszy. O niepewności, smutku, zdenerwowaniu, radości.

Czasami oglądam swoje dłonie.
Urodziły się ze mną w Gorzowie. I długo były tylko gorzowskie.
Dziecinne, nieporadne, zaplamione atramentem, spierzchnięte od mrozu, nieświadome życia, łatwowierne, naiwne i ufne.

Spędziłam z nimi tyle lat.
Cierpliwie uczyły się ze mną życia.

Lubię swoje dłonie.
Lubię je za to, że nie kłamią.
Niezależnie od ilości wcieranego kremu mówią o czasie, który minął…
Dobrze zapamiętały i opowiadają o wszystkim…

Dotykały już chyba wszystkiego, co można było dotknąć na tym świecie…

Są na nich ślady zwykłych przedmiotów, mokrej wiosennej ziemi, świeżej zieleni, wiatru , śniegu, deszczu i morskiej wody…

Jest tam wieczorny chłód i  letnie ciepło wody z  jezior i rzek…

Zapisały dotyk ciał obojętnych, ukochanych, cierpiących i tych, którzy odeszli…

Gdy bardzo pragnę spotkania z kimś nieobecnym, otwieram swoje dłonie, czytam i włączam wyobraźnię.
I widzę tych ludzi, widzę te zdarzenia.
Tworzę obrazy.
Czuję zapach, smak, dotyk i słyszę czyjś głos.
I jest dobrze …
Prawie dobrze …

Edith Piaf , zdjęcie z netu

 

http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/rozmyslania-o-dloniach,2658218,artgal,t,id,tm.html

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 18 ). W jakimś stopniu „ poukładana” tajemnica Mariolki ?

 

 

 

 

To zdjęcie Mariolki zaczerpnięte z internetu już było, ale powtarzam, bo fajne Jej zamyślenie ….Maria J. Nowakowska na posiedzeniu Rady Gminy…

Kiedy moje pytania nabrzmiewały po poprzednim wpisie pamiętnikowym Mariolki, a próby Jej namówienia, by otworzyła jakąś klapkę w mózgu – bo jak twierdzi – po udarze ma niektóre pozamykane – trwały i trwały, Jurek wrzucił  taki komentarz:

Znalazłem w Internecie: 2001, „Złote myśli ludzi wielkiego serca, umysłu, talentu”. Wydawca: Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”.
„…Bibliofilska pozycja zawierająca aforyzmy i cytaty z literatury polskiej. Współautorami są ludzie świata nauki, kultury i sztuki, przedsiębiorcy i społecznicy kształtujący polską rzeczywistość przełomu tysiącleci. Ilustrowana reprodukcjami obrazów mistrzów malarstwa polskiego i młodych adeptów sztuki malarskiej.”
Mariolko proszę prześlij nam Twoje myśli z tej Księgi!

No i się doczekałam, czy doczekaliśmy – bo nie wiem w jakim stopniu inni Koledzy byli aż tak bardzo zainteresowani. Dla mnie wyjaśnienie tej sprawy – to jakby pokazanie pełnej – jeszcze jednej twarzy naszej Koleżanki – nie tylko zwykłego lekarza, pediatry, czy nawet Ordynatora – ale społecznika  i Człowieka głęboko rozważającego nawet nie swoje myśli. 

  –  aż przed kilkoma dniami przyfrunął  od Niej mailik  takiej treści  :

to jest strona z książki o której była mowa

aż mi głupio że się to rozniosło bo  nie zasłużyłam na to w żadnej mierze no ale …stało się 

myśli nie moje lecz „ściągnięte ”  ( no tak, wg tego co znalazł w necie i wpisał w komentarzu Jurek – jest to pozycja bibliofilska – zawierająca ulubione aforyzmy i cytaty z literatury  wybrane przez ludzi, którzy się jakoś zaznaczyli w życiu i w działalności na rzecz  podopiecznych fundacji Zdążyć z pomocą )

kto mnie podał do redakcji nie mam pojęcia – podejrzewam że krwiodawcy bo kilka numerów mi zrobili m.in podali mnie na wybory radnego – zrobili plakaty i przeszłam …

Pewności jednak nie mam bo mimo że pytałam w redakcji zasłaniali się tajemnicą i nie wyjawili. Przewodniczącym tej edycji i głównym wręczającym książkę  w Zamku warszawskim był Religa !                                           Ale co ja opowiadam takie historyjki – Wy mieliście mnóstwo podobnych a nawet ważniejszych wydarzeń i nic nie mówicie …. ( e, Mariolko, nie bądź taka skromna i nie bij nam pokłonów – bo chyba niewielu z nas zostało dostrzeżonych – wykonywaliśmy swoją mrówczą pracę i może zostaliśmy tylko w pamięci kilku dawnych pacjentów – oczywiście mówię o sobie )

nie mniej przyznaję, że ta książka  jak i otrzymanie medali ( brązowy i srebrny) sprawiło mi satysfakcję że dostrzeżono taka małą mieścinę ( !!! )

kochani dopięliście swego a ja Wam dziękuję i to bardzo

                                  Mariola

 

Mariolko !

