Śladami mojego Taty. Ganek cioci Broni w Trzciance.

Gdy pogadaliśmy z wujem Bolesławem, krawcem nad krawcami,  Ciocia Bronia zapraszała nas do dalszych części domu, których nie zapamiętałam. Ale  tylko czekałam na zgodę rodziców, by pójść dalej i dotrzeć do zaczarowanego zakątka. A był to ganek. Posadowiony od strony ogrodu, pięknie kończył długi bieg ceglanego korytarza. Ganek był okazały. Zanurzony w winnych gronach i wielkiej zieleni. Był ograniczony białym szerokim murkiem przeciętym w części centralnej szerokimi schodami prowadzącymi do rajskiego ogrodu. Ale najbardziej niezwykłe i czarowne były dwie drewniane ławki, a właściwie tylko szerokie deski mieszczące się w bocznych zachyłkach murku. Uwielbiałam tam siedzieć. Zatapiałam się w takiej ławce, moja głowa ledwie wystawała nad brzegiem murku. Było przytulnie, miło i bezpiecznie. Taka cudna wymarzona kryjówka. Nad głową szumiały winne liście, a przede mną korony starych drzew skrzypiały tajemniczo. Mogłam tam przesiadywać tak długo, jak tylko można było, tzn. do momentu, gdy nadchodziła pora powrotu do domu.

Gdy projektowałam nasz dom w Michałowicach, wiedziałam , że musi być, podobnie jak w domu cioci Broni- ganek a w jego wnętrzu po bokach ławeczki. Tylko na murek Mirek się nie zgodził się , bo uznał, że będzie trudny w pielęgnacji. Jest więc poręcz metalowa, ale miejsce nie zostało pozbawione uroku. Stąd mamy rozległy widok na mazowiecką nostalgiczną równinę.

 Gdy powstał nasz dom,  kilkuletni wówczas Michał, mój wnuczek , powiedział, że dziadkowie są szczęśliwi, bo mają lotnisko. Faktycznie stąd widać kulistą wieżę unoszącą się nad Okęciem.

 I oczywiście często na niebie pokazują się lądujące wielkie cielska samolotów….dokąd ci ludzie się spieszą….

 

Śladami mojego Taty. Zaczarowany dom cioci Broni.

Moją ulubioną ciocią, siostrą Taty była Bronia.

Ta duża łagodna kobieta mieszkała ze swoją rodziną w Trzciance Lubuskiej. Po II wojnie światowej, gdy opuścili swoje rodzinne strony, gdyż tam były już tereny Związku Radzieckiego, przybyli do tego poniemieckiego miasteczka. W tej grupie znalazła się moja Babcia- Staśka, wtedy już wdowa, jej najstarsza córka- Antonina z synem i właśnie ciocia Bronia.

Ciocia Bronia z mężem i dziećmi zamieszkała w dużym rozłożystym domu, który znajdował się przy głównej ulicy Trzcianki. Idąc do Babci z dworca kolejowego , mijaliśmy ten dom i zawsze go oglądałam.

Podobno był zabytkowy i po wielu latach mieściło się tam muzeum.

Ten dom bardzo mi się podobał. Oglądając go od strony ulicy nie można się było spodziewać, że kryje przepiękne miejsce. Tak piękne, że potem starałam się odtworzyć je w swoim michałowickim  domu. Ale zanim docieraliśmy do tego miejsce, było inne, pewnie jeszcze bardziej ciekawe i tajemne, chociaż nie takie urocze.

Otóż z głównego wejścia otwierał się widok bardzo długiego bardzo zimnego  korytarza, chyba wyłożonego surową cegłą.

Na początku tego korytarza , po lewej stronie mieścił się duży pokój. Zwykle tutaj się zatrzymywaliśmy i wchodziliśmy do środka, rozsiadając się na wolnych krzesłach i rodzice rozpoczynali rozmowy, a ja się bacznie rozglądałam .

I to właśnie było bardzo ciekawe miejsce, jakiego nigdy nie widziałam. To było królestwo  męża cioci Broni, Bolesława. Tutaj miał swój warsztat krawiecki. Był uznanym krawcem, szył piękne garnitury a nawet okoliczni księża zamawiali u niego sutanny.

Widywałam go,  gdy z  wielkimi nożycami w dłoni pochylał się nad wielkim stołem, na którym rozkładały się różne piękne tkaniny. Energicznie wycinał  różne kształty i byłam tym oczarowana. Czasami „tańczył „ się przy manekinie i ze szpileczkami w ustach upinał na nim jakieś suknie . Bywało, że siedział nieruchomo i pracowicie zszywał wycięte uprzednio części tkaniny albo dziergał  wokół maleńkich dziureczek dla tysiąca guziczków sutanny. Czasami zaś,  zawzięcie prasował  wycięte części garderoby , wielkim żelazkiem z duszą powodując unoszące się zaczarowane kłęby pary. Miał bardzo ciekawy zawód i zawsze go podziwiałam. Był to mężczyzna średniego wzrostu, ale dość  masywny i miał  wielkie siwe wąsy, bystre ciemne oczy i  tubalny  głos. Podziwiałam go, że potrafi wyczarowywać ubrania . Chyba się go nie bałam, mimo, że czasami był zapalczywy i mówiono, że lubi napoje procentowe. Nigdy nie widziałam go w stanie upojenia, w każdym razie tego nie zapamiętałam.

Czasami w tych krawieckich pracach pomagała mu cicha i łagodna z dobrocią wypisaną na twarzy, moja ulubiona Ciocia Bronia.