Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 19 ). Aresztowanie….


Zdjęcie z albumu rodzinnego moich Teściów – Jan już po powrocie z katorgi – pomimo tego co przeżył – zawsze pogodny …...

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 ARESZTOWANIE

       Wczesnym rankiem w końcu miesiąca sierpnia 1944   roku weszło dwóch mężczyzn do naszego mieszkania ( w  Smorgoniach niedaleko Wilna ) i jeden z nich zapytał”  „ czy mieszka tu Jan Konopielko?”.

Stojąc w drzwiach sypialni , odpowiedziałem, że ja jestem tym, o którego pytają. Poprosił mnie o dowód osobisty. Wręczyłem mu. Popatrzył, popatrzył, w końcu mówi, że jestem aresztowany. Przy tym wyjmuje nakaz aresztowania i mi wręcza.

Czytam i mu zwracam. Mówi:” Idziesz z nami”.

Proszę ich o pozwolenie bym mógł  zjeść śniadanie. Pozwalają. Porozumiałem się z żoną wzrokiem – zrozumiała i podała śniadanie.

Gdy śniadanie było na stole z wódką, którą przyniosła. Poprosiłem i ich do spożycia tego posiłku i wypicia po kieliszku. Prośbę moją przyjęli.

Po śniadaniu spytałem, czy mogę iść do toalety, znajdującej się na podwórku. Udzielono mi pozwolenia i ja, wraz z jednym NKW- dzistą oddaliłem się, by oddać dług przyrodzie. Ta czynność trwała około trzech- pięciu minut, a ten mój stróż z polecenia Stalina, stał obok mnie i uważnie śledził moje ruchy, żebym nie dał drapaka to jest nie uciekł.

Nie myślałem ja o ucieczce i wróciłem spokojny do mieszkania , gdzie już był nastrój pogrzebowy.

 Żona płakała, dzieci: Mirek i mały Pawełek jej wtórowały. Ja tylko ich zapewniałem, że niedługo wrócę do domu, do nich, że nie zginę.

 Uściskając na pożegnanie żonę i dwóch łkających synków, opuściłem ze łzami ten kochający dom rodzinny.

NKW-dziści zaprowadzili mnie do aresztu.

Tam spotkałem już nie jednego znajomego.

W następnym dniu dowiedziałem się, że mnie i jeszcze kilka osób poprowadzą do Wilejki, wojewódzkiego miasta znajdującego się w odległości 25 km od Smorgoń.

O godzinie mniej więcej 11-tej zabierają mnie z aresztu i każą stanąć na podwórku koło furmanki. Za parę minut przyprowadzają kobietę i mężczyznę, którymi są sąsiedzi zamordowanych teściów- Ciunowiczowa i Gradzina.

W tymże czasie ktoś z krewnych przynosi mi od żony torbę z żywnością, którą za pozwoleniem konwojenta, pakują na wóz.

Już obaj konwojenci: lejtnant i szeregowy, ustawiają nas za furmanką a sami stają za nami i dają komendę: ruszamy!.

Wyjeżdżamy na główną ulicę prowadzącą z Wilna do Mińska. Wóz rusza powoli, my za nim kroczymy ze spuszczonymi głowami.

Mieszkańcy miasteczka z lękiem spoglądają zza węgłów swoich chat na ten nieszczęsny jakby pogrzebowy pochód.

Na uboczu, za mostem tej ulicy, widzę czekających mnie na pożegnanie żonę, brata Mateusza i nianię z trzyletnim Pawełkiem. Zwracam się do konwoju, żeby pozwolił mi pożegnać się z synkiem i rodziną. Całuję ich ze łzami w oczach i mówię Kochanemu Pawełkowi: tata będzie daleko, daleko?.

Żonie i bratu konwój pozwala odprowadzić mię do mostu na rzece Wilii.

Kroczymy końskim krokiem przez trzy kilometry i przed mostem zatrzymujemy się.

Żegnamy się z żoną, bratem i mówię, że niedługo się spotkamy.

Jeszcze daję polecenie małżonce, żeby zebrała z pola wysuszoną koniczynę.