Podziękuj Pani Aldonie  – chyba Synowej za sfotografowanie oczekiwanej przeze mnie strony  ….

to bardzo ważne, że  współpracownicy Cię zgłosili – i wobec na pewno mnogości podobnych zgłoszeń z całego kraju – dostrzeżono  tam Ciebie, wybrano i  znalazłaś się w tej Złotej Księdze – to duma nie tylko Twoja i Twoich Bliskich – ale także  Twojego Miasta, Szpitala i Oddziału i my jesteśmy z Ciebie dumni  !!! Fajnie, skromnie  piszesz – dostrzeżono taką małą mieścinę 🙂

Jakie to ważne, że Twoi Ludzie widzieli  iż  żyjesz w zgodzie z myślami przewodnimi, które wybrałaś !!!! (  pisałaś, może jeszcze kiedyś tu przytoczę ten Twój list – że w dyżurkach pielęgniarskich i lekarskich –  zawieszałaś na ścianach mądre, budujące czy wspierające czyjeś tam wiersze – pewnie i te wybrane aforyzmy )

To ma większą wartość niż wymyślone i wygłaszane słowa – nawet najpiękniejsze i najmądrzejsze bez realizacji ich w życiu !!!!!

całuję Cię najmocniej

a na marginesie – pisz dalej swoje wspominki – może – co czułaś gdy pojechałaś po raz pierwszy po udarze na Zjazd Koleżeński – swoje uczucia, zachowania innych – czy coś bolało ????

PS.

  1. Nie masz pojęcia jak mnie kusi ( co mało realne, choćby z uwagi na dzielącą nas odległość – ale może ktoś z mieszkańców Twojego Kępna lub Rodziny to zrobi za mnie ? – by spotkać się z Pielęgniarkami czy Lekarzami z którymi pracowałaś –  (niezwykłe i nieczęsto spotykane jest to, co kiedyś napisałaś, że Twój Następca do tej pory niczego nie zmienił w gabinecie, który urządziłaś )– czy pacjentami i w ogóle mieszkańcami Kępna – pogadać „pa duszam” jak mawiają Rosjanie  – na pewno można by napisać ciekawą Twoją biografię . Przez całe życie zawodowe w jednym niewielkim mieście, dla którego porzuciłaś rodzinny Poznań, w jednym szpitalu – zaangażowanie w życie miasta – do tego zwykłe Rodzinne życie – problemy z chorobą Męża, o którego walczyłaś przez lata – wychowując dwoje dzieci – i pracując zawodowo – to naprawdę wartość .  Jesteś historią tego miasta !!!

2. Ale ad podstawowy temat tej pamiętnikowej kartki – wybrane przez Ciebie różne cytaty czy aforyzmy ( znajdują się na sfotografowanej stronie ze Złotej Księgi , podanej poniżej ) – są  jednoznaczne i też mi przyświecają, ale ten wybrany przez Ciebie z  Mickiewicza mnie zadziwił :

„Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiego

Zaczęła się najskromniej od słowa dlaczego ?”

… i znowu otworzyłaś moje  myślenie  i nastał dla mnie  wczorajszy dzień pełen rozważań – analiz swojego życia ….

Oczywiście w nauce zadawanie pytania DLACZEGO ma wielki sens , bo pozwala zrozumieć i otwiera możliwości badawcze , ale w życiu ?  …. Niestety za często zadaję ludziom to pytanie – starając się dojść do prawdy – przeanalizować – może wyciągnąć wnioski na przyszłość tylko … a wychodzi jedynie „ rozdrapywanie ran „ – czasu się nie odwróci , sprawy przegrane pozostaną przegranymi –  trzeba myśleć pozytywnie „ mogło być gorzej „ i żyć dalej , cieszyć  się każdym darowanym dniem 🙂 Bo jest pięknie, gdy nastaje świt …

Myszkując w internecie , co wczoraj czyniłam za Twoją sprawą, szukając odpowiedzi ludzi mądrych na ten temat –  znalazłam cytat z  Johna Maxwell Coetzee ( ur. 1940 – ) południowoafrykańskiego i  australijskiego  pisarza noblisty – uważanego w anglojęzycznym świecie za jednego z najważniejszych żyjących pisarzy – autora prozy psychologicznej – cechującego się analityczną błyskotliwością i wymownymi dialogami  ( podaję za Wikipedią )

Otóż powiedział on

Nie pytaj dlaczego, to ci nie nakłamią

Pogadajmy Mariolko …..

bmd

 

 

Rozmyślania….

Kochani!

Co tu mówić, opadły mi ręce i skrzydła ( jeśli je kiedykolwiek miałam- może tylko mi się zdawało)- blogu nie można przenieść w inne miejsce- bo WP tego nie zapewniła – ponoć nie ma narzędzi- trzeba by kopiować ” ręcznie ” – praca to iście benedyktyńska …tak więc zgodnie z powiedzeniem i wiedzą ogólną- wszystko ma swój początek i swój koniec- 31marca już pozostanie pustka – ani śladu nawet….

