Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 41 ). Ciąg dalszy „ wolności „ – nie dla mnie być księgowym – mój następca i funkcja magazyniera


I w tym roku 1955, kiedy ludzie zapominają o minionej wojnie – Jan  jest na tzw. „ wolności” – lecz jaka to wolność, kiedy  nie może wrócić do swojej rodziny – nie tylko tej, która żyje na obecnych terenach ZSRR ale żony i synów, którzy są już w Lidzbarku Warmińskim.

i jeszcze raz zdjęcie Jana sprzed II wojny światowej – elegancki nauczyciel kiedyś …

oddaję głos Janowi :

     A więc przystępuję do rzeczy, do opisywania pracy w księgowości w sowchozie Telmana na Kazachstanie.

Praca na pozór nie jest trudna, ale dla rozpoczynającego ją, robiącego pierwsze kroki, stanowi niepewność w posunięciach.

Najgorszym było to, że liczenie na liczydłach trzeba było sprawdzać wciąż i wciąż w sposób pisemny.

Szczególnie dawało się to we znaki , gdy przychodziło się zestawiać bilansy za okresy.

Bilans swój, już zestawiony, musiałem nieraz poprawiać w rejonowym biurze.

Trwało to czasami dwa, trzy dni.

To często nie obeszło się  od fundacji kolegom w tym biurze, którzy mi w tej sprawie pomagali.

W sumie te wydatki nieraz wynosiły około 100 rubli.

Doszedłem do wniosku, że ta praca księgowego nie daje mi ani satysfakcji, ani też dobrych dochodów.

Postanowiłem po czterech miesiącach zwolnić się.

Przybyłem do rejonu do pani księgowej Olgi Iwanowny z prośbą, żeby mnie zwolniła z pracy księgowego, gdyż trudno mi się wywiązywać z obowiązków , nie umiejąc dobrze liczyć na liczydłach.

Nie przyjęła mojej prośby, tłumacząc, że te niedomagania moje w liczeniu na liczydłach, prędko znikną.

Ja jednak powtarzałem swoją prośbę.

W końcu zgodziła się, że zwolni , jeśli ja na swoje miejsce dam człowieka.

Po tej rozmowie wychodzę na podwórko.

Stoję i rozglądam się.

I oto widzę  człowieka wyglądającego jak strach na wróble- źle ubranego, oberwanego, całego porośniętego, ze sterczącymi włosami na głowie.

Podszedłem do niego i nawiązałem rozmowę.

Okazało się, że rzeczywiście był łagiernikiem.

Nazywa się Iwan Iwanowicz.

Poszukuje pracy.

Przyjechał tu,  do sowchozu Telmana ( właśnie z tego, w którym ja pracuję).

Opowiada, że słyszał , iż w tym sowchozie brakuje księgowego i on chciałby nim zostać. )

Przyznaję się, że  w Telmanie ja jestem księgowym i chciałbym zwolnić się z tej pracy, ale muszę dać na swoje miejsce innego księgowego.

Obaj myśmy się ucieszyli z tego zbiegu okoliczności.

Poprosiłem go o jakiś dokument, który świadczyłby , że zna się na buchalterii.

Przedstawił mi dowód osobisty, w którym ja zobaczyłem:

zawód- główny księgowy w województwie.

To wszystko jeszcze więcej mnie ucieszyło, bo człowieka na swoje miejsce już mam.

A więc prowadzę Iwana Iwanowicza do pani księgowej Olgi Iwanowny.

Przedstawiłem jej, że to jest księgowy na moje miejsce pracy i ma dokumenty, świadczące o jego zawodzie.

Oglądnęła jego dowód osobisty i powiedziała mu, oddając dokument z powrotem :

„ Wy wyjdziecie, a wy- wskazując na mnie-  ostanicieś”.

Gdy tylko drzwi się zamknęły, to ona do mnie ze słowami:

„ wy dumajcie, szto ja pryjmu takowo basiaka  na służbu? Ni w kakim słuczaju. „

Ja na to:

„ U niewo jest dokumienty,  szto on rabotał gławnym buchalterom w obłastii”.

Ona-

„ No ja jewo na dołżność buchalteria nie prijmu.” .

 Ja- „ W takom słuczaje , ja idu k gławbuchu”.  ( do głównego księgowego)

Ona- „ Idzicie”.