Wóz rusza i my za nim.

Przejeżdżamy most. Przed nami już droga bez bruku.

Konwojent daje rozkaz, byśmy zeszli z kolein i szli ścieżką po prawej stronie wozu. Sam naczelnik konwoju wdrapuje się na wóz, a za nami już idzie tylko szeregowy konwoju z karabinem na ramieniu.

Lejtnant zadrzemał na wozie, a ja w tym czasie  zbliżyłem się do konwojenta i zacząłem mu opowiadać- pytać- za co mnie aresztowali? Muszę tu wspomnieć, że tym szeregowym konwojentem był mój uczeń z piątej klasy w szkole w Sukniewiczach.

Rozmowę naszą przerwał budzący się naczelnik konwoju. Kazał swojemu podwładnemu iść trzy kroki od aresztowanych.

W takim porządku doszliśmy do wioski Dzierwieli.

Tu starszy konwojent dał rozkaz zatrzymać się, bo już zaczynało się na dworze robić szaro- ciemno.

  Władza zaszła do jednego domu z tej wsi i zapewniła nocleg dla nas wszystkich.

Wprowadzono nas do pustej chaty, gdzie na ławkach stojących pod ścianami usiedliśmy i tak w tej pozycji odpoczywaliśmy całą noc do świtu- aż się dobrze rozwidniło na dworze. Przy nas przez całą noc siedział z karabinem ten mój uczeń piątej klasy.

Nazajutrz, gdy tylko się dobrze rozwidniło, ruszyliśmy w drogę do Wilejki, która jeszcze znajdowała się o około 20 km.

Za cztery godziny byliśmy już na podwórku śledczego. Naczelnik konwoju opuścił nas, zostawiając z nami konwojenta.

Długo, bo aż do samego ciemna, odpoczywaliśmy i pokrzepialiśmy się czym mogliśmy.

Nasz starszy konwojent nie potrafił przekazać nas wojewódzkim władzom śledczym, bo jak później dowiedzieliśmy od młodszego konwojenta, nie miał dokumentów potrzebnych  uprawniających do posadzenia nas w areszcie wojewódzkim.

Na noc musiał schować nas w piwnicy i zamknąć na kłódkę i na zewnątrz ustawił posterunkowego w osobie mojego ucznia.

Na surowej ziemi, bez żadnej podściółki, przeleżeliśmy w tej ziemiance do godziny 9- tej rano i wypuszczono nas na podwórko, gdzie jeszcze stał wóz, na którym przyjechał nasz władca. Teraz rozdzielili nas.

Mnie poprowadzili do aresztu śledczego, a tych dwojga, chyba puścili do domu, bo ja już ich więcej nie widziałem.

W areszcie śledczym w Wilejce

Mnie oddano strażnikowi oddziału śledczego. Ten zaprowadził mnie na korytarz i zamknął w ubikacji.

Będąc tam i wiedząc, że będzie jeszcze robił „ Szman”-  tj. kontrolował , schowałem chemiczny ołóweczek do cholewy buta.

Gdy otworzył drzwi , obszukał wszystkie moje kieszenie i torbę z żywnością, wpuścił mnie do aresztu – gdzie już nie było mało – dużo siedzących i leżących aresztowanych.

 Patrzyli na mnie, a ja na nich.

Nikogo nie znalazłem ze znajomych. Wszyscy byli obcy.

Na twarzach ich widziałem smutek i żal- te same uczucia jakie ja przeżywałem stojąc przed nimi.

Ten żałosny nastrój przy spotkaniu, przerwał nam strażnik otwierający drzwi do sali wywołując jednego z aresztowanych do wyjścia na korytarz.

Żona tego nieszczęsnego z synkiem sześcioletnim przyszła, żeby mu pokazać, gdzie jest tatuś. Krótko trwało to widzenie i trzeba było opuścić korytarz. Syn w niebogłosy krzyczał, żeby tato szedł z nim, do domu. Żałosny to był  krzyk dziecka. Później dowiedziałem się, że to był dyrektor średniej szkoły w Wilejce.

