Na medycznej ścieżce. Inne schorzenia neurologiczne.

Inne schorzenia neurologiczne

 

Oczywiście tych schorzeń jest dużo, ale na Siennej hospitalizowano ich kilka. Zapamiętałam cztery.

Jednym z nich było zapalenie móżdżku. Przyczyna zwykle była nieznana, rozważano etiologię wirusową a także autoimmunologiczną. Zwykle były to dzieci kilku lub kilkunastoletnie.

U tych pacjentów   nagle występowały  zaburzenia równowagi, od dyskretnych zachwiań postawy do ciężkich- kiedy dziecko nie mogło stać ani nawet siedzieć.  Czasami jedynie zwracał uwagę tzw. chód na szerokiej podstawie. By zachować równowagę, dziecko rozstawiało szeroko stopy.

Czasem przy pionizacji, padało do tyłu. Jeśli ten objaw nie był wyraźny, zalecaliśmy wykonanie tzw. próby Romberga. Dziecko stawało, złączało stopy i zamykało oczy. Następnie wyciągało ramiona do przodu. W tej pozycji powinno stać spokojnie i pewnie. Jeśli padało na bok lub w tył- rozpoznawaliśmy dodatnią próbę Romberga. Innym objawem był oczopląs- pokazywaliśmy palec a dziecko musiało patrzeć w jego kierunku. Przesuwając palec poziomo, śledziliśmy jak zachowują się jego gałki oczne w pozycji skrajnej. Jeśli wtedy gałki oczne zaczynały poruszać się w poziomie- nazywano to oczopląsem.

Jeszcze innym objawem była próba palec- nos. Przy zamkniętych oczach dziecko musiało trafić swoim palcem bezpośrednio w czubek nosa. Jeśli to się nie udawało, palec celował poza nos, próba wskazywała na uszkodzenie móżdżku.

W czasie hospitalizacji przy odpowiednim leczeniu, objawy bardzo wolno ustępowały i zwykle nie wracały.

Jednak musieliśmy być czujni, bo takie same objawy mógł powodować guz zlokalizowany w okolicy móżdżku. Diagnostyka nie była prosta, bo jak już kiedyś pisałam nikt wówczas nie słyszał o tomografii komputerowej a cóż dopiero mówić o rezonansie magnetycznym.

Innym schorzeniem hospitalizowanym w moim szpitalu był zespół Guillain- Barre, czyli ostre zapalenie  wielokorzeniowe. Mógł on wystąpić po różnych chorobach wirusowych, także niby łagodnej ospie wietrznej, bakteryjnych  i uważa się nadal, że jest wynikiem nieprawidłowej odpowiedzi immunologicznej chorego organizmu, w którym wytwarzane są przeciwciała przeciwko własnym komórkom.

Pojawiały się bóle nóg, osłabienie mięśni a w skrajnych przypadkach osłabienie mięśni oddechowych i pracy serca.

Gdy dziecko wchodziło do Izby Przyjęć zwracała uwagę jego sylwetka i chód. Z powodu osłabienia mięśni nóg, dziecko starało się utrzymać prawidłową postawę  wyginając kręgosłup lędźwiowy do przodu, wypinając przy tym brzuch i stawiało nogi jakby wyrzucając je do przodu. Oczywiście w skrajnych przypadkach w ogóle nie mogło chodzić. Charakterystyczne było tzw. wstępujące występowanie porażeń, tzn . od dolnych partii nóg . Najbardziej się baliśmy etapu, kiedy dochodziło do góry i wówczas zagrażało porażenie mięśni oddechowych. Oddychaliśmy z ulgą, gdy ten etap mijał i porażenia wolno ustępowały w odwrotnej kolejności.