Wychodzę.

Powiadamiam mojego przyjaciela niedoli, że nie przyjmuje go.

Proponuję, żebyśmy sami poszli do głównego księgowego – mężczyzny.

Iwan zgadza się.

Ja przedstawiam gławbuchu sprawę , w której przyszliśmy.

Po wysłuchaniu, bierze podane mu dokumenty, że mój towarzysz był głównym księgowym w województwie.

Obejrzał i mówi:

„ No sztoż, rozbasiaczyliś, i wsio propili”.

 A  on na to:

„ Da, nie powiodło w żyźni” .

„ Prynimaju was na dołżność buchaltera.

 Siejczas napiszem wam naznaczenie. „ 

Przy tym wyjmuje garść papierków i odlicza 300 rubli, które wręcza mi, mówiąc:

„ Wot wam trista rubliej , Iwan Wikientiwicz ( rosyjski zwyczaj dodawania zamiast nazwiska= syn i imię ojca= w moim wypadku= syn Wincentego)  , pokupitie Iwanu Iwanowiczu odzieżdu, sztoby był podop na cziełowieka, a nie na basiaka”.

Kończąc sprawę naznaczenia Iwana Iwanowicza, ja zwracam się z prośbą o naznaczenie mnie magazynierem w tymże ośrodku budowniczym, gdyż taka funkcja jest jeszcze niezajęta.

Gławbuch zgadza się i także każe swojej pomocnicy napisać dla mnie ” naznaczenie” na magazyniera.

    Z obopólnym zadowoleniem moim i Iwana Iwanowicza wychodzimy z biura i idziemy do magazynu, żeby kupić te nowe spodnie, kufajkę , koszulkę- półkoszulek, buciki no i czapkę na te sterczące na głowie włosy.

Załatwiliśmy te zakupy, zaszliśmy jeszcze na obiad, który odbył się bez alkoholu ale z piwem i wyruszyliśmy z ciężarówką do swego sowchozu Telmana, znajdującego się o 50 km.

Spotkanie Iwana Iwanowicza z pracownikami- robotnikami.

Przyjazd nowego księgowego był niespodzianką dla robotników.

Nie wiedzieli dotychczas, że ja zamierzam zwolnić się z tej swojej posady.

Dlatego posypały się zaraz że pytania- co to za człowiek?

Nadal wyglądał jak straszydło, mimo, że ubrania i buty miał nowe.

Tak to wszystko było zakurzone, że człowieka w tym kurzu nie można było znaleźć.

Drogi tu były polne i z dużymi wybojami, a więc kurz się unosił jak burzowe chmury.

Gdy odpowiedziałem ciekawym , że to jest nowy księgowy, nie mogli uwierzyć.

Niektórzy wyrazili żal, że ja ustąpiłem.

Wszyscy się z niedowierzaniem przyglądali jemu i nie mogli uwierzyć, że on będzie księgowym.

Drugi dzień musiałem poświęcić jego oczyszczaniu z brudów – przede wszystkim od wszy.

Mieszkał on i żył przez całe tygodnie w stogach siana lub w zbożu niedaleko sowchozu i doprowadził się do takiego stanu, że nazywali go tu, którzy go widzieli „ basiakiem”.

 Felczer tego osiedla przeprowadził dezynfekcję jego i jego ubrania.

Dopiero po tym oczyszczeniu przyjąłem Iwana Iwanowicza  do swojej kantorki zbudowanej z desek.

A więc do mojego pokoju wstawiono jeszcze jedno łóżko.

Między naszymi łóżkami stał stół – biuro księgowego, no i tym samym moje – zaopatrzeniowca, magazyniera.

To nasze „ biuro” znajduje się  tuż obok szopy, gdzie z braku miejsca zamieszkują moi koledzy – robotnicy.

Oni jeszcze  wypoczywają po pracy  na łóżkach bez materaców i pościeli. ….

c.d.n.

Łyżwiarze i wspomnienie minionych zim…

Oto jeden z ocalałych tekstów ze starego blogu- nie wiem dlaczego znalazł się na pierwszej tamtejszej stronie- może chciał tu zawitać ?

Więc kopiuję….

