Wkrótce poznałam męża Marzenki, wysokiego i szczupłego Antka, którego tubalny głos odziedziczył ich młodszy syn.
Mieli wówczas dwóch synów, zamyślonego i refleksyjnego Piotra i drugiego, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć.
Spotykaliśmy się często, nasze dzieci razem bawiły się w czasie wspólnych wypraw do Puszczy Kampinoskiej.
Po jakimś czasie Marzenka urodziła kolejnego syna- Mateusza. Miał rozmaite problemy zdrowotne, między innymi celiakię .
Gdy to dziecko miało może 2 lata przybyła do nich równolatka Mateusza- Ania , która miała podobne schorzenie i musiała otrzymywać taką samą dietę jak Mateusz.
Wychowywanie takich dzieci wymagało wielkiej cierpliwości, stałego pilnowania diety, podawania różnych leków i nierzadko pojawiała się konieczność hospitalizacji. Bo przecież dziecko samo o siebie nie zadba, a pokusy by dorównać innym są silne. A tutaj zwykła bułka albo ciastko wywoływało całą burzę objawów nie tylko gastrycznych.
Marzenka codziennie piekła świeże pieczywo dla swoich maluchów , ze specjalnej mąki pozbawionej glutenu, którą należało zdobywać w różnych sklepach często zlokalizowanych w innej dzielnicy. Wędrowała więc po pracy w tym celu przemierzając całą Warszawę i nigdy nie narzekała.
Podziwiałam Marzenkę, tę dzielną dziewczynę jak potrafiła wszystko opanowywać i dyrygowała wszystkimi, spokojnie, pewnie, jednoznacznie.