Niczego już nie wpisywałam od czasu otrzymania  tej wiadomości- ale dziś- jeszcze dziś to co ostatnio mi się napisało- gdy spotkałam ludzi pracujących wśród chorych i ich rodzin  – straszliwa to genetyczna choroba- najczęściej atakuje ludzi ok 20 – 30 roku życia- czyli w rozkwicie młodości- aktywności – wielu z nich zdąży przedtem założyć rodziny. Połowa potomstwa zachoruje….jeśli ktoś w rodzinie ( a zwykle tak bywa) już choruje- badani są wszyscy. I tu jest przyczynek do tego co napisałam powyżej- jak żyć z tym wyrokiem ? Jak czują się rodzice wychowujący takie dziecko? Niepojęte….jakże wobec takiej sytuacji miałkie są nasze problemy ….

 

Rozmyślania starej lekarki- pediatry, matki kilkorga dzieci……nt. choroby Huntingtona i nie tylko ….

 

 

 

Nadzieja

Dopóki żyjemy żyje nadzieja

Nadzieja umiera ostatnia

Jak żyć gdy umrze nadzieja

Trwać w chorobie- towarzyszyć

Myśleć że istnieje drugi lepszy świat

Czy to możliwe

 

Gdy genetyka

Bezwzględnie

Mówi

To dziecko

Będzie chore

Nie teraz

Po 20 latach

 

Jak się cieszyć

Z narodzin

Bo śliczne

Ufne

Bezbronne

Promienne

 

Macierzyństwem

Obdarowani

Dźwigają

Tę wiedzę

Przez

Długie

Lata

I żyją

 

Jak

Zrozumieć ?

Ponoć

Zrozumieć

To najpierw

Poznać

Dotknąć

Niemożliwego

 

Tylko wiatr

Wiatr na twarzy

I niebo

Z

Gwiazdami

Słyszą

Cichy

Płacz

Matki

 

I myśl

Nagła

Czas

Darowany

Na

Życie

Skondensowane

Nasycone

Najbardziej

Na świecie

Miłością

Czułością

Dotykaniem

Oglądaniem

Smakowaniem

Czas

Dany

Ofiarowany ….

Krótki

Czas

Wspólny

Dany…..

 

Rozmyślania starej lekarki- pediatry, matki kilkorga dzieci……nt. choroby Huntingtona i nie tylko ….

 

 

Czy wierzycie w Mitologię ?

 

SAM_8136.JPG

 

 

 

Czy wierzycie w Mitologię ?

Zatrzymałam się w rozwoju, a może cofnęłam do późnego dzieciństwa, gdyż znajdując się niedawno w miejscach wypunktowanych przez wydarzenia zawarte w Mitologii greckiej, czuję wiatr historii, nawet tej nieprawdziwej. Ale któraż historia jest do końca prawdziwa? Zawsze jest to czyjaś interpretacja, modyfikacja wprowadzana przez piszących i czytelników, przez ich różne widzenie, odczuwanie, wrażliwość zmysłów.  

Jak już poprzednio wspomniałam , byłam w Kalabrii, czyli na samym czubku włoskiego buta- na palcach i części podbicia owego buta. To tu jak mawiają butni włosi, Italia kopie Sycylię, jak widać z tego pogardzaną przez nich….Wstępnie miejsce to miało być punktem wypadu pod Wezuwiusza a najbardziej do Pompei. Jednak ta wycieczka, jak i uroczej klifowej Tropei nie doszła do skutku z powodu niemożności Itaki.

 Może tak zdarzyło się specjalnie, bym miała czas na oglądanie horyzontu, kamyków na plaży, słuchania wiatru i morza, wypatrywania Odyseusza, który przez bardzo wiele lat błąkał się po tym morzu, które teraz się przede mną  otwierało, a było to Morze Jońskie,  ….i dostałam szansę rozmyślania o życiu. Najpierw z rozmyślań o życiu niewiele wynikało, bo toczy się swoim torem, ale za to cofnęłam się w czasie, do dzieciństwa gdzie wszystko było barwniejsze, intensywne zachwycające bo nowe , bo oczy i wszystkie zmysły wyostrzone, bo ciekawość wszystkiego ogromna ….nie chcę powiedzieć, że teraz jest inaczej. Jest podobnie, choć bardziej anemicznie, proporcjonalnie do peselu. Ale ogólnie nie jest źle….

Gdy byłam podrostkiem, uwielbiałam Mitologię . Świat baśni, wymyślony przed wiekami zachwycał pomysłowością, pobudzał wyobraźnię choć człek sobie zdawał sprawę, że była to fikcja. Choć nie wszystkim tak się wydawało i jest to urocze. Otóż . przed kilkoma dniami rozmawiałam o tym z Synową, która powiedziała, że do tej pory pamięta swoje zdumienie i wielki żal, gdy się dowiedziała, że to co czytała w mitologii nie zdarzyło się nigdy….

Czyżby się nie zdarzyło ?

A może jednak ?

Może tak było a pieśniarze układali o tym pieśni, które spisał Homer? Nic nie wiemy, jak mawiał Sokrates, choć w innym kontekście- scio non scio, czyli wiem, że nic nie wiem. Oto prawdziwa mądrość, stałe otwarcie na myślenie, bo poznawać….. 