Zdjęcia zamieściły się poniżej ( jeszcze  nie opanowałam” budowy tutejszego gniazdka „….

Oczywiście środkowe, to moje dawne, wykonane przez Tatę- Wacława Łukaszewicza…..

zapraszam ….

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Brody Żarskie jak ze snu

 

 

Zdjęcie0194.jpg

Pałac w Brodach Żarskich w 2015 roku. W 1955 oglądaliśmy ruiny, które teraz uzupełniono cegłami. Można sobie wyobrazić jak wyglądały, tylko ” odrzucić” cegły….

P5310578.JPG

Nasz dawny dom kolonijny, teraz hotel.

BrodyNet.jpg

Wytworne wnętrze obecnego hotelu. Chodziłyśmy po taaaaakich  schodach , no trochę bardziej sfatygowanych. Było cudnie i wytwornie…zdj. z Wikipedii.

 

Był Gorzów,  poniemieckie miasto , które stało się  naszym miejscem urodzenia i zajęło na stałe najcieplejsze miejsce w sercu i był rok 1955. Byłyśmy uczennicami pierwszej klasy szkoły przy ul. Estkowskiego . Niewątpliwa uroda tej szkoły miała wpływ na rozwój odczuć estetycznych uczniów. Oczywiście sądzę po sobie , gdy wspominam jej kształtną bryłę, klinkierowe, gładkie, nieco lśniące mury, duży ale nieomal wtapiający się w ścianę zegar w górnym narożniku budynku, duże okna, szerokie wejścia, świetliste korytarze, dwie sale gimnastyczne przestronne i jasne oraz posadzki z lastriko, w którym zamiast kamyków wtopiono muszelki. Uff, ależ się rozpisałam, jak zwykle dygresja wykwitła jak niechciany dziki kwiat, a ja pozwoliłam mu na bujanie….Wracam więc do głównego  tematu tego wspomnienia…

    Tak więc 60 lat temu dumna i być może blada poszłam na pierwszą zbiórkę zuchów. Zabawy było co niemiara, czułam się szczęśliwa wśród dzieci, za którymi zawsze tęskniłam. Brat był starszy o 13 lat, młodszy umarł zanim się urodziłam, więc byłam właściwie jedynaczką. Kolejne zbiórki to właściwie tylko zabawa była.

Ale najważniejsza była obietnica kolonii zuchowych. Gdy pojawił się temat wakacji i  tych  kolonii, natychmiast zajarzyłam. Od razu bardzo bardzo chciałam pojechać. Mama nie była pewna, czy wysyłać swoją trochę wychuchaną siedmiolatkę. Ale ja się zapierałam z uporem młodej kozy.  Wtedy Mama użyła ostatecznego argumentu, oznajmiając , że do mnie nie przyjadą, nie odwiedzą , nawet gdybym płakała . Skwapliwie na to przystałam . I rodzice byli konsekwentni jak zawsze zresztą . Której niedzieli pojawiło się wielu rodziców, oczywiście moich nie było. Dzieci miały rozwalony dzień a potem się mazały. Ja ani razu nie płakałam, chyba nawet nie zdążyłam zatęsknić za rodzicami, bo tam tyle się działo.

Zawieźli nas tam chyba autobusem, może pociągiem, szkoda, ale nie pomnę. Jak widać podróż zakryło wspomnienie tamtego miejsca i następujących po sobie wydarzeń. Pomimo upływu tylu lat tamten pobyt stale jest wyraźny, jakby zaledwie wczoraj, ma kolory, ba, nawet zapachy.

Miejscowość Brody Żarskie , poza śmieszną wtedy dla nas nazwą, kojarzącą się z wielką siwą lub czarną jak smoła brodą, leżało jakby na końcu świata. Ukryte w lasach, nad rzekami tuż przy zachodniej granicy wydawało się ostoją tego co piękne. Tam kryła się wolność i czaiły niespodzianki. Czułam to przez skórę…

Po krótkim marszu przez małe miasteczko stanęliśmy naprzeciwko innego świata. Tak niezwykłego, że widok zapierał dech. Było po prostu bajkowo. 

Mur, który nam się wydawał niebotycznie wysoki  okalał to miejsce i wstępnie zasłaniał, to co za nim. Gdy otwarto wielką żelazną, ażurową bardzo ozdobną bramę otworzył się przed nami inny świat, świat jakby z bajki.