Często przybywały do nas dzieci,  częściej starsze,   z porażeniem nerwu twarzowego. Występowały w czasie lub po infekcjach wirusowych ale bywało, że z powodu stanów zapalnych w obrębie zębów czy ucha. Należało wówczas pilnie zwracać uwagę, czy są zajęte wszystkie trzy gałęzie tego nerwu, co świadczyło o tzw. obwodowym porażeniu, czy jedynie dwie, co mogło świadczyć o przyczynach tkwiących w mózgu. W tym celu polecaliśmy by zmarszczyło czoło- wówczas po stronie porażonej było gładkie a marszczyło się po zdrowej. Nie mogło zamykać oka po stornie porażonej i nie mogło zaciskać równo ust przy próbie gwizdania. Czasami widać było bez tej ostatniej próby obwisły , porażony kącik ust.

Leczenie trwało też długo, stosowano różne leki , rehabilitację . Duże znaczenie miały ćwiczenia, które wykonywał pacjent sam- ćwicząc mięśnie twarzy i obserwując w lusterku. Bardzo rzadko zdarzały się nawroty tych dwóch ostatnich schorzeń. Ale zwykle mijały bez śladu , ale zostawiały traumę i lęk o swój wygląd i późniejsze zdrowie. Ważne były konsultacje i praca z psychologiem. Na Sienną przychodziła w tym celu bardzo doświadczona, przesympatyczna duża kobieta- psycholog z kliniki psychiatry przy ul. Litewskiej, dr. Mazurowa.

I jeszcze inne przypadki. Pewnego dnia zostało do nas przyjęte dziecko po urazie głowy doznanym po upadku z rowerku. Po dokładnym badaniu neurologicznym coś się nie podobało dr Czachorowskiej. Przeprowadzono tę prymitywną diagnostykę radiologiczną. Okazało się, dziecko ma ogromny guz zajmujący prawie całą półkulę mózgu. Spadł z roweru właśnie z tego powodu. Tak więc zawsze należało mieć oczy wokół głowy. Czasami  zdarzenia, jak w tym wypadku upadek z roweru , układały się w zupełnie odwrotny ciąg.

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Tłok w Izbie Przyjęć.

Zdarzało się, że do Izby Przyjęć przybywało jednoczasowo  więcej dzieci .

Przychodzili rodzice, przyjeżdżały karetki. Bywało , że niewielki korytarzyk był cały wypełniony ludźmi. Na szczęście nigdy nie zdarzyły się w czasie moich dyżurów awantury, ludzie spokojnie czekali, widząc, że się miotamy.

 Może takie były czasy, spokojniejsze ogólnie, ludzie byli mnie roszczeniowi, albo po prostu ja miałam szczęście…

Źle napisałam, my personel Izby Przyjęć nie miotaliśmy się, działaliśmy  planowo, z rozmysłem . Pani pielęgniarka ogarniała swoim niezwykłym instynktem całość, potem i ja nauczyłam się błyskawicznie oceniać stan dziecka i segregować , wybierać te najcięższe, by miały od nas pomoc jako pierwsze. Nie było to łatwe. Tym bardziej, że przywożono do nas dzieci z innych szpitali, z klinik specjalistycznych, gdy tam zachorowały na jakąś chorobę zakaźną- najczęściej biegunkę. Były więc dzieci z cukrzycą , wadami serca, białaczkami. Często przyjeżdżało ich kilka, gdyż choroba zakaźna rozprzestrzeniała się szybko w ich oddziałach.  Można się domyślić, że ich podstawową chorobą pogarszała ta dodatkowa, zakaźna….pogarszała i tak zwykle ciężki stan ogólny tych dzieci.

Na medycznej ścieżce. Wirusy, wirusy

Z opisaną poprzednio historią wiąże się jeszcze jedno . Gdy wracam wspomnieniami do tamtych wczesnych lat 70 ubiegłego wieku nie mogę o tym przestać myśleć.

Otóż opisana pacjentka  otrzymywała zastrzyki.

W tamtych czasach nie było sprzętu jednorazowego. Zwyczajowo gotowano strzykawki i igły w metalowych pojemnikach. Wówczas uzyskiwano temperaturę ok. 100 stopni.

Jednak wirusy zapalenia wątroby, wówczas zresztą jeszcze nie poznane, giną w temperaturze znacznie wyższej.