A może starożytni po pierwsze chcieli też wierzyć w te wymyślone historie, pewnie były im potrzebne dla ubarwienia monotonii życia, a może obserwowali przyrodę i na podstawie różnych zjawisk wysnuwali zdarzenia czy wrażenia. Ale jak piszą mądrzejsi , mity czyli opowieści o bogach i herosach wyjaśniały człowiekowi jego miejsce na świecie, ustalały granicę, której śmiertelnik przekroczyć nie może, próbowały uporządkować wiedzę o funkcjonowaniu świata i historię. Jednocześnie nie stanowiły „ prawdy objawionej” tylko otwierały możliwości polemiki i krytyki. Stały się źródłem natchnienia wielu artystów pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy i muzyków. Następujący po Grekach Rzymianie przejęli ich tradycję pielęgnowania mitów .Weszły one do dziedzictwa kultury europejskiej i są nadal obecne w różnych przejawach życia społecznego. Czerpią z niej np. New Age, astrologia, horoskopy, kult i współczesne ruchy religijne, a nawet można się dopatrzeć paraleli wydarzeń opisywanych w naszej religii z tamtymi, starożytnymi mitami….ale to temat odrębny, ciekawy, choć dla wielu obrazoburczy….

Fajnie jest wierzyć, że  może faktycznie postaci mitologiczne kiedyś istniały, a może nadal istnieją, tylko nie ogarniamy ich naszymi zmysłami….

Tak, człek potrzebuje podniet, fascynacji, tajemnicy, bo wtedy życie jest barwniejsze, „ fruwające”- jak to nazywam. „ Bujanie w obłokach…”

 

SAM_8137.JPG

 Zdj ze zdjęć z ap foto w smartfonie, bo tam jest za duży format i nie chciały wejść . Muszę spróbować zmienić opcję w telefonie, ale na razie nie umiem 🙂

Rozmyślania nad zielonymi ośćmi.

 

 

SAM_0906.JPG

Na moją prośbę, pan w barze pokazuje kręgosłup belony, Ładny, zielony jest. Ale ryby żal….

 

 

Po emocjach wyborczych, gorzkim smaku klęski urzędującego Prezydenta przychodzi do człeka lęk, co będzie z Polską i z nami? Za dobrze pamiętamy rządy PiSu by się nie bać.

Ale dlatego właśnie dziś chciałam uciec w przyrodę, w blogowe gadanie i temu podobne zajęcia. To jedyny ratunek….

      Poszłam ci ja do baru rybnego , jako że jeszcze w Jastarni „baluję”. A tam miła panienka z uśmiechem zaproponowała rybkę o nazwie belona. Od razu melodię usłyszałam Wojtka Bellona i jego Grupy Bukowina i smętny jego metalowy ławeczkowy  pomniczek w Busku Zdroju, gdzie mieszkał…Tak więc nazwa tej rybki bliska sercu się zdała i pełna muzyki. Właściwie nie powinnam jadać mięsa ani ryb w szczególności, gdyż zawsze z istotą żywą się kojarzy, ale ryba ponoć dla zdrowia powinna być konsumowana. Więc na chwilę zapominam o męce przedśmiertnej ryby, bo właśnie panienka z baru wnosi na talerzu zamówioną belonę. Tak, zamówiłam a właściwie zamówiliśmy. Jak mamy w zwyczaju prosimy też o drugi talerz i sztućce i dzielimy jedną porcję na pół, bo tak wielkiej, jaką podają nie da się zjeść. Jeszcze niedawno może bym się wstydziła, ale teraz nie. Pamiętam wrażenie sprzed bardzo wielu laty , gdy byliśmy w restauracji hiszpańskiej gdzieś na Muranowie i kelner –Hiszpan sam zapytał, czy zapakować nam to, czego nie byliśmy w stanie zjeść. Oczywiście zgodziliśmy się ochoczo i przez kolejne trzy dni mieliśmy gotowy obiad. I to wszystko z dwóch tylko restauracyjnych porcji. Teraz już wszędzie nie ma problemu, by poprosić o opakowanie jednorazowe i zabrać do domu to co zostało albo po prostu zamawiać jedną porcję na dwie osoby. Rozpisałam się nadmiernie, ale to we mnie siedziało jako swojego rodzaju ciekawostka historyczno-obyczajowa.

      Pora wrócić do opisu naszego obiadu i zamówienia melodyjnej belony. Przed zamówieniem zapytałam, czy ta ryba ma ości, pani przytaknęła, ale powiedziała, że można sobie poradzić. Coś tylko bąknęłam o tym, że okularów nie wzięłam, ale pani pewnie nie dosłyszała. Tylko dalej opowiadała z żarem, że ta ryba pojawia się w Zatoce Puckiej jeden raz w roku, w maju i że jest nad wyraz  smakowita.