 Za murem rozciągała się  wielka przestrzeń, częściowo porośniętą trawą, a jej obrzeżami biegły aleje obsadzone chyba niewysokimi drzewami, zbiegające się tuż pod ogromniastymi ruinami. Bo tam, daleko w tle wyrastały zębate szczątki wielkiego pałacu. Wpatrywałyśmy się przerażone, chociaż też zauroczone a na pewno onieśmielone.  Nigdy przedtem nie widziałyśmy takich ruin. Owszem, a naszym Gorzowie były ruiny domów wypalonych  w 1945 r.  przez Sowietów 2 tygodnie po tzw. wyzwoleniu, ale nie sterczały tak wysoko , raczej to były duże gruzowiska cegieł, niewiele przypominające dawne siedziby ludzkie. Do takich widoków  byłyśmy przyzwyczajone. A tutaj po raz pierwszy  w życiu widziałyśmy taaaakie ruiny. Gapiłybyśmy się dłużej, ale nas ponaglano, gdyż należało się zakwaterować.  Dopiero teraz zauważyłyśmy , że po  obu stronach są dobrze zachowane , ułożone łukowato niewysokie domy. Potem odkryliśmy , że po prawej stronie od bramy mieści się kaplica.

Tymczasem  poprowadzono nas do pięknego budynku znajdującego się po stronie lewej w bezpośredniej bliskości pałacu. Pałac budził w nas grozę, która narastała w miarę zbliżania się.  Nie ma co ukrywać, był straszny.  Patrzył na nas czarnymi pustymi oczodołami ocalałych łukowatych wysokich okien. Przez wyrwy w murze widać było jakieś ogromne malowidła  , a na schodach mieszkała tylko trawa.  Puste to było i smutne. Starałyśmy się nie patrzeć w tym kierunku , po prostu się bałyśmy. Jednak już po pewnym czasie przywykłyśmy do tego widoku i myślałyśmy, że to jest nasz pałac. I tak zostało do dziś. Jeśli Brody wspomnę, to m.in. właśnie te ruiny.

Obiekt w którym zamieszkałyśmy był jak już napisałam bardzo ładny. Chyba w  dawnych czasach mieszkali w nim znamienici goście gospodarzy pałacu. Dziwnym trafem budynki przedpałacowe nie uległy dewastacji wojennej jak i powojennej . Tym bardziej dziwny się wydawał  upadek tego wspaniałego pałacu.

Wejście do naszego budynku kolonijnego było dość szerokie , zakończone u góry łagodnym łukiem a na piętro, gdzie były nasze sale wchodziło się po zaokrąglonych bardzo wygodnych urodziwych  schodach. Sale były wielkie. W nich poustawiano mnóstwo łóżek , moje było gdzieś po prawej w głębi. Były z nami dzieci z domu dziecka, nawet już dość wyrośnięte dziewczyny z którymi wkrótce się zaprzyjaźniłyśmy. Dla nas hasło: dom dziecka nic nie znaczył,  nie miałyśmy żadnych myśli na ten temat,  w naszym wieku wszystko było naturalne, zwykłe, jeszcze nie urodziła się w nas podejrzliwość czy uczucia rozróżniania „ innego”.

Kilkoro dzieci moczyło się w nocy. Tak więc poranne zapachy biły w nos, jednak my, prawie maluchy, uważałyśmy, że to może być normalne. Bywało, że schody były zarzygane, bo widać nie wszystkim odpowiadało jedzenie stołówkowe a wucety chyba były na dole ( dokładnie nie pomnę). Nie był to miły widok, ale dawało się wytrzymać. Podobnie nie zapamiętałam stołówki, nawet usiłując teraz dotrzeć do zakamarków pamięci.  