Widzenie niedozwolone skończyło się. Trwało dwie minuty. Żałosny płacz dziecka spotęgował i nasz smutek.

 Już ja siadłem na brzegu nar, które ciągnęły się od jednej ściany do drugiej przez dziesięć metrów.

c.d.n.

Losy moich Rodziców. Wybuch wojny i aresztowanie Taty.

I tak dość spokojnie  mijał czas w Smorgoniach.

Ale wkrótce nadszedł sierpień 1939 roku.

Tato, który pracował na kolei został zmobilizowany i skierowany do pracy na zachód Polski. Posłusznie więc wsiadł do pociągu i  zmierzał w kierunku Poznania. 

Jednak jak wiadomo, 1 września wybuchła wojna.

Dotarł do Inowrocławia, gdzie pracował przy odbudowie zniszczonej działaniami wojennym linii kolejowej.

7 września  rozpoczęły się niemieckie naloty na ludność cywilną.

Pojawiła się panika i ogólny nieład.

Pociągi przestały jeździć zgodnie z planem, a ludzie uciekali w popłochu w różnych kierunkach. 

Tato podjął próbę powrotu do domu.

Podróżował pociągami, czasami pieszo. Znalazł się w Ełku, a pod Prostkami jego pociąg został zatrzymany. Okazało się, że w międzyczasie ktoś doniósł Niemcom, że są podróżni, którzy głośno wyrażają swoje oburzenie , widząc z okien pociągu te tłumy bezwładnych uciekinierów, nisko spływające z nieba niemieckie samoloty, ostrzeliwujące bezbronnych , płonące domostwa. Normalnym ludziom wydawało się, że jeśli już jest  wojna, to jedynie są dopuszczalne działania wojska przeciw wojskowym .  Trudno się dziwić, że napaść agresorów na ludność cywilną budziło nie tylko przerażenie ale i wściekłość.

Do pociagu wpadli hałaśliwi i przerażający Niemcy i wypędzali ludzi z pociągu. Tam, w polu już czekały ciężarówki , które wśród wrzasków komend wydawanych w obcym języku załadowano ludźmi z pociągu i powieziono w nieznaną dal.

Ostatecznie Tato trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen koło Berlina.

Od tej pory przez wiele lat Mama nie miała żadnej informacji o tym gdzie jest i czy w ogóle żyje  .

 

Śladami mojego Taty . Aresztowania i wywozy…losy brata mego Taty- Witolda

Wkrótce rozpoczęły się wywozy Polaków  w głąb Rosji.  Starannie zaplanowano kolejność wywożenia mieszkańców.

Losy polskich wojskowych są dobrze nam znane.

Równolegle zabierano urzędników i nauczycieli. Perfidne działania Rosjan zmierzały do ostatecznej eliminacji polskiej inteligencji. Mój wuj, Witold znalazł się w pierwszej grupie aresztowanych. Dotarłam do ośrodka informacji Karta. Znaleziono tam jedynie zapiski, że w 1940 roku został osadzony w więzieniu w Wilejce, pod Wilnem. O dalszych losach nic nie wiadomo.  Podobno rodzina posiada list człowieka, który po wojnie zamieszkał  w Anglii i był współtowarzyszem niedoli wuja Witolda. Sowieci sfingowali proces, ustawili świadków , którzy zeznawali, że wuj jest wrogiem władzy radzieckiej. Otrzymał wyrok 10 lat łagru. Podobnie było w przypadku tego znajomego , który napisał list. Razem wylądowali na katordze w głębi Rosji , w  okolicach Wiatki. Pracowali na budowie. Mimo, że  mieli wyrok jako więźniowie polityczni, byli więzieni z różnymi bandytami. W warunkach skrajnego głodu, każda kromka chleba była na wagę złota. Któregoś dnia, do mojego wuja podeszło dwóch bandytów i zażądali by oddał im swoją porcję. Odmówił, i wtedy zaczęli go kopać. Stracił przytomność i wówczas ci współwięźniowie  wdeptali go w błoto, które było przepastne w tych i nie tylko tych rejonach.  Jego kolega cudem ocalał i dzięki temu mógł po wojnie zdać relację  rodzinie.