Tak więc przełamując opory by jeść żywe jeszcze niedawno zwierzątko zabrałam się do dzielenia ryby. I wówczas zauważyłam rzecz niezwykłą. Ta ryba miała zielony kręgosłup, a przy dalszym przygotowywaniu kęsa odkrywałam też , że ma dużo cienkich jak gruba żyłka  ości, ale przezroczystych i cudnie zielonkawych. Okazało się, że były tak dobrze widoczne, że okulary w ogóle nie były potrzebne.

Po powrocie do domu zajrzałam zwyczajowo do netu i znalazłam to, co pokrótce sobie streszczę. Otóż belona, zwana też beloną pospolitą ( łac. Belone belone- czyż nie cudnie można to zaśpiewać?)  jest  rybą morską belonokształtną. Jak widać musi być on tak niezwykły, że nawet nazwa pochodzi od tej ryby. Jest bardzo szczupła , smukła , potrafi osiągać długość nawet do 100 cm. Trochę przypomina węgorza, ale posiada bardzo długaśne szczęki przypominające dziób , uzbrojone w  liczne drobne zęby. W młodości jej szczęka górna jest znacznie dłuższa od dolnej. Ma wielkie oczy i podobno jest bardzo brzydka, poza dwoma cechami. Po pierwsze odziana jest w piękną srebrną skórę z drobnymi łuskami i jej kręgosłup oraz ości mają zielonawoniebieskawą barwę. Barwnikiem tym jest biliwerdyna powstała w wyniku przemiany hemoglobiny. Człek też ją produkuje w sobie , ale nie wpadł na pomysł, by barwić sobie kosteczki czy chociażby paznokcie…

Belona mieszka we wschodnim oceanie Atlantyckim oraz Morzu Śródziemnym, Północnym Czarnym i Bałtyckim.

Belony są towarzyskie, pływają w stadach blisko powierzchni wody i potrafią wyskakiwać ponad wodę. Żywią się małymi rybami i skorupiakami.

U naszych wybrzeży pojawia się tylko jeden raz w roku, w maju, gdy woda w morzu po zimie nagrzewa się gdy temperatura osiąga 8-9 stopni , i wtedy wyczekujący jej wędkarze są w siódmym niebie…Później odpływa na głębokie wody morza ….

I teraz siedzę nad klawiaturą a trapi mnie jedna myśl. Ta biedna ryba przypływa do nas, na Zatokę Pucką  ufnie napędzana biologią. Tu, w tych dość ciepłych teraz wodach musi odbyć tarło. A ludzie urządzają na nią polowania. Pytałam o to w tym i w innych barach oraz mieszkańca i nie otrzymałam odpowiedzi. Nad obecnością tej ryby o tej porze roku na talerzach barów rybnych panuje zmowa milczenia. Ktoś tylko powiedział, że rybacy wybierają takie sztuki, które nie mają oznak dojrzałości płciowej, nie noszą w sobie ikry ani mlecza…ale jak to rozpoznawać? Nie wiem…

Chyba zostanę wreszcie wegetarianką…

Ale czy rośliny nie cierpią?

I na tym zamykam poranne rozmyślania, bo i tak odpowiedzi nie widzę.

Tymczasem  na poranną kawkę zapraszam….

 

Zostawmy  tę piękną belonę , niech wolnością się cieszy. Zdjęcie z Wikipedii.

Belone_belone1.jpg

 

 

 

 

 

Zdjęcia doktorantki…

Tak sobie oglądam stare zdjęcia rodzinne. I dumam nad tym, co wyrasta z dzieci. Czy mamy na to jakiś wpływ poza przekazaniem genów?

A to Paulinka, nasza najmłodsza, teraz mamusia i doktorantka…

 

 

 

 

SAM_5780.JPG

 

 

SAM_5794.JPG

Puśka z Ewą

 

 

Dziecięce zabawy.

SAM_9005.JPG

 

 

SAM_9006.JPG

 

 

SAM_9017.JPG

 

 

SAM_9022.JPG

 

 

SAM_9025.JPG

 

 

SAM_9026.JPG

 

 

Patek ma  dwa lata i pięć miesięcy. Wstaje zwykle razem z babcią tuż po świcie. Jest rześki i w odróżnieniu od babci pełen energii. Od pewnego czasu pierwszym jego zajęciem są „puzelki”. Przynosi pudło, rozkłada się na dywanie i wielkim zapałem, cierpliwością , skutecznością i radością dobiera wszystkie elementy.

   A ja patrzę i cofam się w czasie. Jest początek lat 50 ubiegłego wieku, mam może 4 lata, dwie lalki- jedną  szmacianą a drugą z brudnoróżowej gumy i klocki.  Wcale się nimi nie zachwycam. Bo należy z nich układać rysunek. Każda ścianka jednego z 8 klocków jest pokryta papierem z fragmentem wzoru który układa się w jakiś rysunek. Zajęcie to nieciekawe, właściwie dla mnie trudne, nie warte wysiłku. Wolę zabawy w dom na leżących w krzakach sąsiadującego z naszą kamienicą parku przewróconych nagrobkach poniemieckich. Ale zanim wyjdę z domu, rysuję na brzuchu szmacianej lalki kreski imitujące operację a potem nacinam. Wysypują się trociny. Jestem przerażona….