   Bo najważniejsze były nasze zajęcia. Cudowne. Opiekunowie organizowali podchody w parku i pobliskim lesie, których urok pozostał we mnie  do dziś i umawiamy się w wnukami na podobne w nadbużańskich lasach. Niech tylko nadejdą wakacje…

   Ale przede wszystkim każda grupa otrzymała zadanie wybrania sobie miejsca na swój „gród”i urządzenia się tam. Wszystko miało się odbywać  w wielkiej tajemnicy. Nikt nie mógł zdradzić, gdzie zbiera się jego grupa . Ta tajemnica nas łączyła, uczyłyśmy się , że raz danego słowa nie można złamać- a przecież dałyśmy. Tak więc po codziennych zwykłych wspólnych zajęciach biegliśmy chyłkiem, by nikt nas nie wypatrzył, na wszelki wypadek klucząc w celu zmylenia śladów  I w swoim grodzie kokosiliśmy się z rozkoszą.

Pod koniec pobytu nasi wychowawcy, a może tylko pan Petri, znakomity organizator, szef kolonii zawiadomili nas, że odbędą się podchody w grupach z latarkami. Dlaczego z latarkami, pytałyśmy. A odpowiedź była jedna, mrożąca krew w żyłach. Podchody odbędą się czarną nocą. Tego nigdy nie przeżywałyśmy, przecież noc służyła do spania. Celem tej nocnej wyprawy miało być odszukanie innego  grodu ,  a w przypadku znalezienia, zdobycie go ( ostatecznie nie wiem na czym to polegało- chyba tylko na wielkim wrzasku), drużyna, która pierwsza zdobędzie wraży gród, będzie jakoś nagrodzona.  Nie wiem jak się porozumiewali ze sobą wychowawcy, przecież wtedy  telefonów komórkowych nie było. Pewnie używali jedynie gwizdka. A w cichej nocnej ciemności głos roznosił się daleko, zwielokrotniony przez liczne tu przestrzenie wodne ( stawy, jeziorka czy wreszcie dość daleką rzekę).

 Na tę noc czekałyśmy drżąc z emocji. Dzień jakoś minął, i powoli nadchodził zmierzch. A my byliśmy już zwarci i gotowi do akcji. I wreszcie rozległ się sygnał- wyruszamy. Brnęliśmy w tę smolistą noc, dygocąc z zimna i emocji. Straszyły nas konary drzew wyglądające jak żywi ludzie, z lękiem przemknęliśmy się obok śpiącego czarnego martwego pałacu  Cały teren wydawał się nam ogromniasty, wszystko miało inny wymiar.  Szliśmy w tę noc cichutko jak myszki i odnaleźliśmy gród kolegów na chyba wyspie lub półwyspie niedalekiego jeziora. Nasz był na jakimś wzgórzu, wśród wielkich drzew. Miałyśmy tam siedziska z gałęzi, a nawet stoliczek ze znalezionego pniaka. Ozdobiony był wstążeczkami koralikami i piórkami. Cudny był. Tamten na wyspie wydawał się  mroczny, zresztą w nocy wszystko było mroczne….

Potem poszliśmy grzecznie do łóżek a rano ogłoszono wyniki i odbyliśmy jeszcze jedną wycieczkę tym razem turystyczną zwiedzając już oficjalnie inne grody. W dzień, w pełnym słońcu, zapachach lata wszystko było bliskie, piękne i przyjazne. A lato było piękne tego roku.  

Tak , tamte czasy były cudne.

Nigdy już nie wrócą.

Zresztą gdyby nawet, to i tak wszystko wyglądałoby już inaczej.

Tylko dlaczego tak często myślę z czułością o Brodach Żarskich, o tej przygranicznej miejscowości, gdzie teraz w naszym budynku kolonijnym działa wytworny hotel, i próbują odbudować pałac.

Myślę o słodkim niewinnym dzieciństwie, gdzie wszystko było pierwsze, o wolności, przygodzie i tamtych czasach z ciepłem i nawet ukrywanym wzruszeniem.

I pytam kolegów którzy mieszkają w Gorzowie, czy odwiedzają Brody. I opowiadają że byli i zdjęcia przysyłają….i tyle mi tylko zostało. Zostało wspominać moje pierwsze kolonie, Brody jak z bajki znalezionej w pięknej książce z dzieciństwa i oglądać zdjęcia. I dziękuję im za ten piękny sen na jawie…

 

 

Zdjęcie0197.jpg

 

Zdjęcie0199.jpg

 

Zdjęcie0198.jpg

Tak było kiedyś. Zdjęcia plansz posadowionych nieopodal pałacu.

 

Za wszystkie zdjęcia dziękuję Ryszardowi Mikołajewskiemu