A tzw. autoklawów , gdzie osiągano pożądaną temperaturę, ok. 200 stopni C, w przychodniach nie było. Zobaczyłam taki dopiero trochę później, w szpitalu im Dzieci Warszawy, gdzie m.in. hospitalizowano dzieci z żółtaczką.

Tak więc istniało ogromne prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że ona, zarażona tym wirusem, dalej go przekazywała .

Jak przez mgłę przewija mi się myślenie, że ona miała swoje igły. Te poradniane były tak tępe, że z reguły namawiałam pacjentów, by kupowali dla siebie. Były dostępne w każdej aptece. Może to tylko takie myślenie życzeniowe, by zabić wyrzuty sumienia.

Może gdybym zawczasu pomyślała….chyba też nic by nie dało, bo wiedza w tamtych czasach na była w porównaniu z aktualną, nikła.

Jest jeszcze jedna możliwość. Być może , że ta pani chorowała na  tzw. żółtaczkę pokarmową, gdzie droga zakażenia jest inna.

W tamtych czasach , we wczesnych latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku diagnostyka wirusologiczna zapaleń wątroby dopiero raczkowała….

Były to lata 1971-1975.

Wirus zapalenia wątroby B został wyizolowany w połowie lat 60 XX wieku. Ale dopiero na początku lat 80 XX wieku wprowadzono odpowiednie testy diagnostyczne i szczepienia.

Wirusa zapalenia wątroby C wyizolowano dopiero w 1989 roku. Przedtem podejrzewano, że może być jeszcze jakiś wirus poza A i B- nawet stosowaliśmy określenie wirusowe zapalenie wątroby nie A i nie B.

Aktualnie jest już wyizolowanych pięć typów wirusów zapalenia wątroby.  

A ile jeszcze podobnych pozostaje  nieodkrytych.

Zresztą w naszych czasach w ogóle znaczenie wirusów narasta. I wg opinii fachowców to one staną się naszą plagą.

Zresztą obecny przebieg zakażenia wirusem RSVRespiratory syncytia virus)  u moich wnuków i chyba u mnie i Mirka  przeczy temu, co przeczytałam w wikipedii i podręcznikach medycyny. Wg tych źródeł u starszych dzieci i dorosłych powoduje dość łagodną chorobę górnych dróg oddechowych , Ciężko chorują młode niemowlęta i ludzie ,  którzy mają zmniejszoną odporność ( otrzymują leki immunosupresyjne, mają defekty genetyczne, czy są zakażeni HIV).

W naszym wypadku , jak i u przedszkolnych kolegów Wiktora przebieg choroby był długotrwały i uporczywy. Potem zachorował 5 miesięczny brat Wiktora, nasz najmłodszy wnuczek—Patryk, który w rezultacie wylądował w szpitalu.

Dla rozpoznania przydatny jest wczesny test wykonywany ze śliny chorego, który może potwierdzić obecność tego wirusa . Młodszy wnuk, Patryk, brat Wiktora, miał wykonany taki test przed przyjęciem do szpitala. Po uzyskaniu wyniku potwierdzającego, znalazł się w sali, gdzie leżały dzieci z tą samą chorobą.

Objawy choroby były podobne, podwyższona ciepłota ciała, kaszel, katar, ogromna ilość wydzieliny i obturacyjne zmiany osłuchowe w oskrzelach .

Po wykluczeniu nadkażenia bakteryjnego poprzez oznaczenie białka ostrej fazy = CRP, które było prawidłowe stosowano jedynie leki objawowe- nawadnianie, inhalacje z lekami rozkurczającymi oskrzela. Nie podawano antybiotyków co kiedyś było rutyną.

Świat się zmienia….

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Chirurgia, chirurgia….

  Gdy  pan docent był na urlopie, jego obowiązki przejął dr Półtorak. Jego pasją były operacje gastrologiczne. Dlatego właśnie w tym okresie  byli przyjmowani pacjenci z chorobą wrzodową żołądka i dwunastnicy, których nie udawało się wyleczyć metodami zachowawczymi. W tamtych czasach nie było tak różnorodnych form terapii jakie są teraz i wielu chorych musiało mieć resekcję narządów.