Takie mamy  dzieciństwo, powojenne,  szarobure, ukryte za żelazną kurtyną. Podczas gdy w świecie już dawno znają inne zabawy , zajęcia rozwijające inaczej wyobraźnię .

I czytam w necie, że dawno, dawno temu, bo w 1763 r. pewien londyński kartograf i grawer John Spilbury zauważył, że uczniowie mają problem w opanowaniu geografii. I wtedy wymyślił puzzle. Na cienkich deskach mahoniowych naklejał drukowane mapy i wycinał wzdłuż granic państw. Od tej pory ta forma pomocy naukowych rozpowszechniła się w całej Anglii i była stosowana także do nauczania innych przedmiotów. Stopniowo utrudniano zadanie ich układania, dzieląc na liczniejsze elementy i bardziej finezyjnie wycinając kształty. Obecnie największe puzzle na świecie- wpisane w 2011 r do Księgi rekordów Guinnesa  ułożyło 1600 studentów z Wietnamu . Składały się z 551 232 elementów o wymiarach 2,5×2,5 cm a obraz zajął powierzchnię 14,85×23,2 m.

Poza puzzlami płaskimi są produkowane także trójwymiarowe i kuliste.

    Nie wiem i nie znalazłam w necie info nt puzzli w Polsce.

Gdy dzisiaj patrzę na tego niewielkiego jeszcze młodzieńca, bo jak wspomniałam niespełna 2,5 letniego, który od rana prosi o „ puzelki” , z zapałem dobiera elementy  i w szybkim tempie układa całość, widzę wielką różnicę pomiędzy pokoleniami. To przepaść.

I myśl przychodzi – co z niego wyrośnie, czy nie zagubi zdolności i zapału. Ale trzeba myśleć pozytywnie, wszak i my jakoś wyrośliśmy i życie już właściwie na nami.  

I druga myśl przychodzi,  że właściwie nieważne są zdolności , umiejętności , wykształcenie czy gonitwa z sukcesem.

Bo najważniejsze jest to co ponadczasowe.

Być Dobrym Człowiekiem, najważniejsze jest….

 

SAM_9029.JPG

 

 

SAM_9031.JPG

 

 

SAM_9034.JPG

 

 

SAM_9035.JPG

 

Smętne rozmyślania przy bunkrach w Jastarni

SAM_8014.JPG

Polski bunkier Sęp leży na nadbałtyckiej plaży w Jastarni…

 

 

A miało być o bardzo odległych dziejach Półwyspu Helskiego i Jastarni . Nie udało się , bo wczoraj  wędrując plażą w kierunku Władysławowa nagle ujrzeliśmy bunkier na plaży. Co prawda przed bardzo wielu laty  tam byłam, potem czytałam o jakiejś niedawnej aferze z zasypaniem ziemią gdy lasy zmieniały właściciela i odkopaniu po protestach ludzi pielęgnujących tradycje militarne .

Pomimo tego, nie daje się hamować emocji , gdy nagle wyrasta przed nami taka budowla.

Potem kolejna i kolejna…

I przychodzi myśl po co nam to było? Tym bardziej, gdy czytam, że Polska nie zdążyła ich wykorzystać w czasie II wojny światowej bo  planowano ukończenie budowy dopiero w listopadzie 1939 roku  a wojna wybuchła 1 września i miała określony scenariusz. Po prostu byliśmy za słabi by pokonać najeźdźców. I taka jest prawda. Gdy teraz słucham, że mamy zwiększyć wydatki na zbrojenia wątpliwości same przychodzą do głowy. Przecież wtedy też mieliśmy sojusze…. I właśnie o tym myślę patrząc na bunkry w Jastarni….

Dla moich dzieci i wnuków ale przyznam, że także i dla siebie porządkuję wiadomości nt obrony Helu w 1939 roku. W tym miejscu przepraszam tych, którzy to wszystko wiedzą- nie obraźcie się mili…..

 

A było tak:

Przed II wojną światową granice Polski wyglądały inaczej niż dziś. Mieliśmy tylko maleńki skrawek wybrzeża Bałtyku z pięknym nowym portem w Gdyni.

Ponieważ był on położony  bardzo blisko granicy z Niemcami w wyobraźni wojskowych istniała konieczność wybudowania bazy marynarki wojennej, z której można by było prowadzić obronę tego miasta.

I dlatego m.in. wybrano  leżący po drugiej stronie zatoki Gdańskiej polski wtedy Hel, bo obok prowadziła droga morska z  Morza Bałtyckiego do Gdyni i Gdańska.  Zamknięto tedy ten obszar od strony półwyspu  a  do wejścia czy wjazdu konieczne było posiadanie przepustki. Wybudowano tam  port wojskowy a na wydmach zainstalowano wielkie działa ( bateria im. Laskowskiego) , które mogły ostrzeliwać statki podążające w kierunku Gdynie i  wolnego wtedy  miasta Gdańska, ale znajdującego się pod dużymi wpływami Niemiec.

      By osłonić Hel od strony Władysławowa rozpoczęto budowę bunkrów w Jastarni  układających się w poprzek półwyspu, który tu miał szerokość 450 m . Realizowano projekt inżynierów wojskowych mjr saperów Szmidta oraz mjr Draguły. Prace rozpoczęto 15 maja 1939 roku, w dniu rozpoczęcia wojny , 1 września bunkry były już wzniesione, pięknie nazwane nawet, chociaż jeszcze nie wyposażone w urządzenia wentylacyjne i część uzbrojenia.

     Jednak zarówno data rozpoczęcia wojny jak i jej błyskawiczny rozwój spowodowały, że bunkry okazały się niepotrzebne.

 Bo wkrótce część  Polski była zajęta przez Niemcy a po od 17 września pozostała część przez  ZSRR. I nie pomogły żadne sojusze….

Hel, ta główna baza Polskie Floty Wojennej był  atakowany przez Niemców z powietrza i morza . A  8 września został izolowany od lądu na wysokości Swarzewa i Władysławowa z kontrolowaną Zatoką Pucką przez korpus gen von Kaupischa 

Od 21 września pancerniki „ Schleswig-Holstein” i „Schlesien” rozpoczęły ostrzał  Helu zmagając się z działami polskiej baterii cyplowej im. Laskowskiego .

25 września 1939 r.  został trafiony niemiecki pancernik „Schleswig-Holstein”.

Polski dowódca baterii , kpt. marynarki Zbigniew Przybyszewski został ranny , ale po opatrzeniu ran na własną prośbę wrócił na stanowisko bojowe.

30 września Niemcy zdobyli leżące na Półwyspie Chałupy a wycofujące się wojska polskie wysadziły zaporę z głowic torpedowych , przerywając ciągłość Półwyspu co zatrzymało lądowy pochód Niemców.

Jednak po upadku Warszawy i Modlina, a także z powodu braku żywności i amunicji sytuacja obronna stała się beznadziejna. I wówczas polski kontradmirał Józef Unrug podjął  decyzję poddania się.

1 października wstrzymano po obu stronach ogień.W Grand Hotelu w Sopocie polscy komandorzy Stefan Frankowski i Marian Majewski,  złożyli podpis na akcie kapitulacji w obecności  niemieckiego kontradmirała Huberta von Schmundta .

Wieczorem wypłacono obrońcom pobory za trzy miesiące z góry , rozpoczęto niszczenie akt sądowych i osobowych i przez całą noc zakopywano i zatapiano sprzęt..

2 października o godzinie 10 wkroczyli do Helu Niemcy , którzy jeszcze długo poszukiwali ukrytych dział, nie wierząc , że obrońcy Helu mając do dyspozycji jedynie cztery armaty Boforsa mogli skutecznie trafiać w okręty wojenne i zatopić jeden trałowiec….

 

Bunkry w Jastarni wybudowane przez bardzo młodą wtedy Polskę wielkim nakładem sił i środków, od 1940 r. do końca II wojny światowej  służyły Niemcom….jedynie Niemcom….

 

I gdy  tak stoję obok bunkrów w Jastarni, nigdy niepotrzebnych trudno się dziwić , że rozmyślam o naszych czasach, sojuszach, strojeniu piórek, zbrojeniach….chciałabym nie mieć racji…

 

 

Poland1939_physical.jpg

Obszar Polski sprzed II wojny światowej ( zdj z Wikipedii)

 

 

SAM_8057.JPG

 

Zdj tablicy przy szlaku militarnym w Jastarni. Cztery polskie przedwojenne bunkry o pięknych nazwach. Sęp na wybrzeżu Bałtyku, Sokół od strony Zatoki Puckiej…

 

 

SAM_8041.JPG

 

SAM_8031.JPG

Sęp z bliska

 

SAM_8052.JPG

 

 

SAM_8045.JPG

Saragossa zwana też  Saratoga ( od miejscowości w Stanach gdzie Tadeusz Kościuszko budował linie obronne)

 

 

SAM_8061.JPG

Bunkier Sabała, gdzie jest Muzeum, otwarte jedynie w sezonie letnim. Teraz niedostępne od strony morza, z powodu głębokich rowów w których światłowody będą…dlatego zdj z daleka

 

 

SAM_8020.JPG

 Nie dotarliśmy do Sokoła, wróciliśmy na plażę…..

Idzie nowe pokolenie a z nim nadzieja…

 

 Gdy zajęcia moich wnucząt osiągnęły apogeum rozhulania, jedynym ratunkiem okazała się nasza cyfrowa naziemna telewizja. I nie mam zamiaru jej reklamować, ale program ABC  spłynął mi jak  nieba. Na szczęście akurat pojawiły się na ekranie smerfy, więc była to pełnia szczęścia. Rodzice ograniczają dzieciakom czas spędzany przed telewizorem, ale u babci- hulaj dusza. Tak więc  moje domowe smerfy zasiadły przed TV , starszy , prawie sześciolatek na fotelu smętnie przykrytym jakąś kapą na okoliczność obecności dwóch małych rozrabiaków, by uniknąć plam z soku, długopisów, zupek i temu innych barwników, a młodszy grzecznie obok na stołeczku.

Potem już tylko obserwowałam ich miny, chociaż przyznam, że smerfy na ekranie były zajmujące.