Inny lekarz z tego oddziału , dr Antczak zajmował się proktologią. Zabiegów tej specjalności widziałam niewiele, ale zapamiętałam jednego pacjenta, który miał wypadnięty odbyt a właściwie chyba nawet część odbytnicy. Widok był tak przerażający, że patrząc na tego chorego sami odczuwaliśmy ból w tej okolicy. Cierpienia chorego nie muszę opisywać  . Leczono go zachowawczo.

Wówczas nikt nie komentował takich problemów. Ale po latach, gdy dowiedziałam się- tak dopiero po latach- o seksie homoseksualistów, powiązałam ten przypadek z takimi zachowaniami, które nigdy nie mogą być obojętne dla organizmu .

W latach 70 ubiegłego wieku tematy seksu a cóż dopiero jego odmian były tematami tabu. A może ja byłam w jakimś stopniu zapóźniona w rozwoju.  Nie wiem.

Jednak myślę, że informacje na ten temat były ukrywane przed światem.

Na medycznej ścieżce. Losy Marzenki.

Ponieważ w 1975 roku zmieniłam pracę,  kontakty z Marzenką i jej rodziną  stopniowo się rozmywały.

Wszyscy mieliśmy mnóstwo problemów rodzinnych i zawodowych, więc one nas całkowicie absorbowały .

Ostatni raz  ją widziałam  w Klinice Neurochirurgii przy Nowogrodzkiej.

Odwiedziłam ją i wówczas krótko rozmawiałyśmy. Opowiadała o swojej wspaniałej teściowej, żonie prof. Kieniewicza, kobiecie wielkiej urody, klasy i religijności. To na  w tym czasie przejęła opiekę nad dziećmi .

Marzenka oczekiwała na operację kręgosłupa. Miała problemy z dyskiem i nawet jakieś objawy neurologiczne z tym związane. Była jak zwykle spokojna i pogodzona z losem.

Ale podobno potem wszystko było dobrze, wróciła do pracy i obowiązków domowych. 

Po latach dowiedziałam się od Marysi Zieniewicz, farmaceutki o której już pisałam, że Marzenka zapadła na jakąś chorobę i zmarła.

Najmłodsze dzieci chyba miały wtedy niewiele ponad 10 lat.

Antoni pozostał sam.

Myślę  o Marzence,  jej rodzinie i losie niesprawiedliwym ….

 

Na medycznej ścieżce. Rodzina Marzenki Kieniewicz.

Wkrótce poznałam męża Marzenki,  wysokiego i szczupłego Antka, którego tubalny głos odziedziczył ich młodszy syn.

Mieli wówczas dwóch synów, zamyślonego i refleksyjnego Piotra i  drugiego, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć. 

Spotykaliśmy się często, nasze dzieci razem bawiły się w czasie wspólnych wypraw do Puszczy Kampinoskiej.

Po jakimś czasie Marzenka urodziła kolejnego syna- Mateusza. Miał rozmaite problemy zdrowotne, między innymi celiakię .

Gdy to dziecko miało może 2 lata przybyła do nich równolatka Mateusza- Ania , która miała podobne schorzenie i musiała otrzymywać taką samą dietę jak Mateusz. 

Wychowywanie takich dzieci wymagało wielkiej cierpliwości, stałego pilnowania diety, podawania różnych leków i nierzadko pojawiała się konieczność hospitalizacji. Bo przecież dziecko samo o siebie nie zadba, a pokusy by dorównać innym są silne. A tutaj zwykła bułka albo ciastko wywoływało całą burzę objawów nie tylko gastrycznych.

Marzenka codziennie piekła świeże pieczywo dla swoich maluchów , ze specjalnej mąki pozbawionej glutenu, którą należało zdobywać w różnych sklepach często zlokalizowanych w innej dzielnicy. Wędrowała więc po pracy w tym celu przemierzając całą Warszawę i nigdy nie narzekała.

Podziwiałam Marzenkę, tę dzielną dziewczynę jak potrafiła wszystko opanowywać i dyrygowała wszystkimi, spokojnie, pewnie, jednoznacznie.