I tak sobie rozmyślam oglądając te zdjęcia. Nie ma jak dzieciństwo. Wszystko jest ciekawe, pasjonujące, nowe.

Podczas gdy  niespełna dwuletni Patek gapił się w ekran jak sroka w gnat, prawie sześcioletni Wiktorek w pewnym momencie pokazał szczerbę pomiędzy  górnymi zębami, bo jest właśnie  na etapie wymiany mleczaków na stałe, potem postanowił zająć się pracą twórczą, wydobył aparat fotograficzny babci za jej zgodą i dokumentował to co na ekranie.

I tak rośnie młode pokolenie , dla którego już pewnie żadnych tajemnic nie będzie. Ani TV, ani aparaty fotograficzne czy komputery i internety nie są czymś niezwykłym i zadziwiającym jak dla babci urodzonej w ubiegłym wieku.

A co będzie dalej z  nami, z naszą Polską, z ich Polską? Tego nie można sobie nawet wyobrazić.

Więc postanawiam się już nie lękać  wydarzeń politycznych, dostawać palpitacji serca, a nawet się wstydzić za wybrane ponoć demokratycznie władze , których przedstawiciele   rozzuchwaleni do granic ostatecznych ( chyba) dają pokaz głupoty, naiwności i rozbestwienia.

Afera taśmowa- podsłuchowa  która nas tak przeraża będzie dla tych młodych  pewnie bajką o Czerwonym Kapturku.

Tak więc, panowie to nic, nic to… idzie nowe pokolenie…..a z nim nadzieja, że świat się zmieni….piszę to mając jednak pewne wątpliwości….czy zmieni się na dobre….tego nie wiem….

Dlatego w poczuciu całkowitej bezradności wobec wydarzeń w naszym kraju i na świecie i uspokojona tą bezradnością  wracam do moich smerfów….

 

 

 

 

 

SAM_6148.JPG

 

 

 

 

 

 

A ” Kiedy znów zakwitną białe bzy…”

 

 

1.JPG

 

6.JPG

 

 

„Kiedy znów zakwitną białe bzy,
Z brylantowej rosy, z wonnej mgły,
W parku pod platanem
Pani siądzie z panem…”

 

Pośpiewać sobie można za Foggiem, Połomskim i innymi, którzy też polubili tę piosenkę i umieścili w swoim repertuarze , ale „tych lat nie odda nikt…”. Było, minęło.

Pozostały jednak dawne sentymenty do tamtych czasów. Młodzi byliśmy, jeszcze tacy młodzi. Ale wówczas człek sobie nie zdawał sprawy z urody tego czasu , pędził za każdą chwilą, czas przeciekał pomiędzy palcami i wszystko wtedy wydawało się normalne, zwykłe. I ta sprawność i piękne ciało i tylko uczucia latały pod niebo by czasem boleśnie spadać na ziemię…..a potem znowu te wzloty płomienne…

   Teraz jest inaczej.

Jest dużo wolnego czasu a lustro jednoznacznie mówi to co mówi.

Ale też przyszła ochota na smakowanie życia, rozkoszowanie się każdym danym jeszcze do przeżycia momentem i przyszła też pora na wspomnienia. Np.  pierwszy rok warszawskich studiów , kiedy już mężatką  byłam a Piotrek Sz. na poranne zajęcia wpadł nieco spóźniony z naręczem bzów jeszcze mokrych od rosy, pewnie pod drodze wyłamanych z jakiegoś krzewu i życzenia imieninowe składał….spotkałam go po bardzo wielu latach i zobaczyłam bardzo zmęczonego życiem człowieka. Ale w mojej pamięci pozostał tamtym szalonym czarnym chłopakiem z płonącymi oczami…

Jakie czary potrafi wyczyniać pamięć. Przechowuje to co piękne, chwile mniej ciekawe wybiela a o złych zapomina lub zamazuje ich kontury, wygładza, łagodzi. Jestem jej za to wdzięczna, że właśnie taka jest….

    Bardzo lubimy  bzy, te szalone krzewy, ich bujną wiosenną zieleń i wielkie wiechcie kwiatów. Tę istną burzę w ogrodzie rozsiewającą zapachy….

    A pomyśleć, że przywędrował do naszego kraju dopiero w XVI wieku, z Turcji przywieziony. Fajnie , że nie żyjemy w wieku  XV albo i wcześniej jeszcze,  bo jakiż uboższy byłby nasz wiosenny świat….świat bez bzu…Jego rodziną są lilakowate i pomimo, że nazywamy go bzem nie należy do rodziny piżmaczkowatych jak bez czarny czy ligustr…. Miłe nazwy tych rodzin….ktoś kiedyś wymyślił a dawno już zniknął , nawet nie znamy jego imienia. Ale pozostał w bzach, co kwitną majowo …Człowieczy los rozdaje karty w grze zwanej życiem, zapamiętaniem….ale już odkładam na bok te rozmyślania….

… bo właśnie niedawno zakwitł w naszym ogródku….bez….piękny i wilgotny…

 

 

5.JPG

 

 

3.JPG

 

 

00.